"Fundacja" Izaaka Asimova

Dziedzictwo Fundacji – Isaaca Asimova spojrzenie na ludzkość

Popu­larna anegdota głosi, że Isaaca Asimova i Arthura C. Clarke’a łączyła szcze­gólna umowa. Na mocy Paktu Asimov-Clarke z Park Avenue – zawar­tego podczas prze­jażdżki nowo­jor­ską taksówką – Asimov przy­rzekł, że będzie publicz­nie uznawał swojego przy­ja­ciela za naj­lep­szego pisarza fan­ta­stycz­no­nau­ko­wego; Clarke zaś zobo­wią­zał się do zazna­cza­nia, że naj­lep­szym pisarzem naukowym jest Asimov.

Nie pozo­staje mi w tej sytuacji nic innego, niż zaprosić was na tekst poświę­cony twór­czo­ści naj­lep­szego pisarza nauko­wego świata – który właśnie dziś obcho­dziłby swoje 101. urodziny.

Niniej­szy tekst to gościnny artykuł napisany przez miło­śniczkę lite­ra­tury Weronikę Cygan. Mam nadzieję, że styl autorki przy­pad­nie wam do gustu i wpro­wa­dzi na blogu odrobinę świeżości.

Narodziny Fundacji

Nie wszyst­kie dzieła science-fiction starzeją się z wdzię­kiem. To, co kiedyś zdawało się prze­ło­mowe i nowa­tor­skie, dziś często wzbudza poli­to­wa­nie. Z Fundacją Asimova jest jak z winem – im starsze, tym lepsze. Tym bardziej doce­niamy wyjąt­kową ponad­cza­so­wość dzieła, które ma już na karku z sześć dekad. To nie jedynie świetnie napisana historia, ale inspi­ru­jąca wizja przy­szło­ści zna­ko­mi­tego pisarza, któremu prze­ni­kli­wo­ści pozaz­dro­ścić może wielu obecnie two­rzą­cych autorów.

Isaac Asimov (1920–1992), jeden z naj­wy­bit­niej­szych autorów s‑f w dziejach.

Isaac Asimov był z wykształ­ce­nia bio­che­mi­kiem, co z pew­no­ścią uła­twiało mu odpo­wied­nie potrak­to­wa­nie science, we własnej twór­czo­ści. Nie używał jej wyłącz­nie jako pudru dla fabuły (co zdarza się nieraz i kultowym dziełom), ale trak­to­wał ją z pełną powagą i budował na solid­nych nauko­wych fun­da­men­tach. Nigdy nie prze­sy­cał roz­dzia­łów Fundacji żargonem czy zawiłymi poję­ciami, a mimo to wszyst­kie poja­wia­jące się w niej zagad­nie­nia z fizyki, ekologii, biologii czy psy­cho­lo­gii i sta­ty­styki przed­sta­wiał zro­zu­miale nawet dla laika.

Pierwszy tom Fundacji powstał w 1951 r. Dwa kolejne – Fundacja i Imperium oraz Druga Fundacja wydano odpo­wied­nio w 1952 i 1953 r. Autor podjął urwany wątek dopiero po niemal 30 latach, kiedy udało mu się zakoń­czyć Agenta Fundacji (1982) i Fundację i Ziemię (1986). Mając te daty na uwadze, trudno nie odczuwać podziwu dla bły­sko­tli­wo­ści i dale­ko­wzrocz­no­ści Asimova, gdy pisał on o wyna­laz­kach „jutra”. Jego kom­pu­tery posia­dały funkcje, które znaleźć możemy we własnych urzą­dze­niach i mogłyby robić wrażenie nawet na obecnie żyjących tech­no­fi­lach. Troskę o zanie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska i klimat wyrażał jasno, a jego prze­strogi nie mogłyby być aktu­al­niej­sze, gdyby napisał je parę miesięcy temu.

Racjonalista i wnikliwy obserwator

Ukłon, uro­dzo­nemu w Związku Radziec­kim pisa­rzowi, należy złożyć za jego bez­kom­pro­mi­sowe podej­ście do krze­wie­nia racjo­na­li­zmu i jego obrony, którą podej­mo­wał nie tylko wojując piórem, ale równie chętnie udzie­la­jąc wywiadów. Bez skru­pu­łów pięt­no­wał szar­la­ta­nów i wszelkie zabobony. Godny wspo­mnie­nia jest jego cytat z rozmowy prze­pro­wa­dzo­nej z dzien­ni­ka­rzem Richar­dem Hef­f­ne­rem. Isaac, choć pozba­wiony złudzeń, okrasił wypo­wiedź szczyptą nadziei: 

Ludzkość nie jest racjo­nalna. (…) Nawet jeśli nie będę w stanie prze­ko­nać całego świata do racjo­na­li­zmu, może chociaż zain­spi­ruję jakąś przy­pad­kową osobę. Nawet naj­drob­niej­sza dawka do całej porcji racjo­na­li­zmu jest nie­zwy­kle cenna. Chciał­bym być odpo­wie­dzialny za możliwie naj­więk­szą liczbę kropli, które mogą spaść do tego małego stawu (racjo­na­li­zmu – przyp.).

Jako wnikliwy obser­wa­tor rze­czy­wi­sto­ści, był świadom roli, jaką gatunek science-fiction odgrywać może w popu­la­ry­za­cji nauki oraz jakim polem do analizy stanie się z pew­no­ścią dla następ­nych pokoleń. Wyraził to dobitnie w tym samym wywia­dzie, twier­dząc że: 

Dobre science-fiction próbuje wykre­ować spo­łe­czeń­stwo, które jest inne od naszego, wyraźnie odmienne, ale które daje nam pewną lekcję o nas samych. (…) Naj­waż­niej­szą rzeczą jest spraw­dze­nie, czy jesteśmy w stanie prze­wi­dzieć kondycję ludz­ko­ści w kon­kret­nym systemie i pod wpływem kon­kret­nego sposobu myślenia, jakie miałoby być udziałem spo­łe­czeń­stwa róż­nią­cego się od naszego własnego.

Dzieło, będące zawsze, do pewnego stopnia, skry­sta­li­zo­waną formą lęków autora, jego własnych prze­ko­nań, marzeń czy nadziei, daje wgląd nie tylko w oso­bo­wość pisarza, ale w tak samo bez­po­średni sposób jest świa­dec­twem rze­czy­wi­sto­ści, w której ten kreował swój wyima­gi­no­wany świat.

Wywiad z Asimovem prze­pro­wa­dzony w 1988.

Robot też człowiek

Pomy­sło­dawca “trzech praw robotów” wiele miejsca w swej lite­ra­tu­rze poświę­cał myślącym maszynom. Nie był w tym zain­te­re­so­wa­niu odosob­niony, bo kwestia ta roz­pa­lała umysły wielu ówcze­snych artystów. Wątek strachu przed robotami czy andro­idami, które mogą wymknąć się spod kontroli, eks­plo­atu­jemy w równym stopniu dziś, co kil­ka­dzie­siąt lat temu. To kwestia absor­bu­jąca nie tylko fan­ta­stów, ale samych naukow­ców, zwłasz­cza że w dzie­dzi­nie sztucz­nej inte­li­gen­cji ciągle obser­wu­jemy impo­nu­jący postęp. W czasach Asimova zagad­nie­nie SI roz­ta­czało taką elek­try­zu­jącą aurę, jaka cechuje dys­cy­pliny dopiero racz­ku­jące, ale przy­ku­wa­jące uwagę wszyst­kich wokół. Nic dziwnego, że jako dzie­wi­czy teren dla artystów i filo­zo­fów sta­no­wiła pocią­ga­jący motyw do rozważań.

Obawy oraz prze­strogi wyrażane przez tam­tej­szych pio­nie­rów, nie straciły wcale tak mocno na swej aktu­al­no­ści. Samo wyobra­że­nie sztucz­nego umysłu mogło się zesta­rzeć, ale już dylematy pokroju: “Kiedy możemy mówić o samo­świa­do­mo­ści?”, albo “Czy SI to większe zagro­że­nie lub szansa?” nadal są gorąco dys­ku­to­wane. Pytań zdaje się przy­by­wać w miarę wzbo­ga­ca­nia naszej wiedzy z zakresu psy­cho­lo­gii i etologii – nikt nie przy­znałby już racji Kar­te­zju­szowi z jego prze­ko­na­niem o bez­myśl­nych i pozba­wio­nych odczuć zwie­rzę­tach. Wiemy, że żyjące orga­ni­zmy reagują mniej lub bardziej świa­do­mie na oto­cze­nie; doświad­czają bólu, strachu, przy­wią­za­nia, a pewna ich część posłu­guje się peł­no­praw­nymi narzę­dziami. Czy w momencie, gdy SI zyska samo­świa­do­mość, będziemy w stanie zauważyć to i przyznać jej z tego tytułu prawa? Czy to w ogóle możliwe, aby w drodze innej niż bio­lo­giczna ewolucja wytwo­rzył się umysł, dzia­ła­jący na podob­nych zasadach?

Finał Fundacji i Ziemi nie daje jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na żadną z powyż­szych wąt­pli­wo­ści, ale sugeruje, że roz­wią­za­nie poten­cjo­nal­nego problemu, bynaj­mniej nie będzie oczy­wi­ste. Wielce praw­do­po­dobne, iż nie­moż­li­wym okaże się zasto­so­wa­nie wobec niego kate­go­rii czarno-białych. Zakoń­cze­nie cyklu to kwin­te­sen­cja wszyst­kich lęków i wiary, jakie ludzkość wiązać może z robotami.

Agresywna małpa

Asimov jeszcze mniej przy­chyl­nie postrze­gał naturę samego naszego gatunku. Nie wątpił, że nawet za tysiące lat, gdy miliony światów Drogi Mlecznej zasie­dla­łyby już setki miliar­dów ludzi, nadal będą oni toczyć wojny, z równie wielkim zapałem, co ich pale­oli­tyczni antenaci. I choćby nie posuwali się do fizycz­nej agresji za każdym razem, to nie omiesz­ka­liby uczest­ni­czyć w licznych intry­gach i spiskach, byle zwy­cię­żyć w walce o władzę i pognę­bie­nie oponenta.

To prze­ko­na­nie pisarza z pew­no­ścią było do pewnego stopnia pod­sy­cane przez utrzy­mu­jącą się w drugiej połowie XX w., zimną wojnę, której oblicze obser­wo­wał na własne oczy. Ten ponury okres odcisnął swe piętno w sztuce i popkul­tu­rze bardzo wyraźnie. Źli Rosjanie i boha­ter­scy Ame­ry­ka­nie prze­wi­jali się szeroko w zachod­niej kine­ma­to­gra­fii i lite­ra­tu­rze. Nie zawsze zresztą w sposób oczy­wi­sty – zdarzało się, że artyści bardziej sub­tel­nie dotykali tematu, ale wciąż wiadomo było, co próbują przekazać.

Asimov, szczę­śli­wie dla swojego cyklu, zre­zy­gno­wał z umiesz­cza­nia Stanów Zjed­no­czo­nych i ZSRR w Imperium Galak­tycz­nym. Inne dzieła, których autorzy nie mieli podob­nych oporów, brzydko się zesta­rzały. Choć im samym zdawać się mogło, że trwający dekady konflikt będzie ciągnął się wiecz­ność, nam – czytając ich ana­chro­niczne prognozy – trudno jest wczuć się w opowieść. Fundacja nie tyle, więc odtwarza zimną wojnę, co czerpie z niej pewną inspirację.

Pewne aluzje do Związku Radziec­kiego zauważyć można w Com­po­rel­lo­nie. Planecie, zaj­mu­ją­cej pery­fe­ria galak­tyki, pró­bu­ją­cej utrzymać możliwie naj­więk­szą nie­za­leż­ność od Ter­mi­nusa. Poten­cjal­nych gości odstra­szali niezbyt przy­jaźni miesz­kańcy oraz klimat globu, spo­wi­tego śniegiem i tem­pe­ra­turą grubo poniżej zera. Com­po­rel­lon ze swym surowym obliczem raczej nie figu­ro­wał w kata­lo­gach galak­tycz­nych biur podróży. Przy­cią­gać mógł jedynie naj­więk­szych śmiałków żądnych przygód. Rządom twardej ręki, prze­ja­wia­ją­cym się w powszech­nej kontroli oby­wa­teli i narzu­ca­niu im ścisłych zasad funk­cjo­no­wa­nia (włącznie z orga­ni­za­cją ich życia oso­bi­stego), towa­rzy­szyła przy­gnę­bia­jąca archi­tek­tura – przy­sa­dzi­ste budowle, nie­po­zorne z lotu ptaka, zło­wiesz­czo roz­ra­stały się w głąb ziemi, tworząc ukryte kory­ta­rze. Podobny obraz Rosji, jako kraju nie­przy­stęp­nego i budzą­cego lęk, miało wielu ludzi, żyjących na przy­tul­nym i wolnym Zachodzie.

Echa zimnej wojny można dostrzec w jeszcze innym aspekcie – w kon­flik­cie i nie­ustan­nym wyścigu zbrojeń między Pierwszą a Drugą Fundacją. Druga udawała, że nie istnieje; Pierwsza zaś, że w to wierzy. Za to obie w tym samym czasie kon­stru­owały w ścisłej tajem­nicy, każda swą własną, spe­cjalną broń. Cel dla rywali był ten sam – pod­po­rząd­ko­wać sobie prze­ciw­nika, a osta­tecz­nie całą Drogę Mleczną. Paranoja w Pierw­szej i Drugiej Fundacji kazała czujnie obser­wo­wać własne oto­cze­nie i wypa­try­wać poten­cjal­nych szpiegów. Równie nerwowe ruchy panowały w USA i ZSRR, które chcąc kon­tro­lo­wać wroga, posuwały się do inwi­gi­la­cji i zacho­wy­wały podejrz­li­wie nawet wobec własnych obywateli.

Klimatyczna apokalipsa i żyjąca planeta

W tej chwili, obawa, że ktoś przy­ci­śnie czerwony guzik, w wyniku którego wszystko rozsypie się w proch, nie jest tak doj­mu­jąca jak dawniej; choć oczy­wi­ście, nadal widmo wybuchu kolejnej glo­bal­nej wojny gdzieś się tli. Dziś tematem, który zaprząta naj­wię­cej uwagi jest bez wąt­pie­nia globalne ocie­ple­nie i zanie­czysz­cze­nie śro­do­wi­ska, sta­no­wiące coraz poważ­niej­sze wyzwanie dla ludz­ko­ści. Z zagro­że­nia, jakie niosą za sobą obydwie te kwestie, Asimov dosko­nale zdawał sobie sprawę już z pół wieku temu i pisząc Fundację nie omiesz­kał tych pro­ble­mów poruszyć. Wyprawił dwóch oby­wa­teli Ter­mi­nusa – radnego Golana Trevize i histo­ryka Janova Pelorata – na poszu­ki­wa­nia kolebki ludz­ko­ści – Ziemi. Nie mając żadnych współ­rzęd­nych planety, zmuszeni byli pro­wa­dzić skru­pu­latne docie­ka­nia, ale wszędzie, gdzie trafiali na strzępek infor­ma­cji, dowia­dy­wali się, że Ziemię pochło­nął kata­klizm, który ludzkość spro­wa­dziła sama na siebie. Nie mogąc ratować swego domu, ludzie zmuszeni zostali osiedlić się w innych miej­scach galak­tyki. Sce­na­riu­sze tego dramatu różniły się w detalach, w zależ­no­ści od źródła, na które boha­te­ro­wie się natknęli, ale wszelkie sugestie zwykle zgodnie wska­zy­wały na nad­mierną eks­plo­ata­cję zasobów globu, a w kon­se­kwen­cji jego totalną degra­da­cję. Planeta miała również odstra­szać napro­mie­nio­wa­niem, które znisz­czy­łoby każdego, pró­bu­ją­cego postawić na jej powierzchni stopę.

Jako prze­ciw­wagę dla nie­fra­so­bli­wo­ści, egoizmu i uosa­bia­ją­cego je przed­im­pe­rial­nego czło­wieka, który dopro­wa­dził do ruiny własny dom, autor przed­sta­wił Gaję. Jej istota i struk­tura miała być nie­moż­liwa do objęcia umysłem przez Homo sapiens. W całej Drodze Mlecznej, jako planeta-organizm, sta­no­wiła nie­spo­ty­kany nigdzie indziej ewe­ne­ment. Zamiesz­kana przez fizycz­nie nor­mal­nych ludzi różniła się świa­do­mo­ścią, roz­pro­szoną w drodze ewolucji na wszyst­kich jej miesz­kań­ców – wraz z każdym jednym czło­wie­kiem, obej­mo­wała wszelkie żywe orga­ni­zmy, jak rośliny, zwie­rzęta, mikro­or­ga­ni­zmy, a nawet materię nie­orga­niczną. Ich wspólne odczu­wa­nie miało być idealnie zsyn­chro­ni­zo­wane, choć każda cząstka dys­po­no­wała całkiem sporą swobodą. Pełna auto­no­mia jed­nostki w dużym stopniu poświę­cona dla dobra wspól­noty pozwa­lała na tyle nie­za­leż­no­ści, na ile nie­za­leż­nie można potrak­to­wać oko od małego palca u nogi – organy mają zupełnie różne funkcje i nie są bez­po­śred­nio ze sobą powią­zane, ale razem pozwa­lają jak naj­le­piej funk­cjo­no­wać całemu ciału. Czujne oko powinno zawczasu dostrzec prze­szkodę, którą mały palec ominie, a przy­naj­mniej takie jest założenie.

Czy Asimov marzył, by w przy­szło­ści ludzkość roz­pły­nęła się w gajań­skiej nirwanie? Trudno powie­dzieć. Ustami Bliss, oby­wa­telki Gai, zachwa­lał harmonię na planecie – nikt nie był głodny ani spra­gniony, bo dobrobyt jednej osoby był splątany z dobro­by­tem pozo­sta­łych. Znikał problem prze­lud­nie­nia, prze­stępstw oraz chorób i zanie­czysz­cze­nia śro­do­wi­ska, z kolei klimat regu­lo­wałby się sam, spusz­cza­jąc deszcz tam, gdzie byłby akurat potrzebny; albo roz­pra­sza­jąc chmury dla sło­necz­nych promieni, roz­wie­wa­ją­cych nad­mierny chłód. Jed­no­cze­śnie słowami, wypo­wia­da­nymi przez Golana Tre­vi­zego, zago­rza­łego prze­ciw­nika podob­nego systemu, wyrażał lęk i niepokój w stosunku do Gai. Radny nie rozumiał jak istota ludzka z własnej woli miałaby dać pozbawić się indy­wi­du­al­no­ści, skoro to ona właśnie była źródłem wszel­kiego postępu i innowacji.

Swoją drogą, dysputy toczone przez Bliss i Tre­vi­zego, to przejaw nie­zwy­kłej wraż­li­wo­ści i lite­rac­kiego kunsztu Isaaca. Dosko­nale roz­pi­sane dialogi są prze­peł­nione podob­nymi do powyż­szych roz­wa­ża­niami, a każda postać równie zaciekle broni swoich racji, wysu­wa­jąc liczne argu­menty. Imponuje fakt, że autor potrafił tak prze­ko­nu­jąco bronić zupełnie róż­nią­cych się od siebie wizji, wpla­ta­jąc je gładko w wypo­wie­dzi wykre­owa­nych boha­te­rów. Czy rozterki tych ostat­nich, nie trapiły przy­pad­kiem samego artysty.

Triumf psychohistorii

Naj­bar­dziej prze­ło­mo­wym pomysłem w science-fiction, będącym autor­skim wkładem Asimova w gatunek, jest idea psy­cho­hi­sto­rii. Na tej jednej kon­cep­cji dys­cy­pliny, prze­ła­mu­ją­cej dotych­cza­sowe schematy, osadza się cała fabuła Fundacji. Jej zało­że­nia i cele napę­dzają mię­dzy­ga­lak­tyczne wydarzenia.

Psy­cho­hi­sto­ria jest zachwy­ca­jąca w swej ele­ganc­kiej pro­sto­cie spro­wa­dza się do dwóch założeń (o czym za moment). Jed­no­cze­śnie jest też szalenie skom­pli­ko­wana i złożona w prak­tycz­nym zasto­so­wa­niu. Ten dualizm dosko­nale odzwier­cie­dla cechy samego czło­wieka, który choć działa zazwy­czaj prze­wi­dy­wal­nie, potrafi nieraz wykręcić numer, jakiego nikt się po nim nie spodziewa.

Nowa dzie­dzina, naro­dziła się jeszcze za czasów Imperium Galak­tycz­nego, którego rozkład dostrzegł pewien skromny, lecz prze­ni­kliwy i bystry nauko­wiec, Hari Seldon. Wymyślił psy­cho­hi­sto­rię, jako spa­do­chron dla mię­dzy­ga­lak­tycz­nej spo­łecz­no­ści, która dzięki niej miała odczuć upadek Imperium znacznie łagod­niej; miał on też trwać znacznie krócej, niż gdyby zda­rze­nia pozo­sta­wiono własnemu biegowi. Krócej, to w tym przy­padku wciąż tysiąc lat odbu­do­wy­wa­nia potęgi, ale w porów­na­niu z dzie­siąt­kami tysięcy lat chaosu, zdaje się być mgnie­niem oka. Choć trak­to­wana począt­kowo jako fana­be­ria, z upływem lat psy­cho­hi­sto­ria zyski­wała uznanie, stając się doktryną, zgodnie z którą miał działać Terminus – stolica Pierw­szej Fundacji, a jed­no­cze­śnie zalążek nowego Imperium.

Hari Seldon, książ­kowy twórca teorii psychohistorii.

Czego wymagał Seldon, aby nowo powstała dys­cy­plina popraw­nie działała? Wskazał dwa zało­że­nia, których bez­względ­nie należało prze­strze­gać: Po pierwsze, uwzględ­niać należy dużą popu­la­cję ludzi, co w kosmicz­nych warun­kach wydawało się banalnie proste. Po drugie – i waż­niej­sze – możliwie naj­mniej­sza liczba osób może wiedzieć o tym, czym się psy­cho­hi­sto­ria fak­tycz­nie zajmuje i jak działa. Świa­do­mość uczest­nic­twa w eks­pe­ry­men­cie, zawsze zaburza jego przebieg, a zatem i pozy­skane wyniki. W miarę jak Fundacja zmagała się z kolej­nymi wyzwa­niami, szansa na wywią­za­nie się z tego ostat­niego warunku często wisiała na włosku, co groziło kryzysem oraz upadkiem całego kunsz­tow­nego Planu Seldona.

Ludzie, podobnie jak dowolnie duży zbiór danych, mieliby podlegać powszech­nym prawom i zasadom zacho­wa­nia. Reguły psy­cho­hi­sto­rii doty­czy­łyby, więc wyłącz­nie skupisk – im więk­szych, tym bardziej prze­wi­dy­wal­nych. Nie odno­si­łyby się nato­miast do jed­no­stek, których zacho­wa­nia cechuje spontaniczność.

Nauka czy już magia?

Pomysł, aby prze­wi­dy­wać posu­nię­cia całych spo­łecz­no­ści, poddając je sta­ty­styce i wyciągać z rzą­dzą­cych nimi prawami wnioski jest kuszący i obie­cu­jący. Widząc rodzący się konflikt, być może dałoby się go zdusić w zarodku, dostrze­ga­jąc w oceanie ludzkich decyzji ten­den­cje, podatne na odpo­wied­nie ukie­run­ko­wa­nie. Jed­no­cze­śnie cały koncept budzi silny niepokój – równie potężne narzę­dzie, byłoby wyma­rzo­nym instru­men­tem w rękach mediów i rządów, dążących do pod­po­rząd­ko­wa­nia sobie mas. Skoro jednak z roku na rok, tworzymy coraz pre­cy­zyj­niej­sze prognozy pogody, lepiej radzimy sobie z moni­to­ro­wa­niem ognisk epidemii, być może nadej­dzie moment, gdy tak samo świetni staniemy się w prze­wi­dy­wa­niu spo­łecz­nych inte­rak­cji. Nie brzmi to dziś wcale tak abs­trak­cyj­nie jak mogłoby się wydawać.

Od chwili, kiedy Seldon rozpisał swoje prognozy roz­ło­żone na wieki wprzód i zapre­zen­to­wał pierwszą z nich, wszyst­kich roz­pa­liła cie­ka­wość, czy wielki uczony fak­tycz­nie prze­wi­dział przy­szłość i czy jego Plan się ziści? Na poznanie odpo­wie­dzi potrzeba było pokoleń i kilku tomów Fundacji. Podczas cyklicz­nie poja­wia­ją­cych się holo­gra­mów Hariego, gdy ogłaszał on swoje rachuby na następne lata, co jakiś czas niczym echo wracało pytanie: “Czy Seldon mógł się pomylić?” Czy kto­kol­wiek byłby w stanie stać się jasno­wi­dzem z pomocą jedynie sta­ty­styki, psy­cho­lo­gii i matematyki?

Nawiasem mówiąc Asimov uwy­pu­klił pewne znamię zaawan­so­wa­nej nauki, która z upływem czasu ma skłon­no­ści do pogrą­ża­nia się w skost­niały for­ma­lizm, a w skutek coraz większej spe­cja­li­za­cji, do odda­la­nia się od szarego czło­wieka. Podobne wyzwanie nie było obce i psy­cho­hi­sto­ry­kom. Im bardziej upadłe Imperium i jego planety osuwały się w chaos, tym większa przepaść tworzyła się między nimi, a fun­da­cyj­nym Ter­mi­nu­sem, ze stale roz­wi­janą tech­no­lo­gią. Doszło do tego, że miesz­kańcy innych światów, postrze­gali zdobycze techniki dawnej cywi­li­za­cji jak magię – wyrob­nicy-kapłani, kon­ser­wo­wali w miarę swych moż­li­wo­ści reaktory jądrowe, niestety nie znali ich planów kon­struk­cji i zawiłych obliczeń, umoż­li­wia­ją­cych ich stwo­rze­nie. Dzia­ła­nie urządzeń tłu­ma­czyli sobie, odwo­łu­jąc się do magii. 

Arthur C. Clarke mawiał: “Każda wystar­cza­jąco zaawan­so­wana tech­no­lo­gia jest nie­odróż­nialna od magii”. Asimov to pokazał.

Być cyborgiem, albo nie być

Jest jednak kilka kwestii, które wydają się być w Fundacji pomi­nięte, a ich nie­obec­ność ma prawo dziwić współ­cze­snego czy­tel­nika, a przy­naj­mniej zwracać jego uwagę. 

Dzi­siej­sze pro­duk­cje filmowe czy pozycje z lite­ra­tury, gdy opisują spo­łe­czeń­stwo przy­szło­ści uwzględ­niają zwykle jakąś formę połą­cze­nia ludz­kiego orga­ni­zmu z systemem kom­pu­te­ro­wym. Ludzki umysł, jaźń, wspo­mnie­nia mogłyby być prze­cho­wy­wane zewnętrz­nie lub prze­sy­łane do tzw. chmury, niczym dzi­siej­sze pliki, udo­stęp­niane wir­tu­al­nie. Współ­cze­sne dzieła mocno pene­trują wątek trans­hu­ma­ni­zmu, ana­li­zują jego granice, poten­cjalne korzyści i możliwe zagro­że­nia. Wyobra­żamy sobie, że za ileś lat, człowiek będzie mniej lub bardziej orga­nicz­nie mody­fi­ko­wany i nie będą to wyłącz­nie protezy czy roz­rusz­niki serca, poma­ga­jące prze­zwy­cię­żyć choroby lub zwy­rod­nie­nia. Widzenie w pod­czer­wieni, wszczepy popra­wia­jące refleks, kondycję, siłę – nęcące sce­na­riu­sze z science-fiction, wydają się coraz bardziej praw­do­po­dobne w miarę postępu nauki. 

U Asimova, co ciekawe, zupełnie brakuje choćby śladu sztucz­nego ulep­sza­nia czło­wieka. Istnieje podział na Homo sapiens i roboty, ale zawsze są to zupełnie różne jed­nostki, które się nijak nie prze­ni­kają. Dziwi pomi­nię­cie tej pro­ble­ma­tyki, bo już lite­raccy rówie­śnicy Isaaca, poru­szali podobne kwestie, choć miewali nieraz pewne opory przy­pi­sy­wać robotom dobre intencje (Frank Herbert w Diunie dopusz­czał ist­nie­nie ulep­szo­nych ludzi. Było to jednak trak­to­wane jako aber­ra­cja, rzecz wręcz nie­ak­cep­to­walna, tabu).

Asimov w towa­rzy­stwie robotów.

Wydaje się, że z upływem czasu, wyzby­wamy się lęku zwią­za­nego z trans­hu­ma­ni­zmem i prze­ja­wiamy więcej życz­li­wo­ści i zro­zu­mie­nia dla całego konceptu. Nie widzimy głównie zagro­że­nia w robotach (choć, nadal je roz­wa­żamy), ale jesteśmy świadomi, że postęp jest nie­unik­niony i należy z niego czerpać naj­wię­cej korzyści. Jesteśmy bardziej skłonni uznać, że cyber­ne­tyczne ulep­sze­nia ludz­kiego ciała mogą stać się nie tyle kwestią chęci, lecz koniecz­no­ści. Mecha­nizm naj­pew­niej będzie działał siłą rozpędu. Raz ruszonej maszyny nie będzie się dało zatrzy­mać. Innymi słowy, jesteśmy skazani na ciągłe posze­rza­nie granic nauki i dosto­so­wy­wa­nie się do świata, jaki wyłoni się z nowej rewo­lu­cji, na wzór rewo­lu­cji prze­my­sło­wej, lub internetowej.

Zróżnicowana monotonia

Na koniec warto jeszcze kilka słów poświę­cić ogólnej wizji spo­łe­czeń­stwa, a kon­kret­nie jej zaska­ku­ją­cej homo­ge­nicz­no­ści w Fundacji. Jak na ludzkość znacznie bardziej zaawan­so­waną tech­no­lo­gicz­nie i prze­kształ­coną w wyniku zmiany stylu życia na mię­dzy­pla­ne­tarny, bardzo zacho­waw­czo i kon­ser­wa­tyw­nie pod­cho­dzi ona do oby­cza­jo­wo­ści i kultury. 

Rzecz nawet nie w tym, że mało jest w Fundacji eks­tra­wa­gan­cji – jej szczytem w oczach oby­wa­teli Ter­mi­nusa, są róż­no­ko­lo­rowe szarfy, na jakie pozwala sobie jeden z radnych, podczas gdy reszta zakłada mono­tonne i szarawe kostiumy. To przecież zwykła kwestia mody. Różowe irokezy, pokryte tatu­ażami czy kol­czy­kami ciała, to raczej domena cyber­punku i jako taka obecna szerzej tylko w tym pod­ga­tunku. Zaska­kuje, mimo wszystko, brak wyróż­nia­ją­cych się sub­kul­tur czy grup spo­łecz­nych na terenach dawnego Imperium, choć nie znaczy to, że ich zupełnie brakuje. Oczy­wi­ście, każdy świat posiadał pewien, typowy tylko dla niego koloryt, ale nie bardzo dałoby się wskazać pośród nich jakieś oby­cza­jowe kuriozum, coś szo­ku­ją­cego dla dzi­siej­szego czy­tel­nika. Wydaje się, że Asimov nie skupiał się po prostu, na podob­nych zagadnieniach.

Zasta­no­wić może spe­cy­ficzna rola pier­wiastka żeń­skiego w Fundacji. Przez dwa pierwsze tomy obecność kobiet jest mar­gi­nalna. Wszyst­kie główne postaci, to męż­czyźni, w których rękach spoczywa los galak­tyki. Druga Fundacja jednak wpro­wa­dza silną heroinę i dalej już prze­wi­jają się one w historii regu­lar­nie. Bur­mistrz Harla Branno, zarzą­dza­jąca Ter­mi­nu­sem jest postacią zde­ter­mi­no­waną i bez­kom­pro­mi­sową. Podobnie zresztą, jak Mitza Lazlor, minister z Com­po­rel­lona czy Bayta Darell – jedyna postać w galak­tyce zdolna poskro­mić Muła (psy­chicz­nego mutanta). Za ukazanie hardych i kom­pe­tent­nych boha­te­rek, mających istotny wpływ na losy fabuły Asi­mo­vowi należy się uznanie – w star­szych dziełach nie jest to rzecz wcale oczy­wi­sta. Da się zauważyć jednak, że żeńskie postacie nie do końca zostały wyeman­cy­po­wane. Widok pilotki statku kosmicz­nego, a w dodatku takiej, która zna się również na jego tech­nicz­nych aspek­tach budzi u męskich boha­te­rów zdzi­wie­nie. Wciąż wyraźny jest podział na płcie, z rolami, które choć nie narzu­cone, to pod­trzy­my­wane w spo­łe­czeń­stwie z przy­zwy­cza­je­nia i wygody.

Gdyby Fundacja powsta­wała dziś, byłaby pewnie bardziej zróż­ni­co­wana również pod kątem etnicz­no­ści czy orien­ta­cji sek­su­al­nych. Znaleźć można okruchy kul­tu­ro­wych nale­cia­ło­ści, które prze­bi­jają pośród ducha poszcze­gól­nych planet. Z pew­no­ścią da się wskazać inspi­ra­cję Indiami w ubiorach i nazwi­skach miesz­kań­ców Sayshell. Alpha, z kolei czerpie z folkloru pacy­ficz­nych spo­łecz­no­ści. Co do osób nie­he­te­ro­nor­ma­tyw­nych pojawia się w Fundacji jedna postać, her­ma­fro­dyta, która przez swą wyjąt­ko­wość trak­to­wana jest nieufnie przez boha­te­rów. Próbują zro­zu­mieć jej odmien­ność, sku­pia­jąc się bardziej niż na płci, to na nie­ty­po­wych zdol­no­ściach psy­chicz­nych i fizycz­nych, świad­czą­cych naj­pew­niej o kolejnym etapie w ewolucji gatunku ludz­kiego. Poza podob­nymi kilkoma “roz­bły­skami”, ludzkość w Fundacji jest dość jed­no­lita, a to wyróżnik na tle innych tytułów science-fiction, które zwykle czy­tel­nika bom­bar­dują kul­tu­rowo-oby­cza­jową mozaiką.


Gdy Asimov żył mówiło się, że należy do Wielkiej Trójki pisarzy science-fiction, w której obok niego wymie­niano jeszcze, wspo­mnia­nego przy­ja­ciela Isaaca – Arthura C. Clarke’a oraz Roberta A. Hein­le­ina. Tak spore uznanie Asimov zyskał, dzięki swym nie­kwe­stio­no­wa­nym zdol­no­ściom lite­rac­kim, ale przede wszyst­kim, za sprawą wni­kli­wo­ści, sze­ro­kiej wiedzy naukowej i racjo­nal­nemu myśleniu, którym wyraz dał w Fundacji. Już jemu współ­cze­śni byli pod wra­że­niem sposobu, w jaki for­mu­łuje myśli i jak bły­sko­tli­wie komen­tuje ówczesną rze­czy­wi­stość, a także stojące przed następ­nymi poko­le­niami wyzwania. Skupiał się na rzeczach jemu bliskich, jednak potrafił dostrzec kon­se­kwen­cje, które mogą wyniknąć w przy­szło­ści z kon­kret­nych poli­tycz­nych decyzji oraz spo­łecz­nych przemian. Był świadom, że postęp naukowy dopro­wa­dzi do wielu zmian, których możemy nawet nie być sobie w stanie wyobrazić.

- Nie uważa pan, że gło­sze­nie takich poglądów pachnie zdradą?
- Nie, proszę pana. Prawda naukowa nie ma nic wspól­nego ani ze zdradą, ani z wiernością.

Isaac Asimov, “Fundacja”

Wiedział, że nauka jest dla czło­wieka jedynym solidnym fun­da­men­tem, ale tylko dojrzałe i odpo­wie­dzialne spo­łe­czeń­stwo jest zdolne z niego korzy­stać w dobrych celach i wycią­gnąć z niej pożytek. Tym, co tak wyróżnia Fundację na tle wielu innych dzieł z gatunku, a co pozwo­liło jej zachować swą aktu­al­ność, jest solidne pod­bu­do­wa­nie w nauce i brak naiw­no­ści autora, który niczego arbi­tral­nie nie odrzucał, ani ślepo nie przyj­mo­wał, lecz wyciągał wnioski i dzielił się nimi z odbiorcami.

Weronika Cygan

Total
1
Shares