Czytaj dalej

Od tak dawna jesteśmy karmieni wizją przyszłej kolonizacji Marsa, że niemal zapomnieliśmy o innych planetach. Może przedwcześnie? Co z naszą rozpaloną siostrą?

Krótko. Wbrew pozorom Wenus posiada kilka nie­pod­wa­żal­nych zalet, które stawiają ją ponad Marsem. Jednak patrząc z obecnej per­spek­tywy, załogowe wyprawy na Wenus, nie mówiąc o planach jej kolo­ni­zo­wa­nia, trzeba uznać za nie­re­alne.

Ciut dłużej. Całe poko­le­nie wizjo­ne­rów, inży­nie­rów i uczonych wskazuje na Marsa, jako natu­ral­nego i oczy­wi­stego kan­dy­data na przyszły dom dla ludz­ko­ści. Nie jest to przy­pa­dek. Czerwona Planeta leży sto­sun­kowo blisko, posiada atmos­ferę, dobę trwającą nieco ponad 24 godziny oraz tem­pe­ra­tury, które przy odro­bi­nie wysiłku nie zamrożą nas na śmierć. Z drugiej strony, to martwe geo­lo­gicz­nie, pozba­wione magne­tos­fery, narażone na mor­der­cze dawki pro­mie­nio­wa­nia, jałowe pust­ko­wie. Do tego należy dodać bez­na­dziej­nie słabe przy­cią­ga­nie gra­wi­ta­cyjne oraz powie­trze roz­rze­dzone sto razy bardziej od ziem­skiego. Jakby tego było mało, kolejne badania dobitnie uświa­da­miają nas, że prze­kształ­ce­nie tego świata w miłe osiedle będzie znacznie bardziej skom­pli­ko­wane niż przy­pusz­czano. Świeże dane wskazują choćby na fakt, że rdzawe skały więżą zde­cy­do­wa­nie zbyt mało CO2, którego uwol­nie­nie miało być kluczem do zagęsz­cze­nia tam­tej­szej atmos­fery.

Nic dziwnego, że wśród komen­ta­rzy do tych pesy­mi­stycz­nych donie­sień, pojawia się coraz więcej wąt­pli­wo­ści. Czy Mars aby na pewno pozo­staje naj­lep­szym kan­dy­da­tem do kolo­ni­za­cji? I czy mamy jaki­kol­wiek wybór?

Jeszcze niecałe stulecie temu to Wenus uważano za nasz sio­strzany świat. Zanim Sowieci i Ame­ry­ka­nie posłali w tamten rejon pierwsze instru­menty, spe­ku­lo­wano, że tam­tej­sze warunki mogą przy­po­mi­nać Ziemię sprzed 300 milionów lat. Miało być tam nieco cieplej, bardziej pochmur­nie i wul­ka­nicz­nie – ale jak na kosmiczne stan­dardy całkiem kom­for­towo. Dopiero radio­te­le­sko­powe obser­wa­cje z lat 50. dostar­czyły astro­no­mom pierw­szych prze­sła­nek świad­czą­cych o zabój­czych wenu­sjań­skich upałach. Póź­niej­sze wyprawy radziec­kich sond Wenera potwier­dziły te wyniki, przy okazji dowodząc, że również ciśnie­nie panujące na Złotym Globie jest dzie­siątki razy wyższe od tego co doświad­czamy w domu.

Pod wieloma wzglę­dami Wenus to odwrot­ność Marsa. Jedna planeta leży nieco bliżej Słońca niż Ziemia, druga nieco dalej. Jedna oferuje pie­kielne tem­pe­ra­tury rzędu 460°C, druga antark­tyczne mrozy ‑50°C na równiku. Jedną przy­gniata gęsta atmos­fera o ciśnie­niu 90 razy wyższym od ziem­skiego, druga znie­chęca ciśnie­niem 100 razy niższym od naszego. Jedna przy­po­mina kra­jo­bra­zem Mordor z setkami gigan­tycz­nych wulkanów i siar­ko­wymi chmurami, druga od milionów lat pozo­staje zimna i martwa.

Jedno nie ulega wąt­pli­wo­ści: oba sąsied­nie światy nie ujmują gościn­no­ścią. Dlaczego więc wszyscy uczepili się akurat Marsa, zapo­mi­na­jąc o naszej roz­pa­lo­nej sio­strzyczce? Odpo­wiedź brzmi: nie wszyscy. Wbrew pozorom per­spek­tywa kolo­ni­za­cji Gwiazdy Zarannej poja­wiała się zarówno w lite­ra­tu­rze science-fiction (patrz: Olaf Sta­ple­don), jak również w arty­ku­łach popu­la­ry­za­tor­skich i nauko­wych. Sam Carl Sagan rzucił niegdyś pomysłem trans­for­ma­cji wenu­sjań­skiego śro­do­wi­ska poprzez użycie zmo­dy­fi­ko­wa­nych gene­tycz­nie bakterii. Takie mikro­or­ga­ni­zmy nie musia­łyby wcale znosić naj­bar­dziej eks­tre­mal­nych warunków – wystar­czy­łoby aby przeżyły w górnych war­stwach atmos­fery, powoli zmie­nia­jąc jej skład.

Bodaj ostatni poważny i złożony koncept prze­kształ­ce­nia Wenus na ziemskie podo­bień­stwo wyszedł spod pióra nie­ży­ją­cego już Paula Bircha. W opu­bli­ko­wa­nym w 1991 roku artykule Ter­ra­for­ming Venus Quickly, bry­tyj­ski astronom wziął pod lupę wszyst­kie bolączki roz­grza­nego globu, wysu­wa­jąc szereg futu­ry­stycz­nych roz­wią­zań.

1) Schło­dzić planetę do ~290 K.
2) Zmniej­szyć ciśnie­nie atmos­fe­ryczne do ~1 bara, usuwając nadmiar CO2 i innych tru­ją­cych skład­ni­ków atmos­fe­rycz­nych i dostar­cza­jąc ~0,24 bara tlenu.
3) Skrócić długość dnia do ~24 godzin.
4) Zapewnić wystar­cza­jącą ilość wody do stwo­rze­nia wód grun­to­wych i mórz.
Zostaną wzięte pod uwagę rozmaite techniki reali­za­cji tych celów, które następ­nie zostaną połą­czone w jeden sce­na­riusz.

~ Paul Birch

Szcze­gólną rolę w ambit­nych planach Bircha pełnił wodór. Wpom­po­wa­nie ogrom­nych ilości tego gazu do atmos­fery Wenus, miało poskut­ko­wać reakcją z dwu­tlen­kiem węgla, w wyniku której powsta­łaby woda z dodat­kiem grafitu. Pozwo­li­łoby to za jednym zamachem wzbo­ga­cić sąsiedni glob w morza, odchu­dzić atmos­ferę oraz nieco zła­go­dzić efekt cie­plar­niany. Haczyk? Potrzeba bilionów ton wodoru, który nale­ża­łoby pozyskać z gazowych olbrzy­mów i prze­trans­por­to­wać do wnętrza Układu Sło­necz­nego. Ale na tym nie koniec. Nawet jeśli podołamy zadaniu, to tem­pe­ra­tura nadal będzie zbyt wysoka aby utrzymać oceany w stanie ciekłym. Konieczne zatem stanie się umiesz­cze­nie na orbicie zwier­cia­deł, bądź zna­le­zie­nie innego patentu na odbicie lub zaab­sor­bo­wa­nie części docie­ra­ją­cego do powierzchni planety światła.

Zakła­da­jąc, że i tu osią­gnę­li­śmy sukces, pozo­staje nam przy­stą­pić do roz­wią­za­nia ostat­niego kłopotu. Wenus obraca się naj­wol­niej spośród wszyst­kich planet, co sprawia, że tam­tej­sza doba trwa 243 dni ziem­skich. Choć to brzmi kurio­zal­nie, cały wenu­sjań­ski rok – 224 ziemskie dni – trwa krócej niż wenu­sjań­ska doba. (Co więcej, Wenus kręci się w drugą stronę niż Ziemia, co wywraca pojęcia wschodu i zachodu. Wyjąt­kowo złośliwa planeta). Aby zmienić ten stan rzeczy, w praktyce musimy dopro­wa­dzić do wyraź­nego przy­śpie­sze­nia rotacji całego globu. Według wyliczeń Bircha konieczny byłby solidny, odpo­wied­nio wyce­lo­wany kopniak o energii setek kwa­dry­liar­dów dżuli – bilion razy większej niż to co wyge­ne­ro­wała rekor­dowa Car Bomba. Jeśli zatem nie nauczymy się miotać aste­ro­idami lub kometami, pozo­sta­nie nam opra­co­wa­nie systemu gene­ro­wa­nia sztucz­nego systemu dnia i nocy.

Powierzch­nia Wenus sfo­to­gra­fo­wana przez sondę Wenera 13. Na pierwszy rzut oka nie różni się wiele od Marsa.

Biorąc pod uwagę te trud­no­ści, Mars zdaje się po prostu łatwiej­szy do napo­czę­cia. Przy­naj­mniej na ten moment. Łatwiej nam wyobra­zić sobie ska­fan­dry czy bazę chro­niące przed mrozem i próżnią, niż takie, które zabez­pie­czą astro­nau­tów przed żarem topiącym ołów i miaż­dżą­cym kości ciśnie­niem. Na dodatek mar­sjań­ski sol jest niemal równy ziem­skiej dobie (24 godziny i 37 minut), co bez wąt­pie­nia ułatwi przy­sto­so­wa­nie zarówno kosmicz­nym uprawom jak i czło­wie­kowi. Stąd, Czerwony Glob jest i jeszcze długo pozo­sta­nie naja­trak­cyj­niej­szym celem dla NASA i innych agencji kosmicz­nych.

Oczy­wi­ście musimy mieć cały czas na uwadze, że bez względu na to czy roz­my­ślamy o Wenus czy o Marsie, mowa o per­spek­ty­wie nie kilku dekad, lecz kilku stuleci. Nie­wy­klu­czone więc, że kiedy ludzkość realnie dojrzeje już do zasie­dla­nia Układu Sło­necz­nego, będzie dys­po­no­wać tech­no­lo­giami i środkami, które pozwolą równie na sku­teczne ter­ra­for­mo­wa­nie obu światów.

Dlatego, mimo aktu­al­nego pierw­szeń­stwa Marsa, temat Wenus ma szansę powrócić.

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.