Czytaj dalej

Nie jestem entuzjastą świątecznych czy noworocznych życzeń, bo nie są one na ogół zbyt konstruktywne. Za to podsumowania i postanowienia traktuję bardzo poważnie. Pora więc na coroczny przegląd osiągnięć i możliwości dalszego rozwoju Kwantowo.pl.

Kwantowo w liczbach

188920, to według Google Ana­ly­tics liczba użyt­kow­ni­ków, która w ciągu ostat­nich 12 miesięcy prze­wi­nęła się przez stronę. Pocie­sza­jące jest to, że według sta­ty­styk aż ponad połowa (51,2%) to czy­tel­nicy powra­ca­jący.

5190
, to obecna liczba kwan­to­wi­czów na face­bo­oku. W ubiegłym roku, o tej porze licznik poka­zy­wał 2735 dusz, zaś w posta­no­wie­niach obrałem za cel osią­gnię­cie pułapu 4 tysięcy. Zatem obecny wynik teo­re­tycz­nie wydaje się bardzo dobry; jednak dla mnie stan­dar­dowo, jest on jedynie satys­fak­cjo­nu­jący. Jasne, to miłe wiedzieć, że Twoje poczy­na­nia obser­wuje kilka tysięcy ludzi (niewiele mniej niż cała popu­la­cja mojego rodzin­nego mia­steczka), ale gdy człowiek uświa­da­mia sobie ile bzdur­nych stron, w tym samym czasie, zgro­ma­dziło wie­lo­krot­nie większą widownię – wszyst­kiego się ode­chciewa. (Prze­pra­szam wraż­liw­ców za ten powiew bru­tal­nej szcze­ro­ści, ale niestety tak właśnie jest. Co więcej, trzeba o tym mówić, bo przez taki stan rzeczy wielu innych “poważ­nych” blogerów skoń­czyło się zanim zaczęło. Po prostu zabrakło im cier­pli­wo­ści, co mnie nie dziwi).

537, tyle face­bo­oko­wych lajków zebrał wpis Wszech­świat pozba­wiony czasu. Podobnie jak wyżej: cieszy prze­kro­cze­nie pewnej granicy, ale osią­gnię­cie prze­staje robić wrażenie gdy spoj­rzymy na pseu­do­nau­kowe wypociny wielkich portali, zgar­nia­jące regu­lar­nie naście tysięcy łapek w górę i setki udo­stęp­nień. Swoją drogą, ciekawe, że rekord przypadł tekstowi z pogra­ni­cza kosmo­lo­gii i mecha­niki kwan­to­wej, a nie lżejszym i bardziej kon­tro­wer­syj­nym wynu­rze­niom. Było jednak blisko, bo dwie odsłony Głupoty na nie­dzielę Bo nauczy­ciel zrobił ze mnie idiotę oraz Zma­sa­kro­wał… zasady logiki i argu­men­ta­cji – były laj­ko­wane aż 400 razy.

501, tylu łapek w górę doczekał się nato­miast naj­po­pu­lar­niej­szy obrazek opu­bli­ko­wany na kwan­to­wym fan­pej­dżu. Co cie­kaw­sze, udo­stęp­ni­li­ście go aż 231 razy!

138, to liczba wszyst­kich opu­bli­ko­wa­nych w ostatnim roku wpisów. W tym miejscu mogę wreszcie wyrazić zado­wo­le­nie, bo spło­dzi­łem niemal dwa razy tyle notek co w 2014. Oczy­wi­ście na wynik mocno wpłynął projekt Kwan­to­wego budzika (czyt. poniżej), ale z nim czy bez – udało mi się zachować żelazną kon­se­kwen­cję i regu­lar­ność.

96, tyle komen­ta­rzy zaliczył wpis Czy ewolucja przeczy wierze? I tu mamy regres, nawet podwójny. W 2014 roku zdarzył się tekst, który zgro­ma­dził łącznie ponad aż 140 opinii, ale co naj­lep­sze, wspo­mniany artykuł miał cha­rak­ter… gościnny. Naj­chęt­niej pole­mi­zo­wa­li­ście ze słowami innego autora! To dobitnie pokazuje, że kom­plet­nie nie potrafię was zachęcić do aktyw­no­ści i dyskusji. Naj­czę­ściej komen­to­wana spośród moich publi­ka­cji, docze­kała się zaledwie 58 komen­ta­rzy.

Co nie wyszło

Jedne pomysły wypaliły całkiem nieźle, inne spaliły na panewce. Do tych drugich muszę zaliczyć projekt Kwan­to­wego budzika, czyli cyklu krótkich, codzien­nych wpisów publi­ko­wa­nych każdego ranka. Jakimś cudem doczoł­ga­łem się do 50 odcinków, lecz osta­tecz­nie ciężar tego przed­się­wzię­cia okazał się zbyt duży dla jed­no­oso­bo­wej “redakcji”. Co jeszcze nie wypaliło? Na pewno plany “biz­ne­sowe”. Człowiek naczytał się rad Michała Sza­frań­skiego i innych blogerów, sadząc, że na każdej pasji da się zarobić lub przy­naj­mniej dorobić. Niestety, zamysł sprze­daży kubków ledwo pozwolił mi wyjść “na zero” (jako bonus mogę trak­to­wać pudło kil­ku­na­stu kubków, które wciąż zalega w kącie). Ciut lepiej wygląda nawią­za­nie współ­pracy z Koszulka.tv, bo choć sprze­da­łem zaledwie 10 sztuk, to przy­naj­mniej nie martwię się dys­try­bu­cją i kosztami. Wreszcie, dołą­czy­łem do programu afi­lia­cyj­nego księ­garni Matras. Książki i tak wam często polecam, więc czemu miałbym nie pod­rzu­cić przy okazji linku do produktu, dzięki któremu otrzymam ułamek jego ceny? Problem w tym, że owy ułamek jest bardzo skromny i choć zamó­wi­li­ście aż kil­ka­dzie­siąt pozycji za prawie tysiąc złotych (!), na moje konto wpłynęło (a wła­ści­wie wpłynie, jeśli osiągnę odpo­wied­nią kwotę) całe 56 zł. Trochę #janu­sze­biz­nesu, ale przy­naj­mniej nikt mi nie zarzuci, że nie podjąłem prób.

Co wyszło

Powyższe klęski pchnęły mnie do nieco despe­rac­kiego kroku stwo­rze­nia zakładki dotuj. I powiem wam tylko jedno: dziękuję! Nie chodzi o kilkaset złotych, które opłaciły obecny serwer i layout, ale przede wszyst­kim o nama­calny dowód waszego przy­wią­za­nia do bloga. Psioczę na brak komen­ta­rzy, lajków i nie­re­gu­larne odwie­dziny, ale jeśli ponad pięć­dzie­się­ciu czy­tel­ni­ków jest zdolnych do prze­la­nia choćby kilku złotych – to mam dla kogo pisać. Naj­chęt­niej wymie­nił­bym tu wszyst­kie nazwiska naj­wier­niej­szych z wiernych, ale nie jestem pewien czy każdy życzyłby sobie upu­blicz­nia­nia swoich danych, więc poprze­stanę na podzię­ko­wa­niu ogólnym. 🙂 Zresztą, więk­szość dotu­ją­cych to starzy Kwan­to­wi­cze, często i gęsto pro­du­ku­jący się zarówno na blogu jak i face­bo­oku.

Nie­wąt­pli­wie zna­la­złoby się kilka pomniej­szych sukcesów. Udzie­li­łem pierw­szych w swoim życiu wywiadów (choć to może za duże słowo), i muszę powie­dzieć, że ten dla Eprawdy, wypadł całkiem znośnie. Blog pozwolił mi również zakwa­li­fi­ko­wać się do finału uni­wer­sy­tec­kiego konkursu dla absol­wenta z pasją 2015, gdzie osta­tecz­nie zająłem czwartą lokatę. Udało mi się też stworzyć (naresz­cie!) zado­wa­la­jące logo, a sądząc po wielu przy­chyl­nych komen­ta­rzach, mini­ma­li­styczna ikona cieszy nie tylko moje oczęta, lecz także wasze. To ważne, bo wizualna iden­ty­fi­ka­cja marki jest w dzi­siej­szych czasach abso­lutną koniecz­no­ścią.

Raczej trudno to nazwać sukcesem, ale warto też wspo­mnieć o nie­daw­nej zmianie wyglądu Kwantowo. Będę z wami szczery: nie uważam tego szablonu za ład­niej­szy niż poprzedni, zaś zmianę wymusiły na mnie kwestie czysto tech­niczne. Tak to już jest, że człowiek insta­luje inte­re­su­jący layout, ale dopiero po kilku tygo­dniach jego użyt­ko­wa­nia odkrywa wady. I tak, ostatni, choć este­tyczny, kom­plet­nie zawodził na urzą­dze­niach mobil­nych. Naprawdę nie chciałem aby kto­kol­wiek zre­zy­gno­wał z regu­lar­nej lektury bloga tylko dlatego, że jest on nie­czy­telny na komórce czy tablecie. Vox populi, vox Dei

Co mnie wkurza

Tak pół żartem, pół serio jest pewna rzecz, z którą zmagam się od dawna, ale ostatnio coraz bardziej przy­biera na sile. Co więcej, dotyczy nie tylko Kwantowo ale również moich zna­jo­mych po piórze, więc pewnie poprą oni moją skargę/apel.

Mia­no­wi­cie, nie wiem skąd wypły­nęło abso­lut­nie złudne prze­ko­na­nie, jakoby treść bloga miała pozostać “obiek­tywna”. Piszę w cudzy­sło­wie, ponieważ czę­sto­kroć nawet nie wiem co ten termin w kon­tek­ście danego artykułu ma znaczyć. Już abs­tra­hu­jąc od tekstów popu­lar­no­nau­ko­wych, nie wiem dlaczego ktoś – i to zazwy­czaj nie stały czy­tel­nik, a przy­pad­kowy “prze­cho­dzień” – w ogóle odbiera mi prawo publi­ko­wa­nia subiek­tyw­nych notek na własnym blogu. Dlaczego np. nie mogę zabrać głosu w sprawie intro­wer­ty­zmu, a Węglowy Szo­wi­ni­sta nie powinien ustawiać sobie na face­bo­oku obrazka pro­pa­gu­ją­cego tole­ran­cję? To nasze poletka, nasze miejsca w sieci, nasze instru­menty do wyra­ża­nia siebie. Wy macie prawo podjąć polemikę, wyrazić odmienne zdanie w danej kwestii (skoro coś publi­ku­jemy, to jesteśmy zazwy­czaj otwarci na dyskusję), ale nie macie prawa kwe­stio­no­wać czy w ogóle wolno nam uze­wnętrz­niać swoje myśli. A szantaż w stylu “o, jesteś nie­wie­rzący, zabieram się stąd!” – jest bez­den­nie głupi i prze­raź­li­wie żałosny. Głupi, bo tylko dureń może uwierzyć, że zre­wi­duję swoje prze­ko­na­nia żeby tylko anonim nie tupnął nóżką i sobie nie poszedł. Żałosny, ponieważ komen­tu­jący samemu nie potrafi wznieść się ponad własny subiek­ty­wizm, ale publicz­nie żąda aby ktoś inny swój subiek­ty­wizm zostawił w kącie.

Czy­tel­niku, co Ty naj­lep­szego wyczy­niasz?

Nie chcę się w to dalej zagłę­biać. Proszę jedynie o wyka­za­nie odrobiny zdrowego rozsądku. Jeśli dowie­dzia­łeś się, że Twój bloger ma jakiś świa­to­po­gląd, to nie reaguj obu­rze­niem: bo też go gamoniu pła­sko­głowy posia­dasz. Wejdź do dyskusji, ewen­tu­al­nie czytaj jedynie teksty z danej kate­go­rii igno­ru­jąc resztę. Ale nie miotaj się, nie tup, nie spamuj, nie szan­ta­żuj. To nie portal ani gazeta. To blog osoby z krwi, szarych komórek i kości. Ze swojej strony zapew­niam racjo­na­lizm, który niestety nie zawsze równa się obiek­ty­wi­zmowi.

Wpisy, których nie możesz przeoczyć

Aby pod­su­mo­wa­nia stało się zadość, wypa­da­łoby jeszcze wyróżnić kilka co bardziej inte­re­su­ją­cych tekstów opu­bli­ko­wa­nych w ciągu ostat­nich dwunastu miesięcy. W końcu, mniej regu­larni czy­tel­nicy jak i nowi­cju­sze muszą wiedzieć, co należy nadrobić. Idąc chro­no­lo­gicz­nie:
- O tym jak prze­kro­czyć prędkość światła. Niedługi tekst sta­no­wiący gratkę zarówno dla fanów mecha­niki kwan­to­wej jak i postaci Richarda Feynmana. Opisuję w nim pewne spo­strze­że­nie noblisty, wska­zu­ją­cego jak reguły mikro­świata mogą spro­wo­ko­wać nie­ty­powe zacho­wa­nie fotonu.
- Archi­tekt nowej fizyki. Naj­waż­niej­szy cykl tego roku. Trylogia napisana w związku z okrągłą, setną rocznicą opu­bli­ko­wa­nia ogólnej teorii względ­no­ści. Seria sta­no­wiła spore wyzwanie, gdyż posta­wi­łem przed sobą cel skom­pi­lo­wa­nia wiedzy histo­ryczno-bio­gra­ficz­nej o Ein­ste­inie z dygre­sjami popu­lar­no­nau­ko­wymi, wyja­śnia­ją­cymi jego osią­gnię­cia.
- Po Europie krąży widmo, widmo intro­wer­ty­zmu. Nie­nau­kowy rodzynek. Prze­my­śle­nia o intro­wer­ty­zmie okiem intro­wer­tyka. Polecam, bo sądząc po wielu miłych komen­ta­rzach i mailach, chyba udało mi się dotknąć jądra problemu.
- Nasza słodka, pulchna Betel­geza. Reakcja na roz­po­czę­cie corocz­nego sezonu siania paniki, zwią­za­nej z eks­plo­zją Betel­gezy. Wiele rozumiem, ale gdy grupki ludzi umawiają się na kon­kretny dzień z nadzieją obser­wo­wa­nia super­no­wej, trudno pozostać obo­jęt­nym.
- Meto­do­lo­giczny dekalog naukowca. Prze­sa­dzi­łem z dodaniem do tytułu tego ostat­niego słowa. Tak naprawdę Dekalog nie był i nie mógłby być skie­ro­wany do naukow­ców, którzy szcze­gó­łową meto­do­lo­gię własnej dzie­dziny powinni mieć w małym palcu (inna sprawa, że często tak nie jest). Swoje przy­ka­za­nia pisałem z myślą o zaszcze­pie­niu abso­lut­nych podstaw metody naukowej w spo­łe­czeń­stwie. To naprawdę ważne, bo nie­rzadko osoby z wyższym wykształ­ce­niem, przez pięć lat studiów nie miały okazji zetknąć się z nazwi­skiem Poppera czy pojęciem brzytwy Ockhama – co nawet nie utrudnia, ale wręcz unie­moż­li­wia par­ty­cy­po­wa­nie w świecie nauki.

Postanowienie

Jak zwykle muszę sobie zawiesić jakąś poprzeczkę, abym wiedział do czego dążę. W ciągu ostat­niego roku niemal podwo­iłem liczbę swoich fanów na face­bo­oku, ale powtó­rze­nie tego wyniku (tj. dobicie do 10 tysięcy) tym razem wydaje się mało praw­do­po­dobne. Sądzę, iż nie­ła­twym ale jednak realnym celem, będzie prze­kro­cze­nie granicy 7,5 tysięcy. Jak zwykle, jeśli swojego posta­no­wie­nia nie spełnię a blog dopadnie sta­gna­cja – Kwantowo przej­dzie do historii. Dlatego życzcie mi powo­dze­nia i oby w 2016 roku obro­dziło przy­naj­mniej tyloma tekstami co tym razem. 🙂

podpis-czarny
Autor
Adam Adamczyk

Adam Adamczyk

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.