Fasadowe uniwersytety

Każdy kto miał, choćby krótkotrwałą styczność, z polskim szkolnictwem wyższym, może długo i soczyście rozprawiać na temat jego wstydliwych problemów. Najbardziej uwierającym, przynajmniej mnie jako studenta a niedługo absolwenta takiej placówki, jest wszechobecne i narastające z każdym nadchodzącym semestrem poczucie fikcji. 

Na pierwszy ogień weźmy wszelkie zajęcia “do wyboru” (wybór również jest iluzoryczny): konwersatoria, monografy tudzież przedmioty wykształcenia ogólnego. Dzięki tej szczytnej w założeniu idei, każdy łaknący nieograniczonych pokładów wiedzy student, poza ścisłą ścieżką edukacyjną, ma szansę na nieskrępowane poszerzanie horyzontów. W ten sposób, zafascynowany prawem konstytucyjnym młodzieniec, może z radością wysłuchiwać wykładów poświęconych np. multicentryczności polskiego ustroju. Zaś szanowny profesor cieszy się, wiedząc, że jego specjalność budzi zainteresowanie i pomaga wychować nowe pokolenia konstytucjonalistów.

Ta cudowna utopia leży zakopana w trumnie z wielkim napisem USOS na wieku. W praktyce, pierwszym kryterium dla studenta mającego obowiązek odbębnienia ustalonej liczby zajęć, pozostaje plan. Drugim, rzeczywiście mogłyby się okazać względy merytoryczne, tyle że najlepsze kąski zostają zajęte w ciągu 2 minut od otworzenia rejestracji na zasadzie “kto pierwszy ten lepszy”. Dosłownie tyle czasu wystarczy aby do najciekawszych grup zarejestrował się komplet 25 chętnych. Cała reszta nieszczęśników, którym nie dopisało łącze, musi wybierać spośród pozostałych ochłapów. Co z tego, że połowa z oferowanych tematów nikogo nie interesuje lub jest prowadzona przez miernych dydaktyków, których każdy rozsądny człowiek omija z daleka? Prędzej czy później i tak trafimy na pana doktora, siedzącego przez 90 minut z wzrokiem wbitym w blat biurka i od niechcenia referującego jakieś zagadnienie. Co najlepsze, jego zajęcia rok w rok będą się cieszyć nikłą popularnością, ale ani jemu samemu ani władzom Wydziału, nie przyjdzie do głowy aby wstawić w to miejsce coś bardziej interesującego. Bo liczba godzin musi się zgadzać. 

Szczęście w nieszczęściu, a może nieszczęście w nieszczęściu, że przebieg samych zajęć zazwyczaj również nie licuje z akademicką powagą. Rzecz zadawałoby się nie do przyjęcia na studiach – oparcie się przez prowadzącego na zleconych referatach – to często wykorzystywana, najwygodniejsza dla obu stron opcja. Jeszcze większą parodię wprowadziły ostatnie zmiany (nie wiem czy ogólnopolskie czy tylko lokalne), nakazujące każdy cykl wykładów kończyć formalnym egzaminem. O ile w przypadku przedmiotów obligatoryjnych to logiczna konieczność, o tyle przy monografach profesorowie grzecznie odgrywają swoją rolę tworząc wymagane pozory. W ten sposób jeden prowadzący prosi studentów o przyniesienie odręcznych referatów, które w razie potrzeby może przedstawić jako sprawdzian wiadomości; drugi wychodzi podczas egzaminu z sali; a trzeci wcześniej podaje “mogące” się trafić pytania wraz z odpowiedziami. Tak się tylko zastanawiam, w jaki sposób nowy system ma uzdrawiać sytuację? Wcześniej profesor wystawiał zaliczenia bacząc “jedynie” na frekwencję, ale moim zdaniem nie było to wcale najgorsze rozwiązanie. Chcąc nie chcąc, będąc regularnie obecnym na auli, coś w głowie zostawało. Obecnie można nie uczęszczać na wykłady cały rok, a na koniec rozwiązać komediancki test i otrzymać piątkę z przedmiotu znanego tylko z nazwy (a i to nie zawsze). Jak zwykle papiery i formalna fikcja przeważyły nad zdrowym rozsądkiem.

Pozory sięgają jeszcze głębiej, o czym mogło się przekonać wielu z was, jeżeli posiadacie stopień licencjata lub magistra. Nie raz i nie dwa dochodziły mych uszu historie znajomych twierdzących, że ich prace dyplomowe najzwyczajniej nie zostały przez nikogo przeczytane. Koleżance promotor zaznaczył w tekście kilka błędów – autorka ich nie poprawiła, ale w ostatecznej wersji nikt owych omyłek nie zauważył. Jedna z profesorek potrafiła znowuż podrzucić swojej podopiecznej “magisterkę” starszej koleżanki na bliźniaczy temat, aby ta mogła poszukać “inspiracji”. O obronie wspominać nie muszę, bowiem jej czysto formalny charakter stał się już niemalże tradycją.

Fikcja to stały element krajobrazu polskiej nauki. Dotyczy wszystkiego: zajęć, prac pisemnych, egzaminów, stypendiów i coraz częściej samych dyplomów. Wszystko dla budowania iluzji prestiżu i poziomu kształcenia na rodzimych uczelniach. Najzabawniejsze jest to, że każdy – od szarego studenta do jego magnificencji rektora – doskonale tę ułudę zna i bez skrupułów, stale ją wzmacnia.

Przed waszymi wydziałami również maluje się trawę na zielono? Może znacie inne przykłady wprowadzania akademickich fikcji?

Studenckie wspomnienie: Egzaminacyjna instrukcja polowa Podążając za Saganem: kosmiczne pieniądze wyrzucane w błoto? Fizyka made in Poland – czyli polscy fizycy, których znać wypada