Głupota na niedzielę: “Nie chcę się szczepić i to tylko moja sprawa”!

Znów czytam jakiś artykuł na temat szczepień i znów widzę komentarze proepidemików, wyrażające argument o niegasnącej popularności. Argument wyglądający z wierzchu dość solidnie, bo oparty o drogą każdemu człowiekowi ideę wolności osobistej.

Niezmiennie zaskakuje mnie jak często w różnych dyskusjach przewijają się dokładnie te same hasła, mimo wielokrotnego wykazywania kryjących się w nich błędów. Dlatego też nie będę pierwszą ani ostatnią osobą, która zmierzy się z powtarzaną do znudzenia formułą: “Jestem wolnym człowiekiem. To czy się szczepię jest wyłącznie sprawą mojego zdrowia. Nikomu nic do tego”! Czasem, w bardziej ekstremalnych przypadkach delikwent doda coś jeszcze o panującym totalitaryzmie i nazistowskim charakterze przymusu szczepień. 

Argument typowego antyszczepionkowca

Komentarze podobne do powyższego mierżą mnie wyjątkowo. Głównie dlatego, że idee wolnościowe są mi bardzo bliskie i nie cierpię, gdy ktoś wyciera sobie nimi to i owo w tak niemerytoryczny i nieprzemyślany sposób. Jeszcze do tego wszystkiego internauta dorzucił coś o “logicznych konsekwencjach”, podczas gdy sam pominął najważniejszą, czyli:

odporność zbiorową.

Żeby zrozumieć o czym mowa ustalmy elementarny fakt, zasługujący na nieustanne podkreślanie. W każdej społeczności istnieje zawsze pewna pula osób, która bez swojej winy nie przyjęła szczepionki i pozostaje wrażliwa na daną chorobę. W odróżnieniu od antyszczepionkowców mowa o jednostkach niemających nic przeciwko współczesnym osiągnięciom medycyny, ale ze względu na pewne niezależne od siebie powody, nie mogących korzystać z jej dobrodziejstw. Dla przykładu, mogą być to ludzie cierpiący na przewlekłe zaburzenia odporności, pacjenci po przebyciu ostrych terapii (np. nowotworowych), po przeszczepie szpiku lub wykazujący reakcje alergiczne. Wreszcie mamy też pechowców, którzy po prostu nie zdążyli przyjąć szczepionki, w tym dzieci dopiero oczekujące na wizytę u lekarza. Ci wszyscy ludzie, niezależnie od swojej woli są zdani na zewnętrzną tarczę pod postacią odporności zbiorowej.

Koncept jest prosty i całkiem zgrabnie wyjaśniła go w jednym z wykładów TEDx, Romina Libster. Argentyńska lekarka zwraca uwagę, że kluczem do zbiorczej ochrony jest zaszczepienie określonego, dużego odsetka populacji. Wysokość progu powyżej, którego odporność zaczyna funkcjonować zależy od wielu zmiennych i dla każdej choroby będzie wyglądać nieco inaczej, więc szczegóły sobie darujemy. Co istotne, jeżeli procent szczepionych spada poniżej progu, dana choroba znów otrzymuje szansę na swobodne rozprzestrzenianie, co może doprowadzić nawet do epidemii. Zaraz ktoś zapyta: “w jaki sposób, przecież, zdecydowana większość i tak przyjęła szczepienie, więc nie powinna się niczym martwić”! No nie do końca, ponieważ nawet człowiek systematycznie przestrzegający wszystkich zaleceń, nie posiada pancerza zabezpieczającego go w stu procentach. Żadne substancje – czy to lekarstwa czy to szczepienia – nie są doskonałe, a dodatkowo należy brać w rachubę indywidualne predyspozycje danej osoby, w tym aktualny stan układu odpornościowego. Jeżeli więc patogen zacznie wesoło hasać w społeczeństwie, odpowiednio wzrośnie szansa na spotkanie z nim jednostek osłabionych lub niezaszczepionych nie z własnej woli. W zdrowej, należycie chronionej grupie do takiego zjawiska na szeroką skalę nie dojdzie.

Działanie odporności zbiorowej dzięki szczepieniom

Efekt, o którym mowa w lekki sposób przedstawia powyższa grafika. Górny rząd ludków reprezentuje społeczność cieszącą się z odporności grupowej. Duży odsetek zaszczepionych powoduje, że pechowiec pozbawiony indywidualnej ochrony (na końcu), mimo wszystko może czuć się w miarę bezpiecznie. Dolny rząd przedstawia współczesne społeczeństwo, pełne proepidemików bezmyślnie odrzucających swoje tarcze i skutecznie zagrażających chłopkowi na końcu. W ten sposób pacjent chemioterapii, nieszczęśnik z obniżoną odpornością lub dziecko, które jeszcze nie otrzymało szczepionki – ma statystycznie znacznie większą szansę na zarażenie.

Niestety zaczadzony antynaukowym chłamem internet nieustannie wprowadza nas w błąd. Jeżeli spróbujecie poszukać czegoś na powyższy temat u wujka Google, traficie na sto tekstów powołujących się na jeden i ten sam autorytet, czyli skompromitowanego w środowisku Andrewa Wakefielda. Antyszeczpionkowa retoryka, nie mogąc poprzestać na zwykłym negowaniu odporności zbiorowej, zaczęła tworzyć mit szkodliwości tego zjawiska. W sieci przeczytamy więc, iż szczepienia wcale nie tamują rozprzestrzeniania patogenu, zaś zaszczepieni jak najbardziej chorują – tyle, że bezobjawowo, co jest jeszcze gorsze niż naturalne przebycie choroby. Zgodnie z tą tezą, być może w tej chwili nieświadomie cierpisz na odrę – mało tego – wirus w Tobie mutuje, co dodatkowo zagraża osobom niechronionym. Oczywiście problem polega na tym, że nie istnieje najmniejsza przesłanka potwierdzająca taki stan rzeczy.

Trafiłem jeszcze na takie wyrafinowane analizy, jak poniższa, zamieszczona w poważnym portalu:

Argumenty proepidemików

Tyle pustego miejsca pod spodem: aż chciałoby umieścić źródło tych danych. Ale już pomijając ten drobny szkopuł, powyższa agitka zawiera wiele nierzetelności tak walących po oczach, że nawet zabawnych. Przykładowo, od kiedy to porównujemy kraje o zupełnie różnym zaludnieniu (Polska posiada prawie pięciokrotnie więcej obywateli od Austrii), nie podając wielkości procentowych, lecz gołe liczby? Dlaczego spośród dziesiątek państw wybrano akurat Austrię (nie żebym sugerował, że dobrano przykład pasujący pod tezę)? Skąd pomysł, że aż 99% polskich rodziców zaszczepiło swoje pociechy przeciw rotawirusom, skoro to szczepionka nieobowiązkowa i kosztująca ponad 300 zł? Niestety statystyk nie znalazłem, ale wydaje się to skrajnie nieprawdopodobne. Co tu w ogóle robi ospa (wietrzna jak sądzę)? Pamiętajmy, że szczepienia na to paskudztwo są w naszym kraju nadal nowością, zaś sam wirus należy do najbardziej perfidnych i szybko nie zdołamy go obezwładnić. Za sukces w przypadku ospy należy uznać już samo złagodzenie przebiegu choroby, zmniejszenie szans na powikłania oraz na zaatakowanie w przyszłości przez półpaśca. Interesujący jest też kazus różyczki, będącej “polską specjalnością”. Podczas gdy w innych krajach pojawia się kilka lub kilkanaście przypadków zachorowań rocznie, u nas liczby idą… w tysiące. Wyjaśnienie tego tajemniczego zjawiska pozostaje jednak zaskakująco trywialne. Jak tłumaczy Włodzimierz Gut z Zakładu Wirusologii, jako różyczkę nagminnie zgłasza się inne choroby wysypkowe. I tak na przykład, na 33 analizowane przypadki, po przepadaniu tylko jeden okazał się rzeczywiście różyczką.  To czyni tę statystykę mocno wątpliwą, żeby nie powiedzieć, bezwartościową.

Mógłbym spędzić kolejne godziny na grzebaniu w wykresach, artykułach i portalach medycznych, ale nie to jest moim celem (a zainteresowanych zgłębieniem tematu odsyłam do ciekawego artykułu Vaccine herd effect). To tylko przykłady wskazujące na to, że odporność zbiorowa pozostaje podstawą zdrowotnej defensywy i warto dbać aby ten parasol przykrywał możliwie dużą część populacji. To co udało nam się osiągnąć nie przyszło bez trudu i bez dalszych starań wysiłki te mogą zostać zniweczone.

A co z konfliktem między wolnością i przymusem szczepień? W naszej cywilizacji zwykło się uzależniać granice wolności osobistej, od granic wolności innych osób. Jak to mawiano: “wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka”. W imię tej prostej maksymy od wieków poświęcamy cząstki naszych swobód na rzecz ogółu, w imię bezpieczeństwa, rozwoju i innych równie zacnych idei. Czynimy tak, bo to racjonalne i zapewnia oczywiste korzyści. Nie inaczej rzecz ma się w tym przypadku. Jak wspomniałem, czuję się wolnościowcem i gwarantuję, że gdyby przymus szczepień dotyczył wyłącznie zdrowia danej jednostki – sam byłbym za jego zniesieniem. Jeśli więc jesteś przeciwnikiem szczepień to nie myśl, że kogokolwiek obeszłaby Twoja ospa, różyczka czy tężec. Jak dla mnie, możesz hodować w sobie wirusy i bakterie niczym zwierzątka domowe. Masz również absolutne prawo do samookaleczenia, oszpecenia czy nawet odebrania sobie życia. Jednak nie mogę tolerować głupca, który skacząc z okna ryzykuje upadek na przechodnia, czyniąc krzywdę nie tylko sobie ale też osobom postronnym.

Jeśli więc chcesz robić głupie rzeczy, to wybierz coś co naprawdę zaszkodzi tylko Tobie. Gwarantuję, nikt nie będzie miał z tym problemu.

Głupota na niedzielę: Kwantowy punkt zerowy polskiej nauki Quiz na niedzielę: Minister Nauki czy Papież? Fang Zhouzi – znienawidzony nadzorca chińskiej nauki