Koledzy tytułowali ją “pierwszą damą fizyki”. Była emigrantką, jednak nigdy nie zapomniała o kraju swojego pochodzenia. Szybko zyskała sławę jako specjalistka od fizyki atomu i promieniotwórczości. Poznajmy Chien-Shiung Wu.

Rozpad beta był dla mnie jak stary przy­ja­ciel. W moim sercu zawsze znajduje się miejsce zare­zer­wo­wane spe­cjal­nie dla niego.

Chien-Shiung Wu

W 1911 roku Maria Skło­dow­ska-Curie odebrała drugą w swoim życiu Nagrodę Nobla, usta­na­wia­jąc histo­ryczny pre­ce­dens. Nie mogła wiedzieć, że w tym samym czasie po prze­ciw­nej stronie Kuli Ziem­skiej, na świat przyszła dziew­czynka, dla której doko­na­nia słynnej uczonej staną się wzorem i życiową inspi­ra­cją.

W poszukiwaniu perspektyw

Chien-Shiung Wu (czytamy: Dzjen-Siong Łu) była córką zdolnego inży­niera i urzęd­niczki zamiesz­ku­ją­cych nie­wiel­kie miasto opodal Szan­ghaju. Miała szczę­ście, bowiem jej rodzice należeli do wykształ­co­nej oraz nad­zwy­czaj postę­po­wej mniej­szo­ści chiń­skiego spo­łe­czeń­stwa początku XX wieku. Wierzyli w rów­no­upraw­nie­nie i powszechny dostęp do edukacji. Nie były to zresztą jedynie puste slogany, bowiem pan Wu poświę­cał swój wolny czas pro­wa­dząc zajęcia dla oko­licz­nych dzie­cia­ków. Tylko dzięki temu, w odróż­nie­niu od wielu rówie­śni­czek mała Chien-Shiung dora­stała w oto­cze­niu książek, nie­ustan­nie i gorliwie dopin­go­wana do zdo­by­wa­nia wiedzy. Odpo­wied­nie wycho­wa­nie wespół z wro­dzo­nym talentem mate­ma­tycz­nym rychło przy­nio­sły plony. Podczas testu wstęp­nego do żeńskiej szkoły ponad­pod­sta­wo­wej, nasza boha­terka uzyskała dzie­wiąty naj­lep­szy wynik wśród dzie­się­ciu tysięcy chętnych. Miała wtedy… dziesięć lat.

W czasie edukacji w eli­tar­nej placówce Suzhou dziew­czyna po raz pierwszy usły­szała nazwisko Skło­dow­skiej i złapała bakcyla do fizyki. Nie było w tym przy­padku. Polska uczona cieszyła się mię­dzy­na­ro­dową sławą, nie tylko jako naj­bar­dziej uty­tu­ło­wana uczona, ale również naj­więk­szy kobiecy auto­ry­tet oraz symbol eman­cy­pa­cji. Kiedy więc Chien-Shiung trafiła na uczelnię w Nankinie (dzięki rewe­la­cyj­nym ocenom z pomi­nię­ciem egza­mi­nów), posta­no­wiła zgłębiać dzie­dzinę swojej idolki. Z suk­ce­sami, bo niemal natych­miast zyskała opinię naj­pil­niej­szej stu­dentki, tak wśród kolegów z roku, jak i pro­fe­so­rów. Usku­tecz­niała przy tym ideał azja­tyc­kiej pra­co­wi­to­ści. Mimo kolej­nych osią­gnięć i żarliwej ambicji, Chien-Shiung pozo­sta­wała cicha, posłuszna, pełna pokory i skromna aż do przesady.

Istniał tylko jeden, dość spory problem. Chińskie uczelnie nie dawały w tym czasie kobietom szans na uzy­ska­nie dok­to­ratu, tym samym unie­moż­li­wia­jąc im realny awans w aka­de­mic­kiej hie­rar­chii. Wszyscy ludzie znający Chien-Shiung wie­dzieli, że w ojczyź­nie nigdy nie zdoła wyko­rzy­stać swojego poten­cjału. Rodzice otwarcie nama­wiali ją do emi­gra­cji, wykła­dowcy słali za granicę listy pole­ca­jące, a bogaty wuj zobo­wią­zał się pokryć wszelkie koszty ewen­tu­al­nego wyjazdu. W ten sposób, latem 1936 roku Chien-Shiung Wu wylą­do­wała na studiach dok­to­ranc­kich w kali­for­nij­skim Uni­wer­sy­te­cie Berkeley. Podobnie do innych nauko­wych emi­gran­tów, badaczka zamie­rzała wyjechać na kilka lat, a po uzy­ska­niu tytułu, doszli­fo­wa­niu języka i zawarciu przy­dat­nych zna­jo­mo­ści, powrócić do domu. Jednak Chien-Shiung już nigdy nie zoba­czyła swoich bliskich. Nadej­ście japoń­skiej agresji i wojny domowej zakoń­czona triumfem komu­ni­stycz­nego terroru sprawiły, że począt­kowe plany diabli wzięli.

Pierwsza dama Berkeley

Po przy­jeź­dzie do Stanów Zjed­no­czo­nych dwu­dzie­sto­pa­ro­latka szybko nawią­zała przy­jaź­nie, świetnie odnaj­du­jąc się w licznej azja­tyc­kiej spo­łecz­no­ści. Chiń­czy­ków nie bra­ko­wało również wśród pra­cow­ni­ków nauko­wych. To w murach Berkeley Chien-Shiung spotkała swojego przy­szłego męża, skądinąd inte­re­su­jącą postać – Chia-Liu Yuana. Luke (jak go nazywali Ame­ry­ka­nie) przybył do Kali­for­nii, nosząc łatkę wnuka generała Yuan Shikaia, pierw­szego pre­zy­denta Repu­bliki Chiń­skiej, o mętnym życio­ry­sie i dys­ku­syj­nych zasłu­gach. Pocho­dze­nie nie przy­spo­rzyło młodemu fizykowi popu­lar­no­ści, choć on sam stronił od polityki i odcinał się od obrazu kon­tro­wer­syj­nego dziadka.

Chien-Shiung Wu i Luke Yuan.

Począt­ku­jący uczeni z Berkeley mieli szczę­ście pobierać nauki od trzech nobli­stów i naj­więk­szych doświad­czal­ni­ków tamtej epoki: Roberta Mil­li­kana (ustalił, że ładunek elek­tryczny elek­tronu to ładunek ele­men­tarny), Emilia Segrè’a (brał udział w odkryciu trzech pier­wiast­ków) oraz Ernesta Lawrence’a (zapro­jek­to­wał pierwszy kołowy akce­le­ra­tor cząstek ele­men­tar­nych). Chien-Shiung już stan­dar­dowo, w zaledwie kilka miesięcy wypra­co­wała sobie pozycję miej­sco­wej gwiazdy. Jak wspo­mi­nał Segrè: “Siła woli Wu i jej poświę­ce­nie przy­po­mina mi Marię Curie, przy czym ta pierwsza jest bardziej światowa, ele­gancka i dowcipna”. Wkrótce cały kampus mówił o drobnej, szalenie uta­len­to­wa­nej Chince. Mimo, że nasza boha­terka nie robiła wokół siebie szumu to jej zja­wi­skowa uroda, urok osobisty, orien­talne obyczaje (wciąż lubiła spa­ce­ro­wać w tra­dy­cyj­nych chiń­skich strojach) i przede wszyst­kim etos pracy – robiły wrażenie na niemal wszyst­kich. Drobny wyjątek sta­no­wili studenci Chien-Shiung, nie­ko­niecz­nie podzie­la­jący jej bez­gra­niczne oddanie nauce i żelazną dys­cy­plinę. Część wałkoni ochrzciło swoją mentorkę – nawią­zu­jąc do nazwiska przy­wódcy Repu­bliki Chiń­skiej – Gene­ra­lis­si­mu­sem Czang Kaj-szekiem. Trzeba jednak zazna­czyć, że eks­pe­ry­men­ta­torka nigdy nie wymagała od swoich pod­wład­nych niczego więcej, niż od siebie samej. A, że sama potra­fiła prze­sia­dy­wać w labo­ra­to­rium do czwartej nad ranem…

Mimo świet­nych opinii, świeżo upie­czona pani doktor nie dostała etatu w Berkeley. Chociaż otrzy­mała potężne wsta­wien­nic­two swoich pro­fe­so­rów, władze uczelni trak­to­wali Azjatkę z nie­spra­wie­dliwą podejrz­li­wo­ścią. Na szczę­ście Lawrence i Segrè zrobili co w ich mocy, aby talent ich uczen­nicy nie został zmar­no­tra­wiony. W ten sposób Chien-Shiung wypro­wa­dziła się na drugi kraniec kon­ty­nentu, najpierw obej­mu­jąc posadę wykła­dowcy (jako pierwsza kobieta) w Insty­tu­cie Badań Zaawan­so­wa­nych w Prin­ce­ton, a następ­nie osia­da­jąc na nowo­jor­skim Uni­wer­sy­te­cie Columbia. Jej zdol­no­ści nie umknęły również wojsku. W 1944 została popro­szona o pomoc w pracach nad izolacją izotopu uranu-235, dokła­da­jąc tym samym chińską cegiełkę do Programu Man­hat­tan.

Chien-Shiung Wu i Wolfgang Pauli
Chien-Shiung Wu obok Wol­fganga Pauliego.

Najlepszy beta-przyjaciel

Na wschod­nim wybrzeżu Chien-Shiung Wu wiodła szczę­śliwe życie. Zamiesz­kała wraz z mężem w pięknym domu na Long Island, urodziła syna, a jej kariera nabrała zawrot­nego tempa. Co naj­waż­niej­sze dla nas, fizyczka odkryła również nowy obiekt fascy­na­cji – zagadkę zacho­dzą­cych w jądrze atomowym rozpadów beta.

Prze­miany β pozwa­lają na nie­zwy­kłą sztuczkę: trans­for­ma­cję jednej cząstki w inną. Przy­kła­dowo, wszech­obecne neutrony kon­wer­tują w protony, emitując przy okazji elektron i anty­neu­trino. To fun­da­ment funk­cjo­no­wa­nia natury, jak również jedna z głównych obsesji badaczy mikro­świata. Nie bez przy­czyny. Zro­zu­mie­nie rozpadu beta okazało się kluczem do opisu jądra atomu, uchwy­ce­nia niuansów zjawiska pro­mie­nio­twór­czo­ści, odkrycia neutrina, wypro­wa­dze­nia teorii oddzia­ły­wa­nia słabego, a nawet wstępem do rozważań na temat mecha­ni­zmu pola Higgsa. W połowie lat 50. mądre głowy trapił jednak inny kłopot.

Naj­prost­szy schemat prze­miany beta.

Wszystko zaczęło się pewnego letniego popo­łu­dnia, gdy labo­ra­to­rium Uni­wer­sy­tetu Columbia odwie­dziło dwóch mło­dzień­ców uzbro­jo­nych w szaloną hipotezę. Dok­to­ranci Enrico Fermiego – 28-letni Chen-Ning Yang oraz 24-letni Tsung-Dao Lee – przed­sta­wili starszej kole­żance zarys artykułu, zgodnie z którym rozpady beta cha­rak­te­ry­zo­wałby spe­cy­ficzny brak zacho­wa­nia symetrii.

Eksperyment Wu

Temat symetrii oraz zasady zacho­wa­nia przez dekady pozo­sta­wał strefą wolną od polemiki. Fakt ist­nie­nia pewnych parzy­sto­ści, odwra­cal­no­ści i izo­tro­pii, wydawał się równie oczy­wi­sty, co prze­mien­ność mnożenia albo widok odbicia w lustrze. Tak po prostu działa przyroda. Jednak kiedy Yang i Lee wzięli pod lupę oddzia­ły­wa­nie słabe odpo­wia­da­jące za pro­mie­nio­twór­czość, dostrze­gli, że wiele rzeczy się nie zgadza. Kiedy przy okazji własnych doświad­czeń badali kaony (mezony K), odno­to­wali nie­po­ko­jące zjawisko. Drobiny ze znanego tylko sobie powodu raz roz­pa­dały się na dwie cząstki, a raz na trzy. Bliź­nia­cze anomalie ujaw­niały się również w innych roz­pa­dach, m.in. mezonów tau czy pionów (mezonów Pi). Chińscy fizycy pragnęli ustalić, czy otrzy­mane wyniki to wyłącz­nie dzieło przy­padku, czy może biorą swoje źródło, w którejś z fizycz­nych cech cząstek ele­men­tar­nych.

Obiektem dociekań Yanga i Lee stała się wła­ści­wość mikro­świata zwana skręt­no­ścią. Cząstki miotają się między pra­wo­skręt­no­ścią i lewo­skręt­no­ścią, toteż fizycy przy­pu­ścili, że aktualny stan może deter­mi­no­wać sposób rozkładu. Musimy mieć świa­do­mość, że ta niewinna z pozoru teza wiązała się z poważ­nymi kon­se­kwen­cjami, na czele z osten­ta­cyj­nym spro­fa­no­wa­niem praw symetrii. Mówimy o tej samej cząstce, która po “odwró­ce­niu” zaczyna reagować w odmienny sposób na jedno z oddzia­ły­wań pod­sta­wo­wych. Rzecz jasna dok­to­ranci zdawali sobie sprawę, że ich nad­zwy­czajne twier­dze­nie wymaga równie nad­zwy­czaj­nego dowodu. Ta złota zasada zapro­wa­dziła ich przed oblicze naj­bar­dziej skru­pu­lat­nej spośród znanych im fizyków doświad­czal­nych, czyli Chien-Shiung Wu.

Schemat po lewej przed­sta­wia rozpad przy zacho­wa­niu symetrii, ten po prawej, przy jej złamaniu.

Badaczka podeszła do sprawy z wła­ści­wym sobie pedan­ty­zmem. Zaopa­trzyła się naj­no­wo­cze­śniej­szy sprzęt sto­so­wany przez fizyków niskich tem­pe­ra­tur. W warun­kach bliskich zeru abso­lut­nemu i niemal zupełnej próżni, spo­la­ry­zo­wała jądra kobaltu-60, zmu­sza­jąc je do przy­bra­nia pożą­da­nego spinu i skręt­no­ści. Co dalej? Wewnątrz nie­sta­bil­nego izotopu kobaltu prędzej czy później dochodzi do kla­sycz­nego rozpadu beta. Jeden z neu­tro­nów zmienia się w proton, wyrzu­ca­jąc w prze­strzeń elektron i anty­neu­trino. (Gwoli ści­sło­ści, na tym nie koniec. Kobalt-60 zmienia się w jądro niklu-60, które emituje fotony pro­mie­nio­wa­nia gamma. Fotony nie były w tym głównym przed­mio­tem zain­te­re­so­wa­nia, jednak okazały się przy­datne. Jako kwanty pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego nie mają nic wspól­nego z oddzia­ły­wa­niem słabym (w prze­ci­wień­stwie do elek­tro­nów), a zatem zacho­wują wzorcową symetrię i mogą służyć w doświad­cze­niu jako punkt odnie­sie­nia).

Jądra atomów emi­to­wały więk­szość elek­tro­nów w jednym z kie­run­ków, wzdłuż osi obrotu. Jeżeli prawa symetrii miałyby tu zasto­so­wa­nie, to nie­za­leż­nie od tego czy dane jądro znajduje się w stanie lewo­skręt­no­ści czy pra­wo­skręt­no­ści, kierunek emisji powinien być ten sam (patrz ilu­stra­cja powyżej). Odczyty instru­men­tów wska­zy­wały jednak na wniosek prze­ciwny, a co za tym idzie na popraw­ność hipotezy Yanga i Lee. Elek­trony bez­wstyd­nie pre­fe­ro­wały jedną z dostęp­nych opcji.

Piątek, 4 stycznia, godzina dwunasta w południe. Zgodnie z utartą od lat tradycją w piątki jada­li­śmy lunch w chiń­skiej restau­ra­cji. Wykła­dowcy zebrali się przed gabi­ne­tem pro­fe­sora Tsung-Dao Lee. (…) Tym piąt­ko­wym posiłkom towa­rzy­szyły nie­po­ha­mo­wane i hała­śliwe dyskusje, czasem na trzy lub cztery tematy rów­no­cze­śnie, prze­ry­wane pełnym zado­wo­le­nia sior­ba­niem zupy z melonów i roz­dzie­la­niem potrawki ze smoczego mięsa. (…) Już w drodze do restau­ra­cji wykla­ro­wał się temat dnia: parzy­stość i naj­śwież­sze wia­do­mo­ści od naszej kole­żanki z Uni­wer­sy­tetu Columbia, Chien-Shiung Wu. (…) Kartka i ołówek zostają prze­ka­zane kel­ne­rowi, a Lee rzuca się w wir kon­wer­sa­cji. “Dzwoniła Wu i powie­działa, że wstępne wyniki wskazują na ist­nie­nie ogrom­nego efektu” – rzucił gorącz­kowo.

~ Leon Lederman

Wspo­mniany “ogromny efekt” nie pozo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści. Chiński tercet Yang, Lee oraz Wu, dowiódł, że z jakiegoś powodu rozpad beta, a co za tym idzie oddzia­ły­wa­nie słabe, nie poddaje się zasadom zwier­cia­dla­nej symetrii. Był to wielki szok dla całego świata nauki. Naj­le­piej dowodzi tego reakcja Wol­fganga Pauliego – pry­wat­nie dobrego zna­jo­mego Shien – który w emo­cjo­nal­nym tonie stwier­dził, że “nie wierzy, aby Bóg był słabym mańkutem” i zażądał powtó­rze­nia eks­pe­ry­mentu. Powtórek oczy­wi­ście nie zabrakło. Inny zna­mie­nity fizyk (i wspa­niały popu­la­ry­za­tor nauki) – czci­godny Leon Lederman – zain­spi­ro­wany pracą swojej kole­żanki, prze­pro­wa­dził wkrótce podobny test dla mionów. Kon­klu­zja była taka sama: “Zasada zacho­wa­nia parzy­sto­ści nie była speł­niona dla oddzia­ły­wań słabych rzą­dzą­cych rozpadem mionu”!

Chiński Nobel

Odkrycie jakie­go­kol­wiek wyłomu w sferze tak fun­da­men­tal­nej jak zasady zacho­wa­nia, bez­a­pe­la­cyj­nie wołało o naj­wyż­sze możliwe wyróż­nie­nia. I rze­czy­wi­ście, jeszcze przed końcem roku Sztok­holm przyznał Nagrodę w dzie­dzi­nie fizyki za “wnikliwe zbadanie tak zwanego prawa zacho­wa­nia parzy­sto­ści, co dopro­wa­dziło do ważnych odkryć zwią­za­nych z cząst­kami ele­men­tar­nymi”, odzna­cza­jąc Chen-Ning Yanga oraz Tsung-Dao Lee. Częstą praktyką jest dzie­le­nie Nobla pomiędzy trzech uczonych, jednak z nie­zna­nych powodów akurat w 1957 roku na taki ruch się nie zde­cy­do­wano.

Chien-Shiung Wu w śro­do­wi­sku natu­ral­nym.

Chien-Shiung Wu, jak zawsze pełna godności, nie­chęt­nie udzie­lała publicz­nych komen­ta­rzy. Twier­dziła, że “rzut oka na ten cud natury będzie nagrodą na całe życie”. Na odrobinę żalu pozwo­liła sobie tylko w pry­wat­nej kore­spon­den­cji: “Chociaż nie pro­wa­dzi­łam badań tylko dla nagrody, nadal bardzo mnie boli, że moja praca została prze­oczona”. Do pewnego zadość­uczy­nie­nia doszło w 1978 roku, kiedy w ręce Chinki trafiła świeżo usta­no­wiona Nagroda Wolfa.

Jednak Nobel to Nobel. Uczoną ominął nie tylko prestiż związany z samym odzna­cze­niem, ale również wieczny splendor. Niewiele bra­ko­wało, a Chien-Shiung Wu zosta­łaby zapa­mię­tana jako druga – po Marii Skło­dow­skiej-Curie – kobieta z Noblem w dzie­dzi­nie fizyki.

Tym bardziej żywię nadzieję, że dzięki temu skrom­nemu arty­ku­łowi nazwisko Wu zostanie odło­wione z odmętów historii nauki. Naj­wy­bit­niej­sza eks­pe­ry­men­ta­torka XX wieku zasłu­żyła na pamięć.

Literatura uzupełniająca:
L. Lederman, D. Teresi, Boska Cząstka. Jeśli Wszechświat jest odpowiedzią, jak brzmi pytanie?, przeł. E. Kołodziej, Warszawa 1996;
L. Lederman, C. Hill, Dalej niż Boska Cząstka, przeł. U. Seweryńska, Warszawa 2015;
T. Pospieszny, Pasja i Geniusz. Kobiety, które zasłużyły na Nagrodę Nobla, Warszawa 2019;
M. Hergueta, Forgotten women in science: Chien-Shiung Wu, [online: www.cosmosmagazine.com/physics/forgotten-women-in-science-chien-shiung-wu];
H. Sack, Chien-Shiung Wu and the Conservation of Parity, [online: http://scihi.org/chien-shiung-wu-conservation-parity].
  • https://antifragile.pl/ Igor Mróz

    Świetny artykuł! Trochę sko­ja­rzyło mi się z “Pro­ble­mem trzech ciał” 🙂

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Sko­ja­rze­nia słuszne, ponieważ dr Wu rze­czy­wi­ście została wspo­mniana w “Pro­ble­mie trzech ciał”. 🙂

  • BloodMan

    O. Nie miałem pojęcia o tym, ani o niej — ani tym bardziej o jej historii.
    To było… odkryw­cze doświad­cze­nie.

  • Krzysz­tof D

    Skło­dow­ska byłaby dumna.… ale zaraz …

    … Polka zmarła w 1934, Chinka przybyła do Berkeley w 1936.wcześniej jednak miała już ugrun­to­waną pozycję na uniwerku w Nankinie, znaczy przy odro­bi­nie szczę­ścia Maria mogła coś usłyszeć o Chien-Shiung. Szcze­gól­nie że kobiet zaj­mu­ją­cych się fizyką było w ten czas niewiele.

    - Drogi Watsonie.
    — Tak Holmes.
    — Zdaje się że Mrs Skło­dow­ska mogła słyszeć w towa­rzy­stwie o ambitnej Chince.
    — Wydaje się to praw­do­po­dobne,
    — Zwa­żyw­szy na to jak fawo­ry­zo­wała córkę …
    — Tak Holmes?
    — Wydaje się również praw­do­po­dob­nym że mogła coś zasu­ge­ro­wać Roose­vel­towi …
    — Żeby jego admi­ni­stra­cja spro­wa­dziła Mrs Wu do Stanów?
    — A przy­naj­mniej by nie piętrzyć przy tym pro­ble­mów for­mal­nych.
    — Ciekawa teza.
    — Redak­to­rze Adamczyk są jakieś prze­słanki suge­ru­jące że taki sce­na­riusz mógł mieć miejsce?

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Nie jest to nie­moż­liwe, ale bardzo nie­praw­do­po­dobne. Mimo, że popu­la­cja fizyczek nie była zbyt liczna, to jednak trudno uwierzyć aby ktoś słyszał o każdej stu­dentce na świecie, nawet jeśli była bardzo zdolna. Curie z kolei nie miała takiej pozycji i kon­tak­tów w USA jak w Europie, więc nawet jeśli gdzieś ściągała uta­len­to­wa­nych ludzi, to na Sorbonę. Z tego co wiemy, swój wyjazd za Ocean, Chien-Shiung zawdzię­czała swojej pro­fe­sorce Jing-Wei Gu, która sama wcze­śniej zali­czyła epizod w Kali­for­nii i miała tam cenne zna­jo­mo­ści.

  • Wojciech Nie­wia­dom­ski

    Inte­re­suje mnie jak w czasach Chien-Shiung Wu wyglą­dała sytuacja prawna odnośnie mate­ria­łów radio­ak­tyw­nych — czy wciąż każdy mógł posiadać na własność, czy jednak obłożono już całą masą regu­la­cji i zakazów przez co dostęp do tych mate­ria­łów mogła mieć tylko wąska grupa osób.
    Swoją drogą na początku lat 50. (czyli już trochę czasu od kiedy Chien-Shiung Wu zamiesz­kała w Ameryce) pró­bo­wano w USA wpro­wa­dzić do sprze­daży zestawy zabaw­kowe z dozy­me­trem, komorą Wilsona i nie­wiel­kimi ilo­ściami pier­wiast­ków pro­mie­nio­twór­czych (na tyle małymi że wątpliwe by ktoś się przy­cze­pił nawet przy zaostrzo­nym prawie). Szkoda że pomysł nie wypalił (taki zestaw byłby zbyt drogi — na dzi­siej­sze około 500$). Gdyby się udało stworzyć jeszcze bardziej umniej­szoną, tańszą wersję to byłoby to dobre narzę­dzie do roz­po­wszech­nia­nia nauki wśród dzieci.

  • https://www.facebook.com/app_scoped_user_id/1153757004670044/ Maciej Skwirut

    “Fotony były w tym przy­padku naj­istot­niej­sze, jednak okazały się przy­datne.”
    Chyba nie były?