Z roku na rok przybywa akcji protestacyjnych z cyklu: “Stop szarlatanom na uniwersytetach”. I raz za razem pojawia się uzasadnione pytanie, o sens i potrzebę dyskusji z osobami stojącymi w opozycji wobec dokonań nauki.

Nauka jest akcep­ta­cją tego co działa i odrzu­ce­niem tego co nie działa. Taka postawa wymaga znacznie większej odwagi, niż mogli­by­śmy pomyśleć.

Jacob Bornowsk

Wysłu­cha­łem właśnie debaty poświę­co­nej relacjom medycyny aka­de­mic­kiej z natu­ral­nymi metodami leczenia, zor­ga­ni­zo­wa­nej kilka dni temu przez Polskie Radio Katowice. Poza doświad­czo­nymi leka­rzami, w rozmowie wziął udział gwiazdor polskiej sceny alt­me­do­wej, inż. Jerzy Zięba (nie wiedzieć dlaczego, przed­sta­wiony jako bio­che­mik). Dyskusja raczej prze­wi­dy­walna i wątpię czy otworzy wyrwę w czyimś umyśle. Uczeni mówili obficie i mery­to­rycz­nie, czasami przy­nu­dza­jąc, a znachor, jak to znachor, dał ludowi rozrywkę jakiej ocze­ki­wał.

Nie będę tutaj recen­zo­wał samego spo­tka­nia i sięgał do jego meritum. Zamiast tego wolę pochylić się nad tytu­ło­wym pytaniem, które zdaje się nie­ustan­nie krążyć nad murami uczelni, zresztą nie tylko polskich. Czy jest w ogóle sens, publicz­nego kon­fron­to­wa­nia piewców pseu­do­nauki z auto­ry­te­tami? Szerzej: czy powin­ni­śmy zezwalać, aby osoby stojące w jawnej opozycji wobec dorobku i metody naukowej, prze­kra­czały progi uni­wer­sy­te­tów? Temat trudny, ponieważ stawia pod znakiem zapy­ta­nia wiele uświę­co­nych wartości, na czele z wol­no­ścią słowa – wszakże nie­zbędną w aka­de­mic­kim dys­kur­sie. Oso­bi­ście, dotąd popie­ra­łem ruchy unie­moż­li­wia­jące zna­cho­rom para­do­wa­nie po uczel­nia­nych aulach; acz­kol­wiek przy­znaję, że nie bez pewnych wąt­pli­wo­ści. Spró­bujmy na razie, zwięźle wyno­to­wać wady i zalety utrzy­my­wa­nia swoistej naukowej “cenzury”.

Za wpuszczaniem:

- Bo wolność słowa: kła­dziemy na szali coś, bez czego uni­wer­sy­tet nie może pełnić swojej pod­sta­wo­wej roli, czyli bycia plat­formą dla wymiany myśli i poglądów.
- Można obnażyć pseu­do­nau­kowca: to bodaj naj­czę­ściej poja­wia­jący się argument, para­dok­sal­nie łączący zwo­len­ni­ków i krytyków pseu­do­nau­ko­wych teorii. Skoro dana persona i głoszone przez nią tezy są absur­dalne, to skon­fron­tujmy ją z eks­per­tami, aby ci mogli wypunk­to­wać wszelkie błędy. Przy­znaję, że w idealnym świecie sam pod­pi­sał­bym się pod takim roz­wią­za­niem.
- Prze­ko­nu­jemy nie­prze­ko­na­nych: zakła­da­jąc, że na debatę przyjdą różne osoby, nie tylko człon­ko­wie obu obozów, zawsze istnieje szansa, że część laików zwróci uwagę na przed­sta­wione fakty i raz na zawsze zwróci się prze­ciwko pseu­do­nauce.
- Odmowa daje argument zwo­len­ni­kom teorii spi­sko­wych: za każdym razem gdy pro­te­stu­jemy prze­ciwko wpusz­cza­niu hochsz­ta­plera do pań­stwo­wej uczelni, potwier­dzamy wymysły rodzące się w główkach zakry­tych cza­pecz­kami z folii alu­mi­nio­wych. Skoro pro­fe­so­ro­wie nie chcą stawać w szranki z nie­wy­god­nym prze­ciw­ni­kiem, to naj­wy­raź­niej obawiają się blamażu lub starają się coś ukryć przed spo­łe­czeń­stwem. Ponadto, “kne­blo­wani” w łatwy sposób mogą zrobić z siebie wyklu­czo­nych męczen­ni­ków.
- Kto ma decy­do­wać o tym co jest pseu­do­nauką: to akurat naj­mniej­szy kłopot, choć i takie głosy można gdzie­nie­gdzie usłyszeć. Uczulam tylko na to, że mówiąc o pseu­do­nau­kow­cach, nie chodzi o brak dyplomu czy samą kon­tro­wer­syj­ność danych założeń. Pisałem nie tak dawno o Rama­nu­ja­nie, który bez ode­bra­nia for­mal­nego wykształ­ce­nia zmienił oblicze mate­ma­tyki. Rzecz dotyczy przede wszyst­kim zawo­do­wych bla­gie­rów, ludzi igno­ru­ją­cych fakty i publi­ka­cje naukowe, bądź też trak­tu­jący je wybiór­czo, dla osią­gnię­cia własnych korzyści. Na szczę­ście, zazwy­czaj są to przy­padki na tyle skrajne, że ich roz­po­zna­nie nie budzi więk­szych wąt­pli­wo­ści.

Przeciw wpuszczaniu:

- Obniżamy rangę aka­de­mic­kiej dysputy: każdy z nas psioczy od czasu do czasu na poziom debaty publicz­nej, obja­wia­jący się cho­ciażby żenującą publi­cy­styką tele­wi­zyjną czy radiową. Dzien­ni­ka­rzom nie zależy na mery­to­rycz­nej wymianie zdań, lecz na barwnych gościach, którzy uwiodą widzów i słu­cha­czy. Zapra­sza­jąc do murów świątyni nauki pierw­szego lepszego oszołoma, tracimy ostatni bastion rze­czo­wej i poważnej dyskusji. Poza tym, uważam, że placówka badawczo-edu­ka­cyjna pozwa­la­jąca sobie na takie show, sprze­nie­wie­rza cele, dla których została powołana.
- Nauka nie jest demo­kra­tyczna: dyskusje są nie­odzowne, lecz te aka­de­mic­kie mają swoją spe­cy­fikę, której niestety nie pojmie każdy laik. Nie chodzi o słowne (tfu!) zaoranie prze­ciw­nika i wesołe aneg­dotki, lecz żmudne zesta­wia­nie udo­ku­men­to­wa­nych faktów. Entu­zja­stom pseu­do­nauki niestety wydaje się, że – podobnie jak w studio tele­wi­zyj­nym czy na ulicznym wiecu – rację ma ten, kto zgarnie więk­szość braw i nie zostanie wygwiz­dany. W rze­czy­wi­sto­ści, o praw­dzi­wo­ści zdania decydują fakty, nie liczba oraz głośność wyznaw­ców.
- Suge­ru­jemy, że szar­la­tan jest “równy” z naukow­cami: sadzając znachora w gremium złożonym z lekarzy medycyny, spra­wiamy, iż dla osób trzecich staje się on równie warty wysłu­cha­nia co oni. Mało tego, skoro mimo braku kwa­li­fi­ka­cji uzdro­wi­ciel dys­ku­tuje z pro­fe­so­rami (a więc ci zgodzili się na rozmowę), to naj­wy­raź­niej jest naprawdę wyjąt­kową postacią i warto ją poznać.
- Argu­menty mery­to­ryczne toną w morzu erystyki: mógłbym mówić o cha­ry­zmie pseu­do­nau­kow­ców, ale byłby to tylko eufemizm od “cho­ler­nie spryt­nego gada”. Popu­li­ści, dema­go­dzy i szar­la­tani, naj­czę­ściej do per­fek­cji opa­no­wują sztukę odwra­ca­nia kota ogonem oraz mówienia tłumowi dokład­nie tego co chce usłyszeć. Od razu przy­cho­dzi mi na myśl Kent Hovind, który z pre­zen­cją aktora i iro­nicz­nym poczu­ciem humoru, potrafił wciskać Ame­ry­ka­nom bania­luki, które nor­mal­nie nie prze­szłyby nawet w pod­sta­wówce. W takiej sytuacji nawet naj­więk­szy ekspert, pozba­wiony medial­nego uroku, nie ma szans na zjed­na­nie sobie widowni.
- Tworzymy wrażenie, że na łonie danej dys­cy­pliny istnieje spór, nawet gdy takowego nie ma: przede wszyst­kim, na plakacie rekla­mu­ją­cym debatę nikt nie określi jednego z uczest­ni­ków pseu­do­nau­kow­cem lub innym, równie dosadnym terminem. Istnieje zatem nie­bez­pie­czeń­stwo, że osoba postronna odbierze to za dyskusję spe­cja­li­stów, którzy nie są zgodni co do aktu­al­nego stanu wiedzy. Gdyby profesor astro­no­mii stanął w oko w oko, dajmy na to, z kry­ty­kiem teorii helio­cen­trycz­nej – ktoś o niezbyt lotnym umyśle, mógłby pomyśleć, że odkrycie Koper­nika stoi pod znakiem zapy­ta­nia. 
- Utwar­dzamy pseu­do­nau­kowy beton: kiedy już ziści się naj­czar­niej­szy sce­na­riusz, czyli sprytny kanciarz kupi widownię ilu­zo­rycz­nie wygry­wa­jąc dyskusję, będzie to kolejna warstwa usztyw­nia­jąca prze­ko­na­nia entu­zja­stów “nauki alter­na­tyw­nej”.
- Zacie­ramy granicę między nauką i pseu­do­nauką: jeśli na uni­wer­sy­te­cie odbywa się dyskusja naukowca i pseu­do­nau­kowca, to naj­wy­raź­niej coś jest na rzeczy. Pamię­tajmy o ludzkiej skłon­no­ści do poszu­ki­wa­nia praw­do­środ­ko­wi­zmu. Krótko mówiąc, jeśli uczeni mówią o tym, że wszech­świat powstał 13,82 mld lat temu, a hucpiarz prze­ko­nuje, że wszystko zaczęło się 6 tys. lat temu – to naj­wy­raź­niej rze­czy­wi­sta odpo­wiedź leży gdzieś pomiędzy. To oczy­wi­ście złudne prze­świad­cze­nie, bowiem w nauce prawda leży tam gdzie leży i całkiem praw­do­po­dobne, że jedna ze stron sporu cał­ko­wi­cie zabłą­dziła (lub łże). Niemniej, lubimy się oszu­ki­wać, mówiąc, iż w każdym stwier­dze­niu kryje się ziarno prawdy.

Choć ostatnia debata z udziałem Zięby nie odbyła się na uni­wer­sy­te­cie, można do niej odnieść niemal wszyst­kie powyższe argu­menty. No bo jakie ta rozmowa przy­nio­sła owoce? Znachor spotkał się z zacnymi figurami świata medycyny, które siłą rzeczy nie mogły przyjąć jego mętnych tez i nie­spraw­dzo­nych terapii. Samo zesta­wie­nie inter­lo­ku­to­rów, utrwa­liło w głowie typowego ziębity, obraz oblę­żo­nej twierdzy, w której media próbują zaszczuć dobro­dusz­nego popu­la­ry­za­tora “natu­ral­nych” metod leczenia. Sam Zięba z kolei wyrasta na dziel­nego męża, który nie boi się rzucić rękawicy każdemu prze­ciw­ni­kowi, bez względu na dyplom, auto­ry­tet i przewagę liczebną. Toż to woda na młyn pseu­do­nauki, naj­lep­szy prezent, o jakim pseu­do­nau­ko­wiec tylko może marzyć! Nie ukry­wajmy, że prze­ciętny pro­epi­de­mik, kre­acjo­ni­sta czy inny fan Młodej Ziemi, pozo­staje prze­ko­nany o uwi­kła­niu we wszech­obecną sieć spisków, a w wyima­gi­no­wa­nej oblę­żo­nej twierdzy czuje się jak ryba w wodzie. Tak skon­stru­owana debata, niestety uczyniła jego urojenia nama­cal­nymi. Z kolei Zięba – w oczach swoich akolitów – wygrał debatę, zanim ta jeszcze się roz­po­częła.

Spo­łeczny odbiór debaty i jej kon­se­kwen­cje, musiały być więc mizerne. Przede wszyst­kim, spo­glą­da­jąc na liczne komen­ta­rze rozsiane po sieci, od razu w oczy rzuca się dru­zgo­cący dualizm.

Zależnie od tego w jakie miejsce w sieci traficie, dowiecie się, iż Zięba totalnie zmiaż­dżył piątkę uczonych, albo że ów znachor kolejny raz się skom­pro­mi­to­wał, kon­fa­bu­lu­jąc i bredząc od rzeczy. Dwie, alter­na­tywne rze­czy­wi­sto­ści. Przy czym trudno oprzeć się wrażeniu, że lwią część widzów inte­re­so­wało kto był większym bucem i aro­gan­tem, w ogóle nie zwra­ca­jąc uwagi na argu­menty. Koniec końców, każdy siedzi w swoim okopie, zapo­mi­na­jąc, że osobisty urok lub anty­pa­tycz­ność mówią­cego, w naj­mniej­szym stopniu nie świadczy o praw­dzi­wo­ści lub fał­szy­wo­ści for­mu­ło­wa­nych tez.

Biorąc to wszystko w rachubę, mimo pewnych wąt­pli­wo­ści, pozo­stanę przy pier­wot­nym sta­no­wi­sku. Wpusz­cze­nie zade­kla­ro­wa­nego pseu­do­nau­kowca do placówki naukowej, two­rzy­łoby całą masę nie­bez­piecz­nych złudzeń. Ozna­cza­łoby również szko­dliwy pre­ce­dens, ponieważ otwarcie furtki dla jednego szar­la­tana, natych­miast zwa­bi­łoby kolej­nych.

Czy dosta­li­by­śmy coś w zamian? Czy taka wymiana zdań może przy­nieść jakie­kol­wiek realne korzyści? Pamię­tajmy, że głównym źródłem nauko­wych prawideł i tak nie jest żadna debata, lecz recen­zo­wane publi­ka­cje naukowe, których treść zostaje poddana obser­wa­cyj­nej bądź eks­pe­ry­men­tal­nej wery­fi­ka­cji. Polemika nauki z pseu­do­nauką będzie więc, tak czy inaczej, przy­po­mi­nać partię szachów, w której jedna ze stron nie posiada żadnych figur. A jak każdy wie, w takiej sytuacji naj­ła­twiej jest strącić całą sza­chow­nicę.

Ku uciesze gawiedzi.