Głupota na niedzielę: Nieznajomość nauki szkodzi

Kiedyś się mówiło: “Bóg dał dziecko, Bóg da na dziecko”. Osobiście wolałbym wierzyć w wersję: “Bóg dał dziecko, Bóg da rozum rodzicom”. Niestety oba życzenia pozostają niezmiennie naiwne.

Doczekaliśmy się kolejnego w tym roku orzeczenia sądowego, dotyczącego ofiary szalejącej epidemii imbecylizmu. Poszkodowane znów zostało dziecko, które postradało życie tylko dlatego, że rodzice postanowili leczyć ostrą białaczkę limfoblastyczną (ALL) dietą i pestkami z moreli. Dwa miesiące wcześniej zakończyła się sprawa półtorarocznej dziewczynki, zmarłej z niedożywienia, ponieważ mama, tata i lokalny znachor stwierdzili, że do przeżycia wystarczy jej rozwodnione kozie mleko.

Do makabrycznej wyliczanki dodajmy jeszcze siedemnaście zgonów w Rumunii, gdzie rodziciele postanowili zaryzykować głowami swoich latorośli w imię walki ze szczepieniami i koncernami farmaceutycznymi.

Aż chciałoby się wyjść na rynek dużego miasta i krzyknąć: “Co się z wami dzieje ludzie”?! Na łamach bloga pokpiwałem z osobników wierzących w płaską Ziemię, z negacjonistów ewolucji czy wielkiego wybuchu, z baranów nieznających elementarnych praw natury. Mogliśmy wspólnie pozwalać sobie na szyderstwa, śmiech i traktowanie głupców z przymrużeniem oka. Niestety, gdzieś po drodze łatwo zapomnieć o podstawowym celu, jaki przyświeca takim tekstom. Nie natrząsamy się z pseudonauki dlatego, że to wdzięczny temat do żartów i anegdot, ani po to aby łechtać swoje ego. Każdy z tych artykułów, bez względu na lekkość formy, stanowi ogromny, czerwony znak ostrzeżenia, stojący tuż przed przepaścią. Nie jestem pewny co leży na dnie tej przepaści, ale na pewno nic przyjemnego dla przyszłości naszej cywilizacji.

Wydawałoby się, że bałwana bełkoczącego o młodej Ziemi wykreowanej 6 tysięcy lat temu, należy traktować po prostu jako niegroźnego dziwaka. Nic z tych rzeczy. Każda forma pseudonauki jest dokładnie tak samo niebezpieczna. Człowiek pozostaje istotą racjonalną nawet w swojej głupocie. Skoro raz postawił opinię pseudonaukowca ponad zdaniem grupy profesorów, to istnieje spora szansa, że w przyszłości postawi rady szarlatana ponad diagnozą lekarza medycyny. Osoba, która jest gotowa uwierzyć anonimowemu autorowi filmu z żółtymi napisami, zaufa również znachorowi obiecującemu cudowne, tanie i naturalne metody leczenia. Jeden głupi krok, nieuchronnie prowadzi do następnego. Jeśli kiedykolwiek mieliście okazję podjąć polemikę z takimi ludźmi, wiecie co mam na myśli. Entuzjasta pseudonauki raczej nie poprzestaje na jednym temacie, lecz rozciąga swoją zwichrowaną ocenę na całą otaczającą go rzeczywistość. Skoro dał się uwieść jednej teorii spiskowej, najprawdopodobniej potraktuje poważnie również inne – aż dojdzie do przesilenia, po którym każda sfera życia potrzebuje alternatywnego wyjaśnienia. Zaczyna się od wiary w płaską Ziemię, a kończy na kontestowaniu osiągnięć nauki w ogóle i przekonaniu o ogólnoświatowej zmowie niecnych uczonych.

Nie mam ochoty pastwić się nad rodzicami, którzy dopuścili do śmierci swoich dzieci. Nie będę pisał o tym czy, i jakie konsekwencje powinien wyciągać wobec takich rodziców sąd. Dla mnie najważniejsza jest praca u podstaw i mówienie bez owijania w bawełnę o zalewającej nas fali ignorancji. Dlatego właśnie piszę teraz bez ogródek: głupota zabija. Dosłownie i bez żadnej przesady. Na dziesięcioro odpowiednio leczonych – tj. metodami naukowymi – dzieci z białaczką, aż dziewięć przeżywa. Zdanie się na patenty znachora jest logicznie równoważne z pozostawieniem chorego samemu sobie, nieudzieleniu mu żadnej pomocy i zredukowaniu jego szans do zera. Jasne, rodzice mieli dobre intencje, kochali małego, zostali oszukani itp. itd. Nie sądzę aby nieboszczykowi zrobiło to jakąkolwiek różnicę. Leży teraz metr pod ziemną w niewielkiej trumience i nie głowi się nad szlachetnymi pobudkami przyświecającymi jego opiekunom. Nie udawajmy zatem, że głupota matek oraz ojców jest bez znaczenia i że w takich przypadkach nie ponoszą oni żadnej winy. Że ostatecznie, nie traktują oni swoich dzieci jak szczury doświadczalne, dla wypróbowania niepotwierdzonych metod leczenia, odrzucając takie, która dają całkiem obiecujące rokowania.

Nie łudźmy się, że samo nagłośnienie ostatnich incydentów i ukaranie winnych, odwróci panujący trend. Kiedy wejdziecie na jakiś portal i spojrzycie poniżej dowolnego newsa o kolejnej ofierze altmedów, ujrzycie przepastny krajobraz umysłowej pustyni. Dziesiątki wysoko ocenianych komentarzy od osób stojących murem za znachorami oraz ich szamańskimi metodami. To co napiszę będzie pesymistyczne, ale jeśli śmierć nie jest w stanie otworzyć oczu zwolennikom pseudonauki – to już nic tego nie zrobi. Nie istnieje obuch dostatecznie duży aby to towarzystwo otrzeźwić. I zasadniczo nie widzę w tym problemu, tak długo jak stanowią oni niebezpieczeństwo dla samych siebie. Głupiec z nowotworem łykający witaminę C i pestki moreli sam wybiera swój los, do czego ma prawo jak każdy samobójca. Tylko te dzieci…

Właście tacy głupcy i ich argumenty mają poklask w społeczeństwie. Człowiek broniący znachora, przez którego zmarło dziecko śmie pisać o “poszanowaniu dla ludzkiego życia”. Wysuwa debilne pytanie co my byśmy zrobili, jakby decyzja o leczeniu z 90-procentową skutecznością była jakimś dylematem. A na koniec wspomina jeszcze o “prymitywnym myśleniu”. Odrażające.

Rola moja i innych popularyzatorów nauki, sprowadza się do edukowania tych, których jeszcze da się edukować. Ale wbrew pozorom nie chodzi tu wcale o tworzenie materiałów dotyczących fizyki, biologii, chemii czy jakiejkolwiek innej konkretnej dyscypliny. Nikt z nas nie musi rozpisywać skomplikowanych wzorów ani klepać na pamięć długich, egzotycznie brzmiących nazw. Najważniejszą tarczą przeciwko ignorancji pozostaje znajomość oraz poszanowanie samej metody naukowej. Wiedza o tym, czym jest teoria naukowa, skąd się bierze oraz jak wygląda ścieżka jej weryfikacji.

Oczywiście, szczypta racjonalizmu i zdrowego rozsądku jest tu nieodzowna.

Głupota na niedzielę: Naukowy chaos informacyjny, czyli sensacje z niczego Głupota na niedzielę: Koncerny mordują Filipińczyków! Książka “Jakoś wkrótce”, premiera jutro, a recenzja już dziś