Dziedzictwo Fundacji – Isaaca Asimova spojrzenie na ludzkość

Popularna anegdota głosi, że Isaaca Asimova i Arthura C. Clarke’a łączyła szczególna umowa. Na mocy Paktu Asimov-Clarke z Park Avenue – zawartego podczas przejażdżki nowojorską taksówką – Asimov przyrzekł, że będzie publicznie uznawał swojego przyjaciela za najlepszego pisarza fantastycznonaukowego; Clarke zaś zobowiązał się do zaznaczania, że najlepszym pisarzem naukowym jest Asimov.

Nie pozostaje mi w tej sytuacji nic innego, niż zaprosić was na tekst poświęcony twórczości najlepszego pisarza naukowego świata – który właśnie dziś obchodziłby swoje 101. urodziny.

Niniejszy tekst to gościnny artykuł napisany przez miłośniczkę literatury Weronikę Cygan. Mam nadzieję, że styl autorki przypadnie wam do gustu i wprowadzi na blogu odrobinę świeżości.

Narodziny Fundacji

Nie wszystkie dzieła science-fiction starzeją się z wdziękiem. To, co kiedyś zdawało się przełomowe i nowatorskie, dziś często wzbudza politowanie. Z Fundacją Asimova jest jak z winem – im starsze, tym lepsze. Tym bardziej doceniamy wyjątkową ponadczasowość dzieła, które ma już na karku z sześć dekad. To nie jedynie świetnie napisana historia, ale inspirująca wizja przyszłości znakomitego pisarza, któremu przenikliwości pozazdrościć może wielu obecnie tworzących autorów.

Isaac Asimov (1920-1992), jeden z najwybitniejszych autorów s-f w dziejach.

Isaac Asimov był z wykształcenia biochemikiem, co z pewnością ułatwiało mu odpowiednie potraktowanie science, we własnej twórczości. Nie używał jej wyłącznie jako pudru dla fabuły (co zdarza się nieraz i kultowym dziełom), ale traktował ją z pełną powagą i budował na solidnych naukowych fundamentach. Nigdy nie przesycał rozdziałów Fundacji żargonem czy zawiłymi pojęciami, a mimo to wszystkie pojawiające się w niej zagadnienia z fizyki, ekologii, biologii czy psychologii i statystyki przedstawiał zrozumiale nawet dla laika.

Pierwszy tom Fundacji powstał w 1951 r. Dwa kolejne – Fundacja i Imperium oraz Druga Fundacja wydano odpowiednio w 1952 i 1953 r. Autor podjął urwany wątek dopiero po niemal 30 latach, kiedy udało mu się zakończyć Agenta Fundacji (1982) i Fundację i Ziemię (1986). Mając te daty na uwadze, trudno nie odczuwać podziwu dla błyskotliwości i dalekowzroczności Asimova, gdy pisał on o wynalazkach „jutra”. Jego komputery posiadały funkcje, które znaleźć możemy we własnych urządzeniach i mogłyby robić wrażenie nawet na obecnie żyjących technofilach. Troskę o zanieczyszczenie środowiska i klimat wyrażał jasno, a jego przestrogi nie mogłyby być aktualniejsze, gdyby napisał je parę miesięcy temu.

Racjonalista i wnikliwy obserwator

Ukłon, urodzonemu w Związku Radzieckim pisarzowi, należy złożyć za jego bezkompromisowe podejście do krzewienia racjonalizmu i jego obrony, którą podejmował nie tylko wojując piórem, ale równie chętnie udzielając wywiadów. Bez skrupułów piętnował szarlatanów i wszelkie zabobony. Godny wspomnienia jest jego cytat z rozmowy przeprowadzonej z dziennikarzem Richardem Heffnerem. Isaac, choć pozbawiony złudzeń, okrasił wypowiedź szczyptą nadziei:

Ludzkość nie jest racjonalna. (…) Nawet jeśli nie będę w stanie przekonać całego świata do racjonalizmu, może chociaż zainspiruję jakąś przypadkową osobę. Nawet najdrobniejsza dawka do całej porcji racjonalizmu jest niezwykle cenna. Chciałbym być odpowiedzialny za możliwie największą liczbę kropli, które mogą spaść do tego małego stawu (racjonalizmu – przyp.).

Jako wnikliwy obserwator rzeczywistości, był świadom roli, jaką gatunek science-fiction odgrywać może w popularyzacji nauki oraz jakim polem do analizy stanie się z pewnością dla następnych pokoleń. Wyraził to dobitnie w tym samym wywiadzie, twierdząc że:

Dobre science-fiction próbuje wykreować społeczeństwo, które jest inne od naszego, wyraźnie odmienne, ale które daje nam pewną lekcję o nas samych. (…) Najważniejszą rzeczą jest sprawdzenie, czy jesteśmy w stanie przewidzieć kondycję ludzkości w konkretnym systemie i pod wpływem konkretnego sposobu myślenia, jakie miałoby być udziałem społeczeństwa różniącego się od naszego własnego.

Dzieło, będące zawsze, do pewnego stopnia, skrystalizowaną formą lęków autora, jego własnych przekonań, marzeń czy nadziei, daje wgląd nie tylko w osobowość pisarza, ale w tak samo bezpośredni sposób jest świadectwem rzeczywistości, w której ten kreował swój wyimaginowany świat.

Wywiad z Asimovem przeprowadzony w 1988.

Robot też człowiek

Pomysłodawca “trzech praw robotów” wiele miejsca w swej literaturze poświęcał myślącym maszynom. Nie był w tym zainteresowaniu odosobniony, bo kwestia ta rozpalała umysły wielu ówczesnych artystów. Wątek strachu przed robotami czy androidami, które mogą wymknąć się spod kontroli, eksploatujemy w równym stopniu dziś, co kilkadziesiąt lat temu. To kwestia absorbująca nie tylko fantastów, ale samych naukowców, zwłaszcza że w dziedzinie sztucznej inteligencji ciągle obserwujemy imponujący postęp. W czasach Asimova zagadnienie SI roztaczało taką elektryzującą aurę, jaka cechuje dyscypliny dopiero raczkujące, ale przykuwające uwagę wszystkich wokół. Nic dziwnego, że jako dziewiczy teren dla artystów i filozofów stanowiła pociągający motyw do rozważań.

Obawy oraz przestrogi wyrażane przez tamtejszych pionierów, nie straciły wcale tak mocno na swej aktualności. Samo wyobrażenie sztucznego umysłu mogło się zestarzeć, ale już dylematy pokroju: “Kiedy możemy mówić o samoświadomości?”, albo “Czy SI to większe zagrożenie lub szansa?” nadal są gorąco dyskutowane. Pytań zdaje się przybywać w miarę wzbogacania naszej wiedzy z zakresu psychologii i etologii – nikt nie przyznałby już racji Kartezjuszowi z jego przekonaniem o bezmyślnych i pozbawionych odczuć zwierzętach. Wiemy, że żyjące organizmy reagują mniej lub bardziej świadomie na otoczenie; doświadczają bólu, strachu, przywiązania, a pewna ich część posługuje się pełnoprawnymi narzędziami. Czy w momencie, gdy SI zyska samoświadomość, będziemy w stanie zauważyć to i przyznać jej z tego tytułu prawa? Czy to w ogóle możliwe, aby w drodze innej niż biologiczna ewolucja wytworzył się umysł, działający na podobnych zasadach?

Finał Fundacji i Ziemi nie daje jednoznacznej odpowiedzi na żadną z powyższych wątpliwości, ale sugeruje, że rozwiązanie potencjonalnego problemu, bynajmniej nie będzie oczywiste. Wielce prawdopodobne, iż niemożliwym okaże się zastosowanie wobec niego kategorii czarno-białych. Zakończenie cyklu to kwintesencja wszystkich lęków i wiary, jakie ludzkość wiązać może z robotami.

Agresywna małpa

Asimov jeszcze mniej przychylnie postrzegał naturę samego naszego gatunku. Nie wątpił, że nawet za tysiące lat, gdy miliony światów Drogi Mlecznej zasiedlałyby już setki miliardów ludzi, nadal będą oni toczyć wojny, z równie wielkim zapałem, co ich paleolityczni antenaci. I choćby nie posuwali się do fizycznej agresji za każdym razem, to nie omieszkaliby uczestniczyć w licznych intrygach i spiskach, byle zwyciężyć w walce o władzę i pognębienie oponenta.

To przekonanie pisarza z pewnością było do pewnego stopnia podsycane przez utrzymującą się w drugiej połowie XX w., zimną wojnę, której oblicze obserwował na własne oczy. Ten ponury okres odcisnął swe piętno w sztuce i popkulturze bardzo wyraźnie. Źli Rosjanie i bohaterscy Amerykanie przewijali się szeroko w zachodniej kinematografii i literaturze. Nie zawsze zresztą w sposób oczywisty – zdarzało się, że artyści bardziej subtelnie dotykali tematu, ale wciąż wiadomo było, co próbują przekazać.

Asimov, szczęśliwie dla swojego cyklu, zrezygnował z umieszczania Stanów Zjednoczonych i ZSRR w Imperium Galaktycznym. Inne dzieła, których autorzy nie mieli podobnych oporów, brzydko się zestarzały. Choć im samym zdawać się mogło, że trwający dekady konflikt będzie ciągnął się wieczność, nam – czytając ich anachroniczne prognozy – trudno jest wczuć się w opowieść. Fundacja nie tyle, więc odtwarza zimną wojnę, co czerpie z niej pewną inspirację.

Pewne aluzje do Związku Radzieckiego zauważyć można w Comporellonie. Planecie, zajmującej peryferia galaktyki, próbującej utrzymać możliwie największą niezależność od Terminusa. Potencjalnych gości odstraszali niezbyt przyjaźni mieszkańcy oraz klimat globu, spowitego śniegiem i temperaturą grubo poniżej zera. Comporellon ze swym surowym obliczem raczej nie figurował w katalogach galaktycznych biur podróży. Przyciągać mógł jedynie największych śmiałków żądnych przygód. Rządom twardej ręki, przejawiającym się w powszechnej kontroli obywateli i narzucaniu im ścisłych zasad funkcjonowania (włącznie z organizacją ich życia osobistego), towarzyszyła przygnębiająca architektura – przysadziste budowle, niepozorne z lotu ptaka, złowieszczo rozrastały się w głąb ziemi, tworząc ukryte korytarze. Podobny obraz Rosji, jako kraju nieprzystępnego i budzącego lęk, miało wielu ludzi, żyjących na przytulnym i wolnym Zachodzie.

Echa zimnej wojny można dostrzec w jeszcze innym aspekcie – w konflikcie i nieustannym wyścigu zbrojeń między Pierwszą a Drugą Fundacją. Druga udawała, że nie istnieje; Pierwsza zaś, że w to wierzy. Za to obie w tym samym czasie konstruowały w ścisłej tajemnicy, każda swą własną, specjalną broń. Cel dla rywali był ten sam – podporządkować sobie przeciwnika, a ostatecznie całą Drogę Mleczną. Paranoja w Pierwszej i Drugiej Fundacji kazała czujnie obserwować własne otoczenie i wypatrywać potencjalnych szpiegów. Równie nerwowe ruchy panowały w USA i ZSRR, które chcąc kontrolować wroga, posuwały się do inwigilacji i zachowywały podejrzliwie nawet wobec własnych obywateli.

Klimatyczna apokalipsa i żyjąca planeta

W tej chwili, obawa, że ktoś przyciśnie czerwony guzik, w wyniku którego wszystko rozsypie się w proch, nie jest tak dojmująca jak dawniej; choć oczywiście, nadal widmo wybuchu kolejnej globalnej wojny gdzieś się tli. Dziś tematem, który zaprząta najwięcej uwagi jest bez wątpienia globalne ocieplenie i zanieczyszczenie środowiska, stanowiące coraz poważniejsze wyzwanie dla ludzkości. Z zagrożenia, jakie niosą za sobą obydwie te kwestie, Asimov doskonale zdawał sobie sprawę już z pół wieku temu i pisząc Fundację nie omieszkał tych problemów poruszyć. Wyprawił dwóch obywateli Terminusa – radnego Golana Trevize i historyka Janova Pelorata – na poszukiwania kolebki ludzkości – Ziemi. Nie mając żadnych współrzędnych planety, zmuszeni byli prowadzić skrupulatne dociekania, ale wszędzie, gdzie trafiali na strzępek informacji, dowiadywali się, że Ziemię pochłonął kataklizm, który ludzkość sprowadziła sama na siebie. Nie mogąc ratować swego domu, ludzie zmuszeni zostali osiedlić się w innych miejscach galaktyki. Scenariusze tego dramatu różniły się w detalach, w zależności od źródła, na które bohaterowie się natknęli, ale wszelkie sugestie zwykle zgodnie wskazywały na nadmierną eksploatację zasobów globu, a w konsekwencji jego totalną degradację. Planeta miała również odstraszać napromieniowaniem, które zniszczyłoby każdego, próbującego postawić na jej powierzchni stopę.

Jako przeciwwagę dla niefrasobliwości, egoizmu i uosabiającego je przedimperialnego człowieka, który doprowadził do ruiny własny dom, autor przedstawił Gaję. Jej istota i struktura miała być niemożliwa do objęcia umysłem przez Homo sapiens. W całej Drodze Mlecznej, jako planeta-organizm, stanowiła niespotykany nigdzie indziej ewenement. Zamieszkana przez fizycznie normalnych ludzi różniła się świadomością, rozproszoną w drodze ewolucji na wszystkich jej mieszkańców – wraz z każdym jednym człowiekiem, obejmowała wszelkie żywe organizmy, jak rośliny, zwierzęta, mikroorganizmy, a nawet materię nieorganiczną. Ich wspólne odczuwanie miało być idealnie zsynchronizowane, choć każda cząstka dysponowała całkiem sporą swobodą. Pełna autonomia jednostki w dużym stopniu poświęcona dla dobra wspólnoty pozwalała na tyle niezależności, na ile niezależnie można potraktować oko od małego palca u nogi – organy mają zupełnie różne funkcje i nie są bezpośrednio ze sobą powiązane, ale razem pozwalają jak najlepiej funkcjonować całemu ciału. Czujne oko powinno zawczasu dostrzec przeszkodę, którą mały palec ominie, a przynajmniej takie jest założenie.

Czy Asimov marzył, by w przyszłości ludzkość rozpłynęła się w gajańskiej nirwanie? Trudno powiedzieć. Ustami Bliss, obywatelki Gai, zachwalał harmonię na planecie – nikt nie był głodny ani spragniony, bo dobrobyt jednej osoby był splątany z dobrobytem pozostałych. Znikał problem przeludnienia, przestępstw oraz chorób i zanieczyszczenia środowiska, z kolei klimat regulowałby się sam, spuszczając deszcz tam, gdzie byłby akurat potrzebny; albo rozpraszając chmury dla słonecznych promieni, rozwiewających nadmierny chłód. Jednocześnie słowami, wypowiadanymi przez Golana Trevizego, zagorzałego przeciwnika podobnego systemu, wyrażał lęk i niepokój w stosunku do Gai. Radny nie rozumiał jak istota ludzka z własnej woli miałaby dać pozbawić się indywidualności, skoro to ona właśnie była źródłem wszelkiego postępu i innowacji.

Swoją drogą, dysputy toczone przez Bliss i Trevizego, to przejaw niezwykłej wrażliwości i literackiego kunsztu Isaaca. Doskonale rozpisane dialogi są przepełnione podobnymi do powyższych rozważaniami, a każda postać równie zaciekle broni swoich racji, wysuwając liczne argumenty. Imponuje fakt, że autor potrafił tak przekonująco bronić zupełnie różniących się od siebie wizji, wplatając je gładko w wypowiedzi wykreowanych bohaterów. Czy rozterki tych ostatnich, nie trapiły przypadkiem samego artysty.

Triumf psychohistorii

Najbardziej przełomowym pomysłem w science-fiction, będącym autorskim wkładem Asimova w gatunek, jest idea psychohistorii. Na tej jednej koncepcji dyscypliny, przełamującej dotychczasowe schematy, osadza się cała fabuła Fundacji. Jej założenia i cele napędzają międzygalaktyczne wydarzenia.

Psychohistoria jest zachwycająca w swej eleganckiej prostocie sprowadza się do dwóch założeń (o czym za moment). Jednocześnie jest też szalenie skomplikowana i złożona w praktycznym zastosowaniu. Ten dualizm doskonale odzwierciedla cechy samego człowieka, który choć działa zazwyczaj przewidywalnie, potrafi nieraz wykręcić numer, jakiego nikt się po nim nie spodziewa.

Nowa dziedzina, narodziła się jeszcze za czasów Imperium Galaktycznego, którego rozkład dostrzegł pewien skromny, lecz przenikliwy i bystry naukowiec, Hari Seldon. Wymyślił psychohistorię, jako spadochron dla międzygalaktycznej społeczności, która dzięki niej miała odczuć upadek Imperium znacznie łagodniej; miał on też trwać znacznie krócej, niż gdyby zdarzenia pozostawiono własnemu biegowi. Krócej, to w tym przypadku wciąż tysiąc lat odbudowywania potęgi, ale w porównaniu z dziesiątkami tysięcy lat chaosu, zdaje się być mgnieniem oka. Choć traktowana początkowo jako fanaberia, z upływem lat psychohistoria zyskiwała uznanie, stając się doktryną, zgodnie z którą miał działać Terminus – stolica Pierwszej Fundacji, a jednocześnie zalążek nowego Imperium.

Hari Seldon, książkowy twórca teorii psychohistorii.

Czego wymagał Seldon, aby nowo powstała dyscyplina poprawnie działała? Wskazał dwa założenia, których bezwzględnie należało przestrzegać: Po pierwsze, uwzględniać należy dużą populację ludzi, co w kosmicznych warunkach wydawało się banalnie proste. Po drugie – i ważniejsze – możliwie najmniejsza liczba osób może wiedzieć o tym, czym się psychohistoria faktycznie zajmuje i jak działa. Świadomość uczestnictwa w eksperymencie, zawsze zaburza jego przebieg, a zatem i pozyskane wyniki. W miarę jak Fundacja zmagała się z kolejnymi wyzwaniami, szansa na wywiązanie się z tego ostatniego warunku często wisiała na włosku, co groziło kryzysem oraz upadkiem całego kunsztownego Planu Seldona.

Ludzie, podobnie jak dowolnie duży zbiór danych, mieliby podlegać powszechnym prawom i zasadom zachowania. Reguły psychohistorii dotyczyłyby, więc wyłącznie skupisk – im większych, tym bardziej przewidywalnych. Nie odnosiłyby się natomiast do jednostek, których zachowania cechuje spontaniczność.

Nauka czy już magia?

Pomysł, aby przewidywać posunięcia całych społeczności, poddając je statystyce i wyciągać z rządzących nimi prawami wnioski jest kuszący i obiecujący. Widząc rodzący się konflikt, być może dałoby się go zdusić w zarodku, dostrzegając w oceanie ludzkich decyzji tendencje, podatne na odpowiednie ukierunkowanie. Jednocześnie cały koncept budzi silny niepokój – równie potężne narzędzie, byłoby wymarzonym instrumentem w rękach mediów i rządów, dążących do podporządkowania sobie mas. Skoro jednak z roku na rok, tworzymy coraz precyzyjniejsze prognozy pogody, lepiej radzimy sobie z monitorowaniem ognisk epidemii, być może nadejdzie moment, gdy tak samo świetni staniemy się w przewidywaniu społecznych interakcji. Nie brzmi to dziś wcale tak abstrakcyjnie jak mogłoby się wydawać.

Od chwili, kiedy Seldon rozpisał swoje prognozy rozłożone na wieki wprzód i zaprezentował pierwszą z nich, wszystkich rozpaliła ciekawość, czy wielki uczony faktycznie przewidział przyszłość i czy jego Plan się ziści? Na poznanie odpowiedzi potrzeba było pokoleń i kilku tomów Fundacji. Podczas cyklicznie pojawiających się hologramów Hariego, gdy ogłaszał on swoje rachuby na następne lata, co jakiś czas niczym echo wracało pytanie: “Czy Seldon mógł się pomylić?” Czy ktokolwiek byłby w stanie stać się jasnowidzem z pomocą jedynie statystyki, psychologii i matematyki?

Nawiasem mówiąc Asimov uwypuklił pewne znamię zaawansowanej nauki, która z upływem czasu ma skłonności do pogrążania się w skostniały formalizm, a w skutek coraz większej specjalizacji, do oddalania się od szarego człowieka. Podobne wyzwanie nie było obce i psychohistorykom. Im bardziej upadłe Imperium i jego planety osuwały się w chaos, tym większa przepaść tworzyła się między nimi, a fundacyjnym Terminusem, ze stale rozwijaną technologią. Doszło do tego, że mieszkańcy innych światów, postrzegali zdobycze techniki dawnej cywilizacji jak magię – wyrobnicy-kapłani, konserwowali w miarę swych możliwości reaktory jądrowe, niestety nie znali ich planów konstrukcji i zawiłych obliczeń, umożliwiających ich stworzenie. Działanie urządzeń tłumaczyli sobie, odwołując się do magii.

Arthur C. Clarke mawiał: “Każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii”. Asimov to pokazał.

Być cyborgiem, albo nie być

Jest jednak kilka kwestii, które wydają się być w Fundacji pominięte, a ich nieobecność ma prawo dziwić współczesnego czytelnika, a przynajmniej zwracać jego uwagę.

Dzisiejsze produkcje filmowe czy pozycje z literatury, gdy opisują społeczeństwo przyszłości uwzględniają zwykle jakąś formę połączenia ludzkiego organizmu z systemem komputerowym. Ludzki umysł, jaźń, wspomnienia mogłyby być przechowywane zewnętrznie lub przesyłane do tzw. chmury, niczym dzisiejsze pliki, udostępniane wirtualnie. Współczesne dzieła mocno penetrują wątek transhumanizmu, analizują jego granice, potencjalne korzyści i możliwe zagrożenia. Wyobrażamy sobie, że za ileś lat, człowiek będzie mniej lub bardziej organicznie modyfikowany i nie będą to wyłącznie protezy czy rozruszniki serca, pomagające przezwyciężyć choroby lub zwyrodnienia. Widzenie w podczerwieni, wszczepy poprawiające refleks, kondycję, siłę – nęcące scenariusze z science-fiction, wydają się coraz bardziej prawdopodobne w miarę postępu nauki.

U Asimova, co ciekawe, zupełnie brakuje choćby śladu sztucznego ulepszania człowieka. Istnieje podział na Homo sapiens i roboty, ale zawsze są to zupełnie różne jednostki, które się nijak nie przenikają. Dziwi pominięcie tej problematyki, bo już literaccy rówieśnicy Isaaca, poruszali podobne kwestie, choć miewali nieraz pewne opory przypisywać robotom dobre intencje (Frank Herbert w Diunie dopuszczał istnienie ulepszonych ludzi. Było to jednak traktowane jako aberracja, rzecz wręcz nieakceptowalna, tabu).

Asimov w towarzystwie robotów.

Wydaje się, że z upływem czasu, wyzbywamy się lęku związanego z transhumanizmem i przejawiamy więcej życzliwości i zrozumienia dla całego konceptu. Nie widzimy głównie zagrożenia w robotach (choć, nadal je rozważamy), ale jesteśmy świadomi, że postęp jest nieunikniony i należy z niego czerpać najwięcej korzyści. Jesteśmy bardziej skłonni uznać, że cybernetyczne ulepszenia ludzkiego ciała mogą stać się nie tyle kwestią chęci, lecz konieczności. Mechanizm najpewniej będzie działał siłą rozpędu. Raz ruszonej maszyny nie będzie się dało zatrzymać. Innymi słowy, jesteśmy skazani na ciągłe poszerzanie granic nauki i dostosowywanie się do świata, jaki wyłoni się z nowej rewolucji, na wzór rewolucji przemysłowej, lub internetowej.

Zróżnicowana monotonia

Na koniec warto jeszcze kilka słów poświęcić ogólnej wizji społeczeństwa, a konkretnie jej zaskakującej homogeniczności w Fundacji. Jak na ludzkość znacznie bardziej zaawansowaną technologicznie i przekształconą w wyniku zmiany stylu życia na międzyplanetarny, bardzo zachowawczo i konserwatywnie podchodzi ona do obyczajowości i kultury.

Rzecz nawet nie w tym, że mało jest w Fundacji ekstrawagancji – jej szczytem w oczach obywateli Terminusa, są różnokolorowe szarfy, na jakie pozwala sobie jeden z radnych, podczas gdy reszta zakłada monotonne i szarawe kostiumy. To przecież zwykła kwestia mody. Różowe irokezy, pokryte tatuażami czy kolczykami ciała, to raczej domena cyberpunku i jako taka obecna szerzej tylko w tym podgatunku. Zaskakuje, mimo wszystko, brak wyróżniających się subkultur czy grup społecznych na terenach dawnego Imperium, choć nie znaczy to, że ich zupełnie brakuje. Oczywiście, każdy świat posiadał pewien, typowy tylko dla niego koloryt, ale nie bardzo dałoby się wskazać pośród nich jakieś obyczajowe kuriozum, coś szokującego dla dzisiejszego czytelnika. Wydaje się, że Asimov nie skupiał się po prostu, na podobnych zagadnieniach.

Zastanowić może specyficzna rola pierwiastka żeńskiego w Fundacji. Przez dwa pierwsze tomy obecność kobiet jest marginalna. Wszystkie główne postaci, to mężczyźni, w których rękach spoczywa los galaktyki. Druga Fundacja jednak wprowadza silną heroinę i dalej już przewijają się one w historii regularnie. Burmistrz Harla Branno, zarządzająca Terminusem jest postacią zdeterminowaną i bezkompromisową. Podobnie zresztą, jak Mitza Lazlor, minister z Comporellona czy Bayta Darell – jedyna postać w galaktyce zdolna poskromić Muła (psychicznego mutanta). Za ukazanie hardych i kompetentnych bohaterek, mających istotny wpływ na losy fabuły Asimovowi należy się uznanie – w starszych dziełach nie jest to rzecz wcale oczywista. Da się zauważyć jednak, że żeńskie postacie nie do końca zostały wyemancypowane. Widok pilotki statku kosmicznego, a w dodatku takiej, która zna się również na jego technicznych aspektach budzi u męskich bohaterów zdziwienie. Wciąż wyraźny jest podział na płcie, z rolami, które choć nie narzucone, to podtrzymywane w społeczeństwie z przyzwyczajenia i wygody.

Gdyby Fundacja powstawała dziś, byłaby pewnie bardziej zróżnicowana również pod kątem etniczności czy orientacji seksualnych. Znaleźć można okruchy kulturowych naleciałości, które przebijają pośród ducha poszczególnych planet. Z pewnością da się wskazać inspirację Indiami w ubiorach i nazwiskach mieszkańców Sayshell. Alpha, z kolei czerpie z folkloru pacyficznych społeczności. Co do osób nieheteronormatywnych pojawia się w Fundacji jedna postać, hermafrodyta, która przez swą wyjątkowość traktowana jest nieufnie przez bohaterów. Próbują zrozumieć jej odmienność, skupiając się bardziej niż na płci, to na nietypowych zdolnościach psychicznych i fizycznych, świadczących najpewniej o kolejnym etapie w ewolucji gatunku ludzkiego. Poza podobnymi kilkoma “rozbłyskami”, ludzkość w Fundacji jest dość jednolita, a to wyróżnik na tle innych tytułów science-fiction, które zwykle czytelnika bombardują kulturowo-obyczajową mozaiką.


Gdy Asimov żył mówiło się, że należy do Wielkiej Trójki pisarzy science-fiction, w której obok niego wymieniano jeszcze, wspomnianego przyjaciela Isaaca – Arthura C. Clarke’a oraz Roberta A. Heinleina. Tak spore uznanie Asimov zyskał, dzięki swym niekwestionowanym zdolnościom literackim, ale przede wszystkim, za sprawą wnikliwości, szerokiej wiedzy naukowej i racjonalnemu myśleniu, którym wyraz dał w Fundacji. Już jemu współcześni byli pod wrażeniem sposobu, w jaki formułuje myśli i jak błyskotliwie komentuje ówczesną rzeczywistość, a także stojące przed następnymi pokoleniami wyzwania. Skupiał się na rzeczach jemu bliskich, jednak potrafił dostrzec konsekwencje, które mogą wyniknąć w przyszłości z konkretnych politycznych decyzji oraz społecznych przemian. Był świadom, że postęp naukowy doprowadzi do wielu zmian, których możemy nawet nie być sobie w stanie wyobrazić.

– Nie uważa pan, że głoszenie takich poglądów pachnie zdradą?
– Nie, proszę pana. Prawda naukowa nie ma nic wspólnego ani ze zdradą, ani z wiernością.

Isaac Asimov, “Fundacja”

Wiedział, że nauka jest dla człowieka jedynym solidnym fundamentem, ale tylko dojrzałe i odpowiedzialne społeczeństwo jest zdolne z niego korzystać w dobrych celach i wyciągnąć z niej pożytek. Tym, co tak wyróżnia Fundację na tle wielu innych dzieł z gatunku, a co pozwoliło jej zachować swą aktualność, jest solidne podbudowanie w nauce i brak naiwności autora, który niczego arbitralnie nie odrzucał, ani ślepo nie przyjmował, lecz wyciągał wnioski i dzielił się nimi z odbiorcami.

Weronika Cygan

Czy biblioteki mają misję? Głupota na niedzielę: “naukowo” o grach komputerowych Ten cholerny monolit. 50 lat “Odysei kosmicznej 2001”