Czytaj dalej

Już niedługo minie okrągłe czterdzieści lat od najpopularniejszego odkrycia w dziejach radioastronomii. Tego, które przez lata dawało pociechę entuzjastom poszukiwań inteligencji pozaziemskiej. Niestety dla nich, geneza sygnału może być bardzo prozaiczna.

Chciał­bym powie­dzieć: Rany, to sygnał od poza­ziem­skiej inte­li­gen­cji! Ale szczerze mówiąc, nie mogę tego zrobić.

Jerry Ehman

Co usłyszało Wielkie Ucho?

Scenerią dla tajem­ni­czego odkrycia było nie­ist­nie­jące już obser­wa­to­rium radio­astro­no­miczne w stanie Ohio, znane wśród samych uczonych pod nazwą Wiel­kiego Ucha (The Big Ear). Z uwagi na pro­sto­kątny kształt, urzą­dze­nie w niczym nie przy­po­mi­nało iko­nicz­nych, okrą­głych anten, na ogół koja­rzo­nych z pro­gra­mem SETI. Jednak to właśnie Ucho przeszło do historii jako to obser­wa­to­rium, które rekor­dowo długo – nie­zmor­do­wa­nie przez 22 lata – prze­cze­sy­wało nie­bo­skłon w poszu­ki­wa­niu choćby iskierki zwia­stu­ją­cej ist­nie­nie roz­wi­nię­tego życia w kosmicz­nej pustce.

Kiedy myślę o tym co wyda­rzyło się pewnej letniej nocy 1977 roku, mimo­wol­nie przy­cho­dzi mi do głowy zna­mienna scena z Kontaktu Carla Sagana. 15 sierpnia o godzinie 23.16 dr Jerry Ehman, młody inżynier z Uni­wer­sy­tetu Sta­no­wego w Columbus, jako wolon­ta­riusz pełnił dyżur przy Wielkim Uchu. Codzienna harówka radio­astro­noma nie była eks­cy­tu­jąca bardziej niż choćby praca dróżnika, mającego od czasu do czasu opusz­czać szlaban, w prze­rwach między roz­wią­zy­wa­nymi krzy­żów­kami. Tym łatwiej wyobra­zić sobie szok Ehmana, gdy został wyrwany z błogiego lenistwa przez nagłe pik­nię­cie apa­ra­tury, dającej znać o zare­je­stro­wa­niu anor­mal­nego sygnału radio­wego. Komputer prze­waż­nie wypeł­nia­jący wydruki mono­ton­nymi ciągami jedynek, dwójek i trójek, nagle wypluł coś ory­gi­nal­nego: “6EQUJ5”Sekwen­cja usta­wio­nych w pionowej linii cyfr i liter, wska­zy­wała na odchy­le­nie zła­pa­nego sygnału, w stosunku do typowego szumu radio­wego wypeł­nia­ją­cego prze­strzeń. Litera E ozna­czała, iż sygnał był sil­niej­szy od tła 14 do 15 razy, litera U sym­bo­li­zo­wała wzmoc­nie­nie 30 do 31 razy, i tak dalej. Radio­astro­nom na początku pomyślał pewnie, że maszy­ne­ria uchwy­ciła jakiś przekaz ziem­skiego pocho­dze­nia. W końcu trwała zimna wojna – niejawne sposoby komu­ni­ka­cji czy próby super­broni wyzwa­la­jące ogromne porcje pro­mie­nio­wa­nia, nie były niczym nie­zwy­kłym.

Obserwatorium, które uchwyciło sygnał Wow
Dzia­ła­jące do 1998 roku obser­wa­to­rium The Big Ear. Obecnie teren zajmuje pole golfowe.

Jednak ta odpo­wiedź szybko okazała się niezbyt prze­ko­nu­jąca. Fala ode­bra­nego sygnału miała długość 21 cen­ty­me­trów, nie­pa­su­jącą do znanych ziem­skich prze­kaź­ni­ków. Jej czę­sto­tli­wość, w gra­ni­cach 1,42 GHz, jest z kolei czę­sto­tli­wo­ścią cha­rak­te­ry­styczną dla wodoru, czyli naj­prost­szego i naj­po­spo­lit­szego pier­wiastka we wszech­świe­cie. Ta, w pewien sposób sym­bo­liczna wartość, nawet w naukowym żargonie bywa nazywana “wodo­po­jem”. Zachę­cony Ehman spraw­dzał gorącz­kowo kolejne wła­ści­wo­ści swojej zdobyczy. Wiązka “uciekała” wraz z ruchem nieba, więc jej źródło nie mogło leżeć na powierzchni naszej planety. Sygnał nie wyglądał też na jakąś zwykłą fluk­tu­ację tła, ponieważ prze­bi­jał swoją siłą zwykły radiowy szum ponad trzy­dzie­ści razy (literka U). Co jeszcze istot­niej­sze, jego czę­sto­tli­wość wydawała się celowo i kon­kret­nie dobrana, tak aby nie wykra­czała poza jedno pasmo radiowe o sze­ro­ko­ści zaledwie 10 kHz. Jednak kiedy pod­nie­ce­nie naukowca sięgało zenitu, po 72 sekun­dach sygnał zniknął by już nigdy nie powrócić. W głowie Ehmana zapewne zaświ­tała myśl, że być może, właśnie stanął u progu epo­ko­wego odkrycia. Oszo­ło­miony taką per­spek­tywą, inżynier zakre­ślił czer­wo­nym dłu­go­pi­sem tajem­ni­czy ciąg znaków, zaś na mar­gi­ne­sie zano­to­wał wymowne “Wow!”.

Wydruk zawierający ślad sygnału Wow!
Dokładna kopia wydruku z 1977 roku, wysta­wiona w obser­wa­to­rium Perkins, z podpisem Jerrego Ehmana.

Nie tylko sygnał “Wow!”

Nie powinno dziwić, że upo­lo­wany w 1977 roku sygnał poważnie namącił w świecie nauki i bły­ska­wicz­nie zrobił karierę w mediach. W momencie gdy moda na UFO sięgała zenitu, była on wodą na młyn wszel­kiej maści kosmicz­nych fana­ty­ków. Wiele osób chciało wierzyć, że przyszło im żyć w histo­rycz­nym momencie pierw­szego kontaktu z cywi­li­za­cją poza­ziem­ską. I choć radio­te­le­skopy na całym globie zare­je­stro­wały później jeszcze kilka podej­rza­nych sygnałów radio­wych, żaden jak dotąd nie spo­wo­do­wał takiego zamie­sza­nia. No, może z drobnym wyjąt­kiem, który pojawił się całkiem niedawno, bo już w XXI wieku.

Autorem odkrycia był roz­po­czy­na­jący karierę na Uni­wer­sy­te­cie Zachod­niej Wirginii w Mor­gan­town, David Narkevic. Co ciekawe, nauko­wiec w ogóle nie zbliżył się do radio­te­le­skopu! Po prostu prze­glą­dał raporty płynące z obser­wa­to­rium Parkes we wschod­niej Austra­lii i dostrzegł, że przy­naj­mniej jeden z zare­je­stro­wa­nych sygnałów nie pasuje do reszty. Rychło okazało się, iż bliź­nia­cze “pik­nię­cia” daje się odnaleźć również na innych wydru­kach i nadano im wspólną nazwę FRB (Fast Radio Burst). Jak wskazuje nazwa, mowa o szybkich – naprawdę szybkich, trwa­ją­cych tysięczne części sekundy – mocnych błyskach w zakresie fal radio­wych. Po ich bliższym poznaniu, astro­no­mo­wie orzekli, że pochodzą one z bardzo daleka: przy­kła­dowo uchwy­cony w 2012 roku obiekt FRB 121102 zlo­ka­li­zo­wano jako część pewnej nie­wiel­kiej galak­tyki, odda­lo­nej o trzy miliardy lat świetl­nych stąd.

Nie ma sensu udawać, że potra­fimy dokład­nie opisać mecha­nizm dzia­ła­nia tych błysków. Jednakże, ciągle napły­wa­jące dane i fakt, iż ana­lo­giczne sygnały docie­rają do nas z różnych obszarów nieba, raczej każą je trak­to­wać jako zjawiska natu­ralne. Być może w jakiś sposób spo­krew­nione z GRB, czyli odkry­tymi w latach 60. roz­bły­skami gamma. Oba zjawiska łączy mon­stru­alna energia, gwał­tow­ność i dystans. Notabene, GRB również budziło olbrzy­mie kon­tro­wer­sje i musiały minąć prawie dwie dekady zanim astro­fi­zycy (na czele z prof. Bohdanem Paczyń­skim) sfor­mu­ło­wali zgrabną hipotezę wyja­śnia­jącą ich fenomen. W świetle tych doświad­czeń, hipoteza celowego nada­wa­nia komu­ni­ka­tów w formie FRB, wydaje się obecnie nie­praw­do­po­dobna. Sądzę jednak, że warto zdawać sobie sprawę z tego, jak kar­ko­łomną pracę wykonują radio­astro­no­mo­wie. Jak trudno będzie ustrze­lić rze­czy­wi­sty komu­ni­kat od obcej cywi­li­za­cji – nawet jeśli taki rze­czy­wi­ście został wyemi­to­wany – w gęstwi­nie radio­wych bodźców, docie­ra­ją­cych do naszej planety każdego dnia. Wspo­mi­nam też o tym po to, aby ostudzić zapał tych czy­tel­ni­ków, którzy w każdym nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­nym sygnale, chcie­liby widzieć zapro­sze­nie do rozmowy.

Po 40 latach: To raczej nie E.T.

Wróćmy do słynnego “Wow!”. Pojawia się uza­sad­nione pytanie: czy sygnał wyło­wiony 1977 roku, mógł stanowić radiowy odpo­wied­nik wia­do­mo­ści w butelce rzuconej do kosmicz­nego morza przez obcą cywi­li­za­cję? Naj­bez­piecz­niej­sza odpo­wiedź brzmia­łaby: “Nie mówię nie, ale…”. Jeśli uznamy, iż obca cywi­li­za­cja chciała się z nami skon­tak­to­wać, to dlaczego akurat w taki nie­efek­tywny sposób? Dlaczego zamiast cyklicz­nych mignięć otrzy­ma­li­śmy poje­dyn­czy sygnał? Dlaczego nie niósł on za sobą kon­kret­nej treści, pozwa­la­ją­cej na jed­no­znaczną iden­ty­fi­ka­cję inte­li­gent­nego nadawcy? Wbrew pozorom to nie takie trudne. Wystar­czy­łoby zawrzeć w sygnale jaki­kol­wiek mate­ma­tyczny wzór, nie­moż­liwy do wyge­ne­ro­wa­nia przy­pad­kiem. W przy­wo­ła­nym wcze­śniej Kon­tak­cie, miesz­kańcy Wegi słali liczby pierwsze, podzielne tylko przez jeden i same siebie. To naj­lep­szy sposób na trans­pa­rentne oznaj­mie­nie całej galak­tyce: “Hej! Jesteśmy tu i potra­fimy liczyć”!

Teo­re­tycz­nie istnieje szansa, że sygnał “Wow!”, co prawda został wyemi­to­wany przez cywi­li­za­cję tech­niczną, ale… nie­chcący. Niby to możliwe, ale czy wtedy nie powin­ni­śmy trafiać na więcej takich przy­pad­ków? I czy nie­ce­lowy sygnał byłby tak silny? Przy­pusz­czal­nie musiał przebyć drogę 220 lat świetl­nych, tyle bowiem dzieli Układ Sło­neczny od gwiazdy χ Sagit­ta­rii, z kierunku której do nas dotarł. Nawet sam Jerry Ehman, po ochło­nię­ciu zaczął wyrażać zdrowy scep­ty­cyzm: “Liczył­bym na to, że gdyby były to inte­li­gentne istoty, wysła­łyby sygnał znacznie więcej razy”. Innym razem rzucił nawet roboczym wyja­śnie­niem: “Coś mi mówi, że sygnał pocho­dził z Ziemi i po prostu uległ odbiciu od kawałka kosmicz­nego gruzu”. Jednak mimo upływu poko­le­nia i publi­ka­cji przeszło stu arty­ku­łów nauko­wych, nie ukuto zado­wa­la­ją­cej hipotezy, jasno obja­śnia­ją­cej fenomen poje­dyn­czego pik­nię­cia apa­ra­tury Wiel­kiego Ucha, co popra­wiało humor zwo­len­ni­kom upa­try­wa­nia w “Wow!” frag­mentu galak­tycz­nej kon­wer­sa­cji.

Jedna z gło­śniej­szych prób wytłu­ma­cze­nia zjawiska pojawiła się dopiero w 2016 roku, po niemal czterech dekadach od jego dostrze­że­nia. (Swoją drogą to, że po czter­dzie­stu latach wciąż ukazują się publi­ka­cje, uzmy­sła­wia o jak tra­pią­cej kwestii mowa). Według pla­ne­to­loga Antonio Parisa, źródło całego zamie­sza­nia rze­czy­wi­ście nie znajduje się na powierzchni kuli ziem­skiej, ale nie leży też poza gra­ni­cami Układu Sło­necz­nego. I tak, Paris oskarżył o pod­szy­wa­nie się pod obcą cywi­li­za­cję, śmi­ga­jące tu i ówdzie komety. Dlaczego akurat one, a nie planety czy pla­ne­to­idy? Na to wskazuje uni­ka­towa cha­rak­te­ry­styka komet. Ich sercem są nie­wiel­kie skalisto-lodowe jądra, które w trakcie zbli­ża­nia do Słońca roz­dy­mają się do nie­pro­por­cjo­nal­nych gaba­ry­tów o średnicy setek lub tysięcy kilo­me­trów i wypusz­czają wido­wi­skowy, gazowy ogon. Wiedząc to, Paris teo­re­ty­zuje:

Umiar­ko­wa­nie aktywne komety otoczone są przez szerokie chmury obo­jęt­nych atomów wodoru. Wodór ten jest uwal­niany z komety gdy pro­mie­nio­wa­nie sło­neczne w zakresie ultra­fio­letu, rozbija czą­steczki pary wodnej uwal­niane z jądra komety, na atomy tlenu i wodoru. Ponadto (…) chmura wodoru ota­cza­jąca kometę wyrzuci fotony, emitując pro­mie­nio­wa­nie elek­tro­ma­gne­tyczne o czę­sto­tli­wo­ści cha­rak­te­ry­stycz­nej dla linii wodoru (1420,40575177 MHz).

~ Antonio Paris

Trzeba przyznać, że to ele­ganc­kie, przej­rzy­ste i prze­ko­nu­jące wytłu­ma­cze­nie. Paris podał nawet nazwy komet, które pamięt­nej nocy 15 sierpnia 1977 roku, mijały na nie­bo­skło­nie gwiazdę χ Sagit­ta­rii i mogły wyemi­to­wać legen­darny sygnał. Naj­praw­do­po­dob­niej był to któryś z pary obiektów: 266P/Christensen albo P/2008 Y2. Obie komety odkryto w ostat­nich latach, co tłu­ma­czy­łoby dlaczego nie brano ich wcze­śniej pod uwagę.

Zobacz też: Zanim przyszło SETI…

Słysząc o próbach kontaktu z inte­li­gen­cją poza­ziem­ską, oczyma wyobraźni widzimy liczący wiele hektarów pła­sko­wyż, usiany nie­zli­czoną ilością anten wymie­rzo­nych w nie­bo­skłon. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, iż ludzkie marzenie o prze­ka­za­niu wia­do­mo­ści obcej cywi­li­za­cji naro­dziło się ponad sto lat wcze­śniej niż zamysł SETI czy radio­te­le­skopu Arecibo. 

Musimy pamiętać, że samo prze­ko­na­nie o ist­nie­niu roz­wi­nię­tych gatunków poza­ziem­skich, pozo­sta­wało mocno zako­rze­nione w umysłach uczonych XIX wieku. To właśnie w epoce pra­pra­dzia­dów współ­cze­snych astro­no­mów powstała kon­cep­cja “mar­sjań­skich kanałów”, mających dowodzić zamiesz­ki­wa­nia Czer­wo­nej Planety przez spo­łe­czeń­stwo tech­niczne. Jed­no­cze­śnie, w oma­wia­nym okresie nikt nie zdawał sobie sprawy z rze­czy­wi­stej wiel­ko­ści wszech­świata, ogra­ni­cza­nego co najwyżej do obszaru Drogi Mlecznej czy nawet samego Układu Solar­nego…

A może jednak?

Czy sprawę powin­ni­śmy uznać za zamkniętą? Okazuje się, że nie do końca. Po pierwsze, od razu pojawia się pewna znacząca wąt­pli­wość. Skoro tego typu sygnał radiowy na czę­sto­tli­wo­ści typowej dla wodoru, pozo­staje natu­ral­nym pro­duk­tem dzia­ła­nia komet, to dlaczego nigdy wcze­śniej i nigdy później na nic podob­nego nie tra­fi­li­śmy? Komet jest na tyle dużo, że Wielkie Ucho lub jakie­kol­wiek inne obser­wa­to­rium powinno usłyszeć “Wow!” nie raz i nie dwa. Po drugie, hipoteza wymaga nale­ży­tej wery­fi­ka­cji, a ta wzbu­dziła ostatnio sporo kon­tro­wer­sji. Antonio Paris wydał publi­ka­cję, w której pochwa­lił się zare­je­stro­wa­niem odpo­wied­niego sygnału podczas nasłu­chi­wa­nia komety, co w jego prze­ko­na­niu stanowi osta­teczne potwier­dze­nie nowej kon­cep­cji. Tego zado­wo­le­nia nie podzie­lają jednak znawcy tematu, wymie­nia­jący szereg nie­ści­sło­ści. Na część z nich zwrócił niedawno uwagę Pul­sKo­smosu. Nie wdając się w szcze­góły, praca Parisa nie docze­kała się publi­ka­cji w żadnym reno­mo­wa­nym perio­dyku, zaś jej treść zdradza nie­oby­cie autora w dys­cy­pli­nie radio­astro­no­mii. Pla­ne­to­log nie poin­for­mo­wał o loka­li­za­cji wyko­rzy­sta­nej anteny, posłu­gi­wał się nie­sto­so­waną w tej dzie­dzi­nie jed­nostką decybela i nie wyjaśnił w żaden sposób, dlaczego komety już wcze­śniej nie dawały o sobie znać na tym paśmie.

Czy jest to tylko nie­uza­sad­nione cze­pial­stwo? Nie sądzę aby były to zastrze­że­nia, które zmuszają nas do natych­mia­sto­wego odrzu­ce­nia hipotezy Parisa. Co najwyżej dewa­lu­ują jego obser­wa­cje. Istnieje zatem tylko jeden, w pełni naukowy sposób na roz­wią­za­nie sporu: powtó­rze­nie eks­pe­ry­mentu, naj­le­piej przez innego, doświad­czo­nego radio­astro­noma. Jeżeli nasłu­chu­jąc komety uda się raz jeszcze uchwycić pożądany sygnał, zagadkę “Wow!” będziemy mogli z czystym sumie­niem uznać za roz­wią­zaną.

Literatura uzupełniająca:
F. Drake, D. Sobel, Czy jest tam kto? Nauka w poszukiwaniu cywilizacji pozaziemskich, przeł. E. Bielicz, Warszawa 1996;
B. Miller, Piknik z Einsteinem. Naukowy zawrót głowy, przeł. A. Bukowski, Warszawa 2013;
J. Ehman, The Big Ear Wow! Signal What We Know and Don’t Know About It After 20 Years, [online: https://archive.is/k9g9x#selection-33.0–41.51];
P. Berg, Wiemy, skąd pochodzą błyski radiowe. To nie kosmici, [online: www.polityka.pl/tygodnikpolityka/nauka/1689314,1,wiemy-skad-pochodza-blyski-radiowe-to-nie-kosmici.read];
A. Paris, Hydrogen Clouds from Comets 266/P Christensen and P/2008 Y2 (Gibbs) are Candidates for the Source of the 1977 “WOW” Signal, [online: www.linkedin.com/pulse/hydrogen-clouds-from-comets-266p-christensen-p2008-y2-paris?articleId=6089780760292704258#comments-6089780760292704258&trk=prof-post];
R. Kosarzycki, Kolejna odsłona historii z sygnałem Wow i kometą, [online: www.pulskosmosu.pl/2017/06/11/kolejna-odslona-historii-z-sygnalem-wow-i-kometa/].
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.