Między pokrytymi dżunglą wzgórzami na północnym krańcu Portoryko, można trafić na niesamowitą konstrukcję. Dolinę wypełnia potężna czasza o średnicy ponad ćwierć kilometra. Dostojne miejsce zaprojektowane dla odpowiednio wzniosłej misji: kontaktu z obcą cywilizacją. Jednak marzenie o kontakcie z kosmitami zrodziło się znacznie wcześniej.

Gaussowska syberiada

Słysząc o próbach kontaktu z inte­li­gen­cją poza­ziem­ską, oczyma wyobraźni widzimy liczący wiele hektarów pła­sko­wyż, usiany nie­zli­czoną ilością anten wymie­rzo­nych w nie­bo­skłon. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, iż ludzkie marzenie o prze­ka­za­niu wia­do­mo­ści obcej cywi­li­za­cji naro­dziło się ponad sto lat wcze­śniej niż zamysł SETI czy radio­te­le­skopu Arecibo. Musimy pamiętać, że samo prze­ko­na­nie o ist­nie­niu roz­wi­nię­tych gatunków poza­ziem­skich, pozo­sta­wało mocno zako­rze­nione w umysłach uczonych XIX wieku. To właśnie w epoce pra­pra­dzia­dów współ­cze­snych astro­no­mów powstała kon­cep­cja “mar­sjań­skich kanałów”, mających dowodzić zamiesz­ki­wa­nia Czer­wo­nej Planety przez spo­łe­czeń­stwo tech­niczne. Jed­no­cze­śnie, w oma­wia­nym okresie nikt nie zdawał sobie sprawy z rze­czy­wi­stej wiel­ko­ści wszech­świata, ogra­ni­cza­nego co najwyżej do obszaru Drogi Mlecznej czy nawet samego Układu Solar­nego.

Nic dziwnego, iż gwiazdy ówcze­snej nauki szczerze wierzyły w powo­dze­nie mię­dzy­pla­ne­tar­nej kon­wer­sa­cji. Naj­lep­szy przykład stanowi książę mate­ma­ty­ków, Carl Frie­drich Gauss. Geniusz z Getyngi praw­do­po­dob­nie jako pierwszy, już w 1820 roku, obmyślił komu­ni­kat prze­zna­czony dla kosmitów. Rzecz wymagała zaan­ga­żo­wa­nia tysięcy kilo­me­trów kwa­dra­to­wych gęstego lasu. W środku wyzna­czo­nego pola należało wykar­czo­wać teren o kształ­cie trójkąta pro­sto­kąt­nego, a następ­nie obsiać go zbożem. Do trzech boków figury miały przy­le­gać kwadraty złożone z pozo­sta­wio­nych drzew. Jeśli w waszej pamięci pozo­stały strzępy szkol­nych zajęć z geo­me­trii, pewnie już wiecie jaki wzór mieli ujrzeć w tele­sko­pach poza­ziem­scy naukowcy: 


W dowolnym trój­ką­cie pro­sto­kąt­nym suma kwa­dra­tów długości przy­pro­sto­kąt­nych jest równa kwa­dra­towi długości prze­ciw­pro­sto­kąt­nej tego trójkąta. Wizu­ali­za­cja twier­dze­nia Pita­go­rasa, w zamie­rze­niu miała infor­mo­wać poten­cjal­nych gości, iż miesz­kańcy Ziemi rozu­mieją język mate­ma­tyki. Tego typu uni­wer­salne komu­ni­katy szybko staną się normą mię­dzy­gwiezd­nej kore­spon­den­cji.

Dogodnym miejscem do spo­rzą­dze­nia olbrzy­miego znaku wydała się Gaussowi Syberia. Był to dość natu­ralny wybór, zwa­żyw­szy na ogromne połacie nie­tknię­tej przez czło­wieka tajgi i odpo­wied­nie odizo­lo­wa­nie od dużych skupisk ludności. Niestety, zarówno z powodów finan­so­wych jak i czysto poli­tycz­nych, nikt w XIX wieku nie poku­siłby się o reali­za­cję tak odważ­nego planu.

Jeśli nie las, to pustynia

Nie­miecki mate­ma­tyk przetarł szlak, którym podążyli kolejni uczeni. Austriacki astronom Joseph von Littrow doszedł do wniosku, że można sobie poradzić bez łaski Rosjan i kar­czo­wa­nia tysięcy sosen. Dla dyrek­tora Obser­wa­to­rium Wie­deń­skiego, naj­do­god­niej­szym miejscem do usta­wie­nia kosmicz­nej tablicy infor­ma­cyj­nej, jawiła się Sahara. Fakt faktem, leżąca ówcze­śnie w rękach euro­pej­skich kolo­ni­za­to­rów Afryka, raczej nie pro­te­sto­wa­łaby przed wydar­ciem do celów nauko­wych kawałka bez­kre­snej pustyni. Problem polegał na tym, że jałowy obszar nie nadawał się do posa­dze­nia roślin­no­ści, a wznie­sie­nie roz­le­głych budowli nie wcho­dziło w grę. 

W ten sposób von Littrow wpadł na pomysł prze­ko­pa­nia Sahary wzdłuż i w szerz, celem stwo­rze­nia impo­nu­ją­cego systemu kanałów (skoro mogli Mar­sja­nie, to my też. A co!). Następ­nie rowy, ukła­da­jące się w kształt wie­lo­ki­lo­me­tro­wych figur geo­me­trycz­nych, zosta­łyby zalane ropą naftową i pod­pa­lone. Trzeba przyznać, że na tle, jeszcze ciemnej w tamtym okresie (epoka przed elek­try­fi­ka­cją) powierzchni Ziemi, taki symbol robiłby nie lada wrażenie.

Oczy­wi­ście nikt nie podjął próby zor­ga­ni­zo­wa­nia pustyn­nych wykopków ani spalenia hek­to­li­trów ropy.

Poświećmy im

Każdy zło­śli­wiec wie, że mając do dys­po­zy­cji proste lusterko można mocno podi­ry­to­wać pobli­skie osoby świecąc im po oczach. Do podobnej metody chciał się uciec paryski nauczy­ciel chemii i wyna­lazca, Charles Cros. Uważał on, że wystar­czy skom­bi­no­wać dosta­tecz­nie duże zwier­cia­dło, a naj­le­piej cały zestaw, i spró­bo­wać nim nadać sygnał w stronę innych planet Układu Sło­necz­nego.

Kon­kre­ty­zu­jąc, Cros zasu­ge­ro­wał aby wznieść w Europie kilka potęż­nych luster, łącznie ukła­da­ją­cych się w kształt któregoś ze znanych gwiaz­do­zbio­rów. Pomysł wydał się na tyle inte­re­su­jący, że dawni astro­no­mo­wie sięgali doń jeszcze kil­ku­krot­nie. Badacz księ­ży­ców Saturna, William Henry Pic­ke­ring, nawo­ły­wał o skon­stru­owa­nie lustrza­nej tafli o powierzchni kilo­me­tra kwa­dra­to­wego, wyce­lo­wa­nej w kierunku Marsa – koniecz­nie do 1909 roku, gdy obie planety miały znaleźć się w opozycji. James Jeans z Cam­bridge ponowił ten apel, pro­po­nu­jąc aby olbrzy­mie zwier­cia­dło migało, “wybi­ja­jąc” liczby pierwsze.

charles cros

W wyobra­że­niach Crosa olbrzy­mie zwier­cia­dła mogłyby układać się w kształt Wiel­kiego Wozu.

Tesla i Marconi

Dość nie­chęt­nie wspo­mi­nam na łamach bloga o zmi­to­lo­gi­zo­wa­nej do bólu postaci serb­skiego wyna­lazcy, ale wyda­rze­nia z roku 1899 roku lite­ra­tura opisuje dość zgodnie, więc chyba można je potrak­to­wać jako bez­pieczne.

Wyna­lazca miał ogromne szczę­ście, tra­fia­jąc na obrzy­dli­wie bogatego mecenasa, zało­ży­ciela General Electric i US Steel, Johna Pier­ponta Morgana. Dzięki jego inwe­sty­cji, u kresu XIX stulecia Nikola Tesla – praw­do­po­dob­nie jako pierwszy – podjął próbę wyko­rzy­sta­nia swoich zain­te­re­so­wań, do prze­sła­nia obcym cywi­li­za­cjom wia­do­mo­ści radiowej. Posłużył do tego kompleks w Colorado Springs, równie tajem­ni­czy co jego zarządca i pro­jek­tant. Rdzeń kon­struk­cji zajmował nadajnik wraz z rekor­dową, 23-metrową cewką Tesli – ogromnym zwojem drutów wzbu­dza­ją­cym pole elek­tro­ma­gne­tyczne o mocy ćwierć miliona watów. Ofi­cjal­nie (według doku­men­tów paten­to­wych) urzą­dze­nie miało służyć do bez­prze­wo­do­wego przesyłu infor­ma­cji i energii. Próba wysłania sygnału w prze­strzeń odbyła się niejako przy okazji i na pewno bez wiedzy J. P. Morgana. W nie­któ­rych źródłach pojawia się również infor­ma­cja o ode­bra­niu przez Teslę sygnałów o poza­ziem­skiej genezie. To bardzo praw­do­po­dobne, a sądząc z relacji, Serb nie­świa­do­mie zare­je­stro­wał ślady tzw. świstów – efektów zwią­za­nych z wyła­do­wa­niami elek­tro­ma­gne­tycz­nymi w wyższych war­stwach atmos­fery.


colorado spring
Jeden z głównych rywali Tesli w dzie­dzi­nie komu­ni­ka­cji radiowej, noblista Guglielmo Marconi, poszedł podobną drogą. Wywiad jakiego udzielił gazecie New York Times okra­szono mocnym nagłów­kiem “Radio do gwiazd nadzieją Mar­co­niego”. W latach 20. ubie­głego stulecia wynajął okręt Elettra, który uzbroił w naukową apa­ra­turę i wyprawił na środek Atlan­tyku. Tam, w izolacji od osiedli ludzkich i poten­cjal­nych źródeł szumu radio­wego, zare­je­stro­wał te same sygnały co jego kolega po fachu.

W stronę SETI

Mniej więcej od końca II wojny świa­to­wej, w miarę snucia nowych wizji podboju kosmosu, naukowcy for­mu­ło­wali również coraz odważ­niej­sze sce­na­riu­sze kontaktu z obcymi. Oczy­wi­ście wyzwanie było znacznie większe, gdyż po odkry­ciach Hubble’a i innych wielkich astro­no­mów, wszech­świat uległ nie­wy­obra­żal­nemu “powięk­sze­niu”. Nasz sygnał musiał trafić nie tylko na Marsa czy Wenus, ale również pokonać dzie­siątki, setki lub nawet tysiące lat świetl­nych. Żadne znaki układane na ziemi czy lustra nie wcho­dziły już w rachubę. Wszyscy wie­dzieli co należało zrobić.

W 1959 światło dzienne ujrzał futu­ry­styczny artykuł “Poszu­ki­wa­nie łącz­no­ści mię­dzy­gwiezd­nej”, autor­stwa dwóch naukow­ców z Uni­wer­sy­tetu Cornella, Giuseppe Coc­co­niego i Philippa Mor­ri­sona. Twier­dzili w nim:

Jeśli wystę­pują sygnały mię­dzy­gwiezdne, aktu­al­nie dys­po­nu­jemy środkami ich wykry­wa­nia. Niewielu zaprze­czy głę­bo­kiej donio­sło­ści prak­tycz­nej i filo­zo­ficz­nej, jaką miałoby wykrycie tej łącz­no­ści. Dlatego też wydaje się nam, że róż­ni­cu­jące poszu­ki­wa­nie sygnałów zasłu­guje na znaczny wysiłek. Trudno jest osza­co­wać praw­do­po­do­bień­stwo sukcesu: lecz jeśli nigdy nie roz­pocz­niemy poszu­ki­wań, szansa powo­dze­nia wynosi zero.

Nie były to słowa pierw­szych z brzegu oszo­ło­mów. Cocconi, przyszły dyrektor CERN, był współ­pra­cow­ni­kiem Enrico Fermiego, z kolei Morrison brał udział w Pro­jek­cie Man­hat­tan, pobie­ra­jąc nauki od samego Roberta Oppen­he­imera. Dwaj, nie­ży­jący już pro­fe­so­ro­wie, nakre­ślili tech­niczne szcze­góły przed­się­wzię­cia mającego na celu odbie­ra­nie sygnałów radio­wych słanych z odle­gło­ści lat świetl­nych. Potrzebni byli jeszcze tylko pozy­tyw­nie zakrę­ceni śmiał­ko­wie, którzy pod­ję­liby się wpro­wa­dze­nia pomysłu w życie.

Niedługo później, również na Cornellu, pojawili się dwaj trzy­dzie­sto­lat­ko­wie, którzy mieli ofi­cjal­nie roz­po­cząć współ­cze­sną epokę poszu­ki­wań istot poza­ziem­skich: Carl Sagan i Frank Drake. Obu panów raczej nie trzeba nikomu przed­sta­wiać. Sagan (o tym dlaczego powi­nie­neś go pokochać pisałem tutaj) był autorem słynnej płytki Golden Record zain­sta­lo­wa­nej w sondach Pioneer i Voyager oraz facetem od zała­twia­nia funduszy i wszel­kich pozwoleń. Niewiele starszy Drake, zapisał się w dziejach nauki jako twórca popu­lar­nego wzoru pozwa­la­ją­cego osza­co­wać liczbę obcych cywi­li­za­cji w galak­tyce. W 1960 roku udało im się zaini­cjo­wać pierwszy szeroki, w pełni naukowy eks­pe­ry­ment mający na celu ska­no­wa­nie poszcze­gól­nych gwiazd z nadzieją tra­fie­nia na sztuczny sygnał radiowy – projekt Ozma – ucho ludz­ko­ści nasłu­chu­jące krzyków w kosmicz­nej pustce.

Członkowie eksperymentu Ozma (Drake stoi drugi od prawej), na tle radioteleskopu Tatela.

Człon­ko­wie eks­pe­ry­mentu Ozma (Drake stoi drugi od prawej), na tle radio­te­le­skopu Tatela.


Tu pojawia się zabawne pytanie. Czy za sto lat również będziemy trak­to­wać SETI z przy­mru­że­niem oka, jako wyraz pry­mi­ty­wi­zmu swojej epoki?

Literatura uzupełniająca:
F. Drake, D. Sobel, Czy jest tam kto? Nauka w poszukiwaniu cywilizacji pozaziemskich, przeł. E. Bielicz, Warszawa 1996;
S. Dick, Życie w innych światach. Dwudziestowieczna debata nad życiem pozaziemskim, przeł. D. Czyżewska, Warszawa 1998;
M. Michaud, Contact with Alien Civilizations. Our Hopes and Fears about Encountering Extraterrestrials, Nowy Jork 2007;
World Speaks to World with Mysterious Signals through Vast Space — Tesla, The Electrician, Says He Received a Message from Mars, [online: http://www.teslauniverse.com/nikola-tesla/articles/world-speaks-world-mysterious-signals-through-vast-space-tesla-electrician].
M. Schirber, Attempts to Contact Aliens Date Back More Than 150 Years, [online: http://www.space.com/6370-attempts-contact-aliens-date-150-years.html].

podpis-czarny

  • FrancisZ

    Bardzo ciekawy artykuł, równie co cały blog, który czytam już od ponad roku. Mam takie pytanie do autora strony.
    Czy pokusisz się o opisanie nie­miec­kiego reaktora fuzyj­nego Wen­del­stein 7-X? http://www.sciencealert.com/german-has-just-successfully-fired-up-a-revolutionary-nuclear-fusion-machine Pewnie jak wielu z odwie­dza­ją­cych Kwantowo, inte­re­suje mnie fizyka jądrowa i odna­wialne, nie­skoń­czone źródła energii. Chętnie zoba­czył­bym także ogólny artykuł o reakcji ter­mo­ją­dro­wej 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Tekst o samej reakcji ter­mo­ją­dro­wej byłby niezłym pomysłem — bo dosta­wa­łem już kiedyś pytania na ten temat. Jednakże Wen­del­stein 7-X znam tylko z nazwy, więc raczej sobie daruję. Jeszcze się zobaczy.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • lukasz

    Świetny tekst!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • yaxoo

      To prawda. A powie­dział­bym, że od tekstu znaczne lepszym jest dobór zagad­nień: Gauss i kręgi (a raczej kwadraty i trójkąty) w zbożu, von Littrow z łopatą… historie, jakich ze świecą szukać gdzie indziej!

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • yaxoo

    Ja od początku traktuję SETI z przy­mro­że­niem oka. Ten program nie ma nic wspól­nego z nauką. To pic na wodę. Jeżeli chcemy zaob­ser­wo­wać aktyw­ność mrówek, nikt z nas nie będzie czynić szeregu rady­kal­nych i arbi­tral­nych zarazem założeń co do natury i zacho­wa­nia mrówek, a zwłasz­cza co do tego, gdzie te mrówki mają prawo prze­by­wać, aby następ­nie w tym jednym, jedynym punkcie usilnie mrówek wypa­try­wać. Będę szukać mrówek właśnie tu, w tym miejscu, w rogu tego pomiesz­cze­nia i nigdzie indziej, bo przecież nie ma pie­nię­dzy na szukanie mrówek po całej dostęp­nej mi prze­strzeni… Przecież to kom­pletny idiotyzm, moim zdaniem.

    Co więcej, rząd USA nigdy nie chciał finan­so­wać SETI. Każdy projekt poszu­ki­wa­nia kosmitów, nawet jak został zaak­cep­to­wany przez komisje budże­towe, szybko tracił finanse. Wiadomo, zawsze znajdzie się lepszy sposób wyda­wa­nia pie­nię­dzy. W efekcie współ­cze­śnie mamy różne prywatne orga­ni­za­cje, które pod­trzy­mują wizję SETI i inicjują szereg małych pro­gra­mi­ków w różnych pry­wat­nych uczel­niach, we współ­pracy z NASA i innymi orga­ni­za­cjami publicz­nymi… ale czy oni szukają jakich­kol­wiek kosmitów? Wątpię. SETI to prywatny biznes. Biznes — ci ludzie zajmują się pozy­ski­wa­niem pie­nię­dzy od spon­so­rów i pry­wat­nych uczelni. Aby spon­so­rzy płacili, muszą widzieć, że kosmitów się szuka. Zatem co chwila powstaje jakiś mini­pro­jek­cik, tu skon­stru­ują jakiś magiczny ana­li­za­tor kosmicz­nych czę­sto­tli­wo­ści, tam zbudują kilka maleń­kich radio­te­le­skop­ków, a jeszcze gdzie indziej namówią jakąś prywatną uczelnię do uru­cho­mie­nia semi­na­riów magi­ster­skich i labo­ra­to­rium na rzecz SETI, albo, co było strzałem w dzie­siątkę, uru­cha­mia się SETIhome, gdzie każdy może pod­łą­czyć komputer domowy do sieci SETI, że niby bierze udział w jakimś roz­pro­szo­nym pro­gra­mie obli­cze­nio­wym nie wiadomo jakich to kosmicz­nych danych. I biznes się kręci. Ci ludzie zajmują się zara­bia­niem ciężkich pie­nię­dzy na tym, że inni (spon­so­rzy) sądzą, iż SETI szukają kosmitów. Oczy­wi­ście, nikt tam nie szuka żadnych kosmitów, szuka nato­miast kolej­nych spon­so­rów!

    Ale może jestem zbyt cyniczny…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ja podobnie traktuję SETI z przy­mru­że­niem oka, lecz (o dziwo) jestem tu mniej cyniczny. Przede wszyst­kim dawałem nigdy temu pro­jek­towi dużych szans powo­dze­nia, ponieważ prze­cze­suje on dość skromny fragment wszech­świata, podczas gdy (a tak uważam) liczba inte­li­gent­nych cywi­li­za­cji może być znikoma. Bardzo praw­do­po­dobna jest sytuacja, w której będziemy egzy­sto­wać tysiąc­le­cia, sko­lo­ni­zu­jemy obce planety, a i tak aż do swojego wygi­nię­cia nie złapiemy żadnego “kontaktu”.

      Współ­cze­snych dyrek­to­rów SETI nie znam, więc trudno mi ich ocenić, ale tacy ludzie jak wspo­mniani w tekście Sagan i Drake zawsze jawili mi się jako ide­ali­ści. Nie mam prze­sła­nek, które pozwo­liłby mi stwier­dzić, że osią­gnęli jakieś osobiste profity z tytułu poszu­ki­wa­nia obcych form życia. Wszakże zaj­mo­wali się też innymi sferami.

      I co by nie mówić dzięki pro­gra­mowi wiemy jedno: nawet jeśli inte­li­gen­cja jest w kosmosie powszechna, to nie aż tak jak się mogło wydawać nie­któ­rym wcze­śniej.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Drangir

    Lubię cytat Coc­co­niego. To byłoby żenujące, gdyby na Alfa Centauri lub innym pobli­skim systemie była cywi­li­za­cja tech­niczna, a my byśmy nic o tym nie wie­dzieli bo nie spraw­dzi­li­śmy 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0