Daleko pada ateizm od racjonalizmu

Rozumiem już jak się czuje gej. Tak, zdaję sobie sprawę jak to brzmi, ale analogia nasuwa się sama. Przeciętny homoseksualista nie biega z penisem na wierzchu, nie stroi się w jaskrawe kolory i nie gdera non stop o tym jaki jest szykanowany i jak bardzo żąda równości, a przynajmniej taką mam nadzieję. Niestety w każdej społeczności musi znaleźć się element upośledzony bądź to intelektualnie bądź emocjonalnie, odczuwający niepohamowaną potrzebę wywrzeszczenia światu swojego światopoglądu, najlepiej na środku miasta podczas hałaśliwego korowodu. Takich samozwańczych ambasadorów wyhodował sobie również ateizm.


Sam, choć usilnie zwalczam kreacjonizm i zabobony wszelakie, do ateistów nigdy się nie zaliczałem – prędzej do agnostyków. Jednak, jako że w naszym kraju najczęściej hasła ateizmu, agnostycyzmu i antyklerykalizmu wrzuca się do jednego wora z podpisem “niewierni” (ale co się dziwić, skoro walnie do tego przyczyniają się sami ateiści!), poczuwam się do pewnej solidarności. 

Z przymrużeniem oka.

W związku z tym boli mnie, iż mimo zuchwałych deklaracji tysięcy osób, ateizm już przestał wyrastać z racjonalizmu, a zaczął z nienawiści do religii tudzież chęci bycia na czasie. Darzę ogromnym szacunkiem bezwyznaniowców (podobnie jak i wierzących, żeby nie było)  jeżeli byli zdolni zbudować swoje poglądy na twardym fundamencie rozumu. W każdym razie, na czymś więcej niż tylko umysłowym lenistwie. To tak jak z czytelnictwem, nad którym pastwiłem się kilka miesięcy temu. Przeczytanie kilkuset stron czegokolwiek nie czyni nas jeszcze ludźmi światłymi, tak wskoczenie do okopów im. Richarda Dawkinsa, nie zmieni żadnego idioty w myśliciela.

Zdaje się, że za takich mędrców uważali się uczestnicy Marszu Ateistów (z dużych liter, coby się nie narazić na zarzut lekceważenia) przemierzający niedawno ulice Warszawy. Tylko dlaczego inteligentny człowiek miałby uciekać się do tak żenującej formy demonstrowania swoich, jak pewnie sam sądzi głębokich, przekonań? Kolorowy pochód dziwacznych indywiduów, prostackich haseł i tendencyjnych przedstawień – za taką alternatywę dla ciemnogrodu to ja dziękuję.

Człowiek legitymujący się racjonalizmem kpi z przesądów, z życia pozagrobowego, z dziwnych rytuałów, po czym sam tworzy zbędne, nic nikomu nie przynoszące nabożeństwa. Coś na kształt drogi krzyżowej, tyle że kiczowatej i prowadzonej w imię bezosobowej idei. Czemu taki happening zastępuje wykład, prelekcję czy po prostu zdrową dyskusję? A można było skonfrontować argumenty, pokazać niezdecydowanym, że Bóg nie jest konieczny dla wyjaśnienia zjawisk na niebie i Ziemi – to miałoby sens. Ale po co? Przecież łatwiej się przebrać, przygotować transparenty i utyskiwać na Kościół.

A wy odczuwacie potrzebę poglądowo-duchowego ekshibicjonizmu?


Kometa, Smok i pływający dinozaur – naukowe podsumowanie 2020 Głupota na niedzielę: Bo nauczyciel zrobił ze mnie idiotę Głupota na niedzielę: Piekło pod naszymi nogami