Czytaj dalej

Mówi się, że żyjemy w epoce informacji. Według mnie to epoka dezinformacji, zmyślonych cytatów, powielanych mitów i liczb wziętych z sufitu. My wszyscy natomiast bywamy czasem łatwowiernymi pelikanami.

Mamy 10 lipca, dzień upa­mięt­nia­jący naro­dziny Nikoli Tesli. Przy­po­mniało mi to o niecnym czynie, jakiego dopu­ści­łem się cztery lata temu, publi­ku­jąc artykuł Nikola Tesla – mniej znane pomysły out­si­dera nauki. Co było z nim nie tak? Otóż tamten tekst, umyślnie i celowo, oparłem wyłącz­nie o fałszywe infor­ma­cje. Każda z pięciu przy­wo­ła­nych w nim histo­ry­jek była od początku do końca wytworem mojej wyobraźni. Nawet nie starałem się za bardzo. Pisałem co mi ślina na język przy­nio­sła, z marszu wymy­śla­jąc cytaty, anegdoty, a nawet biblio­gra­fię (na czele z Umysłem szeroko otwartym w prze­kła­dzie F. Trol­skiego).

Tak jak się spo­dzie­wa­łem, tekst był jednym z popu­lar­niej­szych w tamtym okresie. Zebrał ponad 10 tysięcy wyświe­tleń, zgarnął setki lajków, wiele udo­stęp­nień, a także zawitał na naj­więk­sze polskie agregaty treści. Nigdzie nie trafiłem na dosłow­nie ani jeden scep­tyczny komen­tarz. Nikt nie zakwe­stio­no­wał bzdur o reak­to­rze jądrowym, akce­le­ra­to­rze cząstek czy rakiecie, jakie według mojej fantazji miał skon­stru­ować Tesla. Zero reflek­sji.

Po co ta cała szopka? Nie był to do końca eks­pe­ry­ment, a jeśli, to przez bardzo małe “e”. Zdaję sobie sprawę, że peł­no­prawne doświad­cze­nie wymaga odpo­wied­niej metody i trzy­ma­nia się zasad, których zapewne nie docho­wa­łem. Moje cele pre­zen­to­wały się prościej. Chodziło mi raczej o możliwie jaskrawe zwró­ce­nie uwagi na nara­sta­jącą pato­lo­gię. O una­ocz­nie­nie w jak głębokim szambie infor­ma­cyj­nym przyszło nam tonąć.

Na pewno niejeden z was teraz pomyśli, że takie akcje są stratą czasu, ponieważ dowodzą czegoś z czego każdy zdaje sobie sprawę. Oso­bi­ście uważam, że to pewna iluzja. Sama świa­do­mość wszech­obec­nych kłamstw, nie­ko­niecz­nie prze­kłada się na praktykę i sku­teczne oddzie­la­nie infor­ma­cyj­nego ziarna od zma­ni­pu­lo­wa­nych plew. To trochę jak z pro­fi­lak­tyką zdro­wotną. Prze­ciętny obywatel dość dobrze wie czego powinien unikać, jakie są czynniki ryzyka, słyszy apele mądrych ludzi, zna prze­ra­ża­jące sta­ty­styki, otrzy­muje repry­mendy od lekarza – a mimo to ciągle sięga po używki, pochła­nia fast foody i spędza każde popo­łu­dnie przed tele­wi­zo­rem. Sytuacja zmienia się dia­me­tral­nie dopiero wtedy, gdy dany problem dotknie go oso­bi­ście. Innymi słowy, czasem musimy się sparzyć, żeby naprawdę zro­zu­mieć powagę sytuacji.

Mniej więcej taki był mój zamysł. Chciałem abyśmy wszyscy się sparzyli. Żebyśmy przy­po­mnieli sobie, że zgłę­bia­jąc meandry inter­netu, ani na moment nie możemy tracić czuj­no­ści. Nie ważne o czym czytamy, czy lubimy autora, jak wygląda odwie­dzony serwis – nie wolno opusz­czać gardy.

Pomyślmy o tym. Skoro kom­plet­nie wydumany artykuł z taką łatwo­ścią zyskał aprobatę odbior­ców, to jak banalnie można prze­my­cić poje­dyn­cze kłamstwa zato­pione w zasad­ni­czo popraw­nej treści? Taką stra­te­gię przyj­muje wielu pismaków oraz szar­la­ta­nów, mie­sza­jąc nie­za­prze­czalne fakty z total­nymi bania­lu­kami. Nie bądźmy naiwni: portale “infor­ma­cyjne” codzien­nie bom­bar­dują nas setkami newsów, które w prze­wa­ża­ją­cej części nigdy nie zostaną zwe­ry­fi­ko­wane. Ich autorzy o tym wiedzą, a w nurcie infor­ma­cyj­nego ścieku czują się jak ryba w wodzie. Są bezkarni i mogą w łatwy sposób polować na kliki, lub – co gorsza – kreować rze­czy­wi­stość. Publi­ko­wać kłamstwa, które mają zmienić myślenie, wpłynąć na świa­to­po­gląd i prze­ko­nać do okre­ślo­nych zachowań.

Pamiętam, że gdy przy­zna­łem się do mani­pu­la­cji, część komen­tu­ją­cych stwier­dziła, że to nie fair, bo przecież tekstu nie napisał jakiś nołnejm, lecz znany im autor, którego czytają od dawna i któremu po prostu ufają. Mieli oni rację, ale tylko czę­ściowo. Po pierwsze, tekst został pod­lin­ko­wany w wielu miej­scach i trafiło nań tysiące ludzi, którzy w żaden sposób nie koja­rzyli Kwantowo (zwłasz­cza, że blog był wtedy znacznie mniejszy). Po drugie, należy zadać sobie pytanie, czy tego typu argu­men­ta­cja rze­czy­wi­ście załatwia sprawę? Czy to nas zwalnia z kry­tycz­nego myślenia? A co jeśli dzien­ni­karz, bloger lub jutuber, ceniony i zazwy­czaj rzetelny – naj­zwy­czaj­niej zabłądzi? Powieli fałszywą infor­ma­cję albo da się uwieść teorii spi­sko­wej? Pamię­taj­cie moi drodzy, że wszyscy pozo­sta­jemy tylko ludźmi i bez względu na swój dorobek możemy być omylni. Napi­sa­nie stu mądrych rzeczy, nie wyklucza szansy na to, że sto pierwsza okaże się głupotą. Fakt, że ktoś jest wybitnym znawcą jednego tematu, nie czyni jego pozo­sta­łych tez równie war­to­ścio­wymi.

Każdy z nas, od czasu do czasu.

Zresztą, coraz trudniej stwier­dzić, który portal, gazeta, czy publi­cy­sta zasłu­guje na zaufanie. W dobie sąż­ni­stego, nie­po­ha­mo­wa­nego spamu, walka o uwagę inter­nauty jest tak zażarta, że nawet naj­więk­sze brednie zostają owinięte w coraz atrak­cyj­niej­szy papierek. Nie brakuje wcale arty­ku­łów zgrabnie zre­da­go­wa­nych, mądrze brzmią­cych, zawie­ra­ją­cych odno­śniki do źródeł, pod­pi­sa­nych – z wierzchu bardzo war­to­ścio­wych – a jednak nasą­czo­nych łgar­stwami lub sta­no­wią­cych jeden wielki bełkot.

Wiecie co jest w tym naj­gor­sze? Nawet naj­bar­dziej oczytana, racjo­nalna i scep­tyczna osoba, nie raz i nie dwa taką bujdę łyknie. Bez swojej winy. Każdego dnia odwie­dzamy dzie­siątki portali, sub­skry­bu­jemy blogi i kanały na YouTube, scrol­lu­jemy tablicę na face­bo­oku, usta­wicz­nie odbie­ramy od zna­jo­mych linki do szem­ra­nych tekstów, filmików i memów. W takim zalewie infor­ma­cji nikt z nas nie jest fizycz­nie w stanie wery­fi­ko­wać wszyst­kiego co zobaczy. Ponura kon­sta­ta­cja jest taka, że praw­do­po­dob­nie wszyscy uwie­rzymy w jakąś bzdurę, a być może, nawet przy­ło­żymy rękę do jej powie­le­nia.

Ale głowa do góry. Chociaż nie istnieje stu­pro­cen­towo sku­teczna metoda dema­sko­wa­nia fał­szerstw, przy odro­bi­nie dobrej woli, każdy z nas jest w stanie odfil­tro­wać więk­szość z nich. To jednak temat na osobną, szeroką dyskusję.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.