Jak polska aparatura podbija świat nauki – rozmowa z Grzegorzem Kasprowiczem

Co łączy misje na Marsa, detekcje cząstek w CERN i rozwój komputerów kwantowych? Na zapleczu każdego z tych przedsięwzięć można znaleźć podzespoły wyprodukowane przez polską firmę CreoTech.

W czasach gdy nasze uczelnie nie cieszą się szczególnym prestiżem (a zwiastunów optymizmu nie widać), rolę wizytówki rodzimej nauki powoli, choć konsekwentnie przejmuje sektor prywatny. Już od ładnych kilku lat do głosu dochodzą podmioty potrafiące bez kompleksów rywalizować na globalnym rynku supernowoczesnych technologii. Do najprężniejszych przedstawicieli młodej branży należy CreoTech Instruments z siedzibą w podwarszawskim Piasecznie. Firma realizuje zlecenia dla największych światowych graczy. I kiedy piszę “największych”, mam na myśli produkcję podzespołów dla naprawdę najbardziej renomowanych instytucji, włączając w to CERN oraz Europejską Agencję Kosmiczną.

W których projektach wykorzystano polską aparaturę? Jak wygląda praca nad ultraczułą elektroniką? I co trzeba umieć żeby podjąć pracę w tak niezwykłym miejscu? Na te pytania odpowiedział mi inżynier, pracownik Politechniki Warszawskiej oraz współzałożyciel CreoTech – dr Grzegorz Kasprowicz.


Panie Doktorze, pomóżmy czytelnikom lepiej zrozumieć zakres działania CreoTechu. Jakie było największe, może najbardziej medialne przedsięwzięcie, do którego dołożyliście swoich kilka groszy?

Z perspektywy czasu nie jestem już pewien które. Na pewno trzeba wymienić użycie Systemu White Rabbit do pokazania, że jednak Einstein miał rację i neutrina nie są szybsze od światła. Kilka razy było głośno o elektronice CreoTechu na orbicie czy na Marsie. Mówiono też o dronach, respiratorach i komputerach kwantowych.

Pamiętam doskonale zamieszanie związane z eksperymentem Opera, gdzie jakieś małe techniczne niedopatrzenie doprowadziło do fałszywego pomiaru prędkości nieszczęsnych neutrin. Jaka była tu rola projektu White Rabbit? Co różniło oba przedsięwzięcia?

Cały eksperyment składa się z części w CERN-ie, która produkuje neutrina w paczkach, następnie przesyłanych przez płaszcz Ziemi do obserwatorium w Gran Sasso. Czas wysłania paczki neutrin jest rejestrowany z użyciem czasu GPS. Obserwatorium pozostaje umieszczone głęboko pod ziemią, mając nad sobą 1400 metrów skał, chroniących eksperymenty przed promieniowaniem kosmicznym.

Jednak projekt White Rabbit nie służył mierzeniu prędkości cząstek, a zapewnieniu synchronizacji czasu na dużych odległościach. Wobec wątpliwości w pomiarze propagacji neutrin, zaczęto sprawdzać wszystkie fragmenty toru pomiarowego. Pamiętajmy, że eksperyment jest umieszczony głęboko pod ziemią, natomiast czas atomowy z GPS-a mamy na powierzchni. Przy przesyłaniu impulsów synchronizujących na większe odległości trochę rzeczy może pójść źle. Tak więc obok oryginalnego połączenia pomiędzy GPS-em a eksperymentem zestawiono system White Rabbit, który właśnie wykazał istotną różnicę. W końcu okazało się, że niedokręcone złącze spowodowało, iż wkradła się rezystancja, która razem z pojemnością kabla wprowadziła opóźnienie ułamka mikrosekundy.

Tak więc system White Rabbit sprawdza, czy ten czas na wszystkich węzłach jest taki sam. On nie tylko rozsyła impulsy, ale jednocześnie dystrybuuje sygnał częstotliwości wzorcowej, a dodatkowo kompensuje długość kabla, tak wiec nieważne czy damy 1 metr czy 10 kilometrów, czas na jego końcu będzie prawidłowy z dokładnością ułamka nanosekundy. CreoTech bierze udział w powstawaniu systemu WhiteRabbit od samego początku, czyli od 10 lat. Jest też producentem switchy i urządzeń końcowych.

Mówimy o ułamkach sekundy. Ale dokładniej, jak wielka precyzja wchodzi w grę przy tego typu sprzęcie i eksperymentach?

Mowa o różnicy 60 nanosekund na przestrzeni 731 kilometrów. Tę odległość neutrina przebiegają natomiast w czasie 2,4 milisekundy.

Sam kabel łączący odbiornik GPS z eksperymentem wprowadzał opóźnienie wielokrotnie większe niż te 60 ns. 1 metr kabla to około 8 ns opóźnienia. Tak więc o błąd jest łatwo.

Tyle pod ziemią, a jest jeszcze kosmos. Które z urządzeń wykorzystywanych na orbicie lub na Marsie korzystają z polskich podzespołów? Współpracujecie z ESA, czy również NASA?

Bezpośrednio współpracujemy z ESA. CreoTech był odpowiedzialny m.in. za specjalistyczny montaż komponentów kamery stereo CaSSIS w misji ExoMars (sonda dotarła do Czerwonej Planety w 2016 roku – przyp. A.).

CaSSIS jest kamerą zainstalowaną na spodzie orbitera ExoMars.

Wspomniał Pan Doktor również o dronach i respiratorach. Oznacza to, że bynajmniej nie ograniczacie się do rocket science. Ciekawi mnie jednak, która z dziedzin obecnie dominuje i stanowi większą część działalności CreoTech – produkty przyziemne (jeśli można to tak określić), czy jednak zaawansowane podzespoły dla projektów badawczych?

Najwięcej sprzedaży mamy w zakresie technologii kwantowych, aczkolwiek największe projekty to te kosmiczne – one potrzebują najwięcej RnD (Research and Development) i zasobów. Aparatura na potrzeby aplikacji kwantowych powstaje na Politechnice Warszawskiej i w innych instytucjach, jest open source, tak więc komercjalizacja bywa dużo łatwiejsza, bo odpada kosztowne RnD.

Z kolei budowa HyperSata (modułowa platforma satelitarna – przyp. A.) to poważne przedsięwzięcie angażujące większość zespołu badawczego no i jest ono multidyscyplinarne. Wymaga tez specjalistycznego zaplecza.

CreoTech opracowuje modułową platformę satelitarną HyperSat.

Przy “wielkiej” nauce respirator nie wydaje się czymś szalenie skomplikowanym.

A jednak respiratory nie są aż tak prostymi urządzeniami. Muszą być projektowane tak, by nawet przy awarii, nie narażać człowieka na ryzyko. To też na swój sposób rocket science. Respiratory składają się z tysięcy elementów. Obecnie w firmie powstaje specjalistyczna linia produkcyjna na potrzebę tego projektu. Jest to przedsięwzięcie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju, tzw. ścieżka COVID-owa. Respirator to projekt open source, tak więc tutaj koszt RnD poniosła firma Medtronic, która udostępniła licencję, na której produkujemy urządzenia. Zatem jest to projekt głównie produkcyjno-logistyczny, angażujący zespół RnD w minimalnym stopniu.

Załóżmy, że jestem chętny i kompetentny. Jakie są właściwie szanse, abym znalazł pracę w pańskim zespole? Czy już zaczynając studia ktokolwiek w ogóle zakłada, że będzie brał choćby pośredni udział w eksploracji Układu Słonecznego?

Pewna część pracowników to moi byli studenci. Część zatrudnionych, szczególnie do działu kosmicznego, rekrutowaliśmy wśród pasjonatów, nie zwracając uwagi na wykształcenie. Mamy w zespole konstruktorów dronów, rakiet, balonów oraz popularyzatorów nauki zafascynowanych kosmosem. Wyszliśmy z założenia, że elektroniki da się szybko nauczyć, a z pasją człowiek musi się urodzić. I świetnie się to sprawdziło.

Kilku pracowników zaczynało u nas staż, byli w trakcie studiów. Podczas stażu polubiliśmy się i osoby te zostały zatrudnione. Gdy przychodzą do mnie studenci w poszukiwaniu tematu pracy magisterskiej lub inżynierskiej, opowiadam im, że istnieje możliwość współpracy w tym zakresie z firmą “kosmiczną”. Kilka osób w ten sposób zostało naszymi pracownikami, tak więc miało tę świadomość od samego początku.

Czy jest w zespole ktoś po naprawdę nietypowym wykształceniu?

Jedna z pań zaczynała u nas chyba jako osoba do prac w magazynie. Okazało się, że ma zdolności manualne. Wysłaliśmy ją na specjalistyczne kursy w ESA. Obecnie jest wysokiej klasy specjalistką z zakresu montażu elektroniki kosmicznej. Wykształcenie nie miało tu żadnego znaczenia. Przez długi czas funkcję dyrektora pełniła pani weterynarz. Zaczynała od pracy “na słuchawce”, ale okazało się, że potrafi wszystko załatwić i dawaliśmy jej różne trudne sprawy.

Zaraz się okaże, że szansę na angaż mają osoby po studiach filologicznych lub filozofii. 🙂

Filozofia jest niedocenianą dziedziną, w końcu z niej wykluły się nauki przyrodnicze. W firmie zatrudniamy kilku fizyków, także teoretycznych i radzą sobie świetnie, bo rozumieją specyfikę klientów, którzy często są ośrodkami naukowymi.

Niecały rok temu zaczęła z moim zespołem na PW współpracować studentka 1 roku, którą spotkałem na publicznym wykładzie o technologiach kwantowych. Zapytała wtedy czy może dołączyć do zespołu. Za kilka dni wylatuje do CERN-u (mam nadzieje że pandemia pozwoli), gdzie będzie pracować przy eksperymencie, w którym łapiemy antymaterię do pułapek magnetycznych. Tak więc w zasadzie nie widzę ograniczeń, wystarczy chcieć i mieć jakieś podstawy IT czy fizyki.

Możliwe jest łączenie kariery naukowej z pracą w firmie – mamy razem z PW program doktoratów wdrożeniowych, w którym obecnie uczestniczy kilku naszych pracowników. Wykonują oni badania w ramach swojej pracy, a jeden dzień w tygodniu poświęcają na zajęcia na uczelniach. We współpracy z firmą powstało też kilka prac inżynierskich i magisterskich.

Nie ukrywam, że tego rodzaju miejsce pracy wydaje się bardzo prestiżowe. Czego najbardziej mogą Panu zazdrościć fizycy i inżynierowie, którzy wybrali inne drogi kariery?

Nigdy nie pytałem kolegów czego mogą mi zazdrościć. Może międzynarodowych projektów i kontaktów? A może naprawdę odjechanych projektów… Mamy wiele prac badawczych we współpracy z prestiżowymi uniwersytetami z USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, jak również z wielkimi graczami w dziedzinie eksploracji kosmosu. Bierzemy udział w misjach na różne planety, a nawet na Słońce (PROBA-3, obserwacje korony słonecznej). Jest to więc unikalne miejsce, gdzie łączy się badania naukowe z komercyjnymi projektami.

Grzegorz Kasprowicz
Dr Grzegorz Kasprowicz

Jak wyglądała ścieżka kariery Pana Doktora? Jakie studia, praktyki i staże poleciłby Pan osobom pragnącym robić podobną karierę?

Zacząłem już w wieku 4 lat, od rozebrania starego radia lampowego dziadka (nazywało się Aga). Potem samodzielne budowanie różnych maszyn. Ojciec jest mechanikiem, więc zamiłowanie do techniki niejako wyssałem z mlekiem matki. Potem było technikum elektroniczne w Lublinie, które do dziś bardzo dobrze wspominam. Na studiach to właściwie miałem powtórkę plus teorię, która wyjaśniła to i owo.

Tak więc mogę polecić technikum elektroniczne w Lublinie i studia na Wydziale Elektroniki Politechniki Warszawskiej. 🙂 Niemniej to nie studia czy technikum zrobiły ze mnie elektronika, a samodzielne czytanie książek, czasopism i dłubanie w sprzęcie. Polecam archiwalne numery Elektroniki dla wszystkich, które świetnie wprowadzają w tajniki elektroniki. Między innymi dzięki cyklowi artykułów zacząłem programować mikroprocesory będąc jeszcze w technikum!

A co potem?

Podczas studiów wyjechałem do CERN-u na 2-miesięczne praktyki. Ostatecznie zostałem tam na kilka lat i zrobiłem doktorat. To niesamowite miejsce, gdzie styka się historia nauki z najnowszymi technologiami. Można przejść się tymi samymi korytarzami którymi chadzał Feynman czy Dirac. To chyba wtedy zechciałem zostać naukowcem. Jednakże coś ciągnęło mnie do kraju i w 2008 roku powróciłem i ze wspólnikami założyliśmy CreoTech.

Do dziś współpracujemy z kilkoma grupami w CERN, jest tam m.in. zespół moich byłych studentów, którym tam poleciłem praktyki i się im tak spodobało, że zostali na stałe. Obecnie ze stażami jest dużo łatwiej niż 20 lat temu. W firmie przyjmujemy regularnie młodych ludzi z programów stażowych Agencji Rozwoju Przemysłu, mamy też stażystów, którzy sami zgłaszają się do firmy. Tak więc nasze drzwi są zawsze otwarte.

Potrafiłby Pan Doktor wyróżnić jakiś konkretny naukowy autorytet, kogoś, kto stanowił największą inspirację?

To są mało znane nazwiska wybitnych elektroników starej daty. Przykładowo Robert A. Pease. Z tych bardziej znanych to Nicola Tesla. Co prawda był inżynierem, ale wtedy wielcy naukowcy dopiero się pojawiali.

Właśnie ci mniej znani są najciekawsi! Przyznaję, że musiałem teraz wygooglować nazwisko Pease’a i widzę, że to ekspert od układów scalonych. Dlaczego akurat on? Chodzi tylko o dorobek czy może również jakieś nietypowe metody pracy?

To jest istny wariat! Dorobek naukowy może nie jest wielki, niemniej fantastycznie czyta się jego książki i noty inżynierskie. Zdecydowanie miał nietypowe metody pracy, sam zwał siebie carem scalonych źródeł napięć odniesienia i ciężko mu odmówić tego tytułu. Pokazał m.in. jak liczyć elektrony posługując się sprzętem dostępnym w domu. Jego pracownia wyglądała tak jak moja. 🙂

Nad czym obecnie pracuje Pański zespół? Pod którymi projektami można znaleźć Pana podpis?

Pomijając wspomniany projekt respiratora, nad którym od kwietnia pracowałem z zespołem kilkunastu inżynierów z całego świata (dla zainteresowanych: https://gitlab.com/openventilator), jest to głównie aparatura dla fizyki, w szczególności komputerów kwantowych.

Już mi się podoba…

Kilka lat temu zgłosił się do mnie Joe Britton z amerykańskiego NIST-u (Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii – przyp. A.) z zapytaniem czy nie zaprojektowałbym mu płytki do sterowania pułapkami jonowymi. Widział moje projekty na githubie oraz portalu CERN-owym ohwr.org i chciał, bym na ich bazie zbudował mu aparaturę dedykowaną do jego potrzeb. Miałem już za sobą serię projektów open source dla CERN-u, głównie w temacie systemu synchronizacji White Rabbit.

Okazało się, że istnieje całe zorganizowane środowisko naukowców, którzy postanowili zbudować samodzielnie system sterowania eksperymentami kwantowymi. Mieli dosyć kiepskiej jakości aparatury, zamkniętego oprogramowania, w którym nie da się “pogrzebać” i problemów z odtwarzaniem warunków w innych laboratoriach. Złożyli się więc i ufundowali utworzenie systemu operacyjnego ARTIQ (Advanced Real-Time Infrastructure for Quantum Physics), zapewniającego sub-nanosekundową dokładność w sterowaniu procesami fizycznymi. Tak więc, gdy Joe się ze mną skontaktował, istniał już ARTIQ, który działał na różnych modułach, tzw. devkitach. Nie było to ani ładne, ani stabilne. Zabrałem się do pracy, zaprojektowałem pierwsze moduły w standardzie przemysłowym MicroTCA.

MicroTCA?

To takie szafy, do których wkłada się moduły elektroniczne. Do projektu zaczęły dołączać inne zespoły oraz naukowcy.  Obecnie moduły te są wdrożone do produkcji.

Przykładowy system MicroTCA.

Pewnie będzie to naiwne pytanie, ale zaryzykuję. Co ma wspólnego ARTIQ z klasycznym systemem operacyjnym? Zabrzmiało to odrobinę jak opis Linuxa.

Jest to system czasu rzeczywistego typu hard real time. Możemy za jego pomocą wskazać czas wykonania danej operacji wejścia/wyjścia z precyzją 1 nanosekundy.

Do tego nie ma ograniczeń, jeśli chodzi o złożoność systemu, w praktycznej dowolnej konfiguracji zachowujemy tę precyzję, czyli zwiększanie złożoności algorytmu nie powoduje lagów na operacjach IO. Jest to dosyć ciekawe połączenie istniejących narzędzi pythonowych: języka opisu sprzętu (MiGen), narzędzi do składania systemów (MiGen) oraz właściwego Pythona, używanego do kontroli eksperymentu. Za pomocą tych narzędzi możemy wytwarzać systemy sterowania, których czas reakcji (tzw. round trip delay) jest na poziomie mikrosekundy. Jest to istotne przy kontroli systemów bazujących na fizyce kwantowej.

A co do Linuxa, to ARTIQ chodzi pod opieką systemów Linux i Windows, natomiast części czasu rzeczywistego są zaimplementowane bezpośrednio w sprzęcie – logice FPGA. Albo przy użyciu procesorów, automatów mikroprogramowalnych albo wręcz bramek. Zależy to od potrzeb, jednakże w każdym z przypadków używamy Pythona do opisu algorytmu.

CreoTech zaczął komercjalizować te moduły. Obecnie mamy już ponad tysiąc urządzeń zainstalowanych w blisko 100 eksperymentach na całym świecie. Projekt ciągle żyje, repozytorium liczy już ponad 50 różnych urządzeń, większa część z nich jest dostępna komercyjnie. Co ważne, wszystkie urządzenia oraz oprogramowania są open source. Można je znaleźć na githubie pod hasłem sinara-hw (https://sinara-hw.github.io/).

Jak to wpływa na pracę i rozwój projektów?

To powoduje, że wielu inżynierów i fizyków udziela się hobbystycznie, pro publico bono. Daje to świetną atmosferę i ciekawy model współpracy. Najczęściej powstanie nowego urządzenia zaczyna się od tego, że ktoś wrzuci zapotrzebowanie, opisze jakie parametry są potrzebne. Inni fizycy dorzucają swoje trzy grosze, powstaje specyfikacja. I tutaj albo temat jest ciągnięty poprzez zlecenie komercyjne, albo przez pracę ochotnika, albo przez któregoś ze studentów, który robi to w ramach pracy inżynierskiej bądź magisterskiej. Tak na przykład powstał główny kontroler systemu. Zaletą takiego rozwiązania jest to, że fizycy tworzą dokładnie to, co jest im potrzebne, firma otrzymuje gotowy prototyp, który można poddać wdrożeniu. A student, oprócz zaliczenia pracy, ma możliwość zdobyć międzynarodowe uznanie. Kilku ze studentów prezentowało swoje prace na konferencjach w USA i Wielkiej Brytanii, byli też na wymianach w prestiżowych laboratoriach kwantowych.

Do tej pory zdawało mi się, że zaawansowane badania nad komputerami kwantowymi to domena co najwyżej kilku ośrodków badawczych na świecie, zwłaszcza tych należących do molochów jak Google czy IBM. Sądząc po Pana słowach, jest to już znacznie popularniejsza działka?

Tak, mamy w Polsce już 2 startupy, które budują komputery kwantowe. I nie mówię tu o firmach, które bawią się maszynami IBM-a, ale takich, które rzeźbią w prawdziwym sprzęcie. Bardzo blisko współpracujemy z jedną z nich.

Jednym ze światowych autorytetów w tej dyscyplinie jest Polak pracujący w Wielkiej Brytanii, Artur Ekert. Ciekawi mnie natomiast, czy któreś z krajowych placówek również angażują się w tę niezwykle przyszłościową dziedzinę? Czy nabywcami wspomnianej aparatury są również polskie ośrodki?

Nie, na razie 100% aparatury sprzedajemy za granicę. Mamy jeden projekt dotyczący budowy wysokostabilnych miniaturowych laserów, gdzie partnerem jest UW, ale to dopiero początek współpracy. Zdecydowanie łatwiej współpracuje się z naukowcami z zagranicy. W Polsce myślę, że taka współpraca na zasadzie open source by się chyba nie udała. Polacy boją się otwartej komunikacji na forum publicznym, boją się, że ktoś np. ich skrytykuje. Szczególnie starsze pokolenie pracowników naukowych. Miałem poważne problemy, aby kolegów przekonać do napisania czegoś na githubie, a gdy ktoś wytknął takiemu błąd to był foch. Młodzi ludzie nie mają takich ograniczeń. Doceniają to, że mogą czegoś się nauczyć od bardziej doświadczonych kolegów i łatwiej współpracują w grupach.

Co do grup naukowych to mamy silną jeśli chodzi o rangę ekipę teoretyków z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN, MAB w Gdańsku, kilka grup na UW, UJ i w Toruniu. W CFT kiedyś nawet byłem zatrudniony w interdyscyplinarnym projekcie, gdzie budowaliśmy z biologami urządzenia do kontroli umysłów, ale to długa historia. (Dla chętnych, Pan Doktor opisał ją tutaj: https://www.cosyquanta.com/blog).

Nie chcę rzucać jakichś sztampowych pytań o przyszłość komputerów kwantowych (zresztą powstało mnóstwo tekstów na ten temat), zapytam więc tylko o to, na czym polegały lub polegają największe trudności, przed którymi stoi Pan i Pana koledzy? Co jest największą zmorą przy realizowaniu “kwantowych” projektów?

Z naszego punktu widzenia są to wyłącznie wyzwania inżynierskie. Czyli osiągnięcie abstrakcyjnie niskich poziomów szumów, odporności na zakłócenia, stabilności długoterminowej, precyzji, niskiego czasu odpowiedzi. Nie mamy bezpośredniego kontaktu z czystą fizyką. Rozwiązujemy jedynie problemy, które pozwalają zbudować lepsze komputery kwantowe.

Jakiego rodzaju to przeważnie problemy?

Przykładowo pracujemy nad systemem stabilizacji pola magnetycznego, ultra-nisko-szumowymi sterownikami laserów, czy układami pozwalającymi w precyzyjny sposób przesuwać jony w pułapkach jonowych bez ich podgrzewania. Wszystkie te działania stopniowo poprawiają jakość tych kubitów.

Myślę, że przyszłość jest tutaj jasna, dużo tych problemów zostało do rozwiązania, co też oznacza, że jest w tym potencjał. Pracujemy również nad układami scalonymi, które pozwolą w przyszłości zminiaturyzować te komputery. Tak jak dzisiaj mamy w komputerze GPU wielkości chipu, w przyszłości – może za 20 lat – będziemy mieć chip zwany QPU do pewnej klasy zastosowań. Technologia pułapek jonowych jest tutaj obiecująca, bo pracuje w temperaturze pokojowej i ma potencjał integracji w scalaku. Już są pierwsze podejścia do fotonicznych układów scalonych, które umieszczone nad pułapką jonową zastępują całe skomplikowane stoły optyczne.

I jak idzie z tą miniaturyzacją?

Pracujemy nad miniaturowymi laserami i układami optycznymi, które będzie dało się wykorzystać do adresowania i chłodzenia jonów. Zamiast opakowania wielkości pudełka na buty mieszczą się one w opakowaniu 4 razy mniejszym niż pudełko zapałek. Ostatnio wdrożyliśmy układ stabilizacji temperatury z dokładnością kilku mikrokelwinów, jako część tego projektu.

“Pułapka” na antycząstki wykorzystywana w projekcie AEgIS w CERN.

Na koniec jeszcze pytanie “życzeniowe”. Gdyby mógł Pan Doktor wybrać klienta – do jakiego projektu najbardziej chciałby Pan (być może w dalszej przyszłości) dorzucić swój wkład? Jakaś wiekopomna misja kosmiczna, czy jednak coś z badań podstawowych? Krótko mówiąc: jakiej pracy życzyć Panu w przyszłości?

Myślę, że budowy prawdziwego komputera kwantowego w Polsce. Ale i w tym zakresie prace trwają i mam nadzieje, że za kilka tygodni będę mógł powiedzieć coś więcej. Na razie to tajemnica. 😉

Mamy też inne szalone pomysły. Zaczęliśmy właśnie współpracę z eksperymentem AEgIS w CERN. W skrócie: będziemy łapać antymaterię w pułapki magnetyczne. Żartujemy sobie, że niby co może pójść źle? Jednym z pomysłów jest zbudowanie bramki kwantowej na antymaterii i sprawdzenie czy i w tym zakresie antymateria zachowuje się identycznie jak materia. I tak zauważam, że powoli z elektronika przeistaczam się w fizyka…

Chyba w każdym ciekawskim człowieku siedzi fizyk, który tylko czeka, aby wyjść na zewnątrz i zadawać pytania. Dziękuję za inspirującą rozmowę i życzę pracy przy polskim komputerze kwantowym!


A może, któryś z czytelników też chciałby spróbować swoich sił w sektorze kosmiczno-kwantowym?

Nieprzypadkowo część powyższej rozmowy dotyczyła perspektywy pracy dla CreoTech. Firma rośnie i jak się okazuje, wciąż potrzebuje dopływu świeżej krwi. Obecnie poszukiwany jest Specjalista Rozwoju Biznesu, czyli osoba odpowiadająca za przygotowywanie ofert i koordynację realizacji zamówień – ale nie tylko. Informacje o aktualnych rekrutacjach możecie znaleźć pod tym adresem. Co więcej, nawet jeśli nie widzicie na liście żadnej interesującej was propozycji, ale i tak sądzicie, że wasze kompetencje przydałyby się ekipie CreoTech – wciąż możecie słać swoje dokumenty na mail: rekrutacja@creotech.pl. W wiadomości porzućcie skromność i śmiało chwalcie się swoimi zainteresowaniami oraz tym, co moglibyście wnieść do zespołu. (Rada: śląc CV pamiętajcie o wpisaniu aktualnej zgody na przetwarzanie danych w procesie rekrutacyjnym. Niby szczegół, ale ważny).

Jak widzicie, praca szuka człowieka. Jeśli więc tylko biegle posługujecie się angielskim, macie trochę doświadczenia i rozeznanie w świecie współczesnej technologii – branża kosmiczna przyjmie was z otwartymi ramionami. Przy odrobinie szczęścia dostaniecie szansę na rozpoczęcie naprawdę niezłej przygody.

Z Grzegorzem Kasprowiczem rozmawiał
Adam Adamczyk

Zróbmy coś, bo zepsują nam klimat – rozmowa z Aleksandrą Kardaś Polski Hyperloop – rozmowa z Amadeuszem Batheltem Praca przy Teleskopie Horyzontu Zdarzeń – rozmowa z Maciejem Wielgusem