Niniejszy artykuł zostanie poświęcony prawdopodobnie największemu zabójcy w dziejach planety. Temu, który pod koniec mezozoiku wybił krater Chicxulub i przy okazji doprowadził do masowej zagłady niemal wszystkich dużych organizmów na Ziemi.

“Dino­zaury wymarły, ponieważ nie miały programu kosmicz­nego.”
— Larry Niven

Co jeśli nie meteoryt?

DinozaurDla obecnego poko­le­nia kon­cep­cja potęż­nego mete­orytu, który zde­mo­lo­wał ziemski eko­sys­tem ini­cju­jąc wymie­ra­nie więk­szo­ści gatunków, brzmi niczym aksjomat. Nawet dziecko bazgrzące po kolo­ro­wance z dino­zau­rami mogło gdzieś usłyszeć o strasz­li­wym losie, jaki spotkał te nie­sa­mo­wite stwo­rze­nia. Pomysł kosmicz­nego pocisku ste­ry­li­zu­ją­cego planetę jest dla nas tak natu­ralny, jak dar­wi­now­ska teoria ewolucji czy new­to­now­ska siła ciążenia. Fakt dość zaska­ku­jący, kiedy sobie przy­po­mnimy, że hipoteza impaktu wypły­nęła na otwarte wody nauki niecałe cztery dekady temu i począt­kowo wcale nie trak­to­wano jej zbyt łaskawie. Masz wobec tego pełne prawo zasta­na­wiać się, jak wcze­śniej tłu­ma­czono znik­nię­cie wielkich gadów, znanych przecież nauce już dwieście lat.

W zasadzie do momentu wyklucia ukształ­to­wa­nej idei kata­stro­fi­zmu, na próżno szukać poje­dyn­czej i kom­plet­nej hipotezy wyja­śnia­ją­cej kredowe wymie­ra­nie. Wręcz prze­ciw­nie, do 1980 roku rzucano pomy­słami jak cukier­kami, często nie zważając na twardy materiał dowodowy. Niemniej, sporą część z kil­ku­dzie­się­ciu przed­sta­wio­nych kon­cep­tów łączyło zało­że­nie o tzw. sta­rze­niu gatunków. Mówiąc obrazowo, dzieje danego gatunku orga­ni­zmów przy­rów­ny­wano do natu­ral­nego cyklu życia. Tak jak człowiek rodzi się, dorasta, osiąga doj­rza­łość, wiek podeszły i w końcu umiera, tak całe gatunki posia­dają okre­ślony cykl egzy­sten­cji i czas ist­nie­nia. Ciało każdej istoty wzrasta i przej­rzewa, stając się coraz bardziej nie­do­łężne. Z kolei popu­la­cja  kumuluje w sobie gene­tyczne mutacje – naj­czę­ściej nega­tywne – pro­wa­dzące osta­tecz­nie do “przy­gnie­ce­nia” gatunku swym balastem i jego wymarcia. Istotną rolę pełnił również cha­rak­te­ry­styczny dla kla­sycz­nego dar­wi­ni­zmu pogląd gra­du­ali­zmu. Zgodnie z nim zmiany ewo­lu­cyjne nastę­pują bardzo powoli, z wyklu­cze­niem zna­czą­cego wpływu gwał­tow­nych zjawisk. O zagła­dzie dino­zau­rów nie zade­cy­do­wał żaden poje­dyn­czy, zewnętrzny i nagły czynnik, lecz wyczer­pa­nie pewnej ewo­lu­cyj­nej formuły. Dotarcie do ślepej uliczki. Natu­ral­nie mowa tu o procesie trwa­ją­cym dzie­siątki lub setki milionów lat, ale jednak zawsze pro­wa­dzą­cym do kresu. 

Przed­mio­tem spe­ku­la­cji pozo­sta­wały szcze­góły sta­rze­nia się dino­zau­rów jako gatunku. Nie­któ­rzy wska­zy­wali na swoisty gigan­tyzm gadów. Prze­sadne rozmiary ciała nie­ustan­nie zwięk­szały potrzeby żywie­niowe, co w końcu musiało skut­ko­wać zawa­le­niem się łańcucha pokar­mo­wego. Podobny zamysł mówił o pułapce ewo­lu­cyj­nej wywo­łu­ją­cej efekt nad­spe­cja­li­za­cji. Rozmiary, pancerze czy kolce – przy­datne w pewnej skali – stały się dla więk­szo­ści stworzeń utra­pie­niem, na kształt pawich ogonów. Inni uważali, iż dino­zaury na pewnym etapie zatra­ciły zdolność do odpo­wied­nio szyb­kiego dosto­so­wy­wa­nia się do nowych warunków, nie potra­fiąc znieść nawet umiar­ko­wa­nych zmian w kra­jo­bra­zie i klimacie Ziemi. Znaleźli się nawet badacze twier­dzący, że dino­zaury same się wykoń­czyły zatru­wa­jąc atmos­ferę. Współ­cze­śnie bydło i inne zwie­rzęta hodow­lane odpo­wia­dają za około 18% emisji gazów cie­plar­nia­nych, głównie w formie metanu. Bestie żyjące w mezo­zo­iku, pro­por­cjo­nal­nie do swej masy, miałyby pro­du­ko­wać taką ilość gazów, która poważnie zaszko­dzi­łaby pra­daw­nym eko­sys­te­mom oraz im samym.

To tylko kilka wybra­nych hipotez. Pro­ble­mem każdej były trud­no­ści z fal­sy­fi­ka­cją, a często również nie­peł­ność. Autorzy dzielnie starali się uporać z zagadką znik­nię­cia tyra­no­zaura i spółki, jed­no­cze­śnie tracąc z oczu inne gatunki, które również ucier­piały pod koniec kredy. Możesz się teraz zasta­na­wiać, czy naprawdę przez żadną z mądrych głów nie prze­le­ciała myśl o połą­cze­niu wiel­kiego wymie­ra­nia z jakąś spek­ta­ku­larną kata­strofą. Wszakże taki sce­na­riusz aż prosi się o roz­pa­trze­nie! W istocie, ame­ry­kań­ski zoolog Max Walker de Lau­ben­fels, już w latach 50. dostrzegł, że w geo­lo­gicz­nej skali czasu, ude­rze­nie w planetę śmier­cio­no­śnego mete­orytu wydaje się czymś całkiem praw­do­po­dob­nym. Teza ta nie miała jednak wtedy zębów i trak­to­wana była raczej jako cie­ka­wostka niż poważny koncept. W końcu taki cios musiałby pozo­sta­wić na Ziemi jakiś ślad, a nikt żadnego nie widział…

Wymieranie K-Pg

Wszystko zmieniło się za sprawą Waltera Alvareza i jego ojca Luisa. Walter, zdolny geolog, pro­wa­dził badania w nie­wiel­kim 30-tysięcz­nym mia­steczku Gubbio, na wschód od Rzymu. Znaj­do­wały się tam pięknie wyeks­po­no­wane skały osadowe pocho­dzące sprzed 80–40 milionów lat, czyli przełomu kredy i pale­ogenu. Właśnie stąd eksperci od nauk o Ziemi zwykli mówić o war­stwach geo­lo­gicz­nych K-Pg i ana­lo­gicz­nie o wymie­ra­niu K-Pg. W nie­któ­rych opra­co­wa­niach możesz też napotkać nie­ak­tu­alne już ozna­cze­nie K-T, pocho­dzące od kredy i trze­cio­rzędu. Bez względu na nomen­kla­turę, rejon Gubbio przy­cią­gał badaczy łatwo dostęp­nym i wyraźnym zapisem geo­lo­gicz­nym momentu wielkiej zagłady. Patrząc na skalną ścianę, Walter Alvarez widział grube, wie­lo­me­trowe pokłady wapieni, prze­dzie­lone cienką kreską gliny. Kil­ku­cen­ty­me­trowa linia ufor­mo­wała się mniej więcej 66 milionów lat temu. Skały pod nią zawie­rały liczne ska­mie­liny, świad­czące o bujnym rozwoju fauny i flory. Skały leżące bez­po­śred­nio powyżej, zatem nagro­ma­dzone później, niemal nie zdra­dzały ist­nie­nia życia. 
Granica K-Pg, od kredy i paleogenu
Jak to rozumieć? Jakie wnioski należy wycią­gnąć? Dobrą praktyką byłoby upew­nie­nie się, czy grubość poszcze­gól­nych warstw skalnych aby na pewno pozo­staje sko­re­lo­wana z czasem ich powsta­wa­nia. Tak pomyślał Walter i zwrócił się o pomoc do swojego ojca. Luis Alvarez, profesor w Berkeley, uczest­nik Projektu Man­hat­tan i noblista, bez wąt­pie­nia należał do naj­bar­dziej sza­no­wa­nych uczonych w Stanach Zjed­no­czo­nych (dla uzu­peł­nie­nia zachęcam Cię do prze­czy­ta­nia wcze­śniej­szego tekstu poświę­co­nego Alva­re­zowi). Jednakże… nie był geo­lo­giem ani pale­on­to­lo­giem. W rzeczy samej, doświad­czony fizyk eks­pe­ry­men­talny z żar­li­wo­ścią uznawał prymat własnej dys­cy­pliny nad innymi, w tym nad naukami o Ziemi. Mimo to, zaan­ga­żo­wał się w badania swojego syna, korzy­sta­jąc oczy­wi­ście z metod bliż­szych fizyce niż geologii. Alvarez zasu­ge­ro­wał, że wystar­czy znaleźć pier­wia­stek odkła­da­jący się w skałach w miarę jed­no­staj­nym tempie i na tej pod­sta­wie szacować długość ich for­mo­wa­nia. W tej roli począt­kowo widział jeden z izotopów berylu, lecz osta­tecz­nie wybrał iryd. Atomy tego rzad­kiego metalu wpadają do atmos­fery wraz z pyłem kosmicz­nym i odkła­dają się w skałach, dając średnie stężenie nie­prze­kra­cza­jące jednego atomu irydu na tysiąc innych obecnych w skorupie ziem­skiej. Ojca fizyka i syna geologa naj­bar­dziej inte­re­so­wało nato­miast, ile irydu zalega w samej granicy K-Pg.

Wynik zgodnie z ocze­ki­wa­niami zde­cy­do­wa­nie odstawał od normy. Cienka warstwa gliny zawie­rała aż trzy­dzie­ści razy większe stężenie irydu niż ota­cza­jące ją wapienie. O czym to świadczy? Na dobrą sprawę istnieją dwie moż­li­wo­ści. Albo kil­ku­cen­ty­me­trowa war­stewka for­mo­wała się trzy­dzie­ści razy dłużej niż potężne pokłady wapieni – co z punktu widzenia geologii brzmi kurio­zal­nie – albo doszło do nagłego skoku stężenia irydu na Ziemi. Iryd dociera do nas z prze­strzeni kosmicz­nej, więc logika nakazuje wiązać szybki wzrost jego ilości z wyda­rze­niem o kosmicz­nej genezie. Może z super­nową? Była to pierwsza myśl Luisa, ale wiedział on co nieco o astro­fi­zyce i zdawał sobie sprawę, że eks­plo­zja gwiazdy poza dro­bi­nami irydu, powinna również sypnąć innymi rzadkimi pier­wiast­kami, jak cho­ciażby cha­rak­te­ry­styczny pluton-244. Obec­no­ści tej sub­stan­cji badacze jednak nie odno­to­wali, więc prymat zyskała druga opcja. Ude­rze­nie mete­orytu.

Gdzie ten meteoryt?

Publi­ka­cja autor­stwa Waltera Alvareza, jego ojca Luisa oraz chemików Franka Asaro i Helen Michel (na foto­gra­fii poniżej), ujrzała światło dzienne w 1980 roku. Wzbu­dziła spore emocje w śro­do­wi­sku geologów, głównie nega­tywne. Powiedzmy sobie szczerze, sam Luis Alvarez nie potrak­to­wałby zbyt poważnie wywro­to­wej pracy na temat, powiedzmy, jądra ato­mo­wego – sygno­wa­nej nazwi­skiem geologa czy innego nie-fizyka. Stąd też tezy aro­ganc­kiego noblisty w dzie­dzi­nie fizyki, pra­gną­cego pouczać geologów i pale­on­to­lo­gów, docze­kały się odpo­wied­nio chłod­nego przy­ję­cia. Na uczonych nie robiły wrażenia skru­pu­latne prze­wi­dy­wa­nia doty­czące impaktu, poparte twardymi obli­cze­niami. Alva­re­zo­wie, korzy­sta­jąc z dostęp­nych infor­ma­cji na temat innych kata­strof (m.in. słynnej erupcji wulkanu Krakatau), wyli­czyli pod­sta­wowe wartości dla wydarzeń sprzed 66 milionów lat. Zgodnie z nimi w naszą planetę rąbnął obiekt o masie 34 miliar­dów ton i średnicy minimum 7 kilo­me­trów, który pędząc z pręd­ko­ścią 90 tys. km/h wybił krater o sze­ro­ko­ści około 150 kilo­me­trów. Mówimy o naprawdę pokaźnym ude­rze­niu. Wyzwo­lona energia była porów­ny­walna z eks­plo­zją dwóch milionów ładunków ter­mo­nu­kle­ar­nych pokroju sowiec­kiej Car Bomby.
Waltera Alvarez, Luisa Alvarez oraz Frank Asaro i Helen Michel
Hipoteza pre­zen­to­wała się naprawdę solidnie, tyle że na papierze. Sceptycy wymagali naj­waż­niej­szego: kon­kret­nego śladu apo­ka­lipsy dokład­nie naszki­co­wa­nej przez fizyka. Skoro wybuch był tak potężny, a krater tak wiel­gachny, to zlo­ka­li­zo­wa­nie miejsca zbrodni nie powinno nastrę­czać kłopotów. Jednak, co by nie mówić, kil­ka­dzie­siąt milionów lat to szmat czasu, wystar­cza­jący do zabliź­nie­nia nawet naj­głęb­szych ran skorupy ziem­skiej. Pamiętaj, że zaledwie 4 miliony lat temu, afry­kań­skie pust­ko­wia prze­mie­rzał austra­lo­pi­tek, a tu mamy do czy­nie­nia z okresem 66 milionów lat! Oczy­wi­ście cie­ka­wych kraterów nie bra­ko­wało, lecz na ziden­ty­fi­ko­wa­nie tego wła­ści­wego przyszło teo­re­ty­kom czekać ponad dekadę. Dopiero na początku lat 90., trzy lata po śmierci Luisa Alvareza, trafiono na  przy­kryty grubą kołdrą osadów, 150-kilo­me­trowy krater w Ameryce Pół­noc­nej. Tym trud­niej­szy do wytro­pie­nia, że czę­ściowo zanu­rzony w wodach Morza Kara­ib­skiego. Dzieła dokonała ekipa badaczy pod kie­row­nic­twem Alana Hil­de­branda. Kana­dyj­czyk słusznie założył, że sama warstwa K-Pg musi skrywać pewne elementy pro­wa­dzące wprost do strefy zero, do miejsca przed­wiecz­nego kata­kli­zmu. Ana­li­zu­jąc linię gliny w Teksasie i Meksyku, geolodzy dostrze­gli jej zgru­bie­nie, zwięk­szoną obfitość irydu, a także obecność czegoś na kształt szkla­nych kulek. Były to tzw. sferule, nie­wiel­kie struk­tury powstałe przy okazji rap­tow­nych i bardzo gorących procesów sta­pia­ją­cych kwarc – jak erupcja wulkanu, eks­plo­zja bomby jądrowej, czy właśnie impakt.

Podą­ża­jąc po nitce do kłębka, Hil­de­brand wylą­do­wał w końcu na wschod­nim wybrzeżu Meksyku. Tam nauce przy­szedł na pomoc przemysł. Stara spółka naftowa Petró­leos Mexi­ca­nos, poin­for­mo­wała uczonych o efektach odwier­tów doko­na­nych na terenie półwyspu Jukatan, trzy­dzie­ści lat wcze­śniej. Poszu­ku­jąc ropy w centrum okrągłej niecki, inży­nie­ro­wie przebili się przez zaska­ku­jąco cienką i znie­kształ­coną warstwę wapieni pocho­dzą­cych z kredy. Dokład­nie tego szukał Hil­de­brand. Punktu, w który z impetem wbił się kosmiczny pocisk, kie­re­szu­jąc mezo­zo­iczną powierzch­nię planety. Trium­falny koniec polo­wa­nia obwiesz­czono na łamach cza­so­pi­sma “Geology”, w artykule Krater Chi­cxu­lub: możliwy krater ude­rze­niowy przełomu kredy / trze­cio­rzędu na pół­wy­spie Jukatan w Meksyku. W 1993 roku nie­wielka mek­sy­kań­ska mieścina Chi­cxu­lub zyskała nie­śmier­telną sławę, jako miejsce długo wycze­ki­wa­nego odkrycia krateru Alva­re­zów.
Krater Chicxulub na półwyspie Jukatan w Meksyku

Współsprawca zbrodni

Uderzenie meteorytu w ZiemięWielu krytyków wciąż nie dawało za wygraną. Jednak bez względu na swoją zapal­czy­wość nie mogli oni zane­go­wać, iż pod koniec mezo­zo­iku niemal na pewno runął na Ziemię kosmiczny obiekt o nie­ba­ga­tel­nej masie. Nie mogli też zaprze­czyć, że taki impakt stanowił znaczące wyda­rze­nie w historii planety, którego nie mógł zigno­ro­wać żaden z ówcze­snych gatunków. Sceptycy mogli już jedynie próbować dowieść, że meteoryt co prawda uderzył, ale nie był jedyną ani główną przy­czyną śmierci wielkich gadów. Innymi słowy, bez impaktu dino­zaury i tak opu­ści­łyby ten padół. Nawet nie będąc pale­on­to­lo­giem pewnie domy­ślasz się, że – w świetle odkrycia Alana Hil­de­branda tego typu kon­cep­cje nie mogły już brzmieć zbyt prze­ko­nu­jąco. Meteoryt z Chi­cxu­lub zdołał osiągnąć status pierw­szego pełnego i wia­ry­god­nego wytłu­ma­cze­nia wiel­kiego wymie­ra­nia K-Pg. Wąt­pli­wo­ści spro­wa­dzają się w zasadzie do tech­nicz­nych szcze­gó­łów eks­plo­zji oraz prze­biegu nastę­pu­ją­cych po niej wydarzeń. 

Współ­cze­sne symu­la­cje kom­pu­te­rowe dowodzą, że w kredowej atmos­fe­rze znalazło się przy­naj­mniej 70 miliar­dów ton sadzy. Tyle zanie­czysz­czeń było koniecz­nych aby ogra­ni­czyć dostęp światła sło­necz­nego na dwa lata i obniżyć globalną średnią tem­pe­ra­tur o… 16°C. Po tej długiej nocy, zwięk­szone stężenie dwu­tlenku węgla mogło z kolei dopro­wa­dzić do pod­wyż­sze­nia tem­pe­ra­tury, nawet ponad stan sprzed apo­ka­lipsy. Godne zauwa­że­nia wydaje się świeże spo­strze­że­nie Kunio Kaiho z Uni­wer­sy­tetu Tohoku. Zdaniem Japoń­czyka dino­zaury miały wyjąt­ko­wego pecha, bowiem o ich losie prze­są­dziła nie tyle energia impaktu, co miejsce ude­rze­nia. Mierzący kil­ka­na­ście kilo­me­trów kamień wyrzucił aż do stra­tos­fery gigan­tyczne ilości sadzy, co mogło odciąć rośliny od foto­syn­tezy i urżnąć łańcuch pokar­mowy u samych podstaw. Jednak czy w każdych oko­licz­no­ściach kata­strofa skoń­czy­łaby się równie bru­tal­nym wynikiem? Co gdyby meteoryt spadł na środek głębi oce­anicz­nej? Albo walnął w twarde gra­ni­towe podłoże? Kaiho twierdzi, że tylko 13% powierzchni ziem­skiej cha­rak­te­ry­zo­wało się taką struk­turą i składem che­micz­nym aby dopro­wa­dzić do tak dru­zgo­cą­cych skutków. 

Równie intry­gu­jące pomysły dochodzą z Uni­wer­sy­tetu Berkeley. Geolog Paul Renne zasu­ge­ro­wał niedawno, że dino­zaury padły ofiarą podwój­nego kata­kli­zmu. W pewnym sensie to powrót do star­szych kon­cep­cji. Sam Luis Alvarez (na mar­gi­ne­sie, również pocho­dzący z Berkeley), w swoich ostat­nich publi­ka­cjach rozważał czy meteoryt przy­pad­kiem nie posiadał cichego wspól­nika. Kiedy w zachod­nią półkulę planety uderzała pla­ne­to­ida, na wschod­niej już od jakiegoś czasu trwało wielkie kopcenie. Pisząc “wielkie”, mam na myśli nie­ustanną i bez­pre­ce­den­sową pro­duk­cję magmy oraz gazów cie­plar­nia­nych, przez co najmniej ćwierć miliona lat. W takim piekle for­mo­wała się obecna wyżyna Dekan, zaj­mu­jąca obszar około dzie­się­cio­krot­nie większy od tery­to­rium Polski. Zaj­mu­jące ją maje­sta­tyczne trapy, wzno­szące się na wysokość nawet 2 tys. metrów nad poziom morza, to nic innego niż masy zasty­głej lawy. Renne uważa, że szczyt tej nie­sły­cha­nej aktyw­no­ści wul­ka­nicz­nej przypadł na ten sam moment dziejowy co kata­strofa na Juka­ta­nie. Połą­czone siły impaktu i nie­zli­czo­nych wulkanów sku­tecz­nie zapa­sku­dziły atmos­ferę. Ponad to, Dekan dołożył jeszcze jeden ważny czynnik. Wraz z magmą, na powierzch­nię Ziemi wydo­stały się miliardy ton rtęci oraz innych tok­sycz­nych pier­wiast­ków. Trujące stało się nie tylko powie­trze, ale również oceany ini­cju­jąc śmier­telny efekt domino.
Trapy Dekanu zabójcą dinozaurów?
Poszcze­gólne elementy teorii impaktu wciąż czekają na dopra­co­wa­nie. Czy 3/4 ziem­skich gatunków rze­czy­wi­ście wymor­do­wała nukle­arna zima? Jak długo niebo przy­sła­niały wyrzu­cone do atmos­fery pyły? Jak wyglą­dała kolej­ność wymie­ra­nia poszcze­gól­nych orga­ni­zmów? Czy astro­no­miczny zabójca pocho­dził z Pasa Głównego pla­ne­toid? Spe­ku­la­cje zapewne potrwają jeszcze wiele dekad, ale żadna kon­cep­cja nie może igno­ro­wać krateru Chi­cxu­lub i jednego z naj­więk­szych kata­kli­zmów w dziejach naszej planety.
Literatura uzupełniająca:
L. Randall, Ciemna materia i dinozaury, przeł. B. Bieniok, Warszawa 2016;
M. Benton, Gdy życie prawie wymarło. Tajemnica największego masowego wymierania w dziejach Ziemi, przeł. A. Hołdys, Warszawa 2016;
W. Alvarez, Dinozaury i krater śmierci, przeł. N. Ryszczuk, Warszawa 1999;
I. Asimov, Kosmos, dinozaury, uczeni, przeł. P. Sitarski, Warszawa 1994;
T. Sunmer, What killed the dinosaurs? New rocky evidence has been emerging about the dinos’ final days, [online: www.sciencenewsforstudents.org/article/dinosaurs-extinction-asteroid-eruptions-doom];
B. Griggs, More evidence that the dinosaurs were super unlucky with regards to that whole asteroid thing, [online: www.popsci.com/dinosaur-asteroid-extinction-location-unlucky].


Dinozaury pod lupą na NGC

Moi drodzy, powyższy wpis jest szcze­gólny, ponieważ otwiera dłuższą współ­pracę z nowym-starym part­ne­rem Kwantowo.pl – National Geo­gra­phic Channel. Przy tej okazji pro­po­nuję Wam pozostać w temacie dino­zau­rów i powyższą lekturę prze­gryźć poprzez maraton filmów doku­men­tal­nych. 

W naj­bliż­szy wtorek (tj. 20 lutego) o godzinie 21:00, na antenie NGC pojawi się pierwszy odcinek z serii “Dino­zaury pod lupą”. Przed­sta­wiony zostanie sylwetka legen­dar­nego Tyran­no­sau­rusa rexa, a także… Nano­ty­ran­nusa, czyli takiego tyra­no­zaura, ale w skali nano. 🙂 Ale to nie koniec wieczoru! Zaraz później, o godzinie 22:00 wyemi­to­wane zostanie “Śmier­telne starcie dino­zau­rów”. Uczeni na pod­sta­wie pozo­sta­ło­ści posta­rają się o rekon­struk­cję pary dino­zau­rów, a następ­nie – jak sugeruje tytuł – sceny ich wir­tu­al­nego poje­dynku. Nato­miast o 23:00 czeka na nas “Autopsja Tyra­no­zaura”. Jak łatwo się domyśleć, autorzy przed­sta­wią kilka mniej lub bardziej znanych faktów na temat popu­lar­nego T.Rexa.


Praw­dziwy żer dla fanów wielkich gadów. Nawet jeśli sami nie sko­rzy­sta­cie, to przy­naj­mniej nie zapo­mnij­cie poin­for­mo­wać swoich pociech. Na pewno nie pogardzą.

  • Maupa

    Dar­wi­now­ska teoria względ­no­ści? Czegoś nie łapię.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Tak, tego że jak człowiek pisze od lat o fizyce, to po słowie “teoria” z automatu dodaje “względ­no­ści”. 😛

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Maupa

        Cieszę się że to jednak kwestia automatu, bo chwilę się oba­wia­łem, że jednak coś mi umknęło. A skoro już się ujaw­ni­łem, to pozwolę sobie przesłać garść ukłonów za popeł­nie­nie takiego bloga. Czapki z głów!

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

    “trapy, wzno­szące się na wysokość nawet 2 tys. kilo­me­trów nad poziom morza,”

    2 tysiące kilo­me­trów nad poziom morza, no, no… prawie 1/3 pro­mie­nia Ziemi 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Adi Sztuba

    “Pisząc “wielkie”, mam na myśli nie­ustanną i bez­pre­ce­den­sową pro­duk­cję magmy oraz gazów cie­plar­nia­nych, przez co najmniej ćwierć miliarda lat.” Nie powinno być “przez ćwierć miliona lat”?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Oczy­wi­ście… Powie­dział­bym, że ostatni raz publi­kuję tekst na chybcika, w nocy, zaraz po napi­sa­niu — ale niestety patrząc na ilość mojego wolnego czasu, nie mam więk­szego wyboru. I potem sypię takimi babolami. :-/ Ale dobrze, że mam czujnych czy­tel­ni­ków.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Adi Sztuba

    A i jeszcze jedno “Przed­sta­wiony zostanie sylwetka legen­dar­nego Tyran­no­sau­rusa rexa, a także… Nano­ty­ran­nusa” — łaciń­skich nazw gatunków i rodzajów się nie odmienia 😉 Poza tym — tekst świetny, ostatnio też zacie­ka­wi­łem się tym tematem 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Adi Sztuba

      Tylko szkoda, że nie mam NGC…

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0