Od tak dawna jesteśmy karmieni wizją przyszłej kolonizacji Marsa, że niemal zapomnieliśmy o innych planetach. Może przedwcześnie? Co z naszą rozpaloną siostrą?

Krótko. Wbrew pozorom Wenus posiada kilka nie­pod­wa­żal­nych zalet, które stawiają ją ponad Marsem. Jednak patrząc z obecnej per­spek­tywy, załogowe wyprawy na Wenus, nie mówiąc o planach jej kolo­ni­zo­wa­nia, trzeba uznać za nie­re­alne.

Ciut dłużej. Całe poko­le­nie wizjo­ne­rów, inży­nie­rów i uczonych wskazuje na Marsa, jako natu­ral­nego i oczy­wi­stego kan­dy­data na przyszły dom dla ludz­ko­ści. Nie jest to przy­pa­dek. Czerwona Planeta leży sto­sun­kowo blisko, posiada atmos­ferę, dobę trwającą nieco ponad 24 godziny oraz tem­pe­ra­tury, które przy odro­bi­nie wysiłku nie zamrożą nas na śmierć. Z drugiej strony, to martwe geo­lo­gicz­nie, pozba­wione magne­tos­fery, narażone na mor­der­cze dawki pro­mie­nio­wa­nia, jałowe pust­ko­wie. Do tego należy dodać bez­na­dziej­nie słabe przy­cią­ga­nie gra­wi­ta­cyjne oraz powie­trze roz­rze­dzone sto razy bardziej od ziem­skiego. Jakby tego było mało, kolejne badania dobitnie uświa­da­miają nas, że prze­kształ­ce­nie tego świata w miłe osiedle będzie znacznie bardziej skom­pli­ko­wane niż przy­pusz­czano. Świeże dane wskazują choćby na fakt, że rdzawe skały więżą zde­cy­do­wa­nie zbyt mało CO2, którego uwol­nie­nie miało być kluczem do zagęsz­cze­nia tam­tej­szej atmos­fery.

Nic dziwnego, że wśród komen­ta­rzy do tych pesy­mi­stycz­nych donie­sień, pojawia się coraz więcej wąt­pli­wo­ści. Czy Mars aby na pewno pozo­staje naj­lep­szym kan­dy­da­tem do kolo­ni­za­cji? I czy mamy jaki­kol­wiek wybór?

Jeszcze niecałe stulecie temu to Wenus uważano za nasz sio­strzany świat. Zanim Sowieci i Ame­ry­ka­nie posłali w tamten rejon pierwsze instru­menty, spe­ku­lo­wano, że tam­tej­sze warunki mogą przy­po­mi­nać Ziemię sprzed 300 milionów lat. Miało być tam nieco cieplej, bardziej pochmur­nie i wul­ka­nicz­nie – ale jak na kosmiczne stan­dardy całkiem kom­for­towo. Dopiero radio­te­le­sko­powe obser­wa­cje z lat 50. dostar­czyły astro­no­mom pierw­szych prze­sła­nek świad­czą­cych o zabój­czych wenu­sjań­skich upałach. Póź­niej­sze wyprawy radziec­kich sond Wenera potwier­dziły te wyniki, przy okazji dowodząc, że również ciśnie­nie panujące na Złotym Globie jest dzie­siątki razy wyższe od tego co doświad­czamy w domu.

Pod wieloma wzglę­dami Wenus to odwrot­ność Marsa. Jedna planeta leży nieco bliżej Słońca niż Ziemia, druga nieco dalej. Jedna oferuje pie­kielne tem­pe­ra­tury rzędu 460°C, druga antark­tyczne mrozy -50°C na równiku. Jedną przy­gniata gęsta atmos­fera o ciśnie­niu 90 razy wyższym od ziem­skiego, druga znie­chęca ciśnie­niem 100 razy niższym od naszego. Jedna przy­po­mina kra­jo­bra­zem Mordor z setkami gigan­tycz­nych wulkanów i siar­ko­wymi chmurami, druga od milionów lat pozo­staje zimna i martwa.

Jedno nie ulega wąt­pli­wo­ści: oba sąsied­nie światy nie ujmują gościn­no­ścią. Dlaczego więc wszyscy uczepili się akurat Marsa, zapo­mi­na­jąc o naszej roz­pa­lo­nej sio­strzyczce? Odpo­wiedź brzmi: nie wszyscy. Wbrew pozorom per­spek­tywa kolo­ni­za­cji Gwiazdy Zarannej poja­wiała się zarówno w lite­ra­tu­rze science-fiction (patrz: Olaf Sta­ple­don), jak również w arty­ku­łach popu­la­ry­za­tor­skich i nauko­wych. Sam Carl Sagan rzucił niegdyś pomysłem trans­for­ma­cji wenu­sjań­skiego śro­do­wi­ska poprzez użycie zmo­dy­fi­ko­wa­nych gene­tycz­nie bakterii. Takie mikro­or­ga­ni­zmy nie musia­łyby wcale znosić naj­bar­dziej eks­tre­mal­nych warunków – wystar­czy­łoby aby przeżyły w górnych war­stwach atmos­fery, powoli zmie­nia­jąc jej skład.

Bodaj ostatni poważny i złożony koncept prze­kształ­ce­nia Wenus na ziemskie podo­bień­stwo wyszedł spod pióra nie­ży­ją­cego już Paula Bircha. W opu­bli­ko­wa­nym w 1991 roku artykule Ter­ra­for­ming Venus Quickly, bry­tyj­ski astronom wziął pod lupę wszyst­kie bolączki roz­grza­nego globu, wysu­wa­jąc szereg futu­ry­stycz­nych roz­wią­zań.

1) Schło­dzić planetę do ~290 K.
2) Zmniej­szyć ciśnie­nie atmos­fe­ryczne do ~1 bara, usuwając nadmiar CO2 i innych tru­ją­cych skład­ni­ków atmos­fe­rycz­nych i dostar­cza­jąc ~0,24 bara tlenu.
3) Skrócić długość dnia do ~24 godzin.
4) Zapewnić wystar­cza­jącą ilość wody do stwo­rze­nia wód grun­to­wych i mórz.
Zostaną wzięte pod uwagę rozmaite techniki reali­za­cji tych celów, które następ­nie zostaną połą­czone w jeden sce­na­riusz.

~ Paul Birch

Szcze­gólną rolę w ambit­nych planach Bircha pełnił wodór. Wpom­po­wa­nie ogrom­nych ilości tego gazu do atmos­fery Wenus, miało poskut­ko­wać reakcją z dwu­tlen­kiem węgla, w wyniku której powsta­łaby woda z dodat­kiem grafitu. Pozwo­li­łoby to za jednym zamachem wzbo­ga­cić sąsiedni glob w morza, odchu­dzić atmos­ferę oraz nieco zła­go­dzić efekt cie­plar­niany. Haczyk? Potrzeba bilionów ton wodoru, który nale­ża­łoby pozyskać z gazowych olbrzy­mów i prze­trans­por­to­wać do wnętrza Układu Sło­necz­nego. Ale na tym nie koniec. Nawet jeśli podołamy zadaniu, to tem­pe­ra­tura nadal będzie zbyt wysoka aby utrzymać oceany w stanie ciekłym. Konieczne zatem stanie się umiesz­cze­nie na orbicie zwier­cia­deł, bądź zna­le­zie­nie innego patentu na odbicie lub zaab­sor­bo­wa­nie części docie­ra­ją­cego do powierzchni planety światła.

Zakła­da­jąc, że i tu osią­gnę­li­śmy sukces, pozo­staje nam przy­stą­pić do roz­wią­za­nia ostat­niego kłopotu. Wenus obraca się naj­wol­niej spośród wszyst­kich planet, co sprawia, że tam­tej­sza doba trwa 243 dni ziem­skich. Choć to brzmi kurio­zal­nie, cały wenu­sjań­ski rok – 224 ziemskie dni – trwa krócej niż wenu­sjań­ska doba. (Co więcej, Wenus kręci się w drugą stronę niż Ziemia, co wywraca pojęcia wschodu i zachodu. Wyjąt­kowo złośliwa planeta). Aby zmienić ten stan rzeczy, w praktyce musimy dopro­wa­dzić do wyraź­nego przy­śpie­sze­nia rotacji całego globu. Według wyliczeń Bircha konieczny byłby solidny, odpo­wied­nio wyce­lo­wany kopniak o energii setek kwa­dry­liar­dów dżuli – bilion razy większej niż to co wyge­ne­ro­wała rekor­dowa Car Bomba. Jeśli zatem nie nauczymy się miotać aste­ro­idami lub kometami, pozo­sta­nie nam opra­co­wa­nie systemu gene­ro­wa­nia sztucz­nego systemu dnia i nocy.

Powierzch­nia Wenus sfo­to­gra­fo­wana przez sondę Wenera 13. Na pierwszy rzut oka nie różni się wiele od Marsa.

Biorąc pod uwagę te trud­no­ści, Mars zdaje się po prostu łatwiej­szy do napo­czę­cia. Przy­naj­mniej na ten moment. Łatwiej nam wyobra­zić sobie ska­fan­dry czy bazę chro­niące przed mrozem i próżnią, niż takie, które zabez­pie­czą astro­nau­tów przed żarem topiącym ołów i miaż­dżą­cym kości ciśnie­niem. Na dodatek mar­sjań­ski sol jest niemal równy ziem­skiej dobie (24 godziny i 37 minut), co bez wąt­pie­nia ułatwi przy­sto­so­wa­nie zarówno kosmicz­nym uprawom jak i czło­wie­kowi. Stąd, Czerwony Glob jest i jeszcze długo pozo­sta­nie naja­trak­cyj­niej­szym celem dla NASA i innych agencji kosmicz­nych.

Oczy­wi­ście musimy mieć cały czas na uwadze, że bez względu na to czy roz­my­ślamy o Wenus czy o Marsie, mowa o per­spek­ty­wie nie kilku dekad, lecz kilku stuleci. Nie­wy­klu­czone więc, że kiedy ludzkość realnie dojrzeje już do zasie­dla­nia Układu Sło­necz­nego, będzie dys­po­no­wać tech­no­lo­giami i środkami, które pozwolą równie na sku­teczne ter­ra­for­mo­wa­nie obu światów.

Dlatego, mimo aktu­al­nego pierw­szeń­stwa Marsa, temat Wenus ma szansę powrócić.

  • Teresa

    Moim skromnym zdaniem prze­nie­sie­nie się ludz­ko­ści na inną planetę pozo­staje póki co wyłącz­nie w sferze marzeń. Zanim ludzie opracują metody jakimi można by w miarę szybko wydostać się z ziemi na inną planetę, przy­sto­so­waw­szy ją uprzed­nio tak, aby nadawała się do życia, to minie tyle czasu, że życie na ziemi raczej już będzie się miało ku końcowi. Ziemia jest tak prze­lud­niona, że trudno sobie wyobra­zić co będzie za sto czy dwieście lat, a śro­do­wi­sko natu­ralne gwał­tow­nie się kurczy i ulega usta­wicz­nej dege­ne­ra­cji i niema co liczyć na to, że się to kie­dy­kol­wiek zmieni. W związku z powyż­szym jeśli nie ogar­niamy pro­ble­mów z życiem na ziemi, nie zor­ga­ni­zu­jemy przy­szłego życia gdzie­kol­wiek w kosmosie.

    • Don Wasyl

      No… Jedź na Syberię, albo do Kanady czy Austra­lii, to zoba­czysz to “prze­lud­nie­nie”.
      To naj­bo­gat­sze, nasta­wione na nad­mierną kon­sump­cję spo­łe­czeń­stwa rujnują śro­do­wi­sko natu­ralne, a nie biedota z prze­lud­nio­nych regionów świata.
      Poza tym wedle prognoz, liczba ludzi ma zacząć spadać w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu lat. Z resztą w pań­stwach roz­wi­nię­tych dzieje się tak już teraz.

      • Teresa

        Są obszary mniej zalud­nione jak np. Syberia i są bardziej zalud­nione jak np. Chiny, ale ogólnie rzecz biorąc i patrząc na całość z dłuższej per­spek­tywy widać, że liczba ludności na świecie rośnie. Poznać to wyraźnie po po kur­czą­cym się śro­do­wi­sku natu­ral­nym. Poza tym nawet jeżeli w nie­któ­rych pań­stwach mamy teraz do czy­nie­nia z ten­den­cjami spad­ko­wymi to w innych nato­miast z ten­den­cjami wzro­sto­wymi, więc niczego to nie zmienia, a wiąże się to wszystko z coraz większym rozwojem gospo­dar­czym, zdo­by­wa­niem coraz więk­szych terenów pod budowę i zwięk­szo­nym zapo­trze­bo­wa­niem na energię. Pytanie tylko, czy uda się przy tym wszyst­kim na tyle powstrzy­mać degra­da­cję śro­do­wi­ska, aby żyć w miarę nor­mal­nie jeszcze setki jeżeli nie tysiące lat, które będą potrzebne na opra­co­wane dobrych metod ewen­tu­al­nej kolo­ni­za­cji innych planet — jakich? Oprócz Marsa niczego sen­sow­nego na razie nie widać, Wenus raczej odpada.

      • Don Wasyl

        No tak, ogólnie ilość ludzi wzrasta, ale pro­cen­towy przyrost z dekady na dekadę jest coraz mniejszy, prawdę mówiąc teraz napędza go głównie Afryka, bo już nawet w Indiach wie­lo­ródz­two coraz mniej popu­larne się robi.
        Druga kwestia to taka, że czasu na kolo­ni­za­cję innych ciał nie­bie­skich nie liczył­bym w tysią­cach lat, skoro w niecałe dwieście prze­szli­śmy z konia do rakiet kosmicz­nych. I

      • Michał Skichał

        Poza tym wedle prognoz, liczba ludzi ma zacząć spadać w ciągu kil­ku­dzie­się­ciu lat.

        Bzdura. W historii homo sapiens nigdy jeszcze nie było takiego sza­leń­stwa, jakie panuje współ­cze­śnie, kiedy tempo przy­ro­stu ludzi jest wykład­ni­cze!

        W pań­stwach roz­wi­nię­tych zawsze była niska dziet­ność. Im wyższe wykształ­ce­nie, zamoż­ność i opieka zdro­wotna, tym kobiety w póź­niej­szym wieku rodzą dzieci i tym mniejszą liczbę dzieci w całym swoim życiu mają. Średnio jedno dziecko na rodzinę — to akurat podaję tak na oko, bo nie mam siły po nocach sięgać po jakieś sta­ty­styki. To, że w jednym roku, czy nawet w jednym dzie­się­cio­le­ciu wyjdzie w kraju roz­wi­nię­tym -0,3 albo +0,3%, to chyba nie robi już żadnej różnicy. Na wzrost liczby ludzi w skali glo­bal­nej od XIX wieku pracują głównie kraje roz­wi­ja­jące się, a więc Azja, Bliski Wschód i Afryka. Zwłasz­cza Afryka. Chiny w ostat­nich latach stały się krajem w pełni roz­wi­nię­tym, zaś w nie­któ­rych rejonach jest znacznie zamoż­niej niż w Europie. Wiki­pe­dia podaje, że w Polsce mamy jakieś -0,7 promila. No i co z tego? Nic. Ogólna średnia to jakieś +1% rocznie. To, że od lat 60. do teraz współ­czyn­nik ten spadł łagodnie z poziomu 2,5 do 1,1% nie jest jakimś strasz­nym kata­kli­zmem, a jedynie drobnym, nie wiele zna­czą­cym wah­nię­ciem w skali czasu znacznie dłuższej. Od kiedy przyrost natu­ralny zyskał tempo wykład­ni­cze, bywały już większe wah­nię­cia.

        No tak, ogólnie ilość ludzi wzrasta, ale pro­cen­towy przyrost z dekady na dekadę jest coraz mniejszy

        Przecież to sprzecz­ność. Współ­cze­śnie, w ostat­nich 20 latach musimy też uwzględ­nić rzecz abso­lut­nie nie­spo­ty­kaną w całej historii gatunku: wydłu­że­nie się życia. Mamy coraz niższą śmier­tel­ność w krajach roz­wi­nię­tych. Coraz więcej ludzi dożywa sędzi­wego wieku. I nawet kiedy już ma ten sędziwy wiek i wiele poważ­nych chorób, w cale nie spieszy się odcho­dzić. Zatem zmienia się cał­ko­wi­cie struk­tura spo­łeczna: przybywa seniorów, spada śmier­tel­ność a to znacząco wpływa na obli­cza­nie przy­ro­stu natu­ral­nego. Wszak przyrost natu­ralny to (liczba urodzeń — liczba zgonów) podzie­lone przez liczba wszyst­kich żywych. Dopiero ten wynik mnoży się przez 100 bądź 1000 zależnie, czy chcemy mieć procenty czy promile. Fak­tycz­nie zatem liczba uro­dzo­nych może być nawet znacznie większa w krajach roz­wi­nię­tych, jeżeli seniorzy nie chcą umierać tak, jak umierali w latach 60., na początku XX wieku czy w trakcie rewo­lu­cji prze­my­sło­wej.

        A co do kolo­ni­za­cji Marsa, to w moim mnie­ma­niu nie pomoże prze­lud­nio­nej Ziemi. No bo niby jak? W moim mnie­ma­niu kolo­ni­za­cja kosmosu będzie polegać na tym, że wyślemy tam zaledwie garstkę ludzi, która zapo­cząt­kuje tamże nową linię homo sapiens, a nie połowę obecnej w trakcie kolo­ni­za­cji liczby ludzi na Ziemi. Na statek kosmiczny nie można wpuścić byle kogo, podobnie jak do namiotów roz­sta­wio­nych na nie­ludz­kim świecie. To nie tylko robota dla naj­tward­szych, ale też i dla naj­zdrow­szych inte­lek­tu­al­nie i emo­cjo­nal­nie. A takich to jak na lekar­stwo, mimo wykład­ni­czego przy­ro­stu. Ilość nie prze­kłada się tak łatwo na jakość. Wyobraź sobie milion Beat Szydło, Ann Zalew­skich i Antoniów Macie­re­wi­czów w statku kolo­ni­za­cyj­nym lecącym w kierunku Alfa Centauri. Przecież oni nie dolecą nawet do Jowisza. Już prędzej wyobra­żał­bym sobie bunt Ein­ste­inów, Haw­kin­gów i Wiesław Szym­bor­skich, którzy porzucą mniej roz­gar­nię­tych na Ziemi, aby samemu tam polecieć, bez żenu­ją­cych mena­dże­rów.

        Co oprócz Marsa? Ktoś już pisał: Pas. Mamy tam Ceres cho­ciażby. Mamy księżyce Jowisza i Saturna. Mamy nawet własny Księżyc, który tylko na nas czeka. Tereny pod zabudowę na Ziemi są — cho­ciażby te, używane już teraz. Czy ktoś broni zburzyć miasto i postawić je na nowo, ale wyższe 5 razy a głębsze 8 razy? Energię można pro­du­ko­wać z atomu, a Słońca nie potrze­bu­jemy. Lampy UV są abso­lut­nie wystar­cza­ją­cym zamien­ni­kiem. Nie tylko dla roślin, ale nawet dla zdrowia psy­chicz­nego ludzi (ma to udo­ku­men­to­waną sku­tecz­ność!). Wspo­mniana Kanada, a nie wspo­mniane USA to olbrzymi rezer­wuar terenów nie­za­miesz­ka­łych. Są jeszcze pustynie. Chiny wolno bo wolno, ale zago­spo­da­ro­wują swoją pustynię i są w stanie na to znaleźć pie­nią­dze. Ale rozumiem, większe praw­do­po­do­bień­stwo, że walnie w nas jakiś pla­ne­to­zy­mal wiel­ko­ści Torunia, niż to, abyśmy się wszyscy dogadali i koope­ro­wali ze sobą w sposób kre­atywny. Cóż, nie jesteśmy zbyt inte­li­gent­nym gatun­kiem wbrew naszemu mnie­ma­niu. Śro­do­wi­sko, zasoby to wszystko się kurczy. Niedługo mrówki będą pod ochroną, zaś o tym, jak wyglądał szczur dzieci będą dowia­dy­wać się z pod­ręcz­ni­ków przyrody histo­rycz­nej. Może więc sami się zre­du­ku­jemy, tak jak to sku­tecz­nie robimy od począt­ków naszej historii. Z tego ludzie są znani, w tym są dobrzy i do tego się chyba naj­le­piej nadają: do nisz­cze­nia innych samo­dziel­nie prze­miesz­cza­ją­cych się związków orga­nicz­nych. A może jednak utopia ze Star­treka?

      • Teresa

        Anto­niego można by już teraz wsadzić w rakietę i wysłać w kosmos na zwiady..

      • Don Wasyl

        Może napisz to jeszcze raz, tylko tym razem na trzeźwo, bo ciężko coś z tego bełkotu zro­zu­mieć.
        A jeśli chodzi o przyrost natu­ralny, to nie jest żadną bzdurą to co piszę, bo poza Afryką wszędzie widać ten­den­cję spadkową. No i widzę że nie masz pojęcia co to jest tempo wykład­ni­cze.

      • Jakub Adamczyk

        Czło­wieku
        1. Tempo dziet­no­ści spada, ale cały czas dziet­ność wysoka.
        2. Za 30 lat naj­praw­do­po­dob­niej jakieś 20% powierzchni lądów będzie totalnie nie do zamiesz­ka­nia i będą migracje naj­więk­sze od kiedy istnieje ludzkość.
        3. Co z tego, że liczba ludności coraz wolniej rośnie, skoro coraz szybciej rośnie PKB. Potrze­bu­jemy coraz większy przyrost dostęp­nych zasobów i to zabija naszą planetę, a nie samo życie ludzi.
        A akurat tutaj naj­więk­szą robotę wykonują naj­więk­sze kor­po­ra­cje.

  • Anna Dziubany

    Czy to, że Wenus kręci się w drugą stronę niż Ziemia cokol­wiek zmienia? Załóżmy, że krę­ci­łaby się z tą samą pręd­ko­ścią obrotową co Ziemia.

  • Grzegorz Dudek

    Co pierwsze kolo­ni­zo­wać, Marsa czy Wenus? — Pas pla­ne­toid 🙂 Nawet na Ziemi zmiana klimatu wysił­kiem miliar­dów ludzi zajmuje setki lat a efekt jest ułamkiem tego co potrzebne by było do prze­kształ­ce­nia sąsied­nich planet. Za to pla­ne­to­idy można by sto­sun­kowo łatwo prze­kształ­cić w rotujące cylindry ze śro­do­wi­skiem dosto­so­wa­nym pod ludzkie wyma­ga­nia i o suma­rycz­nej powierzchni wie­lo­krot­nie prze­wyż­sza­ją­cej powierzch­nię Ziemi.
    A wracając do Wenus i Marsa to oczami wyobraźni widzę rów­no­le­głą ter­ra­for­ma­cję obu. Gigan­tyczne orbi­talne działa nad jedną półkulą Wenus strze­la­jące milio­nami ton gazu w Marsa roz­rze­dza­jące jedną i zagęsz­cza­jące drugą atmos­ferę (a przy okazji siłą odrzutu zwięk­sza­jące prędkość obrotową Wenus).

  • Michał Skichał

    Pięknie, pięknie, ale mimo wszystko ów Mordor został opisany zbyt łagodnie. Nie zapo­mi­najmy, że jest on otulony w gorący kożuszek gazów cie­plar­nia­nych, które nie pozwa­lają na odpro­wa­dze­nie ciepła z powierzchni, a ponadto są obfite w gęste i nie­prze­źro­czy­ste chmury kwasu siar­ko­wego, z których nie­rzadko ten skro­plony kwas siarkowy pada niczym deszcz (choć do powierzchni nie dociera — jest tak gorąco, że więk­szość tych opadów zdąży wcze­śniej wypa­ro­wać). Obawiam się, że mikrobom czy pier­wot­nia­kom byłoby tam dość ciężko w takiej atmos­fe­rze prze­trwać. Praw­do­po­dob­nie żadne mikroby nie są w stanie egzy­sto­wać na kroplach kwasu siar­ko­wego w tem­pe­ra­tu­rze pieca hut­ni­czego. No, ale może opty­mi­ści powie­dzie­liby, że w takim razie takie mikroby to by trzeba było dopiero zapro­jek­to­wać. W końcu od czego są bio­tech­no­lo­dzy?

    Wsa­dza­nie zwier­cia­deł na orbicie Wenus, jakie miałyby odbijać UV i widzialne spektrum ze Słońca nic też nie da, bo pro­ble­mem nie jest to, że planetę ogrzewa Słońce, pro­ble­mem jest astro­no­miczny efekt cie­plar­niany — to planeta ogrzewa się sama, nie pozwa­la­jąc na wymianę ciepła z prze­strze­nią kosmiczną. Raczej nale­ża­łoby wbić w atmos­ferę słomki, aby planeta mogła “oddychać”, tj. utworzyć wielkie rury, które połą­czy­łyby naj­niż­sze warstwy atmos­fery z kosmosem. Ale nie miałyby się szans utrzymać, bo o ile przy samym gruncie nie wieją jakieś szalone wiatry, tak w tro­pos­fe­rze Wenus wiatry sięgają 400 km/h. Opty­mi­ści powiedzą, że to i tak nic, bo na Neptunie to wiatry ponoć dmuchają z mocą 2000 km/h,niemniej jednak te 400 to i tak sporo na utrzy­ma­nie w ryzach kon­struk­cji się­ga­ją­cej kosmosu. O ile się takowa jeszcze nie roztopi w kwasach. Ale naj­le­piej, myślę, to się kobiet popytać, bo ponoć one są właśnie z Wenus…

  • rober­trock

    Oso­bi­ście stawiam na Mars. Jak dla mnie pierwszą i poważną rzeczą jest to, że już trochę jest zrobione w tym kierunku więc raczej żadne firmy w tym momencie nie będą zmieniać planów.
    Według togo co już wiadomo to na Marsie jest mniej do zro­bie­nia na start.
    Jak zawsze jest jakieś ale. Ale nie z żadną planetą tylko z nami na ziemi. Już wcze­śniej wspo­mnie­li­ście chodzi o nasz czas na ziemi czy nam go po prostu wystar­czy.
    Nawet jeśli zalud­nie­nie pozo­sta­nie na stałym poziomie (co według mnie jest mało realne) to i tak zabrak­nie nam energii do dalszego funk­cjo­no­wa­nia.
    Jak widzę w jaki sposób spo­łe­czeń­stwa zabie­rają się na prze­sta­wie­nie z paliw kopal­nych na coś innego to myślę właśnie, że naj­prę­dzej zabrak­nie nam czasu.
    Oil peak (szczyt wydo­by­cia) mamy już za sobą, podobnie jeśli chodzi o węgiel i gaz. Elek­trow­nie atomowe IV gene­ra­cji są jeszcze na deskach kre­ślar­skich ale pomimo to wydo­by­cie rudy uranu i jeszcze jego wzbo­ga­ca­nie (jego też nie ma tak dużo w skorupie ziem­skiej) rozciąga czasz jeszcze bardziej.
    To jest prawda co napisał Don Wasyl, że to spo­łe­czeń­stwa zachodu rujnują śro­do­wi­sko i zużywają naj­wię­cej energii ale jest właśnie wiele krajów aspi­ru­ją­cych, które chcą żyć tak jak kraje zachod­nie i spró­buj­cie im tego zabronić

  • BloodMan

    Gene­ral­nie nie ma co tu za bardzo gadać.
    Z niskimi tem­pe­ra­tu­rami potra­fimy sobie radzić — nawet na Ziemi. Mamy stałe bazy na bie­gu­nach, na Syberii itd. żyją tam ludzie i sobie dają radę — a przecież dochodzi tam do bardzo niskich tem­pe­ra­tur porów­ny­wal­nych z tymi na Marsie.
    Jakoś baz w czynnych wul­ka­nach (gdzie tem­pe­ra­tury porów­ny­walne z tymi na Wenus) nie ma. Kropka.
    Kurtyna.

  • Piotr123

    Naj­bar­dziej realnym jest chyba budowa luster na księżycu i wysłanie ich do wenu­sjan­skiego punktu libra­cyj­nego pomiędzy Wenus a Słońcem. Jeśli zostanie stwo­rzone lustro o średnicy kil­ku­na­stu tysięcy km, wówczas pozo­sta­nie tylko czekanie na ochlo­dze­nie atmos­fery. Przy minus 56st C dwu­tle­nek węgla uleglby resu­bli­ma­cji. Pozo­stały azot zapew­niłby większe ciśnie­nie niż na Ziemi.

  • czerwone

    Chciałby to dożyć… Ale cóż, może znajdzie się w tym świecie drugi Einstein, czy też Tesla, który wyprze­dziłby swoją epokę i pozwolił nam zasie­dlić kosmos…

  • Kondredd

    “Na dodatek mar­sjań­ski sol jest niemal równy” — tu się chyba wkradł błąd 😉

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Dlaczego? Solem zwykło się nazywać mar­sjań­ską dobę.

      • Kondredd

        Aha, tego nie wie­dzia­łem, zwracam honor 🙂