Nie tylko nauki przyrodnicze stawiają przed nami wielkie pytania. Według mnie jedno z najciekawszych dotyczy genezy wierzeń religijnych. Ale jak możemy to zbadać? Czy istnieje szansa zaobserwowania tak złożonego procesu w dzisiejszym świecie?

“Bogowie potrze­bują wiary, a ludzie pragną bogów.”
— Sir Terry Prat­chett

Rajska sceneria

Tłem dla tego, co antro­po­lo­dzy nazywają kultami cargo, może być w zasadzie każdy skrawek Ziemi odizo­lo­wany od zgiełku współ­cze­snej cywi­li­za­cji. Będą to więc pustynne regiony Afryki, dżungle Amazonii, austra­lij­skie bezdroża, ale nade wszystko, mniejsze i większe wysepki roz­rzu­cone na olbrzy­mim obszarze Pacyfiku. Wśród Poli­ne­zyj­czy­ków, Mikro­ne­zyj­czy­ków, Mela­ne­zyj­czy­ków czy Papuasów istnieją nie­wiel­kie plemiona, które przez całe setki lat nie wyściu­biały nosa poza swoje kraje, często o powierzchni mniej­szej niż 100 km² i oddalone od stałego lądu o całe tysiące kilo­me­trów.

Oceania była pene­tro­wana przez Euro­pej­czy­ków od setek lat, lecz ewen­tu­alne kontakty z tubyl­cami często pozo­sta­wały doraźne i ogra­ni­czone. Wiele wysepek ominął twardy kolo­nia­lizm, a życie ich miesz­kań­ców wciąż mogło się toczyć własnym rytmem. Dlatego jeszcze niedawno, w pierw­szej połowie XX wieku, żyły dzie­siątki, jeśli nie setki plemion nie­świa­do­mych ist­nie­nia elek­trycz­no­ści, mecha­nicz­nych środków trans­portu, czy broni pozwa­la­ją­cej dokonać masowej eks­ter­mi­na­cji. Jednak ten dzie­wi­czy stan trudno było utrzymać w obliczu nad­cią­ga­ją­cej II wojny świa­to­wej. Bez względu na swoją wolę, wyspiar­skie plemiona stały się żywym świad­kiem japońsko-ame­ry­kań­skiej rywa­li­za­cji o domi­na­cję nad Oceanem Spo­koj­nym. Obie strony kon­fliktu lądowały na wyspach, często adap­tu­jąc je do własnych celów mili­tar­nych i logi­stycz­nych. Tym sposobem wielu auto­chto­nów w latach 40. po raz pierwszy zetknęło się z kara­bi­nami, radarami, “żela­znymi ptakami”, a czasem nawet z białym czło­wie­kiem.
Nowe Hybrydy

Cudowne artefakty

Żeby naj­le­piej zilu­stro­wać istotę sprawy, cofnę się jednak jeszcze trochę. Nie­któ­rzy badacze upatrują namiastki kultów cargo już w XIX stuleciu. Niestety dys­po­nu­jemy niezbyt okazałym mate­ria­łem źró­dło­wym na temat tego okresu. Jednym z cie­kaw­szych jest relacja towa­rzyszki ewan­ge­lic­kiego misjo­na­rza, Agnieszki Watt. Opisała ona przy­pa­dek miej­sco­wej cza­row­nicy, która cieszyła się wśród miej­sco­wych sławą czegoś w rodzaju medium. Jej magia polegała na tym, że obda­ro­wy­wała żałob­ni­ków dro­bia­zgami pocho­dzą­cymi rzekomo od zmarłych bliskich. Dosta­wali biżu­te­rię, paciorki, turecką czerwień (barwnik), fajki lub broń. Euro­pejka była świad­kiem, gdy pewnemu tubyl­cowi ofia­ro­wany został dosko­na­łej jakości sztylet – prezent od jego nie­ży­ją­cego zięcia. Wszystko pięknie, tyle, że rękojeść broni zdobił grawer wska­zu­jący na miejsce pro­duk­cji… w bry­tyj­skim Shef­field. Oszustka praw­do­po­dob­nie znalazła przed­miot lub pod­wę­dziła go któremuś z najeźdź­ców. Czy wzbu­dziło to jakieś podej­rze­nia wyspia­rzy? W żadnym razie. Obda­ro­wany tubylec zdawał się zachwy­cony i z powagą twier­dził, iż doty­ka­jąc ostrza czuje obecność swego zięcia.
Mieszkańcy Oceanii
Daje to nam pojęcie o punkcie cen­tral­nym całej doktryny cargo. Są nim, jak sama nazwa wskazuje, towary/ładunki – zwłasz­cza produkty wykra­cza­jące swoją zło­żo­no­ścią poza tech­no­lo­giczne moż­li­wo­ści tubylców. Nóż może nie wydawać Ci się niczym szcze­gól­nym, ale pamiętaj, że mówimy o ludach, które często nie opa­no­wały sztuki obróbki żelaza (co nie jest dziwne, kiedy nie ma się dostępu do surowca), nie mówiąc o zaawan­so­wa­nych zdo­bie­niach. Dobrze wykonany bry­tyj­ski sztylet miał prawo wywrzeć wrażenie na Mela­ne­zyj­czy­kach, mogących śmiało przy­pi­sać mu boski rodowód.

Na całego kult cargo rozwinął się jednak w XX wieku, gdy różnica poziomu tech­no­lo­gicz­nego między roz­wi­nię­tymi pań­stwami a ple­mio­nami Oceanii, zmieniła się w praw­dziwą przepaść. Zapewne sły­sza­łeś Czy­tel­niku historie opo­wia­da­jące o pierw­szych spo­tka­niach kolo­ni­stów z rdzen­nymi Ame­ry­ka­nami. Azte­ko­wie oraz Inkowie byli oszo­ło­mieni poja­wie­niem się białych twarzy, koni oraz sie­ją­cego popłoch uzbro­je­nia. Jeśli taki respekt potra­fili wywołać XVI-wieczni Euro­pej­czycy, to aż trudno sobie wyobra­zić reakcję na kontakt z czło­wie­kiem współ­cze­snym. Jakie myśli muszą prze­bie­gać przez głowę osoby wyjętej żywcem z epoki kamienia, na widok potęż­nych pan­cer­ni­ków, bom­bow­ców, kara­bi­nów maszy­no­wych, czy choćby radia lub zwykłej krót­ko­fa­lówki? Jak zachować się wobec nie­zna­nego?

Czekając na Fruma

Naj­sze­rzej znanym przy­kła­dem dru­go­wo­jen­nego kultu cargo – opi­sy­wa­nym m.in. przez Davida Atten­bo­ro­ugha i Richarda Dawkinsa – pozo­stają wie­rze­nia miesz­kań­ców Nowych Hebrydów. To leżący jakieś 1,5 tys. kilo­me­trów od wybrzeży Austra­lii archi­pe­lag, zaj­mo­wany współ­cze­śnie przez pań­stewko Vanuatu. Naj­bar­dziej spójną formę przy­brała wiara wykre­owana na wyspie Tanna, ongiś znanej z kultury opartej o ludo­żer­stwo. 


Co dokład­nie wyda­rzyło się na Tanna w latach 30., trudno powie­dzieć. Praw­do­po­dob­nie doszło do czegoś co znamy z kanonu kine­ma­to­gra­fii i lite­ra­tury przy­go­do­wej. W nie do końca jasnych oko­licz­no­ściach do odizo­lo­wa­nej od świata krainy przybył biały człowiek, naj­pew­niej ame­ry­kań­ski żołnierz nazwi­skiem John Frum. Spo­tka­nie z obcym mocno wpłynęło na miej­sco­wych Mela­ne­zyj­czy­ków, a jego wiedza i posia­dane wyna­lazki kom­plet­nie zmieniły ich życie. Kim naprawdę był Frum? Czy po prostu pomagał tubylcom despe­racko próbując prze­trwać czy może cynicz­nie i świa­do­mie pozwolił trak­to­wać się jak mesjasza? Tego już się nie dowiemy. Znamy nato­miast kon­se­kwen­cje jego działań, wzmoc­nione po wizycie alianc­kich żoł­nie­rzy w 1941 roku. Wyspia­rze uznali, że marines wraz z całym wypo­sa­że­niem zostali zesłani za sprawą wsta­wien­nic­twa ich bohatera. Otrzy­mali praw­dziwe leki i podzi­wiali jak obcy potrafią komu­ni­ko­wać się na odle­głość używając małych skrzynek pozba­wio­nych kabli. 

Przede wszyst­kim jednak, na niebie pojawiły się potężne metalowe twory, które na pierwszy rzut oka nie miały prawa oderwać się od ziemi. Maszyny, przy­no­szące cenne ładunki dosłow­nie z niebios. Przy takim cudzie, biblijne gorejące krzaki i cho­dze­nie po wodzie brzmią jak tanie kuglar­stwo. Zresztą, ruch Fruma samo­ist­nie wyparł nauki dzia­ła­ją­cych wcze­śniej w tych terenach pre­zbi­te­riań­skich misjo­na­rzy. Zamiast prze­sia­dy­wać w posępnym kościele, roz­ocho­ceni Mela­ne­zyj­czycy woleli wpa­try­wać się w niebo i koczować przy pro­wi­zo­rycz­nym pasie star­to­wym. Wznieśli drew­nianą wieżę kontroli lotów i zbu­do­wali coś, co miało imitować samolot. Do dziś, każdego 15 lutego miesz­kańcy Tanna gromadzą się na świętym lądo­wi­sku wycze­ku­jąc cargo i powtór­nego zstą­pie­nia Johna Fruma.


Kult z czasem ewo­lu­ował w bardzo typowym kierunku. Wierni szybko zapo­mnieli jak w rze­czy­wi­sto­ści wyglądał wielki nauczy­ciel i nie są zgodni co do zło­żo­nych przez niego obietnic. W związku z tym rychło pojawili się quasi-kapłani, rzekomo utrzy­mu­jący kontakt z mitycz­nym Johnem i łączący jego kolejne przyj­ście z dniem apo­ka­lipsy. Pobyt wojsk wzmocnił religię i spo­wo­do­wał, iż Amerykę zaczęto trak­to­wać jako swego rodzaju ziemię obiecaną, a Fruma jako jej króla. Doszło też do bardziej nie­po­ko­ją­cych praktyk, jak nocne śpiewy, tańce oraz piel­grzymki, do których zmuszano młodych chłopców i dziew­częta. Zdarzały się napady na ame­ry­kań­skie magazyny i sklepy, orga­ni­zo­wane przez kul­ty­stów pro­wa­dzo­nych “pańskim głosem”. Sytuacja mogła być jeszcze ostrzej­sza, za sprawą dzia­łal­no­ści czło­wieka imieniem Neloiaga, poda­ją­cego się za nowe wcie­le­nie mesjasza i… wer­bu­ją­cego osobistą świętą gwardię. Jednak mający dość tego zamie­sza­nia Ame­ry­ka­nie zdążyli pojmać i uniesz­ko­dli­wić samo­zwańca.

Czym jest cargo?

Podob­nych kultów powstało jeszcze przy­naj­mniej kilka. W samym Vanuatu czci się również księcia Filipa (po ofi­cjal­nej wizycie z 1974 roku), zaś w lasach Papui-Nowej Gwinei żyją ludzie wyzna­jący ame­ry­kań­skiego pre­zy­denta Lyndona Bainesa Johnsona.

O kultach cargo lubię myśleć jako o jedynym w swoim rodzaju socjo­lo­gicz­nym i antro­po­lo­gicz­nym eks­pe­ry­men­cie, dzie­ją­cym się na naszych oczach. Dają one nie­po­wta­rzalną szansę zaj­rze­nia wgłąb ludzkiej psychiki i wycią­gnię­cia ogromu wniosków. Naj­prost­szy brzmi: tak właśnie powstaje religia. Pomyśl o sta­ro­egip­skim kapłanie, który zapo­wia­da­jąc zaćmie­nia Słońca lub wylewy Nilu, potrafił zapa­no­wać nad spo­łe­czeń­stwem. U podstaw leży dokład­nie to samo narzę­dzie. Nie­do­stępna wiedza tak zaawan­so­wana, że bez­bronny, pry­mi­tywny umysł musi ska­pi­tu­lo­wać, uznając ją za przejaw boskiej inge­ren­cji. Ludzie otrzy­mują coś (czy to ładunki, czy wylewy rzeki), co powstaje w kom­plet­nie nie­zro­zu­miały dlań sposób, ale pomaga im w życiu. Czy to zbyt uprosz­czone podej­ście do tematu? Nie­któ­rzy badacze, jak Roy Wagner, nie­chęt­nie porów­nują cargo do wielkich religii, woląc mówić o “kulcie kultury”. Zgodnie z tym zamysłem miesz­kańcy Oceanii nie wiążą towarów z życiem duchowym. To raczej zacho­wa­nia prag­ma­tyczne, nasta­wione na osią­gnię­cie kon­kret­nego celu i wyra­że­nie podziwu wobec roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji, w naj­lep­szy ze znanych sobie sposobów. Przez naśla­dow­nic­two, ofiary, rytuały i modły.

Inte­re­su­jące jest również pytanie, czy kulty cargo aby na pewno nas już nie dotyczą; a nawet jeśli, to czy nie odegrają poważnej roli w przy­szło­ści. Pewnych inspi­ra­cji dostar­czają tu dwaj wybitni pisarze science-fiction. Pierw­szym jest Arthur C. Clark, ze swoją słynną zasadą: “Każda zaawan­so­wana tech­no­lo­gia jest nie­roz­róż­nialna od magii”. Drugi to Izaak Asimov, który w cyklu Fundacja zawarł historię spo­łecz­no­ści wyzna­ją­cej kult atomu, kie­ro­wany przez kapłanów-uczonych, spra­wu­ją­cych pieczę nad czczo­nymi reak­to­rami. Czy gdyby ludzkość spotkała jakaś kata­strofa i potom­ko­wie garstki oca­la­łych zaczę­liby odkrywać spu­ści­znę naszej cywi­li­za­cji – nie uświad­czy­li­by­śmy podob­nego sce­na­riu­sza? Czy zadzia­ła­łyby mecha­ni­zmy podobne do tych, które znamy z wyspy Tanna?

Do roz­wa­że­nia.
Literatura uzupełniająca:
J. Guiart, John Frum movement in Tanna, “Oceania”, march 1952, vol. XXII, no. 3, [online: http://horizon.documentation.ird.fr/exl-doc/pleins_textes/pleins_textes_5/b_fdi_16-17/22920.pdf];
D. Attenborough, Quest in Paradise, Londyn 1960;
R. Dawkins, Bóg urojony, przeł. P. Szwajcer, Warszawa 2007;
L. Lindstrom, Cargo Cult at the Third Millenium, [w:] Cargo. Cult & Culture Critique, pod red. H. Jebens, Honolulu 2004;
L. Lindstrom, Knowledge of Cargo, knowledge of cult: Truth and power on Tanna, Vanuatu, [w:] Cargo Cults and Millenarian Movements: Transoceanic Comparisons of New Religious Movements, pod red. G. Trompf, Nowy Jork 1990.
  • Drangir

    Świetny tekst i dzięki za umiesz­cze­nie animacji. Jak żaden ency­klo­pe­dyczny wpis może ukazać mecha­nikę dzia­ła­nia kultu Cargo z per­spek­tywy nie­za­awan­so­wa­nego tech­nicz­nie spo­łe­czeń­stwa

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • juda tateusz

    Nie prze­ko­nuje mnie to. Oczy­wi­ście kult może istnieć, ale nie jest tym samym co praw­dziwa wiara. Murzyni po prostu zoba­czyli, że nic nie robiąc mogą dostać prezent, więc siedzą przy pasie star­to­wym. Nie wyznają praw­dzi­wego boga i nie chodzi im o zba­wie­nie. Ale ateiści oczy­wi­ście będą wiedzieć swoje.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Kefir

      Spre­cy­zuj proszę, co oznacza termin “praw­dziwa wiara”. Dzięki.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Adramel

        Mogę ja? Praw­dziwa wiara to ta wyzna­wana _aktualnie_. Gdyby juda tateusz mieszkał na Nowych Hebry­dach to byłoby to ocze­ki­wa­nie na Johna Fruma.
        Ogólnie wyznawcy mają zwyczaj pod­kre­śla­nia absur­dal­no­ści swojej “praw­dzi­wej” wiary by w ten sposób wykazać jej “praw­dzi­wość”. Czym coś jest głupsze tym musi być bardziej “praw­dziwe”. Tu mamy “zabawnie” i “praw­dzi­wość boga” (jakby Frum nie był praw­dziwy), czy też tró­i­stość mono­te­istycz­nego jed­no­bó­stwa.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Fotonix

      zde­fi­niuj jeszcze co dokład­nie ozna­czają terminy “zba­wie­nie” i “praw­dziwy bóg” no i dla pewności podaj skąd wiesz, że nie jesteś od dziecka oszu­ki­wany, który bóg jest praw­dziwy i jak tą praw­dzi­wość potwier­dzić. Będę wdzięczny.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • arthy

    Kiedyś już o tym czytałem, a zamiesz­czone mate­riały obej­rza­łem, więc dla mnie w sumie nic odkryw­czego w tym nie ma ani teraz, ani nie było za pierw­szym razem. Ot, kilka nakła­da­ją­cych się na siebie efektów psy­cho­lo­gicz­nych i gotowe. Dodać do tego jeszcze ludzi podat­nych na boga i religie oraz presje tłumu/społeczeństwa i mamy kumu­la­cje, która potrafi zdziałać cuda.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Kuba

    Kult cargo to ciekawy przykład religii, ale wiele innych nowych religii ciągle powstaje prawie na naszych oczach. Wiele to odmiany innych religii, ale powstają też zupełnie nowe — najpierw jako sekty. Wiele sekt szybko umiera, ale niektóre mają szansę prze­kształ­cić się w peł­no­prawną religię. Bo czym, jak nie ilością wiernych i czasem trwania, różni się “sekta” od “religii”?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • pilaster

    Nie­przy­pad­kowo kulty cargo pojawiły się naj­wcze­śniej w II połowie XIX wieku. Wcze­śniej­sze kontakty między różnymi cywi­li­za­cjami, nawet bardzo zróż­ni­co­wa­nych pod względem poziomu rozwoju, żadnych kultów cargo nie urodziły. Indianie w XVI wieku mieli co prawda wąt­pli­wo­ści, czy Euro­pej­czycy nie są jakimiś bogami, ale szybko się ich pozbyli. Żaden oparty na kon­tak­cie z kon­kwi­sta­do­rami kult reli­gijny nie powstał.

    Kult cargo może zaist­nieć tylko wtedy, kiedy cywi­li­za­cja wyżej zaawan­so­wana przeszła już przez rewo­lu­cje prze­my­słową, bo tylko wtedy ma ona owe “cargo” , czyli dużo różnych pro­duk­tów do roz­da­wa­nia. Cywi­li­za­cje pre­in­du­strialne, nawet bardzo zaawan­so­wane, żadnym “cargo” zwy­czaj­nie nie dys­po­nują, bo jaka­kol­wiek pro­duk­cja jest u nich rze­mieśl­ni­cza i w związku z tym zbyt cenna, żeby ją po prostu rozdawać tubylcom.

    Cywi­li­za­cje mal­tu­zjań­skie rolnicze, owszem, handlują i rabują, ale, poza zwy­cza­jo­wymi darami dyplo­ma­tycz­nymi, …nie rozdają. To może czynić wyłącz­nie cywi­li­za­cja prze­my­słowa.

    Kto­kol­wiek zatem chce wyja­śniać powsta­nie religii histo­rycz­nych za pomocą kultu cargo, auto­ma­tycz­nie musi założyć ist­nie­nie zaawan­so­wa­nej cywi­li­za­cji naukowo-tech­nicz­nej w tamtych czasach, 5, 7 czy 10 tys lat temu. 🙂

    I trzeba przyznać, że nie­któ­rzy, się do tego nawet jawnie przy­znają, zwłasz­cza zwo­len­nicy nie­ja­kiego Danikena. No ale oni czynią to jawnie, a nie w sposób zaka­mu­flo­wany.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ogor Ryszard

      No nie wiem, ja tam zupełnie inaczej rozumuję i powyższy tekst chyba również. Tu nie chodzi o to, że współ­cze­sne religie wykształ­ciły się dokład­nie z kultów cargo, lecz o to, że kulty cargo pokazują nam pewne mecha­ni­zmy. Podoba mi się dlatego przykład ze sta­ro­żyt­nym kapłanem, który prze­wi­duje wylewy Nilu czy zaćmie­nie. Ludzie widzą coś potęż­nego, czego nie mogą wytłu­ma­czyć, więc tworzą mity. A na dodatek, tak jak przy cargo, bardzo szybko mity i wyobra­że­nia wypie­rają fakty co nakręca całą tę zabawę.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • pilaster

        “Podoba mi się dlatego przykład ze sta­ro­żyt­nym kapłanem, który prze­wi­duje wylewy Nilu czy zaćmie­nie.”

        A nie powinno. Przy­ta­cza­nie podob­nych analogii świadczy o daleko posu­nię­tej igno­ran­cji przy­ta­cza­ją­cego. Rzekoma wszech­wie­dza i wszech­wła­dza egip­skich kapłanów to XIX wieczny lite­racki mit, powie­lony w XX wieku przez kino.

        Po pierwsze, nie ma żadnych dowodów że sta­ro­żytni Egip­cja­nie potra­fili prze­wi­dy­wać zaćmie­nia słońca. To potra­fili na pewno kapłani babi­loń­scy, ale dopiero tak w VIII-VII wieku pne.

        Po drugie, nawet gdyby potra­fili, to przecież w danym miejscu (cał­ko­wite — bo te tylko robią odpo­wied­nie wrażenie) zaćmie­nia Słońca zdarzają się zbyt rzadko (w Polsce ostatnie było w 1954, następne będzie w 2135), żeby tą wiedzę przekuć realnie na jakieś poli­tyczne wpływy

        Po trzecie kasta kapłań­ska uzyskała w Egipcie realną władzę dopiero w epoce jego upadku, w Okresie Późnym, od XI w pne. Zresztą samo ist­nie­nie takiej struk­tury, ze zor­ga­ni­zo­wa­nymi świą­ty­niami, archi­wami, skrybami, szkołami, etc to dopiero Nowe Państwo. W Średnim Państwie wystę­po­wało to w znacznie skrom­niej­szym zakresie, a w Starym — wcale.

        Po czwarte nigdy w historii sama wiedza, nazwijmy ją aka­de­micką, nie dawała władzy poli­tycz­nej. Tą można było osiągnąć tylko poprzez efek­tywną kontrolę nad środkami pro­duk­cji. (chociaż oczy­wi­ście można było wyko­rzy­stać wiedzę do prze­ję­cia takiej kontroli) W spo­łe­czeń­stwach mal­tu­zjań­skich, rol­ni­czych, była to ziemia (stąd, a nie z wiedzy o zaćmie­niach wzięła się potęga świątyń w Egipcie w schył­ko­wym jego okresie), w spo­łe­czeń­stwach indu­strial­nych — kapitał. Wiedzę jako źródło władzy można na serio roz­pa­try­wać dopiero w spo­łe­czeń­stwach post­in­du­strial­nych.

        Nato­miast sam kult cargo, powstał nie w wyniku prze­ka­zy­wa­nia wiedzy, zwłasz­cza wiedzy, której bardziej pry­mi­tywne spo­łecz­no­ści do niczego spo­żyt­ko­wać nie mogą (jak prze­wi­dy­wa­nie zaćmień słońca własnie) tylko w wyniku prze­ka­zy­wa­nia tytu­ło­wego “cargo” — kon­kret­nych dóbr i towarów. A do takich działań i tym samym do wytwo­rze­nia kultu, zdolna jest dopiero cywi­li­za­cja prze­my­słowa, bo dopiero ona dosta­teczną ilością taniego (dla niej) “cargo” dys­po­nuje.

        Zatem jeżeli ktoś chce snuć takie analogie, czy wręcz wywodzić powsta­nie tra­dy­cyj­nych religii z kultu “cargo” auto­ma­tycz­nie musi się zgodzić z ist­nie­niem w czasach, kiedy owe religie powsta­wały, cywi­li­za­cji przy­naj­mniej prze­my­sło­wej, o ile nie jeszcze bardziej roz­wi­nię­tej 🙂

        Jakiejś Atlan­tydy, czy kosmitów. 🙂

        A co do samych źródeł religii, to dosta­tecz­nie wyraźną wska­zówkę daje nam np ist­nie­nie Gobekli Tope. Pierw­szej jakoś zor­ga­ni­zo­wa­nej religii powsta­łej w w czasach, kiedy o żadnym “cargo”, czy jakiejś spe­cja­li­stycz­nej wiedzy kapłanów nie mogło być mowy. Religii powsta­łej w czasach nie tylko przed­prze­my­sło­wych, ale nawet przed­rol­ni­czych.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Patryk Jan­kow­ski

    Kulty Cargo są tak praw­dziwe, że ciężko mi uwierzyć w to, że ktoś po prze­czy­ta­niu powyż­szego artykułu, ewen­tu­al­nie posze­rze­nia tematu cho­ciażby w “Bogu urojonym” R.D, cały czas może coś takiego odrzucać. Naj­wy­raź­niej indok­try­na­cja sięga głębiej w pod­świa­do­mość niźli mogłem przy­pusz­czać. Szcze­gól­nie prosto tłumaczy to fragment “Ludzie otrzy­mują coś (czy to ładunki, czy wylewy rzeki), co powstaje w kom­plet­nie nie­zro­zu­miały dlań sposób, ale pomaga im w życiu.” Czy nie taka była idea religii? Aby odpo­wia­dać błaho na pytanie: skąd się wzię­li­śmy i jak wszytkow wokół działa? Nie umiesz czegoś wyjaśnić = bóg.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Prze­my­sław Kopycki

      Jak widać można pójść o krok dalej i dać tylko obiet­nicę czegoś abs­trak­cyj­nego (np. życia wiecz­nego) aby powstała religia.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0