Co wy macie z tym Teslą?

Czytam sobie tu i ówdzie komentarze spływające do sieci po premierze serialu “Geniusz”, poświęconego życiorysowi Alberta Einsteina. Ku mojemu zaskoczeniu, najczęściej pojawiające się w nich słowo, brzmiało: Tesla.

No oczadziali ci ludzie. Wszędzie – na YouTube, facebooku, małych blogach i wielkich portalach – musi się pojawić choćby jeden człowiek, który w reakcji na nazwisko “Einstein”, niemal odruchowo odkrzykuje “Tesla”. Aż trudno mi dokładnie opisać swoje odczucia względem takich reakcji, bo wywołują mieszankę rozbawienia, rezygnacji i zażenowania. Nie chodzi tu w ogóle o postacie jednego czy drugiego autorytetu, bo co do tego, iż obaj panowie dysponowali pięknymi umysłami, nie ma najmniejszych wątpliwości. Problem leży gdzie indziej. Komentarze, takie jak te poniżej, są po prostu absurdalne i urągają zdrowemu rozsądkowi.

Co trzeba mieć w głowie, żeby wyrzucić z siebie zdanie typu: “Einstein mógłby Tesli najwyżej buty pucować”? Mam nadzieję, że chociaż część z was podziela moją konsternację lub przynajmniej pojmuje jej źródło. Oto widzisz nazwiska dwóch niekwestionowanych geniuszy, dwóch ikon nauki, dwóch potężnych figur swojej epoki – które na siłę próbuje się stawić przeciwko sobie. Wbrew logice, bez żadnej sensownej podstawy. Jeszcze konflikt Serba z Thomasem Edisonem można łatwo uzasadnić, gdyż losy obu wynalazców splatały się w sposób wyraźny, podobnie jak ich zainteresowania. Pod tekstami czy filmami dotyczącymi ojca przyszłego General Electric, wstawki o Tesli, nawet jeśli przejaskrawione, to jednak mają jakiś sens. A co ma wspólnego pionier elektryfikacji z twórcą teorii względności? Obaj zajmowali się nauką ścisłą i krążyli wokół zagadnień fizycznych, ale ich zestawianie jest równie zasadne co próba porównania Louisa Armstronga z Elvisem Presleyem, albo – bliżej sfery nauki – Elona Muska ze Stephenem Hawkingiem. Niby przedstawiciele tych samych dziedzin, wielcy wizjonerzy, ale jednak obrabiający zupełnie różne działeczki.

To samo tyczy się osiągnięć Einsteina oraz Tesli, czy nawet odkryć naukowych w ogóle. Nie jestem w stanie powiedzieć czy wspanialszym dziełem sztuki jest fresk z Kaplicy Sykstyńskiej Michała Anioła czy Czarodziejski flet Mozarta. Tak samo nie podejmę się próby wskazania ważniejszej zdobyczy nauki. Silnik elektryczny, prądnica czy transformator zmieniły świat, ale to samo uczyniły szczególna oraz ogólna teoria względności. Jeszcze mógłbym pokusić się o ocenę (choć i tak mocno subiektywną i niewiążącą) wagi publikacji dwóch odkryć z zakresu, dajmy na to, samej fizyki cząstek elementarnych, samej optyki, czy kosmologii. Ale porównywać osiągnięcia inżynieryjne z tworami fizyki teoretycznej? To głupota. Domniemywam, że część z wielbicieli talentu Tesli opiera swoje mniemania o łopatologiczne kryterium praktyczności poszczególnych odkryć, tego czy bezpośrednio wpłynęły na codzienne życie ludzi. Jeśli przyjdzie wam kiedykolwiek do głowy zastosować tego typu prymitywny argument, to pamiętajcie, że słynne patenty Tesli nie ujrzałyby światła dziennego bez wcześniejszych publikacji Jamesa Clerka Maxwella i kilku innych teoretyków.

Mówiąc krótko, mamy do czynienia z dwoma geniuszami. Obaj zmienili oblicze nauki, choć jeden powinien zostać zapamiętany przede wszystkim wyborny inżynier, a drugi jako architekt współczesnej fizyki teoretycznej. Pierwszy ułatwił nam wszystkim życie, drugi rozgryzł pokaźną część kodu wszechświata. Próba dewaluowania ich nazwisk poprzez porównania, jest nie tylko bezzasadna, niesmaczna, ale też obraźliwa. Choć biorę pod uwagę fakt, że jeśli jakaś osoba podziwia z błyskiem w oku przełomowe patenty Tesli, a jednocześnie bagatelizuje idee Einsteina – tak naprawdę nie zna i nie pojmuje potęgi postulatów teorii względności, ani tego jak mocno przemeblowały one krajobraz całej fizyki. (Na co wskazuje choćby komentarz gościa, twierdzącego, że profesor Princeton jest znany tylko dzięki wzorowi E=mc2 oraz zdjęciu z wywalonym językiem. Dramat i kompletna nieznajomość tematu). W końcu abstrakcyjna publikacja zawsze będzie mniej pociągająca niż namacalne, furczące urządzenie.

Swoje znaczenie ma tu również zwykła psychologia tłumu. Nikola Tesla jest modny, więc wszyscy – zwłaszcza ci, którzy na co dzień mają w nosie naukę – biorą go na sztandary. To trochę jak z małolatami noszącymi koszulki z logo Jacka Danielsa, choć jedyny alkohol jaki mieli w ustach to łyk piwa, którym poczęstował ich ojciec. Albert Einstein wypada na tym tle zbyt zwyczajnie, wręcz plebejsko. Lud chce aury tajemniczości, najlepiej z dosypką teorii spiskowych i sensacji. To pomaga stworzyć pozory niezależności i buntu przeciw mainstreamowi.

Tak na marginesie. W ramach ciekawostki pobuszowałem poszukując informacji na temat związków obu bohaterów. Oczywiście znali swoje nazwiska, zdarzyło im się wymienić korespondencję, być może nawet mieli okazję się poznać. Zainteresował mnie natomiast stosunek Serba do fizyki relatywistycznej, o którym świadczą niedługie wypowiedzi opublikowane na łamach New York Timesa. Przebija w nich typowe dla inżyniera niezrozumienie istoty i metodologii pracy teoretyków. Pod koniec życia zdarzyło mu się krytykować zarówno założenia teorii względności jak również, wchodzącej na salony mechaniki kwantowej. W obu przypadkach przestrzelił tak mocno jak tylko się dało, plotąc o metafizyce. Dziś, kiedy OTW przeszła enty z kolei test, za sprawą detekcji fal grawitacyjnych przez interferometry LIGO, możemy śmiało stwierdzić, iż teslowska “metafizyka” stała się ciałem.

Praca Einsteina na temat względności, została ubrana we wspaniały strój matematyczny, który fascynuje, zachwyca i sprawia, że ludzie są ślepi na błędy bazowe. Teoria ta jest jak żebrak ubrany w purpurę, którego w swej niewiedzy ludzie biorą za króla. Wykładają ją genialni ludzie, będący jednak raczej metafizykami, a nie naukowcami.

Nikola Tesla

Fizyka teoretyczna znajdowała się na obrzeżach zainteresowań wynalazcy i poza ogólnymi przewidywaniami, opartymi o intuicję, nie podjął się on próby naukowego podważenia dzieła Einsteina ani mechaniki kwantowej. Żeby była jasność: nie piszę tego aby zakpić z Tesli. Ten, najzwyczajniej w świecie był omylny, nie inaczej niż Albert, chowający głowę w relatywistycznym piasku, w strachu przed kwantami. Wspominam o tym fakcie dla przestrogi, tak potrzebnej ogromnym rzeszom internautów, podchodzącym do postaci popularnego wynalazcy w sposób bezkrytyczny i mitologiczny, łatwo zapominając, że był on jedynie człowiekiem. Nie znał się na wszystkim, nie posiadał recepty na złamanie praw fizyki, ani na zbawienie świata.

Nikola Tesla powinien być traktowany po prostu jako genialny inżynier, tak jak Albert Einstein, jako genialny fizyk i teoretyk. Na szczycie naukowego Olimpu starczy miejsca dla obu. Serio.

Aha, jeśli ktoś ma wątpliwości co do tego, że internety pękają w szwach od mitów i wziętych z sufitu informacji na temat Tesli, to przypominam starą prowokację.
Pseudonauka na uczelniach: wykluczać czy rozmawiać? Ciemna energia: Niewidzialna ręka wszechświata Głupota na niedzielę: o “głupocie” nauki?