Mówi się, że żyjemy w epoce informacji. Według mnie to epoka dezinformacji, zmyślonych cytatów, powielanych mitów i liczb wziętych z sufitu. My wszyscy natomiast bywamy czasem łatwowiernymi pelikanami.

Mamy 10 lipca, dzień upa­mięt­nia­jący naro­dziny Nikoli Tesli. Przy­po­mniało mi to o niecnym czynie, jakiego dopu­ści­łem się cztery lata temu, publi­ku­jąc artykuł Nikola Tesla – mniej znane pomysły out­si­dera nauki. Co było z nim nie tak? Otóż tamten tekst, umyślnie i celowo, oparłem wyłącz­nie o fałszywe infor­ma­cje. Każda z pięciu przy­wo­ła­nych w nim histo­ry­jek była od początku do końca wytworem mojej wyobraźni. Nawet nie starałem się za bardzo. Pisałem co mi ślina na język przy­nio­sła, z marszu wymy­śla­jąc cytaty, anegdoty, a nawet biblio­gra­fię (na czele z Umysłem szeroko otwartym w prze­kła­dzie F. Trol­skiego).

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, tekst był jednym z popu­lar­niej­szych w tamtym okresie. Zebrał ponad 10 tysięcy wyświe­tleń, zgarnął setki lajków, wiele udo­stęp­nień, a także zawitał na naj­więk­sze polskie agregaty treści. Nigdzie nie trafiłem na dosłow­nie ani jeden scep­tyczny komen­tarz. Nikt nie zakwe­stio­no­wał bzdur o reak­to­rze jądrowym, akce­le­ra­to­rze cząstek czy rakiecie, jakie według mojej fantazji miał skon­stru­ować Tesla. Zero reflek­sji.

Po co ta cała szopka? Nie był to do końca eks­pe­ry­ment, a jeśli, to przez bardzo małe “e”. Zdaję sobie sprawę, że peł­no­prawne doświad­cze­nie wymaga odpo­wied­niej metody i trzy­ma­nia się zasad, których zapewne nie docho­wa­łem. Moje cele pre­zen­to­wały się prościej. Chodziło mi raczej o możliwie jaskrawe zwró­ce­nie uwagi na nara­sta­jącą pato­lo­gię. O una­ocz­nie­nie w jak głębokim szambie infor­ma­cyj­nym przyszło nam tonąć.

Na pewno niejeden z was teraz pomyśli, że takie akcje są stratą czasu, ponieważ dowodzą czegoś z czego każdy zdaje sobie sprawę. Oso­bi­ście uważam, że to pewna iluzja. Sama świa­do­mość wszech­obec­nych kłamstw, nie­ko­niecz­nie prze­kłada się na praktykę i sku­teczne oddzie­la­nie infor­ma­cyj­nego ziarna od zma­ni­pu­lo­wa­nych plew. To trochę jak z pro­fi­lak­tyką zdro­wotną. Prze­ciętny obywatel dość dobrze wie czego powinien unikać, jakie są czynniki ryzyka, słyszy apele mądrych ludzi, zna prze­ra­ża­jące sta­ty­styki, otrzy­muje repry­mendy od lekarza – a mimo to ciągle sięga po używki, pochła­nia fast foody i spędza każde popo­łu­dnie przed tele­wi­zo­rem. Sytuacja zmienia się dia­me­tral­nie dopiero wtedy, gdy dany problem dotknie go oso­bi­ście. Innymi słowy, czasem musimy się sparzyć, żeby naprawdę zro­zu­mieć powagę sytuacji.

Mniej więcej taki był mój zamysł. Chciałem abyśmy wszyscy się sparzyli. Żebyśmy przy­po­mnieli sobie, że zgłę­bia­jąc meandry inter­netu, ani na moment nie możemy tracić czuj­no­ści. Nie ważne o czym czytamy, czy lubimy autora, jak wygląda odwie­dzony serwis – nie wolno opusz­czać gardy.

Pomyślmy o tym. Skoro kom­plet­nie wydumany artykuł z taką łatwo­ścią zyskał aprobatę odbior­ców, to jak banalnie można prze­my­cić poje­dyn­cze kłamstwa zato­pione w zasad­ni­czo popraw­nej treści? Taką stra­te­gię przyj­muje wielu pismaków oraz szar­la­ta­nów, mie­sza­jąc nie­za­prze­czalne fakty z total­nymi bania­lu­kami. Nie bądźmy naiwni: portale “infor­ma­cyjne” codzien­nie bom­bar­dują nas setkami newsów, które w prze­wa­ża­ją­cej części nigdy nie zostaną zwe­ry­fi­ko­wane. Ich autorzy o tym wiedzą, a w nurcie infor­ma­cyj­nego ścieku czują się jak ryba w wodzie. Są bezkarni i mogą w łatwy sposób polować na kliki, lub – co gorsza – kreować rze­czy­wi­stość. Publi­ko­wać kłamstwa, które mają zmienić myślenie, wpłynąć na świa­to­po­gląd i prze­ko­nać do okre­ślo­nych zachowań.

Pamiętam, że gdy przy­zna­łem się do mani­pu­la­cji, część komen­tu­ją­cych stwier­dziła, że to nie fair, bo przecież tekstu nie napisał jakiś nołnejm, lecz znany im autor, którego czytają od dawna i któremu po prostu ufają. Mieli oni rację, ale tylko czę­ściowo. Po pierwsze, tekst został pod­lin­ko­wany w wielu miej­scach i trafiło nań tysiące ludzi, którzy w żaden sposób nie koja­rzyli Kwantowo (zwłasz­cza, że blog był wtedy znacznie mniejszy). Po drugie, należy zadać sobie pytanie, czy tego typu argu­men­ta­cja rze­czy­wi­ście załatwia sprawę? Czy to nas zwalnia z kry­tycz­nego myślenia? A co jeśli dzien­ni­karz, bloger lub jutuber, ceniony i zazwy­czaj rzetelny – naj­zwy­czaj­niej zabłądzi? Powieli fałszywą infor­ma­cję albo da się uwieść teorii spi­sko­wej? Pamię­taj­cie moi drodzy, że wszyscy pozo­sta­jemy tylko ludźmi i bez względu na swój dorobek możemy być omylni. Napi­sa­nie stu mądrych rzeczy, nie wyklucza szansy na to, że sto pierwsza okaże się głupotą. Fakt, że ktoś jest wybitnym znawcą jednego tematu, nie czyni jego pozo­sta­łych tez równie war­to­ścio­wymi.

Każdy z nas, od czasu do czasu.

Zresztą, coraz trudniej stwier­dzić, który portal, gazeta, czy publi­cy­sta zasłu­guje na zaufanie. W dobie sąż­ni­stego, nie­po­ha­mo­wa­nego spamu, walka o uwagę inter­nauty jest tak zażarta, że nawet naj­więk­sze brednie zostają owinięte w coraz atrak­cyj­niej­szy papierek. Nie brakuje wcale arty­ku­łów zgrabnie zre­da­go­wa­nych, mądrze brzmią­cych, zawie­ra­ją­cych odno­śniki do źródeł, pod­pi­sa­nych – z wierzchu bardzo war­to­ścio­wych – a jednak nasą­czo­nych łgar­stwami lub sta­no­wią­cych jeden wielki bełkot.

Wiecie co jest w tym naj­gor­sze? Nawet naj­bar­dziej oczytana, racjo­nalna i scep­tyczna osoba, nie raz i nie dwa taką bujdę łyknie. Bez swojej winy. Każdego dnia odwie­dzamy dzie­siątki portali, sub­skry­bu­jemy blogi i kanały na YouTube, scrol­lu­jemy tablicę na face­bo­oku, usta­wicz­nie odbie­ramy od zna­jo­mych linki do szem­ra­nych tekstów, filmików i memów. W takim zalewie infor­ma­cji nikt z nas nie jest fizycz­nie w stanie wery­fi­ko­wać wszyst­kiego co zobaczy. Ponura kon­sta­ta­cja jest taka, że praw­do­po­dob­nie wszyscy uwie­rzymy w jakąś bzdurę, a być może, nawet przy­ło­żymy rękę do jej powie­le­nia.

Ale głowa do góry. Chociaż nie istnieje stu­pro­cen­towo sku­teczna metoda dema­sko­wa­nia fał­szerstw, przy odro­bi­nie dobrej woli, każdy z nas jest w stanie odfil­tro­wać więk­szość z nich. To jednak temat na osobną, szeroką dyskusję.

  • Antoni Brzoza

    Po prze­czy­ta­niu tego tekstu, pierw­szym moim sko­ja­rze­niem jest krótkie ale jakże dobitnie zdanie Lema odnośnie Inter­netu i idiotow. Przed inter­ne­tem, podobnym kata­li­za­to­rem pro­gre­sji głupoty była tele­wi­zja ale okazuje się, że dopiero obydwa te media w połą­cze­niu potrafią siać praw­dziwe spu­sto­sze­nie. Naj­lep­szy przykład tego widać obecnie w Polsce i wszędzie tam, gdzie władza rozumie jakie przekazy trafic muszą do ludu. Oby nie skoń­czyło się to tym, co opisał Orwell.
    Dziękuję za dobry tekst i jak naj­bar­dziej zgadzam z tym aby w kwe­stiach świa­to­po­glądu oraz własnej opinii polegać zawsze na kilku źródłach!

    • Kamil RO. Dzióbek

      Zwe­ry­fi­ko­wa­łem to i Lem wcale tego nie powie­dział.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Kamilu, wielkie brawa za dosko­nały pokaz czuj­no­ści. 🙂

      • M Se

        Posypuje glowe popiolem i prosze o wyba­cze­nie. Chociaz praw­do­po­do­bien­stwo, ze Lem moglby takie slowa powie­dzieć jest spore!

      • BloodMan

        Kamil…

  • Grzesiek Xitami

    Przy­po­mnę google: choroba nobli­stów

  • Kamień

    Warto wspo­mnieć film sci-funa “krótka film o prawdzie i falłszu” bardzo dogłęb­nie poru­szany jest tam temat kłamstw, mani­pu­la­cji, oddzie­la­nia faktów od opini itd

  • Jerzy

    Cześć. Mówimy tutaj o inter­ne­cie, co z książ­kami popu­lar­no­nau­ko­wymi? Ostatnio staje się modne czytanie książek, jest ich wysyp. Czy w takim razie takie publi­ka­cje też należy czytać z zało­że­niem, że wszystko trzeba spraw­dzić?

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ciekawy temat. Mimo wszystko, internet niesie tu zde­cy­do­wa­nie większe ryzyko dez­in­for­ma­cji. Powodów jest kilka. Za pisanie książki naj­czę­ściej nie bierze się osoba z ulicy (choć wydanie czegoś jest dziś łatwiej­sze niż lata temu, ale jednak), a zamie­ścić tekst w sieci może z łatwo­ścią każdy. Po drugie, zde­cy­do­wa­nie łatwiej nam zwe­ry­fi­ko­wać autora. Czytając jakiegoś newsa często nie widnieje pod nim żaden podpis lub tylko pseu­do­nim. Kupując książkę niemal zawsze możesz zapoznać się z bio­gra­mem twórcy.

      Oczy­wi­ście lite­ra­tury również wydaje się dzisiaj sporo, a oficyny licząc na szybkie pie­nią­dze drukują rzeczy słabe. Jednak szansa na spa­rze­nie wydaje mi się wyraźnie mniejsza.

    • Michał Skichał

      Moim zdaniem: tak.

      I to nie tylko publi­ka­cje popu­lar­no­nau­kowe, ale nawet i naukowe, w tym artykuły empi­ryczne, prace prze­glą­dowe, dok­tor­skie, habi­li­ta­cyjne, pod­ręcz­niki, ency­klo­pe­die itd. Oczy­wi­ście nikt na to nie ma czasu. Dlatego dobrze jest umieć wskazać auto­ry­tety, jakim jesteśmy skłonni zaufać. Ale aby umieć wskazać na dobre auto­ry­tety, trzeba coś wiedzieć. Jeżeli nasza głowa jest pusta, to trudno jest nam wskazać auto­ry­tety godne zaufania, i np. kie­ru­jemy się cechami powierz­chow­nymi, ste­reo­ty­po­wymi itd. A więc raczej dobie­ramy sobie złe auto­ry­tety. Dziś mamy kryzys auto­ry­te­tów. Zamiast tego pro­po­nuje się infor­ma­cje: sam możesz zdobyć i ocenić. Tylko kolejny problem: trzeba mieć coś w głowie, aby umieć ocenić infor­ma­cje. Dlatego istotne jest wczesne i obszerne wykształ­ce­nie, które ukształ­tuje intuicję, a więc taką “czerwoną lampkę” jaka się zapala, kiedy natra­fimy na coś podej­rza­nego w czytanym tekście. Mam tutaj na myśli głównie wiedzę, jaką potra­fimy zdobyć, zwe­ry­fi­ko­wać i utrwalić przed tym momentem, w jakim czytamy tekst zawie­ra­jący coś podej­rza­nego.

      Na mar­gi­ne­sie, dlatego tak ważna jest wiedza z zakresu meto­do­lo­gii badań i sta­ty­styki — bez tego nie masz szans samo­dziel­nie stwier­dzić, czy prze­pro­wa­dzone badanie naukowe, opi­sy­wane w tekście jaki czytasz, jest zrobione w sposób wia­ry­godny, czy też może nie. Tym­cza­sem niewielu stu­den­tów przy­kłada się do nauki meto­do­lo­gii i sta­ty­styki. A potem, jako absol­wenci, nie potrafią samo­dziel­nie zro­zu­mieć nawet naj­prost­szego artykułu nauko­wego. Są bezradni i bez­kry­tycz­nie oceniają “wyniki badania” jako wia­ry­godne na pod­sta­wie np. ładnego ich opisania w pod­su­mo­wa­niu, albo na pod­sta­wie tego, że badanie opu­bli­ko­wano w Nature.

      • Mar­ko­nius

        Bardzo ciekawy jest wątek naukowy w ogólnym temacie prawdy, post prawdy i mani­pu­la­cji. Dzia­łal­ność naukowa stała się swojego rodzaju prze­my­słem, o ogromnym „pro­duk­cie brutto”. Wobec wielości publi­ka­cji, zło­żo­no­ści treści i coraz węższych spe­cja­li­za­cji, robi się z tego ogród nie­ple­wiony, który coraz trudniej ogarnąć. Warun­kiem sen­sow­nego funk­cjo­no­wa­nia w tym prze­my­śle, zdo­by­wa­nia grantów itp. jest aktyw­ność i wysoki wskaźnik publi­ka­cji. taka sytuacja prowadzi do różnych nadużyć powsta­ją­cych nawet bez udziału złej woli.
        Co do popu­lar­nych publi­ka­cji nauko­wych jest podobnie — liczy się poczyt­ność. Przy­kła­dem jest tu mówienie o ciemnej materii jak o teorii, podczas gdy jest to tylko jedna z hipotez mogących wyjaśnić znany konflikt w astro­fi­zyce. Dodajmy — hipoteza jak dotąd bez nawet śla­do­wego potwier­dze­nia pomimo całej masy kosz­to­wych eks­pe­ry­men­tów pro­wa­dzo­nych od około 20 lat.

      • Michał Skichał

        Skoro jesteśmy przy kosmosie… Dużo planet poza­sło­necz­nych odkrywa się po przez metodę tranzytu: światło gwiazdy nagle staje się sub­tel­nie słabsze a potem wraca do stanu wyj­ścio­wego. Sytuacja taka powtarza się następ­nie regu­lar­nie. Żądni sławy odkrywcy astro­no­mo­wie wyobra­żają sobie, że to planeta okrąża taką gwiazdę i co pewien regu­larny czas wyłania się zza gwiazdy, poczym prze­cho­dzi przed nią, aby ponownie się za nią schować. Sęk w tym, że więk­szość tych zmian jasności gwiazdy, jakie chętnie inter­pre­tu­jemy jako tranzyt planety, to nie tranzyt, lecz zjawiska związane z emisją ilości światła gwiazdy, zależne od samej gwiazdy. Kiedyś, nim ogło­szono odkrycie obcej planety, wery­fi­ko­wano je innymi metodami. Dziś od razu ogłasza się “odkrycie”, puszcza się w świat popu­lar­no­nau­kowe press_release, a potem ewen­tu­al­nie inni naukowcy, po kilku latach, będą wyka­zy­wać, że tam żadnej planety jednak nie ma. Niemniej jednak w świat mediów inter­ne­to­wych już poszła wzmianka o odkrywcy planet, czyż nie? Te newsy na por­ta­lach o odkryciu tej planety wciąż będą się pojawiać po wpisaniu nazwiska “odkrywcy” do google, czyż nie?

    • Andrzej Wit­kow­ski

      Zde­cy­do­wa­nie tak. Ostatnio oglą­da­łem na YT cykl wykładów zor­ga­ni­zo­wany przez Coper­ni­cus Center z okazji 100 rocznicy powsta­nia teorii względ­no­ści. Czytając opra­co­wa­nia popu­lar­no­nau­kowe możnaby odnieść wrażenie, że to jakie były początki wszech­świata, czym są czarne dziury czy jak jest zbu­do­wany kosmos to są ugrun­to­wane teorie naukowe, wokół których panuje pełna zgodność i jasność. Nato­miast słu­cha­jąc naukow­ców na co dzień zaj­mu­ją­cych się tymi zagad­nie­niami można się dowie­dzieć się jak mało wiemy na ten temat i jak duża doza nie­pew­no­ści i ostroż­no­ści jest w sta­wia­nych przez nich hipo­te­zach. Nie­któ­rzy wprost stawiali popu­la­ry­za­to­rom zarzut, że niepewne przy­pusz­cze­nia przed­sta­wiają jako bez­dy­sku­syj­nie udo­wod­nione fakty. Poświę­ce­nie kilku czy kil­ku­na­stu godzin na posłu­cha­nie takich wystą­pień otwiera oczy na to ile różni się rze­czy­wi­stość naukowa od jej obrazu w publi­ka­cjach popu­lar­no­nau­ko­wych.

      • Michał Skichał

        Akurat w tej kwestii byłbym ostrożny. Jak się pójdzie na wykład naukowca repre­zen­tu­ją­cego dowolną dzie­dzinę wiedzy, to można być pewnym, że to jedno będzie ich wszyst­kich łączyć: wszędzie usły­szymy, “jak mało wiemy na ten temat” i jak dużą dozę ostroż­no­ści należy zachować w zakresie tego, co już usta­li­li­śmy. To akurat wszyscy uczeni mówią i nie ma się im co dziwić. Naukowcy są meto­dycz­nie scep­tyczni i wątpiący we wszystko. Mówią, niczym poke­rzy­sta, “spraw­dzam!” przy każdej okazji. Jak już ktoś wymyśli jakiś model eks­pe­ry­men­talny, w ramach którego będzie można wery­fi­ko­wać jakiś model rze­czy­wi­sto­ści, to okaże się, że takie doświad­cze­nia mają tyle to a tyle ogra­ni­czeń, pozwa­lają zbadać tylko to i to, ale już nie tamto i siamto, że w tym badaniom zarzu­cono to i to, tamtym badaniom zarzu­cono to i to, zaś ich repli­ka­cja boryka się z takimi to a takimi ogra­ni­cze­niami itd. W efekcie: im więcej się coś bada, tym mniej ma się odpo­wie­dzi a tym więcej pytań się rodzi. Naukowcy zawsze się przed­sta­wiają tak, że niby to oni wła­ści­wie nic nie wiedzą, a jak już się czegoś dowie­dzieli, to mają do tego same zastrze­że­nia i wąt­pli­wo­ści. Nie daj się zwieść. To fałszywa skrom­ność 😉 Ale też i furtka, dzięki której tysiące kolej­nych naukow­ców będzie miało co robić w danym temacie.

  • kuba_wu

    Pomyśleć, że w dawnych czasach, na przykład w redak­cjach gazet (mam na myśli poważne tytuły zachod­nie, np. ame­ry­kań­skie, ale i u nas też było z tym lepiej tak ze 20 lat temu) funk­cjo­no­wały całe działy, których zadaniem był wyłącz­nie “fact checking”. Każdy tekst dzien­ni­ka­rza był spraw­dzany. Jeśli dzien­ni­karz podawał jakieś liczby, były one wery­fi­ko­wane; jeśli kogoś cytował, cytat był spraw­dzany, dzwo­niono do osób, insty­tu­cji z których pocho­dziły dane; spraw­dzano były nawet mapy, rozkłady jazdy itp, itd. A subiek­tywny komen­tarz był od faktów dokład­nie oddzie­lany.

    Dlaczego? Ano głównie dlatego, że istniała wyraźna odpo­wie­dzial­ność wydawcy za słowo. Poda­wa­nie nie­praw­dzi­wych infor­ma­cji mogło kosz­to­wać bardzo wiele, zarówno wize­run­kowo, jak i finan­sowo.

    Internet zmienił wszystko. Głównie dlatego, że u zarania wpro­wa­dzono pra­wo­daw­stwo, które sto­so­wało wobec publi­ka­cji w sieci taryfę ulgową (łagodnie powie­dziaw­szy). Admi­ni­stra­tor plat­formy de facto nie odpo­wia­dał za treści na niej umiesz­czane; ma co najwyżej obo­wią­zek ich usuwania na wyraźne uza­sad­nione żądanie. To miało wspomóc racz­ku­jące inter­ne­towe kor­po­ra­cje, które nie miały wówczas środków na “fact checking”. Teraz te kor­po­ra­cje to są giganty, ale nadal za nic nie odpo­wia­dają. A ich użyt­kow­nicy są prak­tycz­nie ano­ni­mowi i bezkarni. Nato­miast tra­dy­cyjna prasa, ze względu na potężna (i w pewnym sensie “nie­uczciwą”) infor­ma­cyjną kon­ku­ren­cję, jaką jest internet, znajduje się w fazie upadku. Tam też stan­dardy padły na pysk, bo nie ma już za co robić ani poważnej dzien­ni­karki, ani tym bardziej wery­fi­ka­cji faktów.

    I tak, nie­po­strze­że­nie wylą­do­wa­li­śmy po szyję w szambie.

  • Bodzio Sm

    Przy­po­mi­nają mi się słowa Lema, że korzy­sta­nie z inter­netu przy­po­mina próbę napicia się wody z hydrantu ppoż. Codzienne pozy­ski­wa­nie infor­ma­cji, zawsze jest kom­pro­mi­sem pomiędzy rze­tel­no­ścią a wygodą. Nie wyobra­żam sobie spraw­dza­nia wszyst­kiego co czytam w inter­ne­cie. Trzeba się tu zdać na zdrowy rozsądek i intuicję, a że czasami się sparzymy… Po prostu należy się z tym liczyć i wkal­ku­lo­wać taką moż­li­wość.

  • arthy

    Po tekście o szkol­nic­twie ode­chciało mi się komen­to­wać wpisy na tym blogu, ale może fak­tycz­nie materiał był dobry, bo nawet autorowi by się przydało na chwilę wrócić do 4. klasy nauczyć się jak spisać “nie jeden”, bo na pewno nie tak.
    Poza tym tekst jak zazwy­czaj dobry.

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Mi z kolei jeszcze wcze­śniej ode­chciało się odpo­wia­dać na komen­ta­rze. Ale dziękuję za wska­za­nie kar­dy­nal­nego i kom­pro­mi­tu­ją­cego błędu. Mimo wielu starań, wciąż daleko mi do nie­omyl­no­ści.
      Poza tym, komen­tarz jak zazwy­czaj kul­tu­ralny.

      • kwantol

        Wiesz Adam — wygląda mi na to, że zdajesz sobie sprawę z tego, jak wszę­do­byl­ska jest dez­in­for­ma­cja, ale wybacz — Ty przy­czy­niasz się walnie do jej roz­prze­strze­nia­nia, cho­ciażby przez publi­ka­cje pseu­do­nau­ko­wych arty­ku­łów, a to o czarnych dziurach, a to o ist­nie­niu masy materii, a to znowu jakim to eks­per­tem jest Jams Peebles. Przyjmij do wia­do­mo­ści, że ten gość zupełnie nie wie o czym pisze i jedynym wytłu­ma­cze­niem tego, co robi jest to, że jakoś musi zarabiać na życie. Nie istnieje we wszech­świe­cie materia, która posiada masę w takim sensie, który nadał jej Newton, więc wszyst­kie bajki, jak teoria gra­wi­ta­cji Newtona, OTW Ein­ste­ina i wszyst­kie takie czarne dziury, ciemna materia i energia, to wyssane z brudnego palca naukaw­ców sensacje. Z prawdą o świecie nie mają nic wspól­nego. Zastanów się zatem, czy rze­czy­wi­ście robisz “dobrą robotę” swoimi publi­ka­cjami.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Kolego Kwantolu. Od jakiegoś czasu hasasz sobie radośnie po blogu i wylewasz dyr­dy­mały takie, że głowa mała. Toleruję to tylko dlatego, że choć bzdu­rzysz — robisz to na ogół kul­tu­ral­nie. Niemniej, jeżeli będziesz pisał o “brudnych palu­chach naukow­ców”, twier­dził, że kie­dy­kol­wiek opu­bli­ko­wa­łem tekst szerzący pseu­do­naukę lub zaczniesz wymyślać coś o tym, że fun­da­menty fizyki są kłam­stwem, bez udo­wod­nie­nia tak prze­ło­mo­wej tezy — wtedy tole­ran­cja się skończy. W sieci jest sporo miejsc dla osób żyjących we własnej, alter­na­tyw­nej rze­czy­wi­sto­ści; ten blog nie będzie kolejnym.

      • kwantol

        Adamie na temat twojej głowy się nie wypo­wia­dam. Może jest rze­czy­wi­ście mała.

        Weź jednak pod uwagę, że to co zamiesz­czasz na swoim blogu, tak jak radzisz w tym artykule potrze­buje wery­fi­ka­cji i to wery­fi­ka­cji pole­ga­ją­cej nie na tym, aby prze­pi­sać to, co napisali inni, ale na pod­sta­wie zdrowego rozsądku. Myśl ludzka poszła już daleko dalej w poznaniu natury i nikt poważny nie fascy­nuje się BB, BH, czy STW, OTW i całym sze­re­giem innych teorii i hipotez. Wiem, że nie masz przy­go­to­wa­nia fizycz­nego, ale do tego nie potrzeba spe­cjal­nej wiedzy i spróbuj chociaż raz samo­dziel­nie roz­wią­zać taki mały, ale jakże doniosły w swoim znaczeni problem, jak dla przy­kładu “prędkość światła”, której stałość A.E. uczynił podstawą STW. Czy się przy tym kierował doświad­cze­niem M&M, czy nie, nie jest ważne.
        Zoba­czysz ile korzyści daje “podwójna garda” sto­so­wana do tekstów i teorii ucho­dzą­cych za naukowe. Nie warto karmić żółwi na których spoczywa Ziemia.

        Jeżeli posia­dasz swoje metody wery­fi­ka­cji tego, co znajduje się w sieci i masz do nich zaufanie, to podziel się z czy­tel­ni­kami, niech oni również mają lżej.

        Wspo­mi­nam o tym spro­wo­ko­wany tytułem Twojego tekstu.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Dobrze, dość już Twojej twór­czo­ści w tym miejscu. Jest aż nadto serwisów dla ludzi popra­wia­ją­cych Ein­ste­ina, wyśmie­wa­ją­cych Heisen­berga i uwa­ża­ją­cych się za nowych Newtonów; kon­te­stu­ją­cych teorię wiel­kiego wybuchu czy teorię ewolucji. Tam poczu­jesz się jak w domu.

    • BloodMan

      Zrobiłem kiedyś niestety na spraw­dzia­nie błąd — napi­sa­łem drzwi… tzn. dźwi.
      Dowie­dzia­łem się o tym, bo moja facetka-od-polaka zazna­czyła tego byka czer­wo­nym kółkiem, a na gorze kartki posta­wiła ocenę 5+. Jak wyczy­ty­wała nazwiska i się pod­cho­dziło po swoją kartkę, to powie­działa mi: “nie wierzę że zrobiłeś ten błąd”.

      Morał z tego taki, że błędy się każdemu zdarzają — bo albo spał jak pisał, albo myślał o kobiecie, albo o pracy na dźwigu …

  • Wojciech Nie­wia­dom­ski

    Dlatego właśnie scep­tycz­nie pod­cho­dzę do każdego z twoich arty­ku­łów i… nie jeden fałsz lub mani­pu­la­cję już wyła­pa­łem.

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Dlatego, że cztery lata temu celowo opu­bli­ko­wa­łem pro­wo­ka­cyjny fałszywy wpis, o czym poin­for­mo­wa­łem kilka dni później, scep­tycz­nie pod­cho­dzisz do moich arty­ku­łów? To znaczy, że nie zro­zu­mia­łeś ani zdania z tego co napi­sa­łem.

      “nie jeden fałsz lub mani­pu­la­cję już wyła­pa­łem.”

      Tak się składa, że w warstwę mery­to­ryczną swoich arty­ku­łów wkładam wiele pracy, a wiele z nich to naj­lep­sze dostępne opra­co­wa­nia w języku polskim. Proszę więc abyś podparł swoje zarzuty i wskazał rzekome fałsze z moich tekstów, albo prze­pro­sił. Wiele mogę tole­ro­wać, kłamstw i pomówień nigdy.

      • Wojciech Nie­wia­dom­ski

        Przykład pierwszy: nie­bie­skie diody LED jako dobre oświe­tle­nie uliczne. Artykuł sprzed kilku miesięcy.
        Otóż ze względów na szko­dli­wość takiego nie­bie­skiego światła w nocy na orga­ni­zmy oraz bardzo łatwe roz­pra­sza­nie w atmos­fe­rze (zanie­czysz­cze­nie sztucz­nym światłem które jest poważną bolączką astro­no­mów i nie tylko) nie powinny być sto­so­wane. Za chwilę dorzucę linki żeby mieć pod­par­cie.

        Oprócz tego zna­la­złem kilka arty­ku­łów typu “bicie chochoła” czy przy­pi­sy­wa­nia mar­gi­nal­nych cech całym kon­kret­nym grupom osób (tylko poszukam tytułów).

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Ty chyba nie bardzo rozu­miesz o czym w ogóle mowa w powyż­szym tekście. Mowa o ewi­dent­nych fałszach, kłam­stwach, celowych mani­pu­la­cjach. To, że nie podoba Ci się moja argu­men­ta­cja, poglądy czy retoryka, mnie nie inte­re­suje — bo zarzu­ci­łeś mi znacznie więcej. Tym­cza­sem we wspo­mnia­nym tekście LED-ach pojawił się nastę­pu­jący fragment:

        “Ocenia się, że oświe­tle­nie odpo­wiada za około 14% ogólnego zużycia elek­trycz­no­ści w Europie. Mowa o milio­nach żarówek w domach, szkołach, szpi­ta­lach, urzędach, fabry­kach, sklepach i biu­row­cach. W samym oświe­tla­niu ulic euro­pej­skich miast bierze udział około 90 milionów lamp (w samej Polsce to 3,3 miliona lamp, głównie sodowych). Nawet w nie­wiel­kim 50-tysięcz­nym mieście, wymiana kla­sycz­nego oświe­tle­nia na LED-y skutkuje zmniej­sze­niem poboru prądu od 55 do 70% i oszczęd­no­ścią dla budżetu rzędu miliona złotych.”

        Tyle. Wskaż tu fałsz. Pokaż gdzie napi­sa­łem, że zane­go­wa­łem nega­tywny wpływ nie­bie­skiego światła na zdrowie (a jakbyś czytał Kwantowo wie­dział­byś, że sam kilka razy zwra­ca­łem na to uwagę). Pojawiła się tu wyłącz­nie infor­ma­cja na temat eko­no­micz­no­ści lamp LED, co jest faktem. To, że diody ciągle muszą ewo­lu­ować aby stać się naj­lep­szym możliwym źródłem światła to inny temat i jest całkiem praw­do­po­dobne, że wyprą kon­ku­ren­cję również na ulicach.

        Oczy­wi­ście możesz się z tym nie zgadzać, ale nigdzie nie napi­sa­łem żadnej nie­prawdy. Proszę więc ostatni raz o ważenie słów, albo wska­za­nie praw­dzi­wego fałszu mojego autor­stwa.

      • Wojciech Nie­wia­dom­ski

        Wyciąłeś akurat naj­wy­god­niej­szy fragment.

        “2. Bra­ko­wało nam nie­bie­skiego
        LED-y, czyli diody elek­tro­lu­mi­ne­scen­cyjne pro­du­kuje się już szóstą dekadę. Dlaczego więc dopiero od niedawna oświe­tlają nasze domy i ulice? Problem leży w… kolorze. Brzmi try­wial­nie, lecz diody poprzed­niej gene­ra­cji świeciły na czerwono, żółto czy zielono – ale nigdy na nie­bie­sko.”

        A co do arty­ku­łów o gene­ra­li­za­cji to jakiś czas temu na tytuł artykuły brzmiący mniej więcej “Moral­ność o d… Kanta obić” — coś w tym stylu. Artykuł zdo­mi­no­wany przez gene­ra­li­za­cję i “bicie chochoła”.

      • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Woj­cie­chu, to się zaczyna robić nużące. Piszesz jakbyś nie był w stanie inter­pre­to­wać tekstu pisanego: zarówno tego powyżej, jak i przy­ta­cza­nych frag­men­tów. Tłu­ma­cząc historię diod napi­sa­łem o tym, że dopiero dioda nie­bie­ska umoż­li­wiła jej szerokie zasto­so­wa­nie. A to dlatego, że dotych­cza­sowe kolory diod, bez nie­bie­skiego nie mogły nam dać barwy… białej. Oczy­wi­ście surowy biały nie jest zbyt przy­jemny, ale to punkt wyjścia do dalszych prac nad LED-ami o bardziej natu­ral­nych barwach. Ty nato­miast wycią­gną­łeś z tych słów nie­ist­nie­jącą infor­ma­cję, że “nie­bie­skie diody to dobre oświe­tle­nie uliczne”. Trudno mi tłu­ma­czyć się z czegoś czego nigdy nie napi­sa­łem.

        To jak to jest: po prostu miałeś gorszy dzień i nie zro­zu­mia­łeś tekstu, czy jednak — jak na ironię — kłamiesz i rzucasz nie­uza­sad­nione oszczer­stwa?

        W tekście “Moral­ność o d… Kanta obić” pozo­sta­wi­łeś już dawno swój komen­tarz, a ja dopy­ta­łem o co Ci chodzi. Niestety do dziś się nie dowie­dzia­łem, jakiego chochoła biję, bo w artykule po prostu rozważam impe­ra­tyw kate­go­ryczny Kanta. Tam nie ma miejsca na bicie nikogo, a już na pewno żadnego chochoła. -.- Na mar­gi­ne­sie: można się zasta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie nad­uży­wasz tego zarzutu, bo ilekroć widzę Twój komen­tarz to zawsze oskar­żasz kogoś o bicie chochoła — bez względu na kontekst i ton wypo­wie­dzi. To znów dość iro­niczne, bo właśnie cały czas dzielnie szar­żu­jesz na zmy­ślo­nego chochoła.

      • Michał Skichał

        ze względów na szko­dli­wość takiego nie­bie­skiego światła w nocy na 
        orga­ni­zmy oraz bardzo łatwe roz­pra­sza­nie w atmos­fe­rze (zanie­czysz­cze­nie
        sztucz­nym światłem które jest poważną bolączką astro­no­mów i nie tylko)
        nie powinny być sto­so­wane.

        Prze­pra­szam, że się wcinam, ale z cyto­wa­nym tutaj zdaniem jest coś nie tak. Zdanie to jest “podej­rzane” i każdemu powinna się tu zapalić “czerwona lampka”. Mia­no­wi­cie, wynika z tego zdania, że światło nie­bie­skie jest szko­dliwe, łatwo roz­pra­sza się w atmos­fe­rze i w sposób szcze­gólny przy­czy­nia się do problemu “zanie­czysz­cze­nia światłem”. Tym­cza­sem jest to fałsz. Problem “zanie­czysz­cze­nia światłem” wynika nie z długości fali światła, jakie świeci w nocy, lecz z inten­syw­no­ści tego światła i liczby jego źródeł. Innymi słowy, to, czy w nocy świeci nie­bie­skie, czy brązowe światło nie ma abso­lut­nie żadnego zna­cze­nia, liczy się nato­miast liczba latarni ulicz­nych, liczba reklam świetl­nych na witry­nach skle­po­wych, liczba świateł w samo­cho­dach itd.

        Mam wrażenie, że kwestia ewen­tu­al­nej szko­dli­wo­ści światła w nocy, oświe­tle­nia ulic oraz barwy nie­bie­skiej, jest tutaj całkiem niejasna, bo Pan Wojciech wymie­szał różne rzeczy, ze sobą nie­po­wią­zane, jak ewen­tu­alna szko­dli­wość oświe­tle­nia, LED czy oświe­tle­nie uliczne. W rze­czy­wi­sto­ści jest tak, że oświe­tle­nie uliczne nie jest reali­zo­wane przez żarówki, bowiem — jak powszech­nie wiadomo — grzeją się nie­mi­ło­sier­nie i jedynie nie­wielka część energii ją zasi­la­ją­cej jest zamie­niana na światło. Taki parametr nazywa się sku­tecz­no­ścią świetlną. Żarówki są po prostu nie­eko­no­miczne. A szkoda, bo dają światło białe, prawie idealne. Nato­miast znacznie lepsze eko­no­micz­nie są rtęciowe, wyso­ko­ci­śnie­niowe lampy wyła­dow­cze, w których to bańkach łuk elek­tryczny wzbudza opary rtęci do świe­ce­nia. Rtę­ciówki, bo tak się je piesz­czo­tli­wie nazywa, są powszech­nie sto­so­wane w oświe­tle­niu zewnętrz­nym, w tym w ulicz­nych latar­niach, ale nie tylko. Niestety nie dają ide­al­nego światła, emitują światło z nie­do­bo­rem fal o dłuż­szych dłu­go­ściach, w efekcie barwie ich światła brakuje czer­wieni i wydaje się bardziej nie­bie­skawe. Choć i tak więk­szość ludzi określi to światło jako “białe”. Z uwagi na domi­na­cję fal krót­szych, a więc tych nie­bie­ska­wych, laicy zwykle mówią, iż światło rtę­ció­wek jest “ostrzej­sze” bądź “zim­niej­sze”. Rtę­ciówki są niczym innym, jak świe­tlów­kami (zwykłe świe­tlówki to lampy nisko­ci­śnie­niowe, rtę­ciówki to lampy wyso­ko­ci­śnie­niowe) a więc są to lampy obar­czone efektem stro­bo­sko­po­wym. Z tego też powodu nie­któ­rzy ludzie są skłonni odczuwać drobne dole­gli­wo­ści czy też dys­kom­fort, jeżeli długo prze­by­wają w pomiesz­cze­niu oświe­tla­nym takim światłem. Wiele hal, w tym także wiel­ko­ga­ba­ry­to­wych sklepów, jest wciąż oświe­tlana rtę­ciów­kami. Nato­miast lampy mające naj­więk­szą sku­tecz­ność świetlną, a więc naj­bar­dziej eko­no­miczne, to sodowe, wyso­ko­prężne lampy wyła­dow­cze. Sodówki, bo tak nie­któ­rzy się o nich czule wypo­wia­dają, są bardziej eko­no­miczne od rtę­ció­wek. Mają jednak inną wadę, gene­ro­wane przez nie światło pozba­wione jest z kolei fal krót­szych. W efekcie ma czer­wo­nawy odcień. Stąd też więk­szość ludzi postrzega takie światło jako biel “miększą” bądź “cie­plej­szą”. Niestety, o ile nie­bie­skawe rtę­ciówki nie zmie­niają istotnie per­cep­cji, tak te czer­wo­nawe sodówki mają nega­tywny wpływ na naszą per­cep­cję. Jak pisze Wiki­pe­dia, “Poma­rań­czowa lub ruda barwa światła latarni sodowych powoduje zafał­szo­wa­nie kolorów oto­cze­nia i zieleni.” Stąd też nie stosuje się ich do oświe­tla­nia zabytków. Zafał­szo­wa­nie kolorów ma też pewien, ale istotny sta­ty­stycz­nie, wpływ na bez­pie­czeń­stwo jazdy samo­cho­dem w nocy (ale w Polsce chyba nie ma ulic oświe­tlo­nych wyłącz­nie sodów­kami). Wychodzi więc, że to nie nie­bie­skie, ile czerwone światło może być “szko­dliwe”!

        Tak na mar­gi­ne­sie, światło, czyli fale elek­tro­ma­gne­tyczne o długości przy­pa­da­ją­cej na zakres optyczny, zdolny do per­cep­cji przez oko homo sapiens, nie jest szcze­gól­nie szko­dliwe. Nie­bie­skie lampki nie są więc bardziej nie­bez­pieczne od lampek brą­zo­wych, fio­le­to­wych czy tur­ku­so­wych. Szko­dliwe jest nato­miast światło o długości fali elek­tro­ma­gne­tycz­nej krótszej, niż zakres optyczny. Czyli, krótko mówiąc, ultra­fio­let. Ultra­fio­let nie ma barwy, bowiem my tego “światła” nie widzimy. Tym­cza­sem fala elek­tro­ma­gne­tyczna z zakresu UV jest już zdolna rozrywać wiązania che­miczne i wybijać elek­trony z atomów i może tego dokonać także w naszej skórze. A jak nam zjo­ni­zuje płyn wewnątrz­ko­mór­kowy i dopro­wa­dzi do foto­dy­so­cja­cji enzymów i wiązań DNA, to się nam nowotwór skóry rozwinie. Fale UV mają tym większe takie wła­ści­wo­ści, im długość fali jest mniejsza. Istnieją lampy UV, które emitują fale na prawdę bardzo krótkie, które używamy w przy­chod­niach, gabi­ne­tach lekar­skich, czy w innych miej­scach obfitych w zarazki, w tym w ubi­ka­cjach, celem wybi­ja­nia drob­no­ustro­jów. Oczy­wi­ście, lampy takie załącza się, kiedy w pomiesz­cze­niu nie ma ludzi. Gdyby więc Pan Adam pro­po­no­wał w swoim artykule, aby w latar­niach ulicz­nych stosować lampy UV, to bym pewnie się zgodził, że takie światło mogłoby być z całą sta­now­czo­ścią szko­dliwe. Nie­wąt­pli­wie. Jednak nie­bie­skie światło emi­to­wane przez LED to nie ultra­fio­let, to zwykłe światło optyczne, którego szko­dli­wość w ogóle ma się nijak do szko­dli­wo­ści UV. Czyż można się z tym nie zgodzić? Ja bym sobie chętnie zamon­to­wał nie­bie­skie ledy w sypialni. A nie­za­leż­nie czerwone. Mógłbym sobie zmieniać to oświe­tle­nie w zależ­no­ści od nastroju.

  • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

    Dziękuję Michale za wyczer­pu­jący komen­tarz.
    1) Tech­nicz­nie rzecz biorąc masz zupełną rację. Infor­ma­cja to infor­ma­cja. Oczy­wi­ście w tekście publi­cy­stycz­nym, a taki cha­rak­ter ma ten powyższy, pozwalam sobie na bardziej słow­nic­two bardziej potoczne. Ale słusznie spo­strze­głeś, że epoka infor­ma­cji wcale nie powinna być rozu­miana pozy­tyw­nie jako epoka wiedzy czy epoka nauki.
    2) Tylko pamiętaj, że nie miałem celu ude­rze­nie kon­kret­nie w odbior­ców Kwantowo. Uważam, że ewen­tu­alne wnioski dotyczą wszyst­kich inter­nau­tów: mnie, Ciebie, widzów YT, czy­tel­ni­ków blogów i wielkich portali. Jedyna różnica jest taka, że nie­któ­rzy są bardziej odporni, a inni mniej. Zgadzam się co do tego, że akcja poniekąd dowodzi zaufania do mnie (i pokazuje jaka na mnie ciąży odpo­wie­dzial­ność). Jednakże, jak cały czas pod­kre­ślam, tekst pro­mie­nio­wał daleko poza (małą wtedy) spo­łecz­ność Kwantowo. Przy­pad­kowy inter­nauta, który trafił na blog przy­pad­kowo powinien trak­to­wać ten tekst z dystan­sem. Tym bardziej, że celowo nie zamie­ści­łem pod nim podpisu(!), więc dla kogoś z zewnątrz był on ano­ni­mowy.
    3) Abso­lut­nie, chociaż te prze­my­śle­nia wykra­czają poza temat poru­szony w powyż­szym tekście. Kwestia auto­ry­te­tów w nauce, błędów oraz para­dyg­ma­tów to rzecz równie ważna, ale jednak dla prze­cięt­nego zjadacza chleba bardziej abs­trak­cyjna. Ja jednak bardziej sku­pia­łem się w tym miejscu na ewi­dent­nych kłam­stwach i bzdurach bliskich każdej osobie.

    • Michał Skichał

      Panie Adamie,
      2). Ależ nie zakładam, że artykuł owy miał na celu ude­rze­nie na kwan­to­wi­czów. Chciałem jedynie w tym miejscu zwrócić uwagę na to, że prze­pro­wa­dzony eks­pe­ry­ment może dawać więcej wniosków, aniżeli tylko jeden: trzymać gardę 😉

      3). Podałem te przy­kłady w tym sensie, że zazwy­czaj tekst stricte naukowy, a w szcze­gól­no­ści mający wymiar edu­ka­cyjny na poziomie aka­de­mic­kim, budzi naj­wię­cej zaufania (choć nie­ko­niecz­nie zro­zu­mie­nia). Tym­cza­sem nawet i tam może się znaleźć coś “podej­rza­nego”, choćby z racji szyb­kiego sta­rze­nia się wiedzy aka­de­mic­kiej, naukowej, gdzie część rzeczy staje się coraz dosko­nal­sze z czasem (np. teoria względ­no­ści od czasu powsta­nia do dziś), ale część rzeczy bły­ska­wicz­nie się dez­ak­tu­ali­zuje (np. pomysł, jakoby witamina C miałaby pomagać w leczeniu prze­zię­bie­nia czy grypy). W innych komen­ta­rzach pod tym arty­ku­łem ja oraz inni poda­wa­li­śmy też inne przy­kłady czegoś “podej­rza­nego” w nauce, inne niż zwykłe błędy czy przedaw­nie­nie się pod­ręcz­nika. W każdym razie chodziło mi o to, że nawet i w tak “uświę­co­nych” tekstach można natrafić na coś, co nie jest zgodne z rze­czy­wi­sto­ścią i, jeśli ktoś ma na to siły i wiedzę, winien mówić “spraw­dzam!” również i w nauce.

  • Mar­ko­nius

    Chyba autor chce nas wyrwać z sennego bło­go­stanu jaki osiągamy żyjąc w pokoju i dobro­by­cie. W takim razie ja przy­po­mnę może dwa znane wyda­rze­nia, które pod­kre­ślają jeszcze grozę sytuacji.

    Pierwsze to kampania wyborcza Donalda Trumpa i nie­chlubny wkład Cam­bridge Ana­li­tica (sper­so­na­li­zo­wane kłamstwa wyświe­tla­jące się milionom użyt­kow­ni­ków Fej­sZbuka i zni­ka­jące potem bez śladu).
    Drugie to kom­pro­mi­tu­jąca wypo­wiedź Marka Zuc­ker­berga — fikcyjna lecz w formie reali­stycz­nego filmu, który poza śmiałą treścią nie różni się niczym widocz­nym od jego realnych wypo­wie­dzi.

    Wynikają z tego dobitnie wnioski, że obecnie narzę­dzia służące mani­pu­la­cji faktami są dosko­nałe i że już są sto­so­wane na masową skalę w złej intencji.
    Niech każdy sam sobie wycią­gnie wnioski. Moim zdaniem racjo­nalny świa­to­po­gląd naukowy jest naj­lep­szą szcze­pionką na tę sytuację. Co nie znaczy — dosko­nałą, bo panaceum nie istnieje…

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Dokład­nie taki był mój cel. Zgadzam się w całej roz­cią­gło­ści z wnio­skiem. Racjo­na­lizm i scep­ty­cyzm to abso­lutny fun­da­ment, ale, niestety, przy obecnym chaosie infor­ma­cyj­nym nie stanowi dosko­na­łej bariery. Z powodu zwykłego braku czasu (i wiedzy, bo nie da się orien­to­wać we wszyst­kim) jesteśmy w stanie odfil­tro­wać jedynie naj­bar­dziej jaskrawe bzdury.

      • Michał Skichał

        Panie Adamie, niestety to prawda. Ale kiedy mamy w sobie ten meto­do­lo­giczny scep­ty­cyzm i wiemy, jak wery­fi­ko­wać infor­ma­cje, to w klu­czo­wych dla nas kwe­stiach bądź momen­tach byli­by­śmy w stanie spraw­dzić to, co nas niepokoi, bądź to, co w zbudza w nas zbyt duży optymizm 😉

    • Michał Skichał

      Jeżeli idzie o mani­pu­lo­wa­nie faktami, które mogą być zupełnie nie­praw­dziwe bądź tak spre­pa­ro­wane lub znie­kształ­cone, aby wywrzeć skutek w postaci zmiany, choćby chwi­lo­wej, postaw większej liczby ludzi, to ostrożność,r cier­pli­wość i meto­gl­do­lo­giczny scep­ty­cyzm jest oczy­wi­ście porzą­daną postawą w prze­sie­wa­niu ziaren infor­ma­cji. Jednak odwo­łu­jąc się tu do nauki pamię­tajmy, że i nauka jest aktywnym polem bitwy różnej maści mani­pu­la­to­rów. Począw­szy od fana­ty­ków reli­gij­nych, którzy usiłują mani­pu­lo­wać posta­wami innych ludzi po przez hasła pozornie odwo­łu­jące się do nauki, ale w praktyce dowo­dzące tez, jakim nauka zaprze­cza, po samych uczonych, którzy publi­kują sfa­bry­ko­wane dane. Przy­kła­dem może być choćby ten lekarz, który wziął pie­nią­dze od rodziców auty­stycz­nych dzieci za to, że jako biegły sądowy pomoże im wywal­czyć pie­nią­dze od pro­du­cen­tów szcze­pio­nek (i w tym celu napisał artykuł empi­ryczny, jaki miał rzekomo wyka­zy­wać wpływ szcze­pień na rozwój autyzmu, które to oszustwo roz­szy­fro­wali dzien­ni­ka­rze, a nie meto­do­lo­gicz­nie wątpiący we wszystko naukowcy). Dodałbym więc, że kluczem do nie­po­gu­bie­nia się w tym świecie mani­pu­la­cji jest wiedza o tym, jak spraw­dzać wia­ry­god­ność infor­ma­cji. Tego winno się nauczać w szkołach.

      • rober­trock

        Niestety w szkołach a zwłasz­cza w polskiej szkole proces naucza­nia logicz­nego myślenia nie obo­wią­zuje. Nie ma dyskusji i wymiany poglądów tylko program, który swoją drogą jest paskudny i moim zdaniem nie przy­sta­jący do teraź­niej­szo­ści. Nawet nie wspo­mi­nam już o lekcjach logiki czy filo­zo­fii — przecież według wielu to bzdury. Możecie mi wierzyć na słowo jakie głupoty przynosi moja córka ze szkoły. Staram się to pro­sto­wać, roz­ma­wiamy długo na różne tematy począw­szy od historii aż na diecie kończąc. Ile jej w głowie zostanie z tych naszych dyskusji, nie wiem.
        Jak ma się sprawa w szkołach pry­wat­nych i czy z tych szkół wychodzą ludzie mądrzejsi to nie wiem, chyba nie ma na to gwa­ran­cji.
        Odnośnie kry­tycz­nego spoj­rze­nia i spraw­dza­nia infor­ma­cji to jeśli idzie o twoją wzmiankę o tym lekarzu to trochę to spraw­dzi­łem. On nie brał pie­nię­dzy dla siebie tylko miał za nie otworzyć oddział dla dzieci z podob­nymi cho­ro­bami.
        W procesie kiedy go ukarano skazano także jego prze­ło­żo­nego John-Walker Smith pro­fe­sora, który wiedział o wszyst­kim. Obydwoje wyroki mieli podobne. Jednakże profesor się odwołał od decyzji tam­tej­szej izby lekar­skiej do sądu (za moż­li­wość odwo­ła­nia do sądu zapłacił grubą kasę). Co ciekawe jego odwo­ła­nie pro­ce­so­wa­nie było jako jedne z naj­dłuż­szych w historii i trwało 217 dni.
        Sąd go unie­win­nił i oddał prawa do wyko­ny­wa­nia zawodu jed­no­cze­śnie nie zostawił suchej nitki na decyzji tam­tej­szej izby lekar­skiej.
        Dlaczego o tym piszę? Nie, nie jestem zwo­len­ni­kiem teorii spi­sko­wych, ani nie wierze w powią­za­nie szcze­pio­nek z autyzmem. Tylko pomy­śla­łem kiedyś, że zgłębię trochę temat w ramach kry­tycz­nego spoj­rze­nia na sprawę, o co tak naprawdę chodzi antysz­cze­pion­kow­com. Tak na prawdę nadal nie bardzo wiem o co im chodzi. Myślę czasami, że tylko o zastra­sza­nie spo­łe­czeń­stwa. Podobnie zresztą jak zastra­sza się ludzi pseu­do­in­for­ma­cjami odnośnie energii atomowej, i całkiem możliwe, ze to ci sami ludzie. Bardziej się nie wczy­ty­wa­łem w tą sprawę, może źle a może dobrze ale odpu­ści­łem.
        Pozdra­wiam.

      • Michał Skichał

        Polska szkoła bazuje na polskiej peda­go­gice i mini­strach z rządu, a jedno i drugie są do kitu. Brakuje oparcia na bada­niach empi­rycz­nych poka­zu­ją­cych, jak efek­tyw­nie się uczyć, brakuje oparcia na psy­cho­lo­gii poka­zu­ją­cej, jak działają umysły dzieci jak one w ogóle się uczą. W szkołach brakuje pro­jek­tów, czyli działań prze­pro­wa­dza­nych przez uczniów w szkole, np zbu­do­wa­nie eks­plo­du­ją­cego wulkanu, zapro­gra­mo­wa­nie kom­pu­tera aby coś zrobił, zbu­do­wa­nie robo­tycz­nego ramienia, stwo­rze­nie infor­ma­tora albo komiksu o postaci histo­rycz­nej itd. Takie dzia­ła­nia wymu­szają rozwój zain­te­re­so­wań i własną edukację. Aby Ale o tym, że dookoła jest pełno bzdur i jak je odsiewać, warto uczyć nawet w tra­dy­cyjny sposób.

  • BloodMan

    Na szczę­ście nie czytałem jeszcze kwantowo 😉 bo pewnie też bym albo pominął albo uwierzył.
    Ale widzę tam tylko 6 komen­ta­rzy — więc chyba popu­lar­ność zrobiona przez boty ;p ;p ;p

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Na samym blogu zwykle mało komen­ta­rzy, ale dochodzą do tego aktyw­no­ści na face­bo­oku oraz por­ta­lach lin­ku­ją­cych typu wykop.

  • Krystyna

    Bez wąt­pie­nia żyjemy w 
    epoce infor­ma­cyj­nej albowiem dez­in­for­ma­cja jest równieź infor­ma­cją a masowy dostęp do zasobów infor­ma­cyj­nych steruje naszą adap­ta­cją. W poprzed­niej epoce indu­strial­nej masowy dostęp do zasobów ener­ge­tycz­nych sterował naszą adap­ta­cją. A jeszcze wcze­sniej masowy dostęp do zasobów prze­strzen­nych /transport drogowy/ kreował naszą adap­ta­cję

  • Dominik Kurek

    “Eks­pe­ry­ment” przy­po­mniał mi zabawną sztukę, której nazwy nie pamiętam. Główny bohater lek­ko­duch przej­muje pro­wa­dze­nie lokalnej gazetki i wypi­su­jąc zupełne bzdury,traci część czy­tel­ni­ków, ale ogólnie potęguje jej nakład.