Chodź, oprowadzę Cię po kosmosie – recenzja “Wszechświata w twojej dłoni”

Wróciło Kwantowo, wracają też recenzje popularnonaukowych nowości wydawniczych. Na dobry początek bierzemy na warsztat europejski bestseller, który za sprawą Wydawnictwa Otwartego, już niebawem zadebiutuje również w polskich księgarniach.

Christophe Galfard to postać dopiero wchodząca do ekstraklasy propagatorów fizyki i niewątpliwie jeszcze nie raz o nim usłyszymy. Wydawcy przedstawiają go jako ucznia Stephena Hawkinga, a i sam Galfard zdaje się traktować tę łatkę jako atut, o czym przekonują słowa, od których rozpoczął wstęp swojej pracy: “Po pierwsze, solennie obiecuję, że w książce znajdzie się tylko jeden wzór: E=mc²”. Jeśli nie pamiętacie, jest to wyraźne nawiązanie do początku Krótkiej historii czasu, w której Hawking złożył bliźniaczą obietnicę: “Postanowiłem, że [w książce] nie będzie żadnych równań. W końcu jednak użyłem jednego: jest to słynny wzór Einsteina E=mc². Mam nadzieję, że nie odstraszy on połowy moich potencjalnych czytelników”.

Na tym jednak, podobieństwa Wszechświata w twojej dłoni i hitu lat 80., definitywnie się kończą. Książka Galfarda jest wręcz przeciwieństwem tej drugiej, zarówno pod względem objętości jak i formy. Jak wskazuje wyjątkowo trafny podtytuł, naukowiec zabiera nas w “Niezwykłą podróż przez czas i przestrzeń”. Od samego początku autor zwraca się do czytelnika bezpośrednio, próbując stworzyć z nim niemal intymną relację. Prosi nas o rozluźnienie, zostawienie swych trosk na boku i uruchomienie wyobraźni. Zresztą wyobraźnia staje się tu kluczowym pojęciem, spotykanym wielokrotnie w czasie całej lektury. Najpierw Galfard nakłania nas do opuszczenia swojego ciała (to jego słowa, nie moje) i przemieszczenia się o tysiące lat świetlnych w przestrzeni i miliardy lat w czasie; następnie przekonuje do zredukowania swych rozmiarów miliony razy i przechadzki po świecie cząstek i atomów.

Czym dokładnie są znane ci już atomy? Czym właściwie są ładunki elektryczne, do których podążają wirtualne perełki światła pola elektromagnetycznego? (…) Jak mogłeś się spodziewać, zadawszy te pytania, znów stajesz się własną miniaturką, unosisz się z podłogi i lewitujesz po kuchni, z dala od jakiegokolwiek znanego ci obiektu. Bardzo chciałbyś się dowiedzieć, z czego zrobiony jest atom złota, który wcześniej wybrałeś.

Odniosłem wrażenie, że Brytyjczyk postanowił rzucić wyzwanie telewizyjnym widowiskom , czyniąc swoje dzieło literackim odpowiednikiem Kosmosu Sagana lub Podróży na kraniec wszechświata z National Geographic Channel. Więcej miejsca niż ścisłe wyjaśnianie istoty danych zjawisk fizycznych, zajmują tu obszerne, plastyczne opisy. Galfard dwoi się i troi, aby czytelnik naprawdę czuł, że obcuje z gwiazdami, planetami, supernowymi, atomami i fotonami. Rezultaty tych starań są dwojakie. Z jednej strony, mocno doceniam walory estetyczne Wszechświata w twojej dłoni, dzięki którym literacko zdecydowanie błyszczy na tle konkurencji. Z drugiej strony, nie da się ukryć, że wśród entuzjastów nauk przyrodniczych, nie brakuje zwolenników zwięzłych odpowiedzi i przechodzenia prosto do sedna. Jeżeli należysz do tej kategorii odbiorców, prawdopodobnie zdarzy Ci się omijać niektóre akapity lub całych stron, celem uniknięcia narracyjnych dłużyzn i napadów kompulsywnego ziewania.

Zrobiło się późno, ale nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia. Wpatrujesz się w przestworza, czując, jak bardzo zwariowane są te wspaniałe koncepcje, którymi się zajmujesz. I myśląc, że mimo wszystko jakimś cudem świetnie opisują naszą kosmiczną rzeczywistość.

Tematycznie Wszechświat w twojej dłoni należy do książek kompletnych. W czasie 400-stronicowej podróży zostajemy uraczeni przechadzką po Układzie Słonecznym, przestrzeni międzygalaktycznej, wnętrzu atomu oraz po polach kwantowych. Oczywiście w tej drodze towarzyszą nam objaśnienia dotyczące dwóch filarów współczesnej fizyki – teorii względności i mechaniki kwantowej – jak i innych medialnych koncepcji, na czele z ciemną materią, ciemną energią, modelem wszechświata cyklicznego czy teorią strun. W pracy doktoranta Hawkinga, nie mogło zabraknąć również miejsca na czarne dziury i wielki wybuch, w tym nawet nawet na wspomnienie takich koncepcji jak model kosmologiczny Hartle’a-Hawkinga.

Żeby jednak nie było zbyt słodko, muszę się przyczepić do jednego, acz dla mnie wyjątkowo istotnego szczegółu. Książka została pięknie wydana, chyba nawet ładniej niż anglojęzyczny oryginał. Tłumacz odwalił kawał dobrej roboty, co nie było łatwe, z uwagi na ilość literackich ozdobników. A jednak ktoś nie pomyślał o tym aby umieścić na końcu skorowidz lub szczegółowy indeks. Dla osoby takiej jak ja, często przeczesującej swoją biblioteczkę w poszukiwaniu konkretnych informacji, jest to rzecz niezbędna. Niewykluczone jednak, że oficjalna wersja Wszechświata w twojej dłoni, zostanie uzupełniona (niniejszy tekst piszę na podstawie egzemplarza recenzenckiego).

Na szczęście to drobny mankament, niewpływający na odbiór samej treści lektury. Ta, powinna usatysfakcjonować większość osób stawiających pierwsze kroki w świecie fizyki i astronomii; szczególnie tych, którzy poszukują w literaturze popularnonaukowej czegoś więcej niż czystej wiedzy: zabawy z wyobraźnią, wrażeń estetycznych i wreszcie atmosfery wielkiej przygody.

Info:
Autor: Christophe Galfard;
Przekład: Sławomir Paruszewski;
Tytuł: Wszechświat w twojej dłoni. Niezwykła podróż przez czas i przestrzeń;
Wydawnictwo: Wydawnictwo Otwarte;
Wydanie: Kraków 2017;
Liczba stron: 410.
Otwieram kramik TBBT: 7 poważnych pytań postawionych w niepoważnym serialu Geneza gwiazd i papieru toaletowego – recenzja “Początków (prawie) wszystkiego”