Po co nam Bóg?

Pewnego popołudnia do Sir Isaaca Newtona, przyszedł w odwiedziny jego przyjaciel. Mężczyzna był pod wrażeniem skomplikowanego modelu Układu Słonecznego jaki stał w salonie naukowca.

Gdy poruszył korbką planety zaczęły się poruszać wokół metalowego Słońca.- Kto to stworzył? – pyta kolega.
– Nikt – odpowiedział od niechcenia Newton.
– Kto zrobił tę maszynę? – znajomy ponowił pytanie.
– Już ci powiedziałem, nikt.
Przyjaciel już lekko zirytowany przestał kręcić korbką i zwrócił się do niego:
– Słuchaj Isaac, ta skomplikowana machina musiała zostać przez kogoś złożona. Nie mów mi, że przez nikogo, bo ci nie uwierzę.
Newton przestał pisać, wstał, spojrzał na przyjaciela i stwierdził:
– Czyż to nie dziwne? Mówię ci, że nikt nie zrobił tej prostej zabawki, a ty mi nie wierzysz. Jednocześnie uporczywie twierdzisz, że prawdziwego Układu Słonecznego, wielkiego i nieskończenie skomplikowanego, nikt nie stworzył. Jak mam ci uwierzyć?

Boga może nie być

Nie mam pojęcia czy powyższa scena miała naprawdę miejsce, czy wyssano ją z palca. Wydaje się bezspornym faktem, że Isaac Newton, zgodnie z duchem swoich czasów, był osobą religijną a Biblia stanowiła jego ulubioną lekturę. Po 250 latach miejsce Newtona, na stanowisku kierownika katedry Lucasa w Cambridge, zajęła osoba o poglądach zupełnie odmiennych. Stephen Hawking, od początku sceptyczny wobec wiary w Boga, z każdym rokiem swojej pracy naukowej radykalizuje sądy na temat kreacjonizmu. W swojej ostatniej książce naukowiec rzuca wprost – Nauka uczyniła Boga niepotrzebnym. Autor Krótkiej Historii Czasu i Wielkiego Projektu zajmuje w moim prywatnym rankingu szczególne miejsce. Co prawda nie nazwałbym go swoim ulubionym autorem, jednak podobnie do mnie, nie uważa się za pełnokrwistego ateistę, ani nie wojuje przeciwko wierzącym. Po prostu zwraca uwagę na fakty. Analizuje świat i wyciąga wnioski. Bóg być może istnieje, ale czy taki jakim go sobie wyobrażamy? Czy musi on przybrać formę Wielkiego Projektanta? Premierowy odcinek programu Ciekawość z gościnnym udziałem Stephena Hawkinga oraz wykład A Universe from Nothing Lawrence’a Kraussa, jeszcze bardziej utrwaliły we mnie przekonanie, że Bóg nie jest niezastąpiony.

Nie oznacza to, że ktokolwiek potrafi za pomocą niedoskonałego aparatu poznawczego udowodnić jego nieistnienie. Tego typu tezy to domena nieposkromionego prof. Dawkinsa. Pragnę jedynie przekazać, iż nowe idee oraz ciągle poszerzana wiedza pozwalają ludzkości wytłumaczyć niemal każdy proces bez mieszania w to ingerencji z zewnątrz. Setki lat temu, jako istoty wyposażone w głęboką wyobraźnię snuliśmy mity, opisujące pioruny jako zwiastun gniewu bożego. Dziś nikt zdrowy na umyśle nie zakwestionuje, że to naturalne zjawisko wyładowania elektromagnetycznego. Kiedyś sądziliśmy, iż ciała niebieskie poruszają się wokół Ziemi w sposób uporządkowany przez Wszechmogącego. Obecnie potrafimy samodzielnie ustawić sztuczne satelity na orbicie. Jeszcze niedawno jedyną braną pod uwagę odpowiedzią na pytanie – skąd wziął się świat? – był boski akt stworzenia. Od pół wieku udoskonalana jest teoria wyjaśniająca powstanie wszechrzeczy w całkowicie naturalny, świecki i samodzielny sposób. Stoimy o krok od triumfu nauki.

Krótka historia Wielkiego Wybuchu

Przeczytałem dziesiątki tekstów na temat Wielkiego Wybuchu, ale dopiero ostatnio naprawdę załapałem jak poprawnie rozwiązać kreacjonistyczny błąd. Stale przewijającą się bolączką w dyskusjach o początku wszechrzeczy jest osobliwość. Skąd się wzięła? Czy pierwotna kropka o wielkości Plancka, zawierająca całą energię i przestrzeń, mogła się pojawić znikąd? I tak i nie. Można powiedzieć, że nasz wszechświat jest zaburzeniem nieskończenie wielkiej, ponadczasowej i wielowymiarowej pustki. Choć model Wielkiego Wybuchu jest matematycznie wyboisty, można go sobie wyobrazić w sposób dziecinnie prosty. Pomyślcie o kawałku liny z jednej strony przywiązanym do drzewa, a z drugiej trzymanym przez poruszającego nią człowieka. Lina będzie falować tworząc grzbiety i doliny aż człowiek nie przestanie nią poruszać, a ona sama nie wróci do stanu równowagi. Teraz postawcie w miejscu liny osobliwość. Szczyt fali będzie tu energią (a więc i tożsamą z nią materią), a doliną przestrzeń. Energię należy więc potraktować jako odwrotność przestrzeni. To jedynie niedoskonała metafora, ale obrazująca szalenie elegancką myśl: w istocie wszechświat = 0. Nie powstał z niczego, bo na swój sposób jest nicością nadal. Wydaje się to przeczyć instynktom jakie w nas ewoluowały, lecz osobiście uważam tę teorię za jak najbardziej prawdziwą. Ciągle dążymy do unifikacji fizyki, odszukując wzory obrazujące jak coś można przekształcić w co innego. Każdy elektron jest dokładnie taki sam. To tylko określony układ energii, ładunku, pędu i spinu. Zmienimy którąś z tych wartości i przemienimy elektron w inną cząstkę. Z każdą dekadą badań zaciera się definicja materii i energii. Idąc tym tokiem rozumowania, nieunikniony jest wniosek, że wszyscy mamy swój początek w jednolitym miejscu o bliżej nieokreślonych cechach, którego pierwotna symetria została złamana. Nie ważne czy nazwiemy je pustką, tajemniczym apeironem, czy boską papką.

Wielki wybuch ani poszukiwania teorii wszystkiego nie są tematami tego wpisu, więc przejdę do kolejnej kwestii. Co zainicjowało akt stworzenia? Wiemy już, że wszystko co nas otacza jest “niczym”, ale na pewno część z Was zastanawia się nad tym co spowodowało rozwarstwienie przestrzeni i energii? Dzisiejszy wszechświat jest duży i przewidywalny, lecz nie zawsze taki był. 13,82 miliarda lat temu skurczony do rozmiarów atomowych, rządził się zwariowanymi zasadami mechaniki kwantowej. Ci, którzy skubnęli nieco tematu wiedzą w czym rzecz (resztę odsyłam aby najpierw ogarnęli kwanty). Osobliwość zawierająca wszystko co znamy, mogła się pojawić ot tak, w przypadkowej fluktuacji. W mechanice kwantowej “coś” i “nic” są pojęciami zbędnymi, gdyż w pustej z pozoru przestrzeni spontanicznie wytwarzają się cząstki wirtualne. Tu pojawia się również niesforna zasada nieoznaczoności, z którą mierzymy się przy każdej próbie obserwacji cząstek elementarnych. Każdy z nas jest przyzwyczajony do nudy cechującej świat makroskopowy. Jeżeli spróbujesz strzelić komuś w głowę i dobrze wycelujesz to możesz być pewny osiągnięcia celu. Sprawdzają się tu drogie sercu każdego naukowca obserwacje i pomiary. Nabój przeleci konkretną trajektorię i z określoną energią przebije czaszkę nieszczęśnika. W świecie subatomowym wszystko działa inaczej. Dokładności pomiaru położenia cząstki i jej pędu są odwrotnie proporcjonalne. Im więcej wiemy o jednej wielkości, tym mniej wiemy o drugiej. Morał jest następujący: w świecie subatomowym nie próbujcie do nikogo strzelać, bo przy dużym pechu kula może znaleźć się w Waszej głowie. Właśnie w tych zasadach mechaniki kwantowej należy upatrywać wielkiego początku. Wszystko to stało się w zgodzie z naturą. Kosmos to jedno wielkie zero, jakie pojawiło się w wyniku przypadkowego zaburzenia.

Bóg tkwi w kwantach

Wielu się pogodziło z faktem, że ludzkość jest na najlepszej drodze do wyjaśnienia początku wszechświata i procesów w nim zachodzących w sposób całkowicie świecki. Niektórzy jednak nadal poszukują w nauce miejsc, mogących być nazwanymi tajemnicami wiary. Taką sferą jest bez wątpienia mechanika kwantowa. Rozważmy raz jeszcze przykład z kwantowym nabojem. Wydaje się, że stare powiedzenie – człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi – nabiera całkiem nowego znaczenia. Wolność i nieprzewidywalny chaos w świecie subatomowym dał nadzieję części osób wierzących. Jeżeli pójdziecie do kasyna i zagracie w ruletkę, Wasz wynik będzie uzależniony od przypadku. Z fizycznego punktu widzenia to tylko pozory. Mając dostateczne dane o siłach działających na koło i kulkę można przewidzieć jaki numer zostanie trafiony. Problem pomiaru jest czysto techniczny. W świecie kwantowym natomiast, jedynym co da się uzyskać to prawdopodobieństwo. Choćbyśmy nie wiem jak się prężyli, nie wyeliminujemy możliwości zaskoczenia. Część wierzących w tej przypadkowości natury szuka koła ratunkowego. No bo, czym tak naprawdę jest prawdopodobieństwo? Co decyduje o tym, że cząstka pojawia się raz z lewej, raz z prawej, a następnie z lewej i prawej na raz? Dla fizyka zajmującego się praktycznym wykorzystaniem mechaniki kwantowej interpretacja tego zjawiska nie ma kompletnego znaczenia. Wzory się zgadzają i jesteśmy w stanie je wykorzystać, choćby w elektronice.

Problemy pojawiają się na płaszczyźnie filozoficznej czy metafizycznej i dręczyły uczonych od samego początku. Już w latach 20. ożywioną dyskusję na temat fenomenu dualizmu korpuskularno-falowego oraz zasady nieoznaczoności, toczył Niels Bohr z Albertem Einsteinem, jednak bez skutku. Na tym cokole dziś wyrasta swoisty teizm kwantowy. Dla entuzjastów tego typu teorii, między zasadą nieoznaczoności a szeroko rozumianym palcem bożym, można w zasadzie postawić znak równości. W konsekwencji Wszechmogący ingeruje w naszą rzeczywistość poprzez manipulacje w świecie kwantów. Kwant tu, kwant tam i woda zmienia się w wino. Brzmi to całkiem interesująco, ale czy nie nazbyt naiwnie? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że są ludzie, którzy będą widzieć siły nadprzyrodzone w każdym nie do końca zrozumianym procesie, a po jego zbadaniu znajdą sobie nowy cel. Szukanie obecności Boga nie powinno polegać na zatykaniu nim dziur w naszej niewiedzy. Sam teizm kwantowy jest naciągany i stoi pod wielkim znakiem zapytania. Konferencja Kopenhaska uznała, iż cząstka znajduje się w każdej z pozycji na raz, a proces pomiaru losowo wybiera dokładnie jedną z wielu możliwości. Nikt z obecnych tam naukowców nie wspominał o boskich interwencjach w fizyce. Do dziś kwestia interpretacji kopenhaskiej w pewnych kręgach budzi kontrowersje, lecz przez większość świata nauki została zaakceptowana.

“Bóg” tak, teizm nie

Mimo tych wszystkich wątpliwości i całej zdobywanej wiedzy, uczeni nie stronią od używania słowa “Bóg”. Sam Albert Einstein lubił powtarzać, że odkrywając prawa natury chce poznać zamysł boży. Do swojego asystenta rzekł kiedyś: “Naprawdę mnie interesuje to, czy tworząc wszechświat Bóg miał jakiś wybór”. Znowuż innym razem powiedział, iż “wierzy w Boga, który przejawia się w uporządkowanej harmonii istnienia, nie zaś w Boga, który zajmuje się losami i działaniami poszczególnych istot ludzkich”. Te cytaty płynące z umysłu twórcy teorii względności ukazują pewien trend, szczególnie popularny wśród fizyków. Będąc osobami diabelnie inteligentnymi, ufającymi jedynie twardej logice oraz empirycznym dowodom, uczeni zaadoptowali termin Boga dla własnych celów. Nie oznacza on już istoty wyższej, wielkiego projektanta, przedwiecznego zegarmistrza, czy najwyższego sędziego. Bóg w ustach naukowców w ogóle nie oznacza osoby! Nie ma sensu się doń modlić, prosić o wybaczenie i oczekiwać cudów. Wszelkie dogmaty i obrzędy można sobie darować. Nie ma również sensu przypisywać takiemu Bogu nadprzyrodzonych mocy, gdyż to on jest przyrodą.

Einstein i jego następcy wykorzystują, religijny do tej pory termin, jako wygodnej metafory, czy raczej synonimu matki natury. Najlepsze jest w tym to, że takiemu “Bogu” nikt nie zaprzeczy. Ciągle doświadczamy działania setek praw fizycznych, które koegzystując wzajemnie, w cudowny sposób zrodziły wszechświat z całą różnorodnością życia. Kiedy sam pomyślę o ogromie kosmosu i całej zawartej w nim harmonii sił, materii i stałych, to mam ochotę klęknąć i podziwiać. Sęk w tym, że nie ma sensu hołdować martwemu i bezosobowemu zbiorowi zasad.

Osoba klasycznie wierząca w miłosiernego Ojca może się poczuć niezaspokojona taką koncepcją. Przykładowy Chrześcijanin spodziewa się czego innego. Prawa przyrody decydują o tym jak funkcjonuje rzeczywistość, ale nie podpowiedzą jak w niej żyć. Wierzący chciałby otrzymywać wskazówki, ujrzeć drogowskaz moralny na drodze do zbawienia. To ostatnie zdanie jest bardzo ważne. Ukazuje dualizm potrzeb, jakie dręczą, z jednej strony przeciętnego wierzącego, a z drugiej uczonego. Kościół był skory do uznania teorii ewolucji czy Wielkiego Wybuchu, nie tylko dlatego, iż istnieją potwierdzające je dowody. Nawet duchowni zauważyli brak zapotrzebowania na tłumaczenie budowy czy powstania świata przez ingerencję istoty wyższej. Religia wyrosła już z monopolu na wiedzę, zajmując się tym, czym powinna, czyli moralnością.

Nie chcę głębiej zanurzać się w odmętach dylematu, czy dla zachowania szeroko rozumianego dobra konieczna jest religia. Będąc upartym, nawet altruizm można wyjaśnić stosując założenia darwinizmu. Chodzi o to, że pytanie – “Po co nam Bóg?” – odnoszące się do Inteligentnego Stwórcy, jest zupełnie czym innym niż kwestia “Czy Bóg istnieje?” bądź “Czy Bóg jest konieczny dla rozwoju duchowego człowieka?”. Bóg dla większości ludzi pozostanie wartościowy, w znaczeniu prawodawcy ustanawiającego kryteria dobra i zła. Natomiast czy nadal mamy potrzebę doszukiwania się w przyrodzie jakiegoś planu? Niektóre stałe fizyczne wydają się wręcz idealnie dopasowane do podtrzymywania życia. Patrząc przez pryzmat zasady antropicznej nie wydaje się to takie dziwne. Wszak gdyby ten wszechświat był niezdatny do życia, nie powstałaby istota potrafiąca stawiać pytania, albo istota ta byłaby zbudowana zupełnie inaczej niż my.

Tak więc, nawet w tym temacie możemy z powodzeniem zastosować czyste zasady logiki i zmarginalizować religijny punkt widzenia. Do wyjaśnienia wszystkich zjawisk występujących we wszechświecie wystarczą zaledwie cztery siły podstawowe i dwanaście cząstek materii. Czy zatem nadal potrzebujemy inteligentnego projektanta aby zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość?

Te kwestie pozostawiam każdemu do samodzielnego rozstrzygnięcia.

Literatura uzupełniająca:
S. Weinberg, Sen o teorii ostatecznej, Warszawa 1993;
S. Hawking, Krótka historia czasu, Warszawa 2007;
Ciekawość – Kto stworzył wszechświat?, reż. S. Tongue, Discovery Channel 2011;
L. Krauss, A Universe From Nothing, wykład dla RDF;
J. Coyne, Bóg, ewolucja i mechanika kwantowa, przeł. M. Koraszewska, racjonalista.pl.
Wszyscy jesteście puści Najpiękniejsza weryfikacja ogólnej teorii względności Teleskopowe spojrzenie w przeszłość