Czytaj dalej

Podsumowaliśmy już wydarzenia ze świata nauki, więc pozostaje jeszcze podjąć refleksję nad działalnością samego bloga. Jak co roku rzucę kilkoma statystykami oraz wynotuję najciekawsze wpisy, które nieuważni kwantowicze mogli przeoczyć.

Kwantowo w liczbach

273 654, tyle osób znalazło drogę do Kwantowo w ciągu ostat­nich dwunastu miesięcy. Nie jestem pewien, które słowo lepiej opisuje ten wynik: sta­gna­cja czy może już regres. Podobna, a nawet nieco większa liczba użyt­kow­ni­ków trafiła na blog w roku 2016, co niestety dowodzi jego nie naj­lep­szej kondycji. Taka sytuacja – tj. brak wzrostu – nastą­piła po raz pierwszy w historii mojej dzia­łal­no­ści.
14 381, tyle fanów gromadzi fejs­bu­kowa strona bloga. Oznacza to przyrost o pięć tysięcy dusz. Nie doszło więc do żadnego spek­ta­ku­lar­nego skoku. Jest nas o 54% więcej niż przed rokiem, co oznacza niemal iden­tyczny wzrost jak w 2016.
1 150, to liczba wszyst­kich fejs­bu­ko­wych aktyw­no­ści (tzn. głównie lajków) zebra­nych przez naj­po­pu­lar­niej­szy wpis. Niestety tego sym­pa­tycz­nego wyniku nie osiągnął żaden z arty­ku­łów popu­lar­no­nau­ko­wych, lecz lutowa odsłona Głupoty na Nie­dzielę doty­cząca znanego wszyst­kim znachora i jego akolitów. Ponad tysiąc lajków zebrał również wpis bio­gra­ficzny poświę­cony sylwetce jednego z naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tych mate­ma­ty­ków: Naj­ge­nial­niej­szy samouk w dziejach – Sri­ni­vasa Rama­nu­jan.
1500, tyle lajków otrzymał naj­po­pu­lar­niej­szy obrazek na fan­pej­dżu, zgar­nia­jąc przy okazji aż 802 udo­stęp­nie­nia. Mowa o paź­dzier­ni­ko­wym Astro­Cy­ta­cie, powsta­łym na bazie słów Elona Muska. Mimo wszystko byłem lekko oszo­ło­miony takim wynikiem i coś mi mówi, że gdybym wrzucił iden­tyczną grafikę, lecz bez podpisu szefa SpaceX, to chyba na podobny odzew nie mógłbym liczyć.
65, tyle odpo­wie­dzi zosta­wi­li­ście pod naj­czę­ściej komen­to­wa­nym wpisem, którym okazał się wspo­mi­nany już wyżej tekst Głupota na nie­dzielę: “Jerzy Zięba na pre­zy­denta”! Również niemało, bo 42 komen­ta­rze, pojawiły się pod nie­daw­nym arty­ku­łem TL;DR: Co leży poza wszech­świa­tem obser­wo­wal­nym? Od razu mówię, że liczę tu wyłącz­nie komen­ta­rze wid­nie­jące na blogu, bez portali spo­łecz­no­ścio­wych. Mam jednak świa­do­mość, że w dobie domi­na­cji face­bo­oka, wielu z was właśnie tam woli dzielić się swoimi opiniami.
63, to liczba wszyst­kich wpisów jakie ukazały się od stycznia na łamach bloga. Rezultat niewiele gorszy niż w roku ubiegłym, jednakże biorąc w rachubę waka­cyjną przerwę jaką sobie zrobiłem, trudno to uznać za dowód roz­le­ni­wie­nia.

Co nie wyszło?

Nie­wąt­pli­wie naj­bar­dziej martwi mnie wspo­mniana sta­gna­cja bloga. Już kilka osób mówiło mi, że nie mam się czym przej­mo­wać bo przecież koniec końców Kwantowo rośnie w siłę. Może to skrzy­wie­nie wyni­ka­jące z doświad­czeń zwią­za­nych z grami eko­no­micz­nymi, ale kiedy sam wzrost maleje, to prze­czu­wam kłopoty. Żywiłem nadzieję, że duża liczba czy­tel­ni­ków oznacza więcej poleceń i szybszy rozwój – ale nic takiego nie zaob­ser­wo­wa­łem. We wrześniu ruszyłem również z odrębnym pro­jek­tem, czyli serwisem obraz­ko­wym Nerdowo.pl. Nie owijając w bawełnę strona zdechła niemal natych­miast, a czynnych użyt­kow­ni­ków można by zliczyć na palcach jednej ręki. Nawet nie wpro­wa­dza­łem pla­no­wa­nych uspraw­nień, bo nie ma dla kogo. Nie spędza mi to spe­cjal­nie snu z powiek, gdyż nie prze­wi­dy­wa­łem potęż­nego sukcesu, niemniej jakiś niedosyt pozo­staje. Co by nie mówić, zmar­no­tra­wi­łem kilka tygodni, zaś sam pomysł wciąż nie wydaje mi się naj­gor­szy. Dlatego jedyne czego się obawiam to sytuacji, w której pogrze­bię Nerdowo, a za kilka miesięcy gdzieś w sieci pojawi się bliź­nia­czy portal – i jak na złość osiągnie popu­lar­ność.

Warto też dodać, że pół roku temu poże­gna­łem Kwantowe pigułki, tym razem na amen. Wiem, że wciąż istnieją rodzynki, które z chęcią oglądały moje wypociny i jestem wdzięczny za ich przy­chylne komen­ta­rze, ale w rze­czy­wi­sto­ści seria pro­wa­dziła donikąd. Nagry­wa­nie i skła­da­nie animacji dla garstki osób to zabawa, na którą nie mogę sobie pozwolić.

Co wyszło?

Chyba naj­cie­kaw­szym doświad­cze­niem mija­ją­cego roku była dla mnie współ­praca z National Geo­gra­phic Channel. Nie pierwsza, ale zde­cy­do­wa­nie naj­po­waż­niej­sza i dająca naj­wię­cej satys­fak­cji. Zostałem popro­szony o pomoc w kampanii pro­mo­cyj­nej serialu fabu­lar­nego Geniusz, którego pierwszy sezon opo­wia­dał o życiu Alberta Ein­ste­ina. Nie tylko miałem okazję rekla­mo­wać coś co naprawdę zasłu­gi­wało na uwagę, ale również poczuć się wreszcie jak bloger z samego szczytu. Zapro­szono mnie na przed­pre­mie­rowy pokaz pierw­szego odcinka, wziąłem udział w krótkiej publicz­nej dyskusji, czę­sto­wa­łem się świet­nymi kanap­kami z łososiem podczas bankietu, a w pre­zen­cie dostałem fajowe, ein­ste­inow­skie skarpety. Szkoda tylko, że takie eventy trafiają się eks­tre­mal­nie rzadko…

Poza tym za sukces sam w sobie muszę trak­to­wać fakt, że Kwantowo w ogóle nadal funk­cjo­nuje. Część z was może pamięta, że po raz pierwszy pozwo­li­łem sobie na zor­ga­ni­zo­wa­nie waka­cyj­nej przerwy od pisania. To nie był przy­pa­dek ani fana­be­ria. Kiedy wszystko idzie zgodnie z planem, gdy widzę tysiące wyświe­tleń i dzie­siątki komen­ta­rzy to czuję, że mógłbym publi­ko­wać codzien­nie; ale gdy nowy, pisany po nocach artykuł dostaje pięć­dzie­siąt lajków, to naj­chęt­niej rzu­cił­bym to wszystko w cholerę. W każdym razie, to, że mimo wahań formy, wciąż nie­zmor­do­wa­nie tworzę wpisy, zawdzię­cza­cie przede wszyst­kim patronom z Patro­ni­te’a. Nato­miast na szcze­gólne i publiczne podzię­ko­wa­nia zasłu­guje kwan­to­wicz Marek Grabiec, samo­dziel­nie odpo­wia­da­jący za 40% przy­chodu bloga. Szczerze, zakła­da­jąc konto na Patro­nite w życiu nie przy­pusz­cza­łem, że posiadam tak szczo­drych i przy­wią­za­nych czy­tel­ni­ków, a to daje mi siłę w chwilach zwąt­pie­nia. Jed­no­cze­śnie sądzę, iż niezbyt zdrowa jest sytuacja, w której garstka osób utrzy­muje miejsce odwie­dzane przez tysiące. Ale czy można coś z tym zrobić? Wzdragam się na myśl o wpro­wa­dze­niu płatnych treści czy abo­na­mentu, a wierzcie mi, dosta­wa­łem już takie rady. Na szczę­ście, dzięki panu Markowi i innym, na razie tak eks­tre­malne kroki nie chodzą mi po głowie.
Aha, za drobny sukces mogę również uznać napi­sa­nie Nauko­wego wisielca. Mała, prosta gierka, a zagrało w nią tyle osób, że aż serwer padł.

Wpisy, których nie możesz przeoczyć

Byłbym naiwny sądząc, że choćby połowa czy­tel­ni­ków odwiedza blog regu­lar­nie. Dla leniu­chów subiek­tywne zesta­wie­nie ważnych tekstów z ubie­głego roku, wartych nad­ro­bie­nia lub odświe­że­nia:
Gdy zamarza piekło – o zerze abso­lut­nym. Tem­pe­ra­tura jest jedną z tych wiel­ko­ści, które posia­dają wyraźne, wyzna­czone przez teorię ramy. Co dla fizyki oznacza zero abso­lutne? I dlaczego próba zejścia do ‑273,15 stopnia w skali Cel­sju­sza w praktyce pozo­staje skazana na porażkę?
Pseu­do­nauka na uczel­niach: wyklu­czać czy roz­ma­wiać? Trudny do roz­strzy­gnię­cia spór, doty­czący tego, jak postę­po­wać z pseu­do­nauką i pseu­do­nau­kow­cami. Problem przestał być mar­gi­nalny, a różnej maści szar­la­tani coraz częściej próbują pchać się na uni­wer­sy­tety z chęcią wygło­sze­nia wykładu lub odbycia debaty. Niejeden stwier­dzi, że należy usza­no­wać pełną swobodę wypo­wie­dzi i korzy­stać z moż­li­wo­ści publicz­nego punk­to­wa­nia kon­tro­wer­syj­nych tez. Ale czy to na pewno opty­malne wyjście?

Higgson, czyli dawca masy, czasu i nie tylko. Bozon Higgsa to chyba naj­bar­dziej medialna cząstka ele­men­tarna wszech­cza­sów. Więk­szość prze­ka­zów ogra­ni­cza się wyłącz­nie do lako­nicz­nego stwier­dze­nia, że schwy­tana w 2012 roku drobina odpo­wiada za nada­wa­nie materii masy. Ale co to tak naprawdę oznacza? I jak ma się higgson do oddzia­ły­wa­nia słabego?
Filo­zo­fia to nie nauka, filozof to nie nauko­wiec. Nie zli­czył­bym ile razy usły­sza­łem słowa zdzi­wie­nia lub nawet obu­rze­nia od osób sły­szą­cych, że “filo­zo­fia to nie nauka”. W tym wpisie tłumaczę dlaczego takie stwier­dze­nie nie ma na celu urażenia filo­zo­fów ani depre­cjo­no­wa­nia ich pracy. Wręcz prze­ciw­nie, filo­zo­fia to szalenie ważna sfera, tyle, że spo­czy­wa­jąca obok wła­ści­wego krę­go­słupa nauki.
Człowiek, który wiedział wszystko – Thomas Young. Pomy­śla­łem, że warto przy­bli­żać światu sylwetki słabo znanych, lecz nie­sa­mo­wi­cie intry­gu­ją­cych boha­te­rów świata nauki. Na pierwszy ogień poszedł Sri­ni­vasa Rama­nu­jan, na drugi Thomas Young. Więk­szość osób kojarzy Anglika jako autora eks­pe­ry­mentu z dwiema szcze­li­nami, ale tylko nie­liczni zdają sobie sprawę z tego, ile geniusz zrobił dla fizjo­lo­gii, medycyny, lin­gwi­styki, a nawet dla egip­to­lo­gii i arche­olo­gii.

Bario­nowa gra w cho­wa­nego. Wpis prze­szedł bez więk­szego echa, podobnie do odkrycia, które zain­spi­ro­wało mnie do jego napi­sa­nia. Podczas gdy wszyscy popu­la­ry­za­to­rzy obficie opo­wia­dają o ciemnej materii oraz ciemnej energii, naprawdę niewielu dotyka równie inte­re­su­ją­cego wątku bra­ku­ją­cej części “zwykłej” materii wypeł­nia­ją­cej wszech­świat. WHIM, ICM, Bańki Lyman-alfa – to tajem­ni­cze struk­tury prze­wyż­sza­jące masę wszyst­kich galaktyk, gwiazd i planet znanego wszech­świata.

Postanowienia

Ten rok praw­do­po­dob­nie przy­nie­sie wiele zmian w moim życiu (nie mam pewności czy dobrych), więc naj­waż­niej­sze będzie takie pokie­ro­wa­nie sprawami aby Kwantowo mogło nadal istnieć, a wpisy pojawiać się z dotych­cza­sową regu­lar­no­ścią. Wielkim krokiem wprzód byłaby poważna i dłu­go­ter­mi­nowa współ­praca z pewną marką, która wyraziła zain­te­re­so­wa­nie spon­so­ro­wa­niem bloga kilka miesięcy temu. Niestety doświad­cze­nie pod­po­wiada mi, że nie wolno pokładać nadziei w dużych kor­po­ra­cjach, nie­rzadko nagle wyco­fu­ją­cych się bez słowa. Stąd też jedynym pewnym źródłem utrzy­ma­nia tego miejsca pozo­staje Patro­nite i wasza dobra wola.

Co do moich planów, to będę starał się przede wszyst­kim rozwijać nowe serie wpisów, czyli Komu­ni­kwanty oraz Naukowe TL;DR. Comie­sięczne prze­glądy wieści ze świata nauki na razie roz­cza­ro­wują niską poczyt­no­ścią, ale dam im jeszcze trochę czasu. Zwłasz­cza, że dają mi również moty­wa­cję do bycia na bieżąco z infor­ma­cjami, a to przy­datne. TL;DR już pokazało poten­cjał, acz­kol­wiek muszę jeszcze doszli­fo­wać samą formułę. Wpisy z tego cyklu miały być sto­sun­kowo krótkie i treściwe, co oznacza, że muszę poha­mo­wać swoje zapędy do dygresji i roz­wle­ka­nia myśli. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to być może uda się wrócić na tory wła­ści­wego wzrostu, a za rok o tej porze będzie nas już ponad 20 tysięcy. 

To w dużej mierze, jak zawsze, będzie zależeć od Was.
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.