To jeden z tych nielicznych momentów, gdy potrafię utożsamić się z miłośnikami poezji. Dzięki Odysei kosmicznej 2001 pojąłem jak ogromną satysfakcję daje nie tyle bezpośrednie obcowanie z dziełem, co próby jego zrozumienia.

“Mój Boże. Ile gwiazd.”
— David Bowman
Właściwy odbiór filmu Stanleya Kubricka, w rze­czy­wi­sto­ści nastę­puje dopiero po zakoń­cze­niu seansu. Mistrz prze­szedł samego siebie, tworząc jedyne w swoim rodzaju, abs­trak­cyjne, trans­cen­dentne, zupełnie wyzute z akcji meta­fi­zyczne science-fiction. Przy­znaję, sam w czasie oglą­da­nia ziew­ną­łem nie raz i nie dwa, a chyba nawet przy­mkną­łem na moment oczy. Co tu dużo mówić, nie mam duszy artysty i fleg­ma­tyczne ujęcia tań­czą­cych w prze­strzeni statków kosmicz­nych nie wyzwo­liły we mnie takiej eks­cy­ta­cji jak powinny. Nie zrobiła tego również fabuła (nie bez­po­śred­nio), boha­te­ro­wie, ani dialogi. Jednak mimo to, film z 1968 roku zrobił coś czego nie zdołał dokonać chyba żaden inny – wpro­wa­dził mnie w rodzaj kinowego transu – zaś po ock­nię­ciu, poczułem się nie­praw­do­po­dob­nie zain­try­go­wany. Zdawałem sobie sprawę, że ten reżyser niczego nie pozo­sta­wia przy­pad­kowi i każda scena, każde słowo, nawet każdy element sce­no­gra­fii ma swój cel. Byłem chciwy wyja­śnień. Zwłasz­cza w odnie­sie­niu do obiektu w enig­ma­tyczny sposób spa­ja­ją­cego całą historię. Monolitu.


Dla przy­po­mnie­nia. W ciągu całego spek­ta­klu, monolit pojawia się na ekranie trzy­krot­nie. Po raz pierwszy już na samym początku, gdy czarny pro­sto­pa­dło­ścian (TMA-0) objawia się naszym pry­mi­tyw­nym, mał­po­kształt­nym przodkom. Setki tysięcy, może miliony lat później, homo sapiens sapiens wkracza w epokę eks­plo­ra­cji kosmicz­nej i trafia na iden­tyczny artefakt (TMA-1), odkryty dwa­na­ście metrów pod powierzch­nią księ­ży­co­wego regolitu. Trzeci egzem­plarz oso­bli­wego tworu, tym razem w znacznie większym roz­mia­rze, ni stąd ni zowąd pojawia się na orbicie Jowisza (TMA-2), gdzie w kul­mi­na­cyj­nej scenie wciąga w swą głębię astro­nautę Dave’a Bowmana.

Czym był u diaska ten diabelny przed­miot?

Wyjaśnienie powierzchniowe

Dosłowna geneza oraz prze­zna­cze­nie monolitu nie stanowi większej zagadki. Wystar­czy zajrzeć do książek Arthura C. Clarke’a (pierwsza powieść była pisana rów­no­le­gle ze sce­na­riu­szem Kubricka) lub obejrzeć sequel 2010: Odyseja kosmiczna, aby usunąć część wąt­pli­wo­ści. Z powyż­szych utworów dowia­du­jemy się, że nie­prze­nik­niona figura stanowi wytwór wysoko, naprawdę wysoko roz­wi­nię­tej cywi­li­za­cji kosmicz­nej. Trudno mówić o zasko­cze­niu, niemniej trzeba przyznać, że przed­sta­wiony widzom asce­tyczny pro­sto­pa­dło­ścian nie koreluje z prze­cięt­nym wyobra­że­niem kon­struk­cji kosmitów, jakie zazwy­czaj podsuwa nam popkul­tura. Mamy do czy­nie­nia z czarnym, mil­czą­cym i pasywnym obiektem, bardzo oszczęd­nie zdra­dza­ją­cym swoje prze­zna­cze­nie i moż­li­wo­ści. A są one doprawdy potężne i róż­no­rodne. Pod koniec pierw­szej Odysei monolit okazuje się czymś w rodzaju cza­so­prze­strzen­nej bramy lub innego wymyśl­nego środka trans­portu. Z kolei w sequelu przed­miot ujawnia zdolność do samo­re­pli­ka­cji, mnożąc się na potęgę kosztem materii Jowisza. Co jednak naj­istot­niej­sze, w wykre­owa­nej rze­czy­wi­sto­ści monolit zdaje się czyn­ni­kiem spraw­czym, ini­cju­ją­cym rozwój życia i cywi­li­za­cji. Począt­kowa scena z mał­po­lu­dami dobitnie prze­ko­nuje nas, że to właśnie obecność monolitu kilka milionów lat temu, wpłynęła w jakiś sposób na dalszą ewolucję ziem­skiej inte­li­gen­cji. Była to iskra konieczna do wznie­ce­nia świtu ludz­ko­ści.

Jak zauważył znany z futu­ro­lo­gicz­nych ciągot Michio Kaku, monolit dość wyraźnie czerpie z idei tzw. sond von Neumanna. Zgodnie z tym pomysłem, obcy byliby w stanie słać w odległe zakątki wszech­świata inte­li­gentne urzą­dze­nia, zdolne do repro­duk­cji. Dokład­nie coś takiego widzimy w Odysei kosmicz­nej. Przy czym monolit nie tylko tworzy swoje kopie, ale również mody­fi­kuje orga­ni­zmy i uważnie śledzi ich rozwój. Ujmując rzecz w sposób przy­ziemny: u Clarke’a jesteśmy jedynie świa­do­mym zbożem jakie wykieł­ko­wało na jednym z milionów kosmicz­nych poletek, zago­spo­da­ro­wa­nych przez bliżej nie­zna­nych, inter­ga­lak­tycz­nych siewców.

To ciekawy, ale dość prosty pomysł. W każdym razie, na pewno nie wyczer­pu­jący przekazu zawar­tego w wido­wi­sku Kubricka.

Wyjaśnienie głębsze

Film 2001: Odyseja kosmiczna można zaliczyć do tych nie­licz­nych ekra­ni­za­cji, które skrywają nie mniej głębi – a pewnie nawet więcej – od książ­ko­wego pier­wo­wzoru (przy czym trudno w tym przy­padku mówić o pier­wo­wzo­rze). Sam reżyser widział w swoim dziecku coś więcej niż tylko science-fiction. Określał je “wizu­al­nym, nie­wer­bal­nym doświad­cze­niem, ude­rza­ją­cym widza na wewnętrz­nym poziomie świa­do­mo­ści, nie inaczej niż muzyka, czy malar­stwo”. Zresztą oba utwory wiele dzieli, zaś pisarz i fil­mo­wiec podobno byli daleko od wypra­co­wa­nia wspól­nego poglądu na sens przed­sta­wio­nej historii. Piszę to dlatego, że choć wspo­mnia­łem o odpo­wie­dziach udzie­la­nych czy­tel­ni­kowi w prozie Arthura C. Clarke’a, to nie uważam aby w jaki­kol­wiek sposób ucinały one dyskusję na temat ekra­ni­za­cji. Co więcej, Stanley Kubrick inten­cjo­nal­nie nakręcił Odyseję w taki, a nie inny sposób. Celowo obstawał przy prostym, mini­ma­li­stycz­nym mono­li­cie – będącym swoistym ucie­le­śnie­niem zagadki – zapew­nia­jąc odbior­com pole do nie­koń­czą­cych się rozważań. Oczy­wi­ście pro­sto­pa­dło­ścian nadal może być super­kom­pu­te­rem, sondą von Neumanna czy inną zaawan­so­waną machiną obcych, ale jed­no­cze­śnie i przede wszyst­kim pozo­staje symbolem.

Tylko co takiego sym­bo­li­zuje? Film skończył właśnie pięć­dzie­siątkę, a to wystar­cza­jąco dużo czasu dla roz­mno­że­nia naj­róż­niej­szych spe­ku­la­cji. Oto kilka przy­kła­dów.
Ekran
Inter­pre­ta­cja, która narobiła w sieci sporo szumu. Według Roba Agera – jutubera zaj­mu­ją­cego się analizą kina – kubric­kow­ski monolit to prze­wró­cony o na bok, czarny ekran. Scena, w której pry­mi­tywni homo­ni­dzi skaczą wokół eks­cen­trycz­nego zna­le­zi­ska, to obraz nas samych. Istot zachwy­co­nych tym co zostało im spre­zen­to­wane przez kogoś “u góry”, nawet jeśli nie do końca wiedzą czym to jest i do czego w rze­czy­wi­sto­ści służy. Prze­ciętny zjadacz chleba chłonie podawany mu obraz, nawet jeśli to tylko narzu­cona pro­pa­ganda, blaga mająca go wychować w okre­ślony sposób. Inte­re­su­jące, choć jak dla mnie zbyt nacią­gane.

Zwiastun postępu, kamień milowy
Asce­tyczna kon­struk­cja to po prostu symbol postępu. Skoku cywi­li­za­cyj­nego jakiego ludzie muszą doko­ny­wać od czasu do czasu aby wspiąć się na kolejny poziom cywi­li­za­cyjny. To trochę jak szczeble na drabinie pro­wa­dzą­cej ku kolejnym pozycjom w skali Kar­da­szewa (może nie dosłow­nie w tej kon­kret­nej skali, ale wiesz co mam na myśli). Nasz gatunek co rusz natrafia na tajem­ni­cze zjawisko – ogień, bły­ska­wice, względ­ność czasu i prze­strzeni, kwantową nie­okre­ślo­ność – które począt­kowo nas szokuje, później pozwala się oswoić, a w końcu dotknąć swojej istoty co umoż­li­wia nam osią­gnię­cie następ­nego przełomu w rozu­mie­niu rze­czy­wi­sto­ści.

Czarna otchłań
A może ciemna powierzch­nia monolitu to po prostu odnie­sie­nie do bezkresu wszech­świata? Wpa­tru­jemy się w nie­bo­skłon od samego początku i od zarania budzi on naszą fascy­na­cję. Rozwój astro­no­mii poprze­dził naro­dziny wielu innych dziedzin, umoż­li­wia­jąc sta­ro­żyt­nym zapro­jek­to­wa­nie kalen­da­rza, zro­zu­mie­nie cyklicz­no­ści zjawisk natu­ral­nych, a co za tym idzie, wykształ­ce­nie rol­nic­twa. Dziś znów pró­bu­jemy dotknąć kosmicz­nego monolitu, żywiąc nadzieję, że naszym prze­zna­cze­niem jest eks­plo­ra­cja obcych światów.

Element kosmicz­nych godów

Naj­bar­dziej odje­chana inter­pre­ta­cja doszu­kuje się w przed­sta­wio­nej fabule metafory stosunku płcio­wego. Przy­po­mi­na­jąc sobie “eks­tra­wa­ganc­kie” rekwi­zyty z Mecha­nicz­nej poma­rań­czy, nie­trudno podej­rze­wać Kubricka o sek­su­alne pod­tek­sty, jednak w tym przy­padku nie czuję się prze­ko­nany. Zwo­len­nicy tej hipotezy uważają, że fal­liczny statek Disco­very nosi w sobie konieczny materiał gene­tyczny w formie ludzi; zaś kontakt z obcymi przynosi w końcu naro­dziny gwiezd­nego dziecka.

Bóstwo 
Nie mogło się obyć bez odwołań do siły wyższej. Jednak ma to sens, bo czyż tak roz­wi­nięta cywi­li­za­cja jak ta stojąca za zapro­jek­to­wa­niem monolitu, nie powinna być już roz­pa­try­wana w kate­go­riach boga? Zwłasz­cza, że monolit pozo­staje jedyną fizyczną mani­fe­sta­cją ist­nie­nia obcych. Oba filmy ukazują nam dobitnie, że za mamy do czy­nie­nia z istotami poza­ma­te­rial­nymi, które zdołały wyzwolić się z okowów własnej cie­le­sno­ści. Do tego stopnia, że posiadły zdolność wznie­sie­nia się ponad ludzkie poj­mo­wa­nie czasu i prze­strzeni. Dowodzi tego postać Davida Bowmana, oscy­lu­ją­cego w zna­mien­nej scenie między postacią starca i gwiezd­nego dziecka. Jeśli dodamy do tego nie­sły­chaną moc sprawczą obcych, możemy zbliżyć się do wniosku, iż potężny artefakt to rów­no­waż­ność dotyku Stwórcy. Na mar­gi­ne­sie, do tego pomysłu pasuje też nie­ty­powy komu­ni­kat poja­wia­jący się pod koniec drugiego filmu: “Wszyst­kie te światy należą do Was. Poza Europą. Nie pró­buj­cie na niej lądować”. Nie wiem jak Tobie, ale mi przy­wo­łuje on sko­ja­rze­nie z biblij­nym mitem o pierw­szych ludziach i jednym jedynym owocem, którego pod żadnym pozorem nie wolno im było zerwać.
Abso­lutna kon­ster­na­cja. Jak dla mnie żadna z powyż­szych prób wytłu­ma­cze­nia kubric­kow­skich aber­ra­cji nie jest ani lepsza ani gorsza od reszty. Na dobrą sprawę to nie sam monolit stanowi tu zagadkę, lecz kryjący się za jego kształ­tem kre­ato­rzy. Reżyser-egzy­sten­cja­li­sta stawia nas w obliczu absolutu i ani myśli narzucać nam co mamy o nim sądzić. Gwiezdne dziecko spo­glą­da­jące z cie­ka­wo­ścią na Kulę Ziemską, małą i samotną, przy­po­mina nam jak wiele pracy przed nami. Nie zakoń­czy­li­śmy naszej ewo­lu­cyj­nej wędrówki, a z per­spek­tywy innej cywi­li­za­cji możemy okazać się równie pry­mi­tywni co Homo habilis, nie­zdar­nie wła­da­jący kamien­nym pię­ścia­kiem. Kiedyś, w dalekiej przy­szło­ści, przyj­dzie nam zmierzyć się z tym abso­lu­tem – czym­kol­wiek by był – i zupełnie zmienimy per­spek­tywę.


Dobrze, wystar­czy tego nakrę­ca­nia się. Minęło pół wieku, a na temat kolej­nych warstw Odysei, wciąż można roz­pra­wiać godzi­nami. Jeśli drogi czy­tel­niku, z jakiej­kol­wiek przy­czyny nie miałeś dotąd okazji poznać naj­więk­szego dzieła Kubricka – to świetny moment na nad­ro­bie­nie zale­gło­ści. W naj­gor­szym razie zaśniesz, w naj­lep­szym – przez kolejne kilka dni będą dręczyły Cię podobne prze­my­śle­nia jak te powyżej.

  • maniek122112

    Mnie akurat ominęły wszelkie dylematy — oglą­da­łem film po prze­czy­ta­niu książki i ta inter­pre­ta­cja była dla mnie wystar­cza­jąco atrak­cyjna. Ale z chęcią prze­czy­tał­bym opinie psy­chia­trów o pomyśle zapłod­nie­nia pro­sto­pa­dło­ścien­nej kosmicz­nej czarnej dziury, przez zwykły ziemski statek o peni­so­wa­tym kształ­cie 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Major Bień

    IMHO dla mnie naj­trud­niej­szą do prze­brnię­cia częścią filmu był sam małpi początek. Miałam przez to kilka podejść do seansu 😛 Pomi­ja­jąc ten fragment obraz fak­tycz­nie hip­no­ty­zu­jący, mimo że powolny i z pozoru “nudny”. Ale HAL’a 9000 nie da się zapo­mnieć 🙂 Tak samo jak nie­sa­mo­witą jazdą była podróż Dave’a przez cza­so­prze­strzeń. Co za obraz!
    Także tego… “I’m sorry Dave, I’m afraid I can’t do that” 😀

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Miro Slavin Szwaj­ca­rzew­ski

    Książka Odyseja kosmiczna jest pierw­szo­li­gowa. Abso­lut­nie jedna z naj­cie­kaw­szych pozycji jakie kie­dy­kol­wiek czytałem. Zaś co do filmu to ja bym jednak sobie życzył nagrania go od początku. Nie to że jest nudny (ale troche jest) ale poprostu nie­spo­sób zro­zu­mieć przekazu. Każdy kto czytał (albo słuchał audio­buka) pewnie potwier­dzi że przekaz jest o niebo głębszy i bardziej roz­bu­do­wany od tego

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Właśnie mniej więcej o to mi chodziło w tekście. 😉 Odmien­nie postrze­gamy zalety obu utworów: ogólniki i “nie­zro­zu­mia­łość” zostały umiesz­czone w filmie cał­ko­wi­cie celowo i w moim odczuciu ta tajem­ni­czość właśnie zwiększa głębię ekra­ni­za­cji względem książki. I nie jest to tylko kwestia budo­wa­nia aury zagad­ko­wo­ści, a po prostu zosta­wie­nia pola widzom — podczas gdy Clarke miał na celu przede wszyst­kim opo­wie­dzieć historię. Dla każdego coś miłego.

      “naj­le­piej gdyby to zrobili pro­du­cenci Inter­stel­lar”

      Akurat taki remake na pewno bym zboj­ko­to­wał. To już prędzej widział­bym Odyseję w rękach twórców Arrivala. 🙂

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Miro Slavin Szwaj­ca­rzew­ski

        Nie jestem aż taki pewien co do celo­wo­ści tych nie­do­mó­wień. Przede wszyst­kim książka była opu­bli­ko­wana po zro­bie­niu filmu, a to ważny szczegół.
        Nie­do­mó­wie­nia filmu czasami są prze­ogromne. na przykład awaria Hala. Z filmu nie ma szansy wycią­gnąć wniosku dlaczego tak się stało a w książce jest to bardzo ważny i nie­zmier­nie inte­re­su­jący motyw. Scena z małpami jest krótka i można by ją streścić w kilu zdaniach za to w książce jest to baza do całości historii. w książce krok po kroku można zro­zu­mieć czym ten nowy człowiek różnił się od małpy i jak to się działo. To samo z wle­ce­niem do gwiezd­nych wrót. Bowman odkrywa całkiem nowe światy i podej­rze­wam że Kubrick w tamtych czasach tech­nicz­nie nie miał moż­li­wo­ści ich zapre­zen­to­wać dlatego od razu prze­szedł do spo­tka­nia ze “stwórcą”. Samo spo­tka­nie w filmie jest znane wszyst­kim. Biały pokój i Bowman zamienia się w dziecko. W książce jest ten rozdział usy­tu­owany w pokoju hote­lo­wym i trak­to­wany raczej jako eks­pe­ry­ment na Bowmanie i stop­niowa jego przemian.
        Nie jestem fanem Kubricka. Mnie ten film po prostu nudzi i pozo­sta­wia z kom­plet­nym nie­do­sy­tem. właśnie go obej­rza­łem i chyba pójdę coś zjeść.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        “Nie jestem aż taki pewien co do celo­wo­ści tych nie­do­mó­wień. Przede wszyst­kim książka była opu­bli­ko­wana po zro­bie­niu filmu, a to ważny szczegół.”

        Przy innym reży­se­rze roz­wa­żał­bym taką opcję, ale na pewno nie przy per­fek­cjo­ni­stycz­nym do granic absurdu Kubricku. To, że książka wyszła (niedługo) po filmie pozo­staje bez zna­cze­nia, bo przecież obaj panowie pozo­sta­wali w ciągłym kon­tak­cie, przy czym nie uza­leż­niali swoich utworów twardo od siebie. Kubrick nie potrze­bo­wał “pod­po­wie­dzi” od Clarke’a, bo nie tworzył adap­ta­cji lecz własne przed­sta­wie­nie tej samej historii.

        “To samo z wle­ce­niem do gwiezd­nych wrót. Bowman odkrywa całkiem nowe światy i podej­rze­wam że Kubrick w tamtych czasach tech­nicz­nie nie miał moż­li­wo­ści ich zapre­zen­to­wać dlatego od razu prze­szedł do spo­tka­nia ze “stwórcą”.

        Sądzę, że gdyby mistrz żył obecnie i przy obecnych moż­li­wo­ściach kręcił Odyseję, prawie by jej nie zmienił, a na pewno nie w tych ele­men­tach. Film pozba­wiony tej aury tajem­ni­czo­ści nie budzi­łoby takich pytań i rozważań jakie budzi obecnie, ergo nie byłby już tym samym filmem. Ty chcesz po prostu opo­wie­dze­nia historii, Kubrick (wypo­wia­dał się o tym wie­lo­krot­nie) chciał działać na pod­świa­do­mość widza. Wpro­wa­dzał w trans i budził okre­ślone odczucia; fabuła sama w sobie nie była naj­istot­niej­sza.

        “Nie jestem fanem Kubricka. Mnie ten film po prostu nudzi i pozo­sta­wia z kom­plet­nym nie­do­sy­tem.”

        I właśnie tu leży różnica. 🙂 Ja go uważam za geniusza, którego każda pro­duk­cja była dopiesz­czona, prze­my­ślana i uni­ka­towa: Od Doktora Strangelove’a do Full Metal Jacket — wszystko jest ponad­cza­sowe i nie do pod­ro­bie­nia. Tak też, drugie s-f w stylu Odeysei, z tak egzy­sten­cjal­nym zacię­ciem, już nigdy nie powsta­nie.

        “Tak czy siak jest jeszcze odyseja 2010, 2061 i 3001 więc jakiś fil­mo­wiec powinien się za to wsiąść.”

        Ależ “Odyseja 2010” powstała, o czym przecież wspo­mnia­łem w tekście. Polecam.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Zi

    Pod­cho­dzi­łem do filmu 2 razy i ani razu nie dotrwa­łem do końca (za drugim razem dotrwa­łem do połowy). Ale audio­book, czy raczej słu­cho­wi­sko z genialną Krystyną Czubówną to maj­stersz­tyk. Polecam każdemu. Tak jak pisze Miro — przekaz jest dużo głębszy i bardziej roz­bu­do­wany.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

    Jeden z naj­lep­szych filmów w historii kina. I kon­ty­nu­acja, wcale nie gorsza, choć w innym stylu nakrę­cona. Co naj­dziw­niej­sze “Odyseja 2001” …w ogóle się nie zesta­rzała, ani od strony kon­cep­cyj­nej, ani naukowej, ani nawet wizu­al­nej.

    Jak ktoś nie wie, kiedy ten film powstał, to jedynym ele­men­tem który umoż­li­wiałby taką iden­ty­fi­ka­cję są …damskie fryzury, układane według mody z lat 60 XX wieku.

    Ale akurat motyw Monolitu nie jest naj­moc­niej­szym punktem tego filmu. Nie­za­leż­nie od tego, czy inter­pre­to­wać Monolit scjen­ty­stycz­nie — jako sondę von Neumanna super­ro­zwi­nię­tej cywi­li­za­cji (przy­naj­mniej poziomu II w skali Kar­da­szewa), czy też mistycz­nie — jako alegorię Siły Wyższej, Boga, czy innego nad­na­tu­ral­nego Siewcy Rozumu.

    W tym pierw­szym przy­padku od razu nasuwa się pytanie, gdzie się te wszyst­kie roz­wi­nięte cywi­li­za­cje podziały i dlaczego nie mają niczego innego do roboty niż apli­ko­wać Rozum na kolej­nych światach w Galak­tyce. Chyba że byłby to sposób na roz­prze­strze­nia­nie się takiej cywi­li­za­cji — ale jedynym autorem, który na to wpadł i coś takiego zapro­po­no­wał był Jacek Dukaj w “Czarnych Oceanach”.

    W tym drugim roz­cza­ro­wuje bardzo wąska i ogra­ni­czona, typowa dla nurtu pro­te­stanc­kiego w chrze­ści­jań­stwie wizja Stwo­rzy­ciela, jako jakiegoś kre­acjo­ni­stycz­nego bożka — maj­ster­klepki. 🙁

    Zresztą wszyst­kie filmy, czy powieści SF, w których ludzkość, zaraz po wyjściu w kosmos od razu potyka się o arte­fakty, czy pozo­sta­ło­ści jakiejś prze­ra­sta­ją­cej ją cywi­li­za­cji nie­za­leż­nie od tego, kiedy powstały, od razu robią wrażenie jakiejś antycz­nej ramoty.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • ad

    Skłaniam się ku teorii o której roz­ma­wia­li­śmy parę dni temu -Kubrick sam tego dobrze nie prze­my­ślał 😛

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Jade

    Ten film to abso­lutne must-see fana science-fiction. Warto obejrzeć, cho­ciażby po to, żeby mieć roze­zna­nie, w jaki sposób ewo­lu­ował ten gatunek filmowy. Jednak do mnie bardziej prze­mó­wiła książka Clarke’a niż słynne arcy­dzieło Kubricka. Jest to jedna z tych lektur, o której długo się nie zapomina po prze­czy­ta­niu.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0