Po pierwsze, naucz się uczyć!

Jednej ze swoich szkolnych nauczycielek nie cierpiałem w sposób szczególny. Uczniowie często mają w zwyczaju przelewać swoją niechęć do przedmiotu na nieszczęsnego belfra, ale w tym przypadku było inaczej – przedmiot bardzo mnie interesował! Problem tkwił w tym, że mojego entuzjazmu nie podzielał sam pedagog.

Przed zakończeniem szkolnej edukacji często zastanawiałem się nad powodem takiego stanu rzeczy. Dlaczego osoba odczuwająca dyskomfort w danej dziedzinie obrała taką a nie inną ścieżkę zawodową? W jaki sposób przetrwała pięcioletnie studia, skoro podczas lekcji musi co jakiś czas zerkać do podręcznika aby znaleźć potwierdzenie dla swoich słów? Skąd przychodziły jej do głowy idiotyczne – o ile wiem, nie tylko z mojego punktu widzenia – metody nauczania? Jak osoba, która nie przekroczyła trzydziestki, już może zdradzać objawy wypalenia zawodowego? Odpowiedzi spadły mi z łoskotem na głowę, podczas moich własnych studiów. Teraz wiem, że taki typ uczących jest produkowany przez nasze wspaniałe placówki, a dziełu zniszczenia dzielnie akompaniuje centralne prawodawstwo. Wspomniałem już o tym przy okazji, któregoś z dawnych tekstów, ale sprawa zasługuje na znacznie dłuższe wyzłośliwianie. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy jak absurdalnie wygląda siatka kształcenia przyszłego belfra. Na studiach historycznych (wybaczcie ten przykład – jest mi najbliższy), student przede wszystkim uczy się uczyć. Zwłaszcza na papierze wygląda to imponująco. Drugi semestr i od razu 60 godzin psychologii oraz 90 (!) godzin pedagogiki. Mentalny ból jaki towarzyszył mi po opuszczeniu sali po cotygodniowym 4,5-godzinnym maratonie pajdocentrycznej propagandy, trudno opisać. Następne dwa semestry przyniosły łącznie 120 godzin dydaktyki. Później jeszcze tylko po 30 godzin emisji głosu oraz pomiaru dydaktycznego i jesteśmy w domu. Po takiej, iście końskiej dawce mądrych wykładów i fascynujących ćwiczeń, z taśmy produkcyjnej schodzi pięknie ociosany homo belferus.

Tyle, że częstokroć nie ma pojęcia o własnym przedmiocie.

Dawniej sądziłem, że dla przyszłego historyka danie główne stanowi potężna porcja wiedzy historycznej, może ze szczyptą tematów jakie przystoi znać osobie pragnącej nazywać się pełnowartościowym magistrem. (Tu kolejny zawód, bo elementy filozofii oraz nauki polityczne leżą i kwiczą, a logikę łaskawie wprowadzono do programu dopiero niedawno.) I od razu przychodzi mi na myśl przywołana we wstępie nauczycielka, stworzenie nieskalane pasją do historii, jak i jakąkolwiek pozapodręcznikową wiedzą. Zresztą, z tą podręcznikową rzecz też nie wyglądała najlepiej. Przypomina się również znamienna scena z pierwszego roku, gdy mniej więcej połowa grupy zapytana o swe preferencje dotyczące tematyki czy okresu, wyglądała jakby po raz pierwszy w życiu usłyszała tak skomplikowaną zagwozdkę. Ale nie nad bracią studencką miałem się znęcać.

Nasz nieszczęsny homo belferus posiada więc zaledwie jeden, śmiesznie krótki semestr aby opanować meandry danej epoki. Jeżeli nie przyjdzie mu do głowy samodzielnie sięgnąć po dodatkowe lektury, zostanie skazany na wąziutki zakres wiadomości, z których trzy czwarte opuści jego hipokamp szybciej, niż on opuści mury uniwersytetu. Powiem brutalnie: po takim kursie, przeciętny pasjonat-licealista nie będzie miał problemów z rozłożeniem go na łopatki. Ale przecież w końcu, po kilku latach wykładania tego samego, nawet największy głąb utrwali sobie szkolny materiał.

To może chociaż godziny spędzone na uczeniu uczenia, nie poszły w las? Niestety. Gdyby zapytać mnie o konkretne i przydatne wiadomości, jakie wyniosłem z niemiłosiernie dłużących się zajęć z pedagogiki, miałbym poważny problem. W tym momencie nie potrafię przywołać ani jednej cennej informacji, która mogłaby mi pomóc w zapanowaniu nad stadem rozwrzeszczanych brzdąców. Padło za to wiele pięknie brzmiących tez – wychwalających wzajemny szacunek, partnerstwo, akceptację – ukutych przez mądre głowy, najprawdopodobniej nie mające pojęcia o szkolnej praktyce (bądź też eksperymentujących na żywej tkance z marnym skutkiem, jak pan Alexander Neill). Jedyne co mogę dobrze wspominać, to kilka zażartych dysput między mną (i nie tylko) – zwolennikiem metod twardej ręki w odniesieniu do jednostek mylących klasę z oborą – a panią blond doktor – przeciwniczce rygoryzmu i jakichkolwiek form kindersztuby, niestety niepotrafiącej podać praktycznego planu działania w sytuacjach kryzysowych. Jednak książki przedyktowała, ideę zachowała.

Dydaktyka, owszem, jest przydatna. Jej tragedia polega na tym, że rozwiązuje głównie problemy, które wcześniej stworzyli sami dydaktycy i organizatorzy całego systemu. Wyrzućcie z głów obraz nauczyciela jako wychowawcy i uczącego. Dziś to przede wszystkim urzędnik. Liczba papierów i przepisów rozmnożyła się do tego stopnia, że bez uprzedniego przeszkolenia początkującemu belfrowi pozostaje uklęknąć i zapłakać nad swoim losem. Wybacz mu błogosławiony Mabillonie, bo nie nie wiedział co czyni! 

A sprawdziany? Myślicie, że to taka prosta sprawa ocenić wiedzę ucznia? Z pomocą przychodzi nam niezwykle rozbudowana dziedzina pomiaru dydaktycznego wraz z szeregiem wytycznych. Jeśli wasz nauczyciel pozwalał sobie na jakieś prymitywne kartkówki czy opisówki (brrr), to mieliście do czynienia z lamusem. Żeby być na topie, należy skonstruować test ściśle oparty na sztywnych regułach typologii oraz współgrający z odgórną taksonomią nauczania. I obowiązkowo wszędzie muszą być tabele, statystyki i teksty źródłowe – bo nie liczy się wiedza lecz umiejętności (czyt. uczeń ma przed sobą napisaną odpowiedź i musi udowodnić, że nie jest debilem). Aż strach pomyśleć ile godzin pracy muszą wkładać w swoje dzieła autorzy egzaminów gimnazjalnych lub maturalnych – które tradycyjnie na koniec okazują się spektakularnymi bublami. Na szczęście, błędy zazwyczaj dotyczą jedynie tej mniej istotnej, merytorycznej strony testów.

Piszę to wszystko w chwili, gdy na moim biurku zalega pokaźny stos papierów. Każda godzina spędzona w szkole to osobny konspekt. Każda minuta powinna być zagospodarowana i udokumentowana. Bo ktoś na szczycie tego burdelu uważa, że przebieg każdych zajęć da się przewidzieć i szczegółowo zaplanować. Że wszyscy uczniowie są tacy sami, że każda klasa będzie chciała korzystać z ultranowoczesnych, niczego nie uczących, “aktywizujących” metod nauczania. Że nauczyciel pragnący prostymi środkami wbić do kapuścianych łbów choćby kilka elementarnych informacji, to zło wcielone. Na szczęście dla decydentów, z fabryki planowo schodzą i będą schodzić produkty typu mojej dawnej wychowawczyni. Mierni ale wierni.

Dobrze, że papier wszystko przyjmie.

Nazwiska uczonych, które być może wymawiasz nieprawidłowo 7 dowodów na to, że nauka bywa niebezpieczna Hawking powiedział: ‘Czarnych dziur nie ma’? Nie sądzę!