Naukowe “naj” 2017

Podczas gdy wszystkie serwisy i blogi zarzucą nas niebawem rocznymi podsumowaniami wydarzeń kulturalnych, politycznych czy sportowych; Kwantowo jak zwykle przybywa z zestawieniem tego co przyniósł nam w mijającym roku świat nauki.

Najważniejsze wydarzenie

[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Tak jak w latach 2012-2014 światową naukę zdominowały sprawy CERN i Wielkiego Zderzacza Hadronów, tak od roku 2015 w centrum uwagi niezmiennie znajdują się interferometry LIGO. Wszyscy słyszeli o wiekopomnej detekcji fal grawitacyjnych, dokonanej dwa lata temu. Długo wyczekiwany sukces nie stanowił bynajmniej zwieńczenia projektu, lecz dopiero wstęp do narodzin nowej gałęzi astronomii, opartej o pozaoptyczne rejestrowanie odległych obiektów. Do chwili obecnej upolowano już sześć zderzeń par czarnych dziur lub gwiazd neutronowych, będących źródłem fal grawitacyjnych. Stąd też, w pełni zasłużony Nobel dla twórców programu: Rainera Weissa z MIT, Kipa Thorne’a z Caltechu oraz dyrektora kompleksu Barry’ego Barisha.

Działalność LIGO wciąż przynosi i bez cienia wątpliwości będzie przynosić dorodne owoce. Jednak, jako że właściwy przełom (pionierska detekcja fal grawitacyjnych) nastąpił pod koniec roku 2015, pomyślałem, że warto wyróżnić inne wydarzenie, moim zdaniem nienależycie docenione przez większość popularyzatorów. W październiku uczeni z Uniwersytetu w Edynburgu oraz z Instytutu Astrofizyki Kosmicznej w Orsay, wykorzystując pośredni sposób obserwacji – oparty o analizę mikrofalowego promieniowania tła – zidentyfikowali olbrzymie pokłady niewidocznej do tej pory materii barionowej. Mowa o doprawdy gargantuicznej porcji cząstek, znacznie przewyższającej pod względem masy wszystkie gwiazdy i galaktyki. Zapewne jeszcze wiele badań przed nami, ale wstępne szacuje się, że odkryta materia stanowi od 1/3 nawet do połowy masy widzialnych (tzn. bez liczenia ciemnej materii) składników wszechświata. To chyba zasługuje na wzmiankę, co nie?

Najważniejsze wydarzenie w Polsce

[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Polska szkoła poszukiwania planet pozasłonecznych wciąż ma światu wiele do zaoferowania. Latem tego roku kolejnym interesującym okryciem pochwalił się zespół OGLE (The Optical Gravitational Lensing Experiment), pod kierownictwem prof. Andrzeja Udalskiego z Uniwersytetu Warszawskiego. Dane zbierane przez Polaków w Las Campanas w Chile przez sześć ostatnich lat, doczekały się wreszcie publikacji na łamach Nature. Odkryto, iż na każde sto gwiazd przypada około 25 planet swobodnych – tj. nienależących do żadnego układu planetarnego – podobnych Jowiszowi, a przy okazji trafiono na coś, co należy uznać za ślady znacznie mniejszych swobodnych obiektów, prawdopodobnie nie większych od Ziemi. Szczególnie warty podkreślenia pozostaje właśnie drugi z tych wniosków. O istnieniu planet samotnie przemierzających przestrzeń międzygwiezdną wiemy już od kilku lat, ale do tej pory identyfikowano jedynie swobodne gazowe olbrzymy. Fakt, że również lżejsze i trudno dostrzegalne egzoplanety bywają wyrzucane “poza boisko”, może oznaczać, że liczba swobodnych planet we wszechświecie jest znacznie obfitsza niż ktokolwiek do tej pory przypuszczał.

Najpiękniejsze (najpaskudniejsze) zdjęcie

[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Tym rozbrajającym uśmiechem uraczył nas tasiemiec uzbrojony. Jednak nie dajcie się zwieść: groteskowe “oczy” pasożyta to w rzeczywistości ssawki pozwalające mu na bezpieczne zakotwiczenie w jelicie cienkim żywiciela. Fotografia wykonana przez Teresę Zgodę – mikrobiologa z amerykańskiego Rochester Institute of Technology – zrobiła prawdziwą furorę, trafiając do niemal wszystkich tegorocznych rankingów zdjęć naukowych. Tasiemiec doczekał się m.in. złotego medalu od Royal Photography Society of Science, oraz czwartego miejsca w konkursie Nikon Small World 2017. Niezły komplement dla takiego brzydala.

Najgłupsza wypowiedź

[ecko_youtube]eCpXTNImiNs[/ecko_youtube]Wątpliwe wyróżnienie wędruje do dwójki ze sternikiem: Mariana Kowalskiego i Euniki Chojeckiej, prowadzonych przez Pawła Chojeckiego. Zasługą wspomnianych osobistości jest pierwsza w naszym kraju, niestety dość poważna kampania na rzecz promocji kreacjonizmu i odrzucenia teorii ewolucji biologicznej. Dopóki pastor Chojecki, ojciec Kościoła Nowego Przymierza działał w pojedynkę, wyłącznie za pośrednictwem własnych kanałów, można było uznać sprawę za niegroźną fanaberię. Niestety do zastępu jego owieczek trafił m.in. Marian Kowalski, niegdyś działacz Ruchu Narodowego i (co by nie mówić) kandydat na Prezydenta Rzeczpospolitej. Kilka miesięcy temu, wiedziony ślepą wiarą aktywista zrobił karierę w internecie za sprawą wystąpienia zorganizowanego w Ottawie. Wyraził wtedy swoje zdziwienie faktem wykładania na uczelniach “tylko teorii” i podał w wątpliwość mechanizm doboru naturalnego, wysuwając wyjątkowo osobliwe argumenty. Jakby na tego było mało, rozpoczął antyewolucyjną kampanię #NiePochodzęOdMałpy, niezrażenie powtarzając te same bzdety.

A Eunika? Doktorantka (tak, tak) Uniwersytetu w Lublinie zasłynęła nieudaną próbą zorganizowania debaty na temat kreacjonizmu na uczelni oraz występem w TVP, gdzie plotła o “lewackim darwinizmie” uzasadniającym gwałty i pedofilie. W ten sposób uczennica, mimo młodego wieku, już dogania mistrza. 

Najciekawsza wypowiedź

[ecko_youtube]8MqTOEospfo[/ecko_youtube]Dla kontrastu refleksja na temat odchodzenia współczesnego społeczeństwa od nauki, autorstwa niezastąpionego Neila deGrasse’a Tysona. Można mieć zastrzeżenia do metod popularyzatorskich amerykańskiego astrofizyka, ale trudno wątpić w jego oddanie sprawie. Wystąpienie Tysona bardzo dobrze oddaje także i moje obawy i troski, jak również emocje, które odczuwam gdy tylko pomyślę o tym dokąd zmierzamy. Naukowiec mówi o kłopotach z perspektywy amerykańskiej, ale tak naprawdę mamy tu apel o otrzeźwienie skierowany do całej zachodniej cywilizacji.
[ecko_quote source=”Neil deGrasse Tyson”]To jest nauka! Nie mówimy o jakieś zabawce, o czymś w co można wierzyć lub nie. Nie możesz powiedzieć, że nie wierzysz w równanie E=mc2 – nie masz tu żadnej opcji! Nauka wyłania prawdę, czy się w nią wierzy czy nie i czym szybciej to zrozumiesz, tym szybciej możemy zabrać się za rozmowy na temat stojących przed nami problemów![/ecko_quote]

Największy “skandal”

[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Miałem pisać o tym z jaką bezczelnością pewien sławny znachor wykorzystywał dla autopromocji tragiczne zgony kilku medialnych osób. Jednak dla rodzimej nauki jako takiej, bardziej palącym problemem wydaje się sytuacja jaka nastała w warszawskim Instytucie Technologii Materiałów Elektronicznych, znanym przede wszystkim z prac nad grafenem. Sprawy zaczęły się gmatwać już dwa lata temu, gdy w niejasnych okolicznościach pozbawiono stanowiska Zygmunta Łuczyńskiego. W tym roku podobny los spotkał Włodzimierza Strupińskiego, czyli kolejnego specjalistę światowego formatu i autora jednej ze stosowanych obecnie metod uzyskiwania grafenu. Dlaczego z taką łatwością, czysto politycznymi decyzjami, pozbywamy się wiodących specjalistów w swoich dziedzinach? Nie chcę spekulować, ale bez względu na przyczyny właśnie zaprzepaszczamy jedną z niewielu szans na nieodstawanie od naukowego cywilizowanego świata. Sami inżynierowie sobie poradzą. Uczeni pokroju Strupińskiego bez trudu znajdą angaż w zagranicznych placówkach, my jednak z podobną łatwością nie załatamy dziur kadrowych w ITME i podobnych mu instytucjach.

Najciekawsze video

[ecko_youtube]hVI_y0WhtXw[/ecko_youtube]Wahałem się między dwoma intrygującymi nagraniami procesów zachodzących w mikroświecie. Pierwsze pochodzi z Institute for Integrative Nanosciences w Dreźnie, gdzie pokazano jak nanobot potrafi pochwycić plemnik i doprowadzić go do komórki jajowej. Prymat przyznam jednak kolejnemu filmikowi, wyświetlonemu podczas konferencji biotechnologicznej w Big Sky w amerykańskiej Montanie. Przedstawia on proces CRISPR/Cas, czyli ingerencji w gen poprzez wycięcie jego fragmentu i zastąpienie go innym. Nie wygląda to może zbyt spektakularnie, ale jednak po raz pierwszy bezpośrednio zarejestrowano operację odbywającą się w skali miliardowej części metra.

Najlepsza książka

W tym roku wydawnictwa szczodrze obsypały mnie lekturami. Nie powiem, większość z nich prezentowała się poprawnie i mógłbym polecić je bez większego zażenowania. Jednak gdy czyta się piątą z rzędu, dość podobną i schematyczną książkę, to sama “poprawność” przestaje wystarczać. Chciałoby się czegoś więcej, niekonwencjonalnego podejścia do tematu. I tutaj z wybawieniem przybył bestseller Nie mamy pojęcia. Publikacja stanowi owoc współpracy fizyka cząstek elementarnych z Uniwersytetu Kalifornijskiego Daniela Whitesona, z Jorgem Chamem, twórcą humorystycznego sieciowego komiksu PhD Comics. Powtórzę tu po swojej recenzji. Nie mamy pojęcia zdecydowanie wybija się ponad popularnonaukową konkurencję niewymuszonym i inteligentnym humorem, potęgowanym przez świetne ilustracje Chama. Nie są to pierwsi autorzy próbujący zwabić czytelników żartobliwą formułą, ale od czasów Boskiej cząstki Leona Ledermana, nikomu nie udało się osiągnąć celu tak sprawnie. Jeśli ktoś szuka jednocześnie wiedzy i rozrywki, szczerze polecam.

Najciekawsze science-fiction

[ecko_youtube]bCkhmJPISio[/ecko_youtube]Bez wątpienia największe widownie w ostatnim czasie zgromadziły takie obrazy jak Ghost In The Shell oraz Blade Runner 2049, ale mówiąc otwarcie, trudno nagradzać kino wtórne. Popisy Scarlett Johansson to jedynie próba odwzorowania japońskiej animacji, zaś dzieło Denisa Villeneuve’a to powrót do świata wykreowanego na początku lat 80. (choć udany, nie przeczę). Dlatego też wolę zwrócić waszą uwagę na znacznie mniej popularny, wschodni kierunek kinematografii. Niektórzy może pamiętają, jakim sentymentem darzę Apollo 13 w reżyserii Rona Howarda, którego nadal uważam za najlepszy przykład tego jak powinny wyglądać filmy opowiadające o eksploracji kosmosu (na drugim biegunie znajduje się mierna Grawitacja). Klim Shipenko stworzył właśnie coś na miarę amerykańskiego Apolla 13, ekranizując równie dramatyczne wydarzenia związane ze stacją kosmiczną Salut 7. W 1985 roku w ramach misji Sojuz T-13 (znów ta trzynastka!) kosmonauci Władimir Dżanibekow i Wiktor Sawinych, otrzymali arcytrudne zadanie dostania się na pokład Saluta 7, z którym w niewyjaśnionych okolicznościach utracono łączność. Po dotarciu na orbitę bohaterowie zauważają bezwładnie wirującą stację, pozbawioną energii i okaleczoną, najpewniej przez fragmenty kosmicznego gruzu. Podejmują się niezwykle niebezpiecznego dokowania oraz próby ponownego uruchomienia urządzeń. Oczywiście twórcy nie poskąpili fabularnych ubarwień i podniosłych momentów – ale raczej nie przebijają w tym aspekcie tego do czego przyzwyczaił nas Hollywood.

Największe oczekiwania

[ecko_fullpage_image][/ecko_fullpage_image]Pisząc ten punkt przypomniałem sobie o pewnym zabawnym i zarazem smutnym fakcie. Pierwotnie to właśnie na 2018 rok zaplanowano rozruch eksperymentalnego reaktora termonuklearnego ITER. Niestety, jak to często bywa, o dotrzymaniu terminu nie ma co marzyć. Nieliczne komunikaty stwierdzają, że po dziesięciu latach prac znajdujemy się dopiero mniej więcej w połowie drogi prowadzącej do zapłonu…

Na co zatem możemy liczyć w przyszłym roku? Wśród planowanych misji kosmicznych najciekawiej zapowiada się start amerykańskiej sondy Parker Solar Probe. Urządzenie wystartuje z Florydy w lipcu, w październiku przefrunie opodal Wenus, a pod koniec roku trafi na wstępną orbitę okołosłoneczną, gdzie pozostanie co najmniej przez kolejne sześć lat. Projekt pozwoli na zebranie najdokładniejszych dotąd danych dotyczących naszej gwiazdy jak również wiatru słonecznego, co osiągnie po rekordowym zbliżeniu do Słońca na odległość zaledwie 6 milionów kilometrów (25 razy bliżej od Ziemi). Poza tym, po cichu liczę na mało prawdopodobny, ale nie niemożliwy, sukces kilkunastu obserwatoriów z całego świata polujących na… pierwsze zdjęcie horyzontu zdarzeń czarnej dziury! Już w kwietniu media obiegły informacje o tym, że astronomowie przez pięć nocy badali ścisłe centrum Drogi Mlecznej. Prace techniczne nad zebranymi danymi miały potrwać do końca tego roku, ale o ile nic nie przeoczyłem mamy obsuwę i fotografii doczekamy się w najbliższych miesiącach. Trudno nie być podekscytowanym na myśl, że po raz pierwszy ujrzymy bezpośrednio nieprzeniknioną powierzchnię potwora oznaczonego jako Sagittarius A*. Będzie to zarówno wielki prezent dla fizyków teoretycznych jak również niesłychany pokaz możliwości obserwacyjnych. Oby się udało!
42 Astrociekawostki cz.1 7 dowodów na to, że nauka bywa niebezpieczna Kosmiczne potwory – 5 najbardziej energetycznych zjawisk we wszechświecie