Jak nie pisać o kobietach – recenzja “Geniuszu kobiet”

Trzeba przyznać, że autor książki Geniusz kobiet dał jej wyjątkowo przewrotny tytuł. Nie jest ona ani o kobietach, ani tym bardziej o ich geniuszu.

– Panowie, który z was ma wolny dzisiejszy wieczór?
– Ja, a bo co?
– Weź napisz książkę.
– W jeden wieczór? Daj chociaż dwa dni.
– Zgoda.
– Super! A na jaki temat mam pisać?
– Coś tam o kobietach w nauce.

Nie wiem czy dokładnie w ten sposób wyglądała rozmowa autora Geniuszu kobiet z wydawcą, ale po zakończeniu lektury właśnie tak ją sobie wyobrażam. Piergiorgio Odifreddi oferuje nam bowiem pozycję o błyskotliwych białogłowach, które (jak głosi podtytuł) “zmieniły świat nauki” – streszczając na 208 stronach biografie 27 bohaterek. Podkreślam: na dwustu ośmiu stronach znajduje się dwadzieścia siedem biografii. Wychodzi jakieś 6–8 stroniczek na każdą postać. Jednak największy problem polega na tym, że włoski autor nawet nie starał się wykorzystać tej skromnej przestrzeni we właściwy sposób.

Przyjrzyjmy się najpierw nazwiskom, które trafiły do Geniuszu kobiet. Jak tłumaczy sam Odifreddi: “Ta książka przedstawia dwadzieścia cztery [liczyłam to parę razy i nawet w spisie treści widnieje 27 nazwisk – przyp. wł.] wariacje, w tyluż tonacjach, na temat wielkich kobiecych umysłów. Celem jest ukazanie ich wszechobecności w czasie historycznym i przestrzeni geograficznej, ale także i przede wszystkim w spektrum naukowym“.

Brzmi nie najgorzej. Znajdziemy więc tutaj m.in. życiorys Ady Lovelace – nazywanej przez niektórych pierwszą programistką, Emmy Noether ­– którą Einstein ochrzcił “najważniejszą kobietą w historii matematyki” czy Lise Meitner – współautorki opisu zjawiska rozszczepienia jądra atomowego. Znalazło się nawet miejsce dla niezbyt znanej w Europie fizyczki Chien-Shiung Wu. Tym bardziej byłabym skłonna wybaczyć nieobecność kilku innych wielkich kobiecych umysłów, gdyby autor nie zawarł w swym dziele paru postaci niepasujących do całości.

Patrząc na osiągnięte wyniki, można zrozumieć, że Mirzachani była ewidentnie cudownym dzieckiem, choć często dziecko przestaje być cudowne, kiedy przestaje być dzieckiem i wchodzi w szeregi normalnych dorosłych. W tych przypadkach cudem jest tylko rozwijanie się dziecka szybciej niż jego rówieśników i fakt, że jest ono w stanie robić rzeczy normalne wcześniej niż oni, które tamci też w końcu będą potrafili zrobić.

Z rozdziału “Iranka bez woalu. Marjam Mirzachani” (1977-2017)

Gwoli wyjaśnienia ­– oczywistym jest, że każde tego rodzaju zestawienie ma charakter subiektywny. Jednak mimo to, czytelnik ma prawo zakładać, że autor będzie konsekwentnie trzymał się jakiegoś kryterium. Przypomnijmy, że w tym przypadku książka ma opisywać kobiety, które ZMIENIŁY ŚWIAT NAUKI. Pojawia się zatem pytanie, czy Margaret Thatcher zmieniła świat nauki? Pan Odifreddi się nie zawahał i cały rozdział swojej pracy poświęcił właśnie Żelaznej Damie. Oczywiście, brytyjska premier była ważną postacią w historii polityki, ale z nauką łączył ją co najwyżej dyplom chemika. Idąc tym tokiem rozumowania należałoby do Geniuszu kobiet dodać również Angelę Merkel, która dysponuje doktoratem z chemii fizycznej.

Równie zagadkowym wyborem biografa jest Mileva Marić. Choć przyznaję, że tu Odifreddiemu należy się pochwała. Widząc w spisie treści nazwisko pierwszej żony Alberta Einsteina z lekkim niepokojem wyczekiwałam powielenia popularnego w ostatnich czasach mitu, jakoby małżonka noblisty wyręczyła go w formułowaniu teorii względności. Na szczęście Odifreddi wytacza argumenty przeciwko tej nieuprawnionej tezie (nieporozumienie, które sprowokował rosyjski fizyk Abraham Ioffe), nie pozostawiając na niej suchej nitki. Tyle tylko, że jeżeli – jak sam autor podkreślił – pani Marić samodzielnie nie przyczyniła się do postępu fizyki, to dlaczego w ogóle znalazła się w książce? Przecież mówimy – powtórzę raz jeszcze – o kobietach, które “zmieniły świat nauki”.

Ponieważ dwoje młodych ludzi studiowało razem i ich relacja miała charakter nie tylko miłosny, ale też intelektualny, nie może dziwić, że Listy miłosne mówią także o fizyce, ale nie znajdziemy w nich nic, co kazałoby nam przypuszczać, że dzielili jakąś wspólną ścieżkę badań naukowych, poza okazjonalnym użyciem “my” zamiast “ja” przez Einsteina, kiedy początkowo oboje pracowali nad pracą dotyczącą tego samego tematu (przewodnictwo ciepła) albo nawiązywaniem do “naszej pracy nad ruchem względnym” w 1901 roku, cztery lata przed sformułowaniem szczególnej teorii względności, a więc w okresie, który Einstein opisał później jako epokę swoich “słabych prac młodzieńczych”. [Tak, to jedno zdanie.]Z rozdziału “Perłopław i perła. Mileva Marić (1875-1948)”

Kontrowersyjne wybory autora Geniuszu kobiet, uwydatniają brak uwzględnienia innych wybitnych osobistości, takich jak Jennifer Doudna (noblistka, współodpowiedzialna za opracowanie metody CRISPR/Cas), Maria Goeppert-Mayer (również noblistka badająca struktury powłokowe jądra atomowego), Vera Rubin (odkrywczyni ciemnej materii), czy tzw. Aniołki Leakeya – kobiece trio prymatolożek, badających najbliższych nam ewolucyjnie kuzynów, czyli Jane Goodall (to ta od szympansów), Dian Fossey (ta od goryli) i Birute Galdikas (ta od orangutanów). To tylko pierwsze nazwiska, które mi przyszły w tej chwili do głowy, a przecież można by tak długo wymieniać.

Jednak wszystko co napisałam do tej pory, to drobiazgi. Dobór bohaterek autor pewnie byłby jeszcze w stanie wybronić, ale tego, jak je potraktował, już nie. A potraktował je w taki sposób, że choć dla każdej badaczki wytargał marne sześć stron, to nie pochylił się nad naukowym dorobkiem większości z nich. Jak to możliwe? Też sobie zadaję to pytanie, bo nawet nieprzygotowany student na egzaminie byłby w stanie wykrzesać z siebie więcej niż Odifreddi w swojej broszurce. Służę przykładem.

Jakiś czas temu na Kwantowo pojawił się artykuł o wybitnej chińskiej fizyczce Chien-Shiung Wu, nazywanej “chińską madame Skłodowską” czy “pierwszą damą fizyki”. Jednak o ile we wspomnianym tekście, przeczytacie o zagadce rozpadu beta i problemie parzystości, o tyle odpowiedni rozdzialik Geniuszu kobiet nie zawiera niemal żadnych informacji na temat naukowych zainteresowań Chinki. O czym więc pisze Odifreddi? Trzymajcie się, bo to jest mocne.

Przez cztery pierwsze strony (z przyprawiających o zawrót głowy siedmiu!) czytamy o masakrze w Nankinie, rządach Czang Kaj-szeka, ostatnim cesarzu Chin, Kuomintangu i japońskiej okupacji Mandżurii. Nie żartuję – mam to przed oczami pisząc ten tekst. Na pozostałych stronach jest jeszcze miejsce na wzmianki o Robercie Oppenheimerze, Emilio Segrè, Robercie Milikanie oraz chińskich ziomkach Wu, czyli Chen Ning Yangu i Tsung-Dao Lee, wraz z objaśnieniami ich badań i osiągnięć.

A co z główną bohaterką rozdziału, Chien-Shiung we własnej osobie? Biograf przedstawia nam ją tymi słowami: “została gwiazdą uniwersytetu, nie tylko ze względu na swoją błyskotliwą inteligencję i swój pełen sprzeczności charakter, ale także przez swój egzotyczny klasyczny chiński strój, który nosiła przez całe swoje życie”. Tak, dobrze czytacie. W książce o kobietach, które zmieniły świat czytamy, że jedna z nich zabłysnęła charakterem i wyróżniającym się strojem! Wątku tej “błyskotliwej inteligencji” niestety autor nie rozwija.

Ale hej! Zostały jeszcze trzy strony rozdziału – może wreszcie się dowiemy, co takiego wybitnego zrobiła pani Wu! Nad czym pracowała? No dowiemy się czy nie?

Otóż, nie. Dwa późniejsze akapity zawierają nieudolne streszczenie zagadnienia zachowania parzystości, opartego o mętne metafory z użyciem Alicji w Krainie Czarów i przykładów pożyczonych z chemii, które nijak nie tłumaczą sprawy, a już na pewno nie wyjaśniają wkładu Chien-Shiung. Na koniec, jakby tego wszystkiego było mało, Odifreddi daje “pierwszej damie fizyki” dwa liście w twarz. Nadal nie mamy pojęcia, co badała, na czym polegał jej genialny eksperyment, ale w zamian, dość dokładnie (jak na standardy Włocha) zostajemy wprowadzeni w teoretyczne osiągnięcia jej kolegów, którzy – z pominięciem doświadczalniczki – dochrapali się Nobla.

Jedyną osobą, która zdecydowała się spróbować – skoro chodziło właśnie o dziedzinę, w której pozostawała bezdyskusyjną specjalistką – była właśnie Wu. Pracowała nad nim miesiącami i niespodziewanie odkryła, 9 stycznia 1957, że jednak, wbrew wszelkim oczekiwaniom, parzystość nie była zachowana. Kiedy wiadomość się rozniosła, trójka chińskich naukowców stała się natychmiast sławna.

Z rozdziału “Dwa pogwałcenia symetrii. Chien-Shiung Wu (1912-1997)”

I jest mi strasznie przykro, że w książce, która rzekomo miała być o genialnych kobietach, można poczytać sporo, ale… o genialnych mężczyznach.

Myślicie, że tylko Wu została tak przez Odifreddiego sprowadzona do egzotycznego stroju i ujmującej powierzchowności? Oczywiście nie. Włoch w Geniuszu kobiet w najlepszym wypadku pisze kompletne banały, w najgorszym w ogóle nie opisuje bohaterki danego rozdziału. Ada Lovelace? Jest, ale zamiast o jej przełomowych pracach czytamy o tym, że była córką lorda Byrona – tego samego, które wiersze czytaliśmy na lekcji polskiego. Emmy Noether? Pojawia się, ale dopiero po trzech stronach poświęconych paru mężczyznom, a potem niknie gdzieś pomiędzy historią nazistów w Niemczech i stalinowską czystką w Związku Radzieckim.

Po co więc – w dobie internetu – powstaje publikacja, która niesie mniej informacji niż najskromniejszy wpis na Wikipedii? Nie wiem i mam wątpliwości czy wie to sam autor. Historyczne dodatki do tygodników są więcej warte niż cała ta wymęczona broszurka.

Nawet jeśli Odifreddi chciał dobrze i autentycznie zainspirowany życiorysami opisywanych kobiet sięgnął po pióro, to zamiast wystawić swym muzom laurkę napluł im wszystkim w twarz i to dwa razy. W Geniuszu kobiet nie ma ani kobiet, ani ich geniuszu. Przysłonięte przez mężczyzn (jakkolwiek również wybitnych, to jednak nie mających chyba stanowić centrum narracji), sprowadzone do aparycji i charakteru w ogóle nie zostały zaprezentowane od swojej naukowej strony, choć to nam przecież w tytule obiecano.

Wisienką na torcie (i może trochę moim czepialstwem) jest okładka książki, która atakuje nas różowym i fikuśnym fontem, pasującym bardziej do jakichś tanich romansideł niż do poważnej pozycji z historii nauki. Gabaryty są równie skromne co treść i może nawet lepiej – łatwiej takie coś schować za okazalszymi i wartościowszymi tomami, gdzie nie będzie się rzucać w oczy. Oby nikt jej na naszej półce nie wypatrzył.

Cieszy mnie, że coraz więcej miejsca poświęca się wybitnym kobietom w nauce, polityce i historii, bo rzeczywiście przez długi czas spowijała je zasłona milczenia. Nie potrafię jednak zdzierżyć sytuacji, w której autor próbuje wybić się na coraz bardziej popularnym nurcie herstorii, serwując takie dziadostwo. Tym samym lekceważąco traktuje nie tylko opisywane kobiety, ale własnych czytelników.

Info:
Autor: Piergiorgio Odifreddi;
Przełożyła: Agnieszka Liszka-Drążkiewicz;
Tytuł: Geniusz kobiet. Historie kobiet, które zmieniły świat nauki;
Tytuł oryginału: Il geniu delle donne. Breve storia della scienza al femminile;
Wydawnictwo: Copernicus Center Press;
Wydanie: Kraków 2021;
Liczba stron: 221.
Jak zostać guru? Filozoficzna rewolucja kopernikańska – kilka słów od Janusza Życzkowskiego Ekslibris – bibliofilu, oznacz swój księgozbiór!