Kult cargo: Gdy człowiek tworzy boga

Z jakiegoś powodu głęboko w naturze człowieka leży nadzieja w działanie siły wyższej. Niepowtarzalną szansę przyjrzenia się fascynującemu zjawisku “tworzenia bogów” dają nam XX-wieczne przykłady kultów cargo.

Bogowie potrzebują wiary, a ludzie pragną bogów.

Sir Terry Pratchett

Rajska sceneria

Tłem dla tego, co antropolodzy określają jako kult cargo, może być w zasadzie każdy skrawek Ziemi odizolowany od zgiełku współczesnej cywilizacji. Będą to więc pustynne regiony Afryki, dżungle Amazonii, australijskie bezdroża, ale nade wszystko, mniejsze i większe wysepki rozrzucone na olbrzymim obszarze Pacyfiku. Wśród Polinezyjczyków, Mikronezyjczyków, Melanezyjczyków czy Papuasów istnieją niewielkie plemiona, które przez całe setki lat nie wyściubiały nosa poza swoje kraje, często o powierzchni mniejszej niż 100 km² i oddalone od stałego lądu o całe tysiące kilometrów.

Oceania była penetrowana przez Europejczyków od setek lat, lecz ewentualne kontakty z tubylcami często pozostawały doraźne i ograniczone. Wiele wysepek ominął twardy kolonializm, a życie ich mieszkańców wciąż mogło się toczyć własnym rytmem. Dlatego jeszcze niedawno, w pierwszej połowie XX wieku, żyły dziesiątki, jeśli nie setki plemion nieświadomych istnienia elektryczności, mechanicznych środków transportu, czy broni pozwalającej dokonać masowej eksterminacji. Jednak ten dziewiczy stan trudno było utrzymać w obliczu nadciągającej II wojny światowej. Bez względu na swoją wolę, wyspiarskie plemiona stały się żywym świadkiem japońsko-amerykańskiej rywalizacji o dominację nad Oceanem Spokojnym. Obie strony konfliktu lądowały na wyspach, często adaptując je do własnych celów militarnych i logistycznych. Tym sposobem wielu autochtonów w latach 40. zetknęło się z karabinami, radarami, “żelaznymi ptakami”, a czasem nawet po raz pierwszy ujrzało oblicze białego człowieka.

Nowe Hybrydy

Cudowne artefakty

Żeby najlepiej zilustrować istotę sprawy, cofnę się jednak jeszcze trochę. Niektórzy badacze upatrują namiastki kultów cargo już w XIX stuleciu. Niestety dysponujemy niezbyt okazałym materiałem źródłowym na temat tego okresu. Jednym z ciekawszych jest relacja towarzyszki ewangelickiego misjonarza, Agnieszki Watt. Opisała ona przypadek miejscowej czarownicy, która cieszyła się wśród tubylców sławą czegoś w rodzaju medium. Jej magia polegała na tym, że obdarowywała żałobników drobiazgami pochodzącymi rzekomo od zmarłych bliskich. Dostawali oni biżuterię, paciorki, turecką czerwień (barwnik), fajki lub broń. Europejka była świadkiem, gdy pewnemu tubylcowi ofiarowany został doskonałej jakości sztylet – prezent od jego nieżyjącego zięcia. Wszystko pięknie, tyle, że rękojeść broni zdobił grawer wskazujący na miejsce produkcji… w brytyjskim Sheffield. Oszustka prawdopodobnie znalazła przedmiot lub podwędziła go któremuś z najeźdźców. Czy wzbudziło to jakieś podejrzenia wyspiarzy? W żadnym razie. Obdarowany tubylec zdawał się zachwycony i z powagą twierdził, iż dotykając ostrza czuje obecność swego zięcia.

Mieszkańcy Oceanii, wyznający kult cargo

Daje to nam pojęcie o punkcie centralnym całej doktryny cargo. Są nim, jak sama nazwa wskazuje, towary/ładunki – zwłaszcza produkty wykraczające swoją złożonością poza technologiczne możliwości tubylców. Nóż może nie wydawać Ci się niczym szczególnym, ale pamiętaj, że mówimy o ludach, które często nie opanowały sztuki obróbki żelaza (co nie jest dziwne, kiedy nie ma się dostępu do surowca), nie mówiąc o zaawansowanych zdobieniach. Dobrze wykonany brytyjski sztylet miał prawo wywrzeć wrażenie na Melanezyjczykach, mogących śmiało przypisać mu boski rodowód.

Na całego kult cargo rozwinął się jednak w XX wieku, gdy różnica poziomu technologicznego między rozwiniętymi państwami a plemionami Oceanii, zmieniła się w prawdziwą przepaść. Zapewne słyszałeś Czytelniku historie opowiadające o pierwszych spotkaniach kolonistów z rdzennymi Amerykanami. Aztekowie oraz Inkowie byli oszołomieni pojawieniem się białych twarzy, koni oraz siejącego popłoch uzbrojenia. Jeśli taki respekt potrafili wywołać XVI-wieczni Europejczycy, to aż trudno sobie wyobrazić reakcję na kontakt z człowiekiem współczesnym. Jakie myśli muszą przebiegać przez głowę osoby wyjętej żywcem z epoki kamienia, na widok potężnych pancerników, bombowców, karabinów maszynowych, czy choćby radia lub zwykłej krótkofalówki? Jak zachować się wobec nieznanego?

Czekając na Fruma

Najszerzej znanym przykładem drugowojennego kultu cargo – opisywanym m.in. przez Davida Attenborougha i Richarda Dawkinsa – pozostają wierzenia mieszkańców Nowych Hebrydów. To leżący jakieś 1,5 tys. kilometrów od wybrzeży Australii archipelag, zajmowany współcześnie przez państewko Vanuatu. Najbardziej spójną formę przybrała wiara wykreowana na wyspie Tanna, ongiś znanej z kultury opartej o ludożerstwo. 

Co dokładnie wydarzyło się na Tanna w latach 30., trudno powiedzieć. Prawdopodobnie doszło do czegoś co znamy z kanonu kinematografii i literatury przygodowej. W nie do końca jasnych okolicznościach do odizolowanej od świata krainy przybył biały człowiek, najpewniej amerykański żołnierz nazwiskiem John Frum. Spotkanie z obcym mocno wpłynęło na miejscowych Melanezyjczyków, a jego wiedza i posiadane wynalazki kompletnie zmieniły ich życie. Kim naprawdę był Frum? Czy po prostu pomagał tubylcom desperacko próbując przetrwać czy może cynicznie i świadomie pozwolił traktować się jak mesjasza? Tego już się nie dowiemy. Znamy natomiast konsekwencje jego działań, wzmocnione po wizycie alianckich żołnierzy w 1941 roku. Wyspiarze uznali, że marines wraz z całym wyposażeniem zostali zesłani za sprawą wstawiennictwa ich bohatera. Otrzymali prawdziwe leki i podziwiali jak obcy potrafią komunikować się na odległość używając małych skrzynek pozbawionych kabli. 

Przede wszystkim jednak, na niebie pojawiły się potężne metalowe twory, które na pierwszy rzut oka nie miały prawa oderwać się od ziemi. Maszyny, przynoszące cenne ładunki dosłownie z niebios. Przy takim cudzie, biblijne gorejące krzaki i chodzenie po wodzie brzmią jak tanie kuglarstwo. Zresztą, ruch Fruma samoistnie wyparł nauki działających wcześniej w tych terenach prezbiteriańskich misjonarzy. Zamiast przesiadywać w posępnym kościele, rozochoceni Melanezyjczycy woleli wpatrywać się w niebo i koczować przy prowizorycznym pasie startowym. Wznieśli drewnianą wieżę kontroli lotów i zbudowali coś, co miało imitować samolot. Do dziś, każdego 15 lutego mieszkańcy Tanna gromadzą się na świętym lądowisku wyczekując cargo i powtórnego zstąpienia Johna Fruma.

Kult z czasem ewoluował w bardzo typowym kierunku. Wierni szybko zapomnieli jak w rzeczywistości wyglądał wielki nauczyciel i nie są zgodni co do złożonych przez niego obietnic. W związku z tym rychło pojawili się quasi-kapłani, rzekomo utrzymujący kontakt z mitycznym Johnem i łączący jego kolejne przyjście z dniem apokalipsy. Pobyt wojsk wzmocnił religię i spowodował, iż Amerykę zaczęto traktować jako swego rodzaju ziemię obiecaną, a Fruma jako jej króla.

Doszło też do bardziej niepokojących praktyk, jak nocne śpiewy, tańce oraz pielgrzymki, do których zmuszano młodych chłopców i dziewczęta. Zdarzały się napady na amerykańskie magazyny i sklepy, organizowane przez kultystów prowadzonych “pańskim głosem”. Sytuacja mogła być jeszcze ostrzejsza, za sprawą działalności człowieka imieniem Neloiaga, podającego się za nowe wcielenie mesjasza i… werbującego osobistą świętą gwardię. Jednak mający dość tego zamieszania Amerykanie zdążyli pojmać i unieszkodliwić samozwańca.

Czym jest kult cargo?

Podobnych kultów cargo powstało jeszcze przynajmniej kilka. W samym Vanuatu czci się również księcia Filipa (po oficjalnej wizycie z 1974 roku), zaś w lasach Papui-Nowej Gwinei żyją ludzie wyznający amerykańskiego prezydenta Lyndona Bainesa Johnsona.

O kultach cargo lubię myśleć jako o jedynym w swoim rodzaju socjologicznym i antropologicznym eksperymencie, dziejącym się na naszych oczach. Dają one niepowtarzalną szansę zajrzenia wgłąb ludzkiej psychiki i wyciągnięcia ogromu wniosków. Najprostszy brzmi: tak właśnie powstaje religia. Pomyśl o staroegipskim kapłanie, który zapowiadając zaćmienia Słońca lub wylewy Nilu, potrafił zapanować nad społeczeństwem. U podstaw leży dokładnie to samo narzędzie. Niedostępna wiedza tak zaawansowana, że bezbronny, prymitywny umysł musi skapitulować, uznając ją za przejaw boskiej ingerencji. Ludzie otrzymują coś (czy to ładunki, czy wylewy rzeki), co powstaje w kompletnie niezrozumiały dlań sposób, ale pomaga im w życiu. Czy to zbyt uproszczone podejście do tematu? Niektórzy badacze, jak Roy Wagner, niechętnie porównują cargo do wielkich religii, woląc mówić o “kulcie kultury”. Zgodnie z tym zamysłem mieszkańcy Oceanii nie wiążą towarów z życiem duchowym. To raczej zachowania pragmatyczne, nastawione na osiągnięcie konkretnego celu i wyrażenie podziwu wobec rozwiniętej cywilizacji, w najlepszy ze znanych sobie sposobów. Przez naśladownictwo, ofiary, rytuały i modły.

Interesujące jest również pytanie, czy kulty cargo aby na pewno nas już nie dotyczą; a nawet jeśli, to czy nie odegrają poważnej roli w przyszłości. Pewnych inspiracji dostarczają tu dwaj wybitni pisarze science-fiction. Pierwszym jest Arthur C. Clark, ze swoją słynną zasadą: “Każda zaawansowana technologia jest nierozróżnialna od magii”. Drugi to Izaak Asimov, który w cyklu Fundacja zawarł historię społeczności wyznającej kult atomu, kierowany przez kapłanów-uczonych, sprawujących pieczę nad czczonymi reaktorami. Czy gdyby ludzkość spotkała jakaś katastrofa i potomkowie garstki ocalałych zaczęliby odkrywać spuściznę naszej cywilizacji – nie uświadczylibyśmy podobnego scenariusza? Czy zadziałałyby mechanizmy podobne do tych, które znamy z wyspy Tanna? Do rozważenia.

Literatura uzupełniająca:
J. Guiart, John Frum movement in Tanna, “Oceania”, march 1952, vol. XXII, no. 3, [online: http://horizon.documentation.ird.fr/exl-doc/pleins_textes/pleins_textes_5/b_fdi_16-17/22920.pdf];
D. Attenborough, Quest in Paradise, Londyn 1960;
R. Dawkins, Bóg urojony, przeł. P. Szwajcer, Warszawa 2007;
L. Lindstrom, Cargo Cult at the Third Millenium, [w:] Cargo. Cult & Culture Critique, pod red. H. Jebens, Honolulu 2004;
L. Lindstrom, Knowledge of Cargo, knowledge of cult: Truth and power on Tanna, Vanuatu, [w:] Cargo Cults and Millenarian Movements: Transoceanic Comparisons of New Religious Movements, pod red. G. Trompf, Nowy Jork 1990.
Z wykładu Hellera: Jak usprawiedliwić historię Wszechświata? Głupota na niedzielę: mała solucja dla gości z kosmosu Maturalny lament 2014