Książka "Czas kosmosu" Zubrin

Zostańmy gatunkiem międzyplanetarnym – recenzja książki “Czas kosmosu”

Ostatnia dekada była dla branży astronautycznej niezwykle ekscytująca. Zyskaliśmy rakiety wielokrotnego użytku, koszty wynoszenia ładunków spadły, a biznesowa konkurencja napędza rozwój. Orędownicy intensywnej eksploracji Układu Słonecznego otrzymali więcej niż mogli sobie wymarzyć.

Robert Zubrin to ikona. Jego best­sel­ler – wydany w latach 90. Czas Marsa – był czymś więcej niż kolejną popu­lar­no­nau­kową publi­ka­cją opo­wia­da­jącą o szansach na odwie­dze­nie przez czło­wieka Czer­wo­nej Planety. Książka sta­no­wiła głos całego poko­le­nia inży­nie­rów, naukow­ców i pasjo­na­tów roz­cza­ro­wa­nych bez­na­dziejną sta­gna­cją, w jaką popadła ludzkość po zakoń­cze­niu programu Apollo. Zubrin – sam będący eks­per­tem w zakresie inży­nie­rii kosmicz­nej – przed­sta­wił w swoim dziele nie tylko szcze­gó­łowy, nasą­czony tech­ni­ka­liami plan lotu na sąsiedni glob (Mars Direct), ale przede wszyst­kim argu­men­to­wał, dlaczego taka misja jest niezbędna.

Odpo­wiedni podkład muzyczny: The Case for Mars z udziałem Roberta Zubrina.

Kiedy więc Wydaw­nic­two Naukowe PWN zapo­wie­działo polskie wydanie kolejnej pracy Zubrina (z dwu­let­nim opóź­nie­niem, ale lepiej późno niż wcale), od razu wie­dzia­łem, że muszę ją mieć na półce. Między Czasem Marsa, a Czasem kosmosu upłynęło niemal ćwierć wieku. 25 lat, podczas których ciężar kosmicz­nej roz­grywki wyraźnie prze­su­nął się od pań­stwo­wych agencji w kierunku grupki aro­ganc­kich miliar­de­rów. Pier­wotny zubri­nowy plan Mars Direct, choć wciąż inte­re­su­jący, stał się w zasadzie nie­ak­tu­alny. Cie­ka­wiło mnie, jak w tym kon­tek­ście ewo­lu­owały poglądy już niemal 70-letniego autora. Chciałem wiedzieć, czy wobec tego wszyst­kiego zdołał on zachować swój pło­mienny i zaraź­liwy entu­zjazm. Czy nadal wierzy w uczy­nie­nie ludzi gatun­kiem międzyplanetarnym?

Odpo­wie­dzi dostar­czają już począt­kowe strony Czasu kosmosu. Zaraz po minięciu spisu treści trafiamy na wpro­wa­dze­nie, będące w istocie emo­cjo­nu­jącą relacją dzie­wi­czego startu Falcona Heavy z 6 lutego 2018 roku (chyba wszyscy pamię­tamy starmana za kółkiem czer­wo­nej Tesli Roadster). Od tego momentu, aż do końca lektury nie miałem złudzeń: marzenia Roberta Zubrina nie osłabły, lecz ewo­lu­owały wchodząc w symbiozę z osza­ła­mia­ją­cymi wizjami Elona Muska. 

Kiedy pierwszy raz spo­tka­łem Muska w 2001 roku, dys­po­no­wał dobrym zaple­czem naukowym, ale nic nie wiedział na temat rakiet. Gdy odwie­dzi­łem go w jego pierw­szej fabryce w El Segundo w 2004 roku, było jasne, że sam przy­swoił więk­szość infor­ma­cji na temat inży­nie­rii rakie­to­wej, choć był nadal naiwny, jeśli chodzi o trud­no­ści związane z lotami. (…) Ale w 2007 roku wiedział już wszystko – poznał nawet ból porażki związany z dwoma nie­uda­nymi startami.

Książka nie liczy nawet trzystu stron, mimo to została dość mocno poszat­ko­wana na dwie części (I. Jak możemy to osiągnąć oraz II. Dlaczego musimy), 14 roz­dzia­łów oraz kil­ka­dzie­siąt pod­roz­dzia­li­ków. Treść obejmuje niemal wszyst­kie aspekty przy­szłej obec­no­ści czło­wieka w kosmosie. W części pierw­szej poczy­tamy o ini­cja­ty­wach SpaceX, bazach księ­ży­co­wych (Moon Direct), odświe­żo­nej wersji planu Mars Direct, pomy­słach na ter­ra­for­mo­wa­nie Czer­wo­nego Globu, gór­nic­twie na pla­ne­to­idach, szansach na eks­plo­ra­cję zewnętrz­nych regionów Układu Sło­necz­nego (zwłasz­cza księ­ży­ców Jowisza) oraz napędach kosmicz­nych, które mogą nam to wszystko umożliwić. 

W części drugiej Zubrin w swoim stylu staje na uszach, aby prze­ko­nać czy­tel­nika, że roz­wa­żane cele warte są każdego wydanego dolara. Wyko­rzy­stuje przy tym całą paletę argu­men­tów. Na początek przy­wo­łuje piękne idee doty­czące poznania i posze­rza­nia hory­zon­tów. Wspomina zarówno o księ­ży­co­wych obser­wa­to­riach, jak i dokład­niej­szych poszu­ki­wa­niach śladów poza­ziem­skiego życia. Następ­nie sięga do ludzkiej natury, żądnej wyzwań i eks­pan­sji. Rozwija często powta­rzany przez siebie pogląd, że kolejne cywi­li­za­cje albo się roz­wi­jały, albo ryzy­ko­wały sta­gna­cję i upadek. Wreszcie, otrzy­mu­jemy powody bardziej uty­li­tarne, doty­czące zarówno prze­trwa­nia naszego gatunku, jak również gospo­darki, zawsze łaknącej nowych bodźców i prze­strzeni rozwoju.

Wyprawa z Afryki była klu­czo­wym krokiem na drodze do osią­gnię­cia doj­rza­łej cywi­li­za­cji typu I, do którego zbliża się obecnie gatunek ludzki. Dzi­siej­szym wyzwa­niem jest przej­ście do typu II. Istotnie, usta­no­wie­nie praw­dzi­wej cywi­li­za­cji podró­żu­ją­cej w kosmosie oznacza zmianę statusu ludz­ko­ści, tak ogromną i groźną, jak niegdyś przej­ście ludów Afryki Wschod­niej na zlo­do­wa­ciałe pust­ko­wie Północy – z Doliny Ryftu Afry­kań­skiego do obecnej spo­łecz­no­ści globalnej.

Oczy­wi­ście świat pełen jest kuglarzy i futu­ry­stów ochoczo sypią­cych fan­ta­zjami bez żadnego pokrycia. Czar Zubrina polega na tym, że potrafi on połączyć swoją bogatą wyobraź­nię z inży­nier­skim zacię­ciem. Przed­sta­wione wizje zawsze stara się pod­pie­rać danymi i tech­nicz­nymi roz­wią­za­niami. Były momenty, kiedy podczas lektury prze­wra­ca­łem oczami z myślą – “bajki, przecież to nie­wy­ko­nalne” – po czym, jak na zamó­wie­nie, zostałem poczę­sto­wany tabelami, wykre­sami, obli­cze­niami oraz wzorami reakcji che­micz­nych, które sku­tecz­nie zmięk­czały mój scep­ty­cyzm (ale spo­koj­nie, nie są to treści wyma­ga­jące doktoratu). 

Co nie mniej istotne, autor dzieli się nie tylko wiedzą tech­niczną, doty­czącą budowy rakiety lub składu mate­riału pędnego, ale również spo­strze­że­niami z zakresu ekonomii. Zwłasz­cza pierwsze roz­działy najeżone są licznymi kwotami pro­wa­dzą­cymi do opty­mi­stycz­nego wniosku, że rakiety wie­lo­krot­nego użytku, zgodnie z ocze­ki­wa­niami, znacznie obniżyły koszty wyno­sze­nia ładunków na orbitę. Zubrin oczy­wi­ście na tym nie poprze­staje i spe­ku­luje, jakie warunki muszą jeszcze zaist­nieć, aby loty stały się jeszcze bardziej opła­calne. Żeby kosmos był dostępny niemal na wycią­gnię­cie ręki (która nie będzie ręką Bezosa lub Muska).

Właśnie te konkrety czynią Czas kosmosu pozycją tak war­to­ściową. Twórca Mars Direct posiadł uni­ka­tową zdolność łączenia ide­ali­zmu z nauką, wizjo­ner­stwa z inży­nier­ską dro­bia­zgo­wo­ścią, marzeń z racjonalizmem.

Gdybym jednak musiał wskazać, którego autora na kartach książki widać wyraź­niej – marzy­ciela czy trzeź­wego inży­niera – przy­chy­lił­bym się ku temu pierw­szemu. Zubrin kon­se­kwent­nie od lat nie dostrzega ogra­ni­czeń dla ludzkiej kre­atyw­no­ści i gdyby tylko mógł, praw­do­po­dob­nie natych­miast zarzą­dziłby zasie­dla­nie obcych globów. Z tego powodu, jestem w stanie wyobra­zić sobie typ czy­tel­nika, który uzna recen­zo­waną publi­ka­cję za naiwną, a może nawet szko­dliwą. Jed­no­cze­śnie lektura Czasu kosmosu będzie rewe­la­cyjną przygodą dla każdej osoby podzie­la­ją­cej kosmiczny entu­zjazm Zubrina, śle­dzą­cej poczy­na­nia Elona Muska i wycze­ku­ją­cej pierw­szego czło­wieka na powierzchni Czer­wo­nej Planety.

Info:
Autor: Robert Zubrin;
Przełożył: Maria Popis;
Tytuł: Czas kosmosu;
Tytuł oryginału: The Case for Space: How the Revolution in Spaceflight Opens Up a Future of Limitless Possibility;
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN;
Wydanie: Warszawa 2021;
Liczba stron: 296.
Total
15
Shares