Czytaj dalej

Pochylmy się nad pytaniem o sens samokształcenia i poszerzania horyzontów. Może dla niektórych to banał, lecz dla mnie kwestia fundamentalna, która budzi we mnie ogromny niepokój i jeszcze większy dyskomfort. Dlatego, że nie potrafię udzielić w pełni satysfakcjonującej odpowiedzi.

Ciemnota jest cier­pie­niem umysłu.

David Hume

Sprawa rysuje się nastę­pu­jąco. Przy­cho­dzi do Ciebie kumpel, kole­żanka, kuzyn, stryjek, masa­żystka, zbłąkane nie­bo­żątko, i zauważa impo­nu­jącą domową biblio­teczkę. Woooow, ile książek – zauważa swym bystrym okiem, po czym kon­ty­nu­uje – Ty to wszystko czytałeś? Nie­śmiało przy­ta­ku­jesz i dostrze­gasz, że gość z zachwytu prze­cho­dzi w lekką szyderę: Wła­ści­wie po cholerę ci to? Chyba naprawdę masz za dużo czasu.

Natu­ral­nie scena została prze­ry­so­wana, a wspo­mniana biblio­teczka to tylko swego rodzaju metafora. Możesz wyobra­zić sobie sto innych, drobnych sytuacji, w której postronna osoba po cichutku pokpiwa, bo opa­no­wa­łeś czeluści jakiejś egzo­tycz­nej dzie­dziny. Prze­czy­ta­łeś dziesięć książek o malar­stwie baroku lub zafa­scy­no­wały Cię walory kra­jo­brazu Tadży­ki­stanu, a jedyne na co zdo­bę­dzie się rozmówca to… Nic, bo praw­do­po­dob­nie ma w nosie Twoje sno­bi­styczne zain­te­re­so­wa­nia. Ewen­tu­al­nie może Cię potrak­to­wać jako nie­szko­dli­wego dziwaka, trwo­nią­cego czas na bzdety. Na myśl przy­cho­dzi mi porów­na­nie do kul­tu­ry­sty, który na ścieżce do nad­ludz­kiej sylwetki zdobył się na wielkie wyrze­cze­nia, po to tylko, aby na końcu usłyszeć pytanie: A tak w ogóle, jak dajesz radę podrapać się po plecach?

I tak czło­wieka nachodzi nie­po­ko­jąca myśl. Co jeśli w tym igno­ranc­kim rozu­mo­wa­niu zawarta jest odrobina racji i para­dok­sal­nie naj­wię­cej uczą się naj­głupsi? Czy upo­rczywe, wręcz kom­pul­sywne pochła­nia­nie wiedzy to zacho­wa­nie racjo­nalne?

po co na co

Odwieczna zagadka. Kto odniesie większy sukces: gość dosko­na­lący się w swojej dzie­dzi­nie i nie­ustan­nie prący w kon­kret­nym kierunku, czy tak zwany człowiek rene­sansu, mający potężne pokłady wiedzy, do których sięgnie ze dwa razy do roku? Nawet się nad tym nie główmy, bo wystar­czy rozej­rzeć się wokół aby ujrzeć dzie­siątki idiotów na eks­po­no­wa­nych sta­no­wi­skach, w mediach, tudzież przy władzy. Ale właśnie. Czy aby na pewno idiotów? Co dyrek­to­rowi banku po zna­jo­mo­ści układu okre­so­wego pier­wiast­ków? Na cholerę bur­mistrz pro­win­cjo­nal­nego miasta ma odróż­niać filo­zo­fię Sokra­tesa od Kanta? Dlaczego infor­ma­tyk powinien zawracać sobie głowę treścią Iliady czy Hamleta? Sam sobie odpo­wiedz. Szczerze.

To naprawdę cho­ler­nie przy­gnę­bia­jące! Jesteś dentystą i prze­czy­ta­łeś książkę poświę­coną mecha­nice kwan­to­wej. Fajnie, posze­rzy­łeś hory­zonty, posia­dłeś wiedzę tajemną. Gra­tu­luję, wkro­czy­łeś właśnie do krainy nie­skoń­czo­nych moż­li­wo­ści. Możesz pochwa­lić się nowymi infor­ma­cjami przed kolegą, zanudzić dziew­czynę, napisać bloga, a nawet roz­wią­zać krzy­żówkę. Tyle wygrać!

Tak, to przy­gnę­bia­jące.

Mimo wszystko, gdzieś głęboko w nas, zako­rze­niono szacunek do mądrości. Wycho­wu­jemy się w zgodzie z ludową maksymą ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz. Tyle tylko, że nikt nie zde­fi­nio­wał maje­sta­tycz­nego pojęcia “potęgi”. No chyba, że ktoś odczuwa szcze­gólny przypływ mocy, oglą­da­jąc co wieczór “Jeden z dzie­się­ciu” i próbując odpo­wia­dać na zagwozdki Tadeusza Sznuka. 

Wyobraź teraz sobie, że jesteś nauczy­cie­lem i uczeń, z nie­kła­ma­nym zain­te­re­so­wa­niem, zadaje Ci pytanie o sens wszech­stron­nego wykształ­ce­nia. Co mu odpo­wiesz? Oso­bi­ście się z takowymi zetkną­łem wiele razy, w różnych miej­scach i oko­licz­no­ściach. Choćby od kolegów-stu­den­tów, nie­po­tra­fią­cych znaleźć wyja­śnie­nia dla koniecz­no­ści zali­cza­nia modułów tzw. wykształ­ce­nia ogólnego (socjo­lo­gia, psy­cho­lo­gia, filo­zo­fia etc.). Skoro sensu inter­dy­scy­pli­nar­nego rozwoju nie dostrzega osoba prze­sia­du­jąca na uczelni wyższej, to nie należy dziwić się nasto­lat­kom. Dlatego za tak ważne uważam zna­le­zie­nie jakiejś, w miarę logicz­nej odpo­wie­dzi, którą mógłbym przed­sta­wić zarówno im jak i samemu sobie.

schopi

W cie­niut­kiej ksią­żeczce “Jak być uczonym”,  prof. Michał Heller porów­nuje głupotę do choroby, tym groź­niej­szej im bardziej nie­uświa­do­mio­nej. Pod­pi­suje się również pod cytatem Hume’a, którym opa­trzy­łem niniej­szy tekst. Obscu­rity is painful to the mind. Czyżby? Wie­lo­krot­nie oglą­da­łem róż­no­ra­kie sondy uliczne, mające uwy­dat­nić braki ele­men­tar­nej wiedzy u prze­cięt­nych oby­wa­teli. Rze­czy­wi­ście, wśród prze­chod­niów nigdy nie bra­ko­wało jed­no­stek nie­roz­po­zna­ją­cych na ilu­stra­cji sylwetki Pił­sud­skiego bądź wzoru suma­rycz­nego H2O. Nie spo­strze­głem jednak aby deli­kwenci łkali nad truchłem swego wykształ­ce­nia. Po pal­nię­ciu głupoty, potra­fili bez zaże­no­wa­nia, z szerokim uśmie­chem na twarzy, pozdro­wić do kamery zna­jo­mych. Słusznie, przecież świat się nie zawalił a żaden szcze­nia­czek nie ucier­piał. Jeszcze zestawmy ich z Nie­tz­schem czy Scho­pen­hau­erem, aby wysunąć wniosek dokład­nie prze­ciwny do myśli Hume’a. Umysł od ciemnoty nie cierpi, bo naj­czę­ściej nie jest świadomy swoich ogra­ni­czeń i pły­ną­cych zeń kon­se­kwen­cji. Umysł “światły” zaś, otrzy­muje bonus +10 do nihi­li­zmu egzy­sten­cjal­nego.

Ta kwestia sięga znacznie głębiej. Nie­świa­doma niczego owieczka oszczę­dzi sobie nerwów słysząc bzdurne dysputy w auto­bu­sie, czy tra­fia­jąc w inter­ne­cie na jakieś debilne teorie spiskowe. Zrób eks­pe­ry­ment. Pokaż niezbyt lotnemu zna­jo­memu dyskusję z pro­epi­de­mi­kami czy innymi kre­acjo­ni­stami i zapytaj co o tym sądzi. Praw­do­po­dob­nie wzruszy ramio­nami, zupełnie nie pojmując Twojej irytacji. Co prawda, może zapłaci za swą nie­wie­dzę wiarą, dajmy na to w poza­ziem­skich budow­ni­czych piramid czy per­pe­tuum mobile – ale w sumie, co za różnica? Zapew­niam, że wszech­świat pozo­sta­nie nie­wzru­szony jego opinią, tak jak i Twoją czy moją.

Ale trochę odbie­głem od tematu. Wracając na właściwe tory, wyobraź sobie drogi czy­tel­niku, co mógłbyś zrobić z czasem jaki prze­zna­czy­łeś na zgłę­bia­nie fizyki/astronomii/biologii (zakła­da­jąc, że nie jesteś fizykiem/astronomem/biologiem)? Ile mógłbyś prze­czy­tać książek ze swojej dzie­dziny lub pokrew­nej? Może zdo­łał­byś ogarnąć jakąś uni­wer­salną zdolność, jak np. dodat­kowy język obcy? Zdobyć dodat­kowe, uży­teczne zna­jo­mo­ści? Albo chociaż pobiegać dla zdrowia?

zaby4

Pisząc te słowa przeszło mi przez myśl, że naukę nale­ża­łoby zakwa­li­fi­ko­wać do kate­go­rii enig­ma­tycz­nych wartości, na które każdy z nas trwoni czas i pie­nią­dze, wyłącz­nie z irra­cjo­nal­nego poczucia obo­wiązku. Tak jak nacjo­na­li­sta masze­ruje przez miasto z flagą, tak my “ambitni” zapy­chamy sobie czerepy olbrzy­mią ilością danych. Bo wypada, bo tak nas wycho­wano, bo to premiuje lokalna kultura. Niemniej, mam nadzieję, że się mylę i znajdę znacznie roz­sąd­niej­szy punkt zacze­pie­nia.

Nie wyko­pa­łem tego dylematu ot tak, dla draki. Jako osoba, która zawaliła pół miesz­ka­nia książ­kami i spędza niemal cały wolny czas na pochła­nia­niu nauki i prze­ka­zy­wa­niu jej dalej, naprawdę chciał­bym poznać odpo­wiedź. Robimy coś sen­sow­nego, czy zwy­czaj­nie fra­je­rzymy?

Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.