Głupota na niedzielę: Korwina smog urojony

Mieszkańcem stolicy nie jestem, ale pozwoliłem sobie zmarnować ponad godzinę życia i obejrzeć debatę kandydatów na prezydenta Warszawy. Jednym z poruszonych tematów był problem smogu. Problem, który według kandydata Janusza Korwina-Mikkego, został wydumany i rozdmuchany.

O tym, że eurosceptyczny europoseł lekceważy kwestię zanieczyszczenia powietrza, obiło mi się o uszy już w tamtym roku. Jednak nie zwróciłem na to większej uwagi. Wydawało mi się, że Korwin-Mikke posłużył się jakimś dziwacznym skrótem myślowym, albo palnął coś na szybko. Zdarza się najlepszym, a tym bardziej politykom. W każdym razie nie sądziłem, że to ugruntowana i przemyślana opinia. Moje wątpliwości zostały rozwiane podczas debaty zorganizowanej przed zbliżającymi się wyborami samorządowymi. Jako, że smog spędza sen z powiek mieszkańcom wszystkich większych miast naszego pięknego kraju, prowadzący zapytali kandydatów o ich pomysły na rozwiązanie tego kłopotu. Swoje 45 sekund pan Janusz wykorzystał na taką oto tyradę:

Proszę państwa, cała ta walka ze smogiem została wymyślona tylko po to żeby ludzi biednych, którzy opalają węglem, drewnem, zbieranymi szyszkami, zmusić do opalania gazem i elektrycznością, gdzie jest ogromna akcyza. I po to jest ta cała akcja. Żadnego smogu w Warszawie nie ma. […] To jest po prostu wariactwo. Podobno w Krakowie jest straszliwy smog. Otóż sprawdziłem: Krakowiacy żyją najdłużej w całej Polsce. Jeszcze raz mówię, żadnego smogu nie ma, ale oczywiście, jeśli zostanę prezydentem Warszawy i ten durny rząd będzie dawał piniondze na walkę ze smogiem, to ja poproszę zielonych i oni mi znajdą jakiś smog w Warszawie. Znajdą, bo za pieniądze zieloni znajdą wszystko.

~ JKM podczas debaty samorządowej 2018

A tu na dokładkę ubiegłoroczna wypowiedź z facebookowego profilu:

Korwin-Mikke o smogu

Niby nie powinienem być zaskoczony, bo przecież powyższe słowa wyszły z ust człowieka, który już wielokrotnie eksponował swoje antynaukowe oblicze. Nigdy nie tracił okazji do obnoszenia się z poglądami na tematy różnorakie, z lubością pouczając lekarzy, prawników, historyków, ekonomistów, inżynierów, biologów, ekologów, fizyków czy klimatologów. Jednak wciąż czuję zdziwienie, a smogowy negacjonizm wydaje mi się tak tak niedorzeczny, że aż niemożliwy. Okej, Korwin słynie choćby z ignorowania antropogenicznego charakteru zmian klimatycznych, radośnie bajdurząc o pomarańczach na Grenlandii. Ale to jeszcze można jakoś wytłumaczyć. W przypadku bardziej złożonych zjawisk i procesów, których ogarnięcie wymaga sporego wysiłku umysłowego i zdobycia niemałej wiedzy, niektóre umysły po prostu wybierają drogę na skróty. Tacy ludzie nie uznają pewnych tez, dopóki konsekwencje nie spadną im niczym kowadło na głowę. Nie rozumieją zagrożenia płynącego ze światowego wzrostu temperatury, bo mieszkają w środku Europy, a nie np. na koralowych wysepkach Kiribati, które w ciągu kilku dekad dosłownie znikną przykryte wodami Pacyfiku.

Ale przecież  smog nie jest dla nas abstrakcją. O istnieniu zanieczyszczeń powietrza – ekhe, ekhe – organoleptycznie przekonuje się o porze zimowej każdy z nas. Jednak żeby nie było, rozpatrzmy arsenał argumentów JKM. Chociaż niestety  nie jest on zbyt oryginalny i prawdę mówiąc, mocno mnie rozczarował. Po kolei:

Samochodów było kiedyś znacznie mniej, a powietrze było jeszcze gorszej jakości. Być może, tyle, że spaliny samochodowe nie są jedynym, ani nawet głównym źródłem smogu. Jeśli chodzi o szczególnie szkodliwy pył PM10, to cały transport publiczny odpowiada za zaledwie 1/10 jego emisji. Nieco więcej kopcą fabryki, zaś ponad połowa zanieczyszczeń wydobywa się z kominów prywatnych domów.  Tak więc wiązanie rozwoju motoryzacji z jakością atmosfery nie jest tak prawidłowe jak mogłoby się wydawać.

Nie widać żadnego smogu. A ja widziałem, a co gorsza, również go czułem w nozdrzach. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to zawsze może pokusić się o najprostszy w świecie test. Przykładamy białą chusteczkę bądź wacik higieniczny do rury odkurzacza i włączamy na kilkanaście minut. Nawet tak krótki czas wystarczy aby materiał stał się dosłownie czarny od zawieszonych w powietrzu pyłów. Rzecz jasna to tylko mały chałupniczy eksperyment – prymitywny w porównaniu do profesjonalnych badań naukowych – ale jeśli ktoś koniecznie pragnie własnymi siłami ocenić stan atmosfery, to zawsze jakaś metoda.

Ludziom można wmówić wszystko. Owszem, np. że ciemne, śmierdzące chmury unoszące się nad miastem to wcale nie zanieczyszczenia, a świństwa spalane codziennie w tysiącach pieców w cudowny sposób stają się zdrowe i naturalne.

– Ktoś chce zbyć grube setki milionów. Na pewno, tyle, że to nie jest argument. Czy to, że ktoś zbija fortunę na elektrowniach węglowych sprawia, że nie dostarcza prawdziwej energii? Czy fakt zarabiania przez lekarza pieniędzy powoduje, że nie skorzystamy z terapii w czasie choroby? Zaskakujący tok rozumowania jak na osobę uważającą się za personifikację kapitalizmu. Wszakże to oczywiste, że ludzie starają się zarobić na wszystkim co zarobek umożliwia. Nie przesądza to o prawdzie i fałszu.

– Krakowiacy żyją najdłużej w Polsce. To urocze gdy ludzki umysł w panice robi wszystko aby tylko podeprzeć własną chwiejną tezę. W tym przypadku pan Janusz sięgnął do statystyk widząc tylko to, co chciał zobaczyć. Przyznaję, że sam nie dotarłem do tak szczegółowych badań, jednak znalazłem wykresy dotyczące całych województw. Rzeczywiście mieszkańcy Małopolski są tymi szczęśliwcami, którzy żyją w miastach średnio 75,7 lat (mężczyźni) i 82,5 lat (kobiety). Dziwnym trafem polityk nie zająknął się, że na przeciwległym biegunie leżą miasta śląskie – również znane ze smogu – z wynikiem 73 lata (mężczyźni) i 80,2 lata (kobiety). I co nam to mówi? Tak naprawdę nic. Nie trzeba być specjalnie lotnym aby pojąć, że tak ogólna statystyka, nie może być odniesieniem dla bardzo konkretnego zagadnienia. Jakość powietrza to ważny, ale przecież nie jedyny czynnik mogący skrócić bądź wydłużyć nasz żywot.

Nigdy żadnego smogu w Pekinie

Mówiąc o realności smogowego problemu powinny nas interesować w zasadzie tylko dwie kwestie. Pierwsza to fizyczna obecność niechcianych substancji we wdychanych gazach, zaś druga to ich rzeczywista szkodliwość. Chodzi przede wszystkim o wspomniany już pył PM10 oraz benzopiren. Jak głosi strona Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, poziom dopuszczalny pyłów drobnych wynosi 50 µg/m3 na dobę, a 300 µg/m3 stanowi już poziom alarmowy. Tymczasem 9 stycznia 2017 w Rybniku stężenie pyłu PM10 wyśrubowało wynik… 1563 µg/m3! To już za wiele, nawet jak na mieszkańca Śląska, przyzwyczajonego do uprzedniego przegryzania powietrza. Badań dokonują zarówno profesjonalne placówki jak i obecne w niektórych miejscowościach stacje pomiarowe. Zanegować wyniki można chyba jedynie poprzez założenie istnienia globalnego spisku mającego na celu szkalowanie polskiej atmosfery.

A czy smog stanowi zagrożenie dla zdrowia? Benzopireny występują choćby w dymie papierosowym, potrafią uszkodzić DNA i są silnie rakotwórcze. Sam pył PM10 również zwiększa ryzyko nowotworu płuc, poza tym zaostrza alergie, astmę jak i – to ci nowina – wszelkie inne schorzenia układu oddechowego oraz krwionośnego. To z kolei przekłada się na związek z udarami i zawałami serca. Prof. Wiesław Jędrychowski wykazał również, że zanieczyszczenia negatywnie wpływają na kobiety w ciąży. Zawartość płuc matki obniża kondycję dziecka, zwiększa podatność na alergie, a nawet zmniejsza jego potencjał intelektualny. Jednak znów – wielu może to uznać za zbiorowe urojenie lub spisek.

Teraz wybaczcie, ale muszę iść zamknąć okno. W końcu zaczął się okres grzewczy.

“Tajemnice piramid” – piramidalne bzdury czy fakty? Głupota na niedzielę: Rzeczpospolita i zdjęcie, które nie było zdjęciem Głupota na niedzielę: świat według Frondy