Przez sześć dekad rozwoju astronautyki na całym globie opracowano kilkadziesiąt modeli rakiet. Jedne się sprawdziły, inne okazały totalnymi bublami, ale niektóre naprawdę pchnęły nas do przodu, otwierając kolejne rozdziały w dziejach eksploracji kosmosu.

“Ta rakieta uwolni czło­wieka od wią­żą­cych go łań­cu­chów, łań­cu­chów gra­wi­ta­cji, które nadal wiążą go z tą planetą. Otworzy mu bramy nieba.”
— Werner von Braun

1.

V2

Rakieta V2
W paź­dzier­niku 1942 roku z nad­bał­tyc­kiego ośrodka nauko­wego Peene­münde wystar­to­wało urzą­dze­nie A4 (Aggregat 4), bardziej znane pod póź­niej­szym woj­sko­wym ozna­cze­niem V2. Jako produkt nazi­stow­skiej myśli tech­nicz­nej, Ver­gel­tung­swaffe-2 zapro­jek­to­wano jako pocisk bojowy, jednak to właśnie ta wyprze­dza­jąca epokę kon­struk­cja, wyzna­czyła standard dla przy­szłych rakiet kosmicz­nych. Wyco­fu­jący się Niemcy pró­bo­wali zatrzeć ślady swoich mniej i bardziej chlub­nych osią­gnięć, lecz bez­sku­tecz­nie. Wraz z końcem II wojny świa­to­wej plany, inży­nie­ro­wie oraz elementy V2 padły łupem żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skich oraz sowiec­kich, pene­tru­ją­cych tery­to­rium upadłej Rzeszy. Był to nie­sa­mo­wity prezent. Hitle­row­ski pocisk siłą swego ciągu prze­wyż­szał nie­śmiałe projekty aliantów ponad pię­cio­krot­nie. Wystar­czyło tylko ten cud techniki odwzo­ro­wać ze zdo­bycz­nych pod­ze­spo­łów i dokonać koniecz­nych mody­fi­ka­cji – do czego zabrano się bły­ska­wicz­nie. Już w kilka lat później na poli­go­nach w Kapustin Jarze pod Astra­cha­niem i White Sands w Nowym Meksyku, dało się słyszeć huk star­tu­ją­cych rakiet. Potra­fiły ustrze­lić cel oddalony o “zaledwie” 350 kilo­me­trów, ale oba super­mo­car­stwa zamie­rzały to szybko zmienić. Oczy­wi­ście nie dlatego, że któryś polityk rozważał eks­plo­ra­cję kosmosu – pozo­sta­jącą ówcze­śnie domeną fan­ta­stów i marzy­cieli – a w związku z zapo­trze­bo­wa­niem na nowy, szybki i trudny do prze­chwy­ce­nia nośnik głowic jądro­wych. W ten sposób pocisk V2, który w zasadzie nie wpłynął na losy samej wojny, stał się przy­czyn­kiem do nukle­arno-rakie­to­wego wyścigu zbrojeń. A przy okazji również, punktem startu do wyścigu w kosmos.

2.

R-7

Radziecka rakieta R-7
Wspo­mniana łapanka nie­miec­kich inży­nie­rów znacznie lepiej wyszła Ame­ry­ka­nom, którzy w ramach Operacji Spinacz prze­chwy­cili gros czo­ło­wych spe­cja­li­stów na czele z genial­nym Wernerem von Braunem. Komu­ni­ści nie wrócili do siebie jednak z pustymi rękami. Poza dro­go­cen­nymi ele­men­tami V2, do Moskwy spro­wa­dzono prawą rękę von Brauna, Helmuta Gröt­trupa. Kreml był tak bardzo zde­ter­mi­no­wany aby ujarzmić poten­cjał broni rakie­to­wej, że nie wahał się nawet przed reha­bi­li­ta­cją uta­len­to­wa­nych więźniów poli­tycz­nych ska­za­nych w czasach Wiel­kiego Terroru. W ten sposób łagier opuścił przyszły ojciec radziec­kiej kosmo­nau­tyki, Siergiej Paw­ło­wicz Korolow. Urodzony na Ukrainie uczony rychło prze­ana­li­zo­wał i udo­sko­na­lił nie­miec­kie pomysły, kreśląc autor­skie projekty rakiet. Już przed­sta­wiona Sta­li­nowi w 1949 roku R-3 posia­dała zasięg ponad 3 tysięcy kilo­me­trów. Wciąż zbyt mały aby dosię­gnąć tery­to­rium impe­ria­li­stycz­nego wroga, ale aż ośmio­krot­nie większy od V2. Do przełomu doszło jednak w latach 50., za sprawą nie­ła­twej koope­ra­cji Korolowa z nie­lu­bia­nym przez siebie twórcą silników, Walen­ti­nem Głuszką. Obaj panowie doszli do wniosku, że nic nie stoi na prze­szko­dzie aby kilka silników o osobnych komorach spalania, korzy­stało z poje­dyn­czego zestawu pomp tur­bi­no­wych. Takie łączenie silników pozwo­liło naczel­nemu kon­struk­to­rowi ogłosić plan budowy rakiety mię­dzy­kon­ty­nen­tal­nej, z sil­ni­kiem głównym oto­czo­nym przez cztery pomoc­ni­cze odpa­da­jące podczas lotu. Tak powstała Semiorka, czyli rakieta R-7.

Nie było łatwo, gdyż pierwsze trzy starty zakoń­czyły się kosz­tow­nym fiaskiem, leczy gdy wyeli­mi­no­wano usterki R-7 stała się zde­cy­do­wa­nie naj­lep­szą rakieta świata. Osiągi były tak dobre, że Koro­lo­wowi udało się prze­ko­nać polit­biuro aby wyko­rzy­stać ją również do speł­nie­nia marzenia jego życia i pio­nier­skiego umiesz­cze­nia obiektu w kosmosie. 4 paź­dzier­nika 1957 roku to właśnie R-7 wyniosła na orbitę oko­ło­ziem­ską Sputnika – pierw­szego sztucz­nego satelitę Ziemi. Nato­miast w 1961 roku jej wariacja ozna­czona jako Wostok 8K72K, pozwo­liła na wystrze­le­nie ponad atmos­ferę Jurija Gagarina.

3.

SSM-A-14 Redstone

Amerykańska rakieta SSM-A-14 Redstone
Czym zajmował się Werner von Braun w momencie, gdy Sergiej Korolow kon­stru­ował swoją Semiorkę? Jak powszech­nie wiadomo były sturm­ban­n­füh­rer SS wylą­do­wał w Ameryce, gdzie zaofe­ro­wano mu moż­li­wość kon­ty­nu­owa­nia prac nad techniką rakie­tową pod nowym sztan­da­rem. Jednak początek jego kariery za oceanem wcale nie okazał się usłany różami. Nie dostał tak dużego wsparcia jakiego się spo­dzie­wał, toteż jego nie­po­skro­miona ambicja uległa znacz­nemu przy­du­sze­niu. Praw­do­po­dob­nie nowych chle­bo­daw­ców von Brauna trapiła niezbyt medialna prze­szłość uczonego. Z usług byłego nazisty wolano korzy­stać możliwie oszczęd­nie i raczej wspierać w pierw­szej kolej­no­ści kon­cep­cje czysto ame­ry­kań­skie. Z tego też powodu lata 50. stały się dla Waszyng­tonu pasmem kom­pro­mi­ta­cji. Rodzima kon­struk­cja Vanguard na 12 startów aż ośmio­krot­nie eks­plo­do­wała, nie osią­ga­jąc żadnego z wyzna­czo­nych celów. Dopiero po tych poraż­kach decy­denci oddali program rakie­towy w ręce doświad­czo­nego Wernera, który rzecz jasna, posta­no­wił sięgnąć do wzorców wypró­bo­wa­nych w jego własnej V2.

W 1958 roku z hangaru wyje­chała pierwsza rakieta Redstone. Prawdę mówiąc nie wyglą­dała zbyt impo­nu­jąco: była o 10 metrów mniejsza i miała niemal o połowę skrom­niej­szy udźwig w porów­na­niu z rosyjską R-7. Silniki pozwa­lały sięgnąć celu odda­lo­nego o nieco ponad 300 kilo­me­trów, więc niewiele więcej od samej V2. Jednak mimo tech­nicz­nych słabości nie mógłbym jej pominąć w takim zesta­wie­niu. Wszakże to od tej kon­struk­cji w 1958 roku roz­po­częła się wielka ame­ry­kań­ska przygoda z prze­strze­nią kosmiczną. Roz­wi­nięta wersja Redstone’a pod postacią cywilnej rakiety Jupiter C, wyniosła na orbitę pierw­szego ame­ry­kań­skiego satelitę Explo­rera 1. Z kolei w maju 1961 roku, w miesiąc po Gaga­ri­nie, za sprawą Redstone’a w prze­strzeni kosmicz­nej znalazł się astro­nauta Alan Shepard. Redstone sta­no­wiło dla USA swoistą bramkę kon­tak­tową w meczu z Sowie­tami. Jednak do odnie­sie­nia zwy­cię­stwa potrzebna była znacznie ambit­niej­sza maszyna.

4.

Saturn V

Amerykańska rakieta Saturn V
Wła­ści­wie cały pierwszy etap wyścigu w kosmos, do połowy lat 60., można śmiało uznać za triumf sowiec­kiej myśli tech­nicz­nej. Podraż­nie­nie ame­ry­kań­skiego ego dało jednak skutek. W słynnym prze­mó­wie­niu pre­zy­dent Kennedy obwie­ścił zało­że­nia fan­ta­stycz­nego i hor­ren­dal­nie kosz­tow­nego programu księ­ży­co­wego. Rzecz jasna tak ambitny plan wymagał równie ambitnej rakiety, za której zapro­jek­to­wa­nie odpo­wia­dać miał sam Werner von Braun.

Cen­tral­nym punktem wiel­kiego przed­się­wzię­cia był gar­gan­tu­iczny silnik rakie­towy F-1, o ciągu ponad czter­dzie­ści razy większym od V2. Pod względem mocy pozo­sta­wał bez­kon­ku­ren­cyjny aż do końca lat 80. i rosyj­skiego RD-170 (ten jednak został wyko­rzy­stany raptem kilka razy i nie­spe­cjal­nie zapisał się w historii). Począt­kowo zamie­rzano oprzeć nową rakietę o osiem takich potworów, aby wysłać ludzi bez­po­śred­nio z Ziemi na Srebrny Glob. Później pomysł ten – noszący roboczą nazwę Nova – porzu­cono na rzecz bardziej racjo­nal­nego projektu Saturn V. Jak wskazuje nazwa, rakieta korzy­stała z pięciu silników F-1, co musiało wystar­czyć do połą­cze­nia lądow­nika z orbi­tu­ją­cym wokół Księżyca statkiem. Nowiutki Saturn posiadał aż 110 metrów wyso­ko­ści (3,5 raza więcej od rakiety, która wyniosła w prze­strzeń Gagarina i prawie połowę Pałacu Kultury i Nauki!) i był w stanie wyrzucić w kosmos ważący 43 tony ładunek w postaci modułu księ­ży­co­wego i statku Apollo. W 1967 roku rekor­dowa pod każdym względem rakieta von Brauna, wyru­szyła w dzie­wi­czy lot w ramach misji Apollo 4, star­tu­jąc z otwar­tego kilka lat wcze­śniej kosmo­dromu im. Kenndy’ego na przy­lądku Cana­ve­ral. 16 lipca 1969 roku trój­stop­niowy Saturn V pozwolił wreszcie załodze Apollo 11 osiągnąć powierzch­nię Księżyca i bez­piecz­nie powrócić do domu.

Dziecko von Brauna ostatni raz wzbiło się w powie­trze pod koniec 1972 roku i wła­ści­wie do chwili obecnej pod wieloma wzglę­dami pozo­staje nie­do­ści­gnione.

5.

Chang Zheng 2

Chińska rakieta Chang Zheng 2C
Trzecim państwem, które posta­no­wiło wcielić kosmiczne ambicje w życie była Chińska Repu­blika Ludowa. Nie ma co czarować i udawać, że Chiń­czy­ków należy uważać za pio­nie­rów równych Rosjanom i Ame­ry­ka­nom, ale też trudno prze­mil­czeć ich obecność w prze­strzeni poza­ziem­skiej. Nawet jeśli czerpali z gotowych wzorców, to dzięki taniej sile roboczej i olbrzy­mim zasobom stali się realną alter­na­tywą, reali­zu­jąc zamó­wie­nia z całego świata.

Prze­pustką Państwa Środka do kosmicz­nej eks­tra­klasy okazał się projekt DF-5 (Dongfeng 5). Chiński mię­dzy­kon­ty­nen­talny pocisk bali­styczny rodził się w bólach, trwa­ją­cych przez dziesięć lat, począw­szy od pierw­szego nie­uda­nego startu w 1971 roku. W mię­dzy­cza­sie pojawiła się cywilna wariacja DF-5 ozna­czona jako Chang Zheng 2, czyli Długi Marsz 2 – dla upa­mięt­nie­nia słynnej wędrówki Armii Robot­ni­czo-Chłop­skiej pod wodzą Mao Zedonga w czasie chiń­skiej wojny domowej. Rakieta okazała się na tyle nie­za­wodna i sku­teczna, że docze­kała się pięciu wersji, z których ostatnia – opra­co­wana w 1999 roku CZ 2F – wyko­rzy­sty­wana jest do chwili obecnej. Łącznie maszyny z serii Chang Zheng 2 zali­czyły ponad sto startów przy zaledwie czterech wpadkach. Mimo prze­cięt­nych osiągów i wiel­ko­ści (61 metrów), owa bez­a­wa­ryj­ność uczyniła chińską rakietę jedną z naj­czę­ściej eks­plo­ato­wa­nych na świecie, sto­so­waną zwłasz­cza do wyno­sze­nia na orbitę sate­li­tów komer­cyj­nych i woj­sko­wych. O pozycji Chiń­czy­ków na rynku naj­le­piej świadczy kontrakt z 1993 roku, pod­pi­sany z silną wtedy Motorolą, na wystrze­le­nie w kosmos dwunastu sate­li­tów sieci Iridium. Chang Zheng 2 pora­dziła sobie również z trans­por­tem ludzi. To właśnie CZ 2F w 2003 roku wyniosła na orbitę kapsułę Shenzhou 5 z pierw­szym chińskim astro­nautą na pokła­dzie.

6.

Proton

Rosyjska rakieta Proton
Na dobrą sprawę program Apollo zakoń­czył wyścig w kosmos. Sowieci mieli co prawda własną odpo­wiedź na Saturna V, pod postacią niemal równie wielkiej rakiety N-1, ale nie zali­czyła ona ani jednego udanego startu. Trzy­dzie­ści małych silników nie chciało ze sobą współ­pra­co­wać, a po przed­wcze­snej śmierci Sergieja Korolowa, bra­ko­wało lidera, który potra­fiłby przy­wró­cić radziecki program księ­ży­cowy na właściwe tory. ZSRR został zepchnięty do roli wyrob­nika, mogącego kon­ku­ro­wać z rywalami jedynie ceną i ilością. Taktyka ta jednak się opłaciła, a Bajkonur nigdy nie narzekał na brak klientów.

Za praw­dziwy hit należy uznać rakietę UR-500, znaną też pod nazwą Proton, używaną w różnych wersjach przez ponad pół wieku(!), do chwili obecnej. Wła­ści­wie trudno powie­dzieć do czego radziecka kon­struk­cja nie była wyko­rzy­sty­wana. Wyno­szono nią na orbitę moduły stacji Salut, potem słynnej stacji Mir, sondy badawcze na Księżyc, Wenus i Marsa, a w końcu pod­ze­społy i członków Mię­dzy­na­ro­do­wej Stacji Kosmicz­nej. A przecież – stan­dar­dowo – UR-500 schodził z desek inży­nie­rów jako mię­dzy­kon­ty­nen­talny pocisk bali­styczny. Dwa naj­po­pu­lar­niej­sze warianty trój­stop­nio­wej maszyny – Proton K oraz Proton M – zali­czyły łącznie grubo ponad czte­ry­sta startów, co czyni Protona chyba naj­chęt­niej wyko­rzy­sty­waną rakietą świata. To taki Kałasz­ni­kow świata astro­nau­tyki. Sięga do przed­po­to­po­wych mecha­ni­zmów pamię­ta­ją­cych epokę Chrusz­czowa, ale po drobnym liftingu wciąż znajduje użyt­kow­ni­ków (zwłasz­cza ame­ry­kań­sko-rosyjski koncern Inter­na­tio­nal Launch Services) i daje radę. Na tyle, że Proton wciąż lata częściej niż pró­bu­jąca go zastąpić od 2014 roku Angara.

7.

Falcon 9

Rakieta Falcon 9 SpaceX
W tamtym tygodniu w dzie­wi­czy lot wyruszył Falcon Heavy. W mediach zahu­czało równie mocno co w Centrum Kosmicz­nym im. Kennedy’ego, ale był to rozgłos w pełni zasłu­żony. Posta­wiono kolejny istotny krok w rozwoju astro­nau­tyki. Jednak nie nastą­piłby on gdyby nie wcze­śniej­sze doko­na­nia inży­nie­rów SpaceX i skon­stru­owa­nie pierw­szej w pełni uży­tecz­nej rakiety wie­lo­krot­nego użytku. Do momentu powsta­nia Falcona 9 wydawało się, że rakieta kosmiczna z defi­ni­cji jest jed­no­ra­zowa. Tym­cza­sem szalony pomysł Elona Muska polegał na wyko­na­niu dwu­stop­nio­wej rakiety, której pierwszy człon z gracją i w pełni samo­dziel­nie wyląduje, wyko­rzy­stu­jąc jedynie własne silniki. Po kilku kosz­tow­nych próbach, które nieomal dopro­wa­dziły młode przed­się­bior­stwo do upadku, w grudniu 2015 roku osią­gnięto przełom.

Falcona 9 można śmiało określić mianem pierw­szej rakiety naprawdę odpo­wia­da­ją­cej potrze­bom XXI stulecia. Dzięki niej loty na orbitę zamiast setek milionów dolarów, zaczęły kosz­to­wać najwyżej kil­ka­dzie­siąt, prze­sta­jąc być czymś tak eli­tar­nym jak niegdyś. Sama maszyna pre­zen­tuje się nowo­cze­śnie, prosto, przy­wo­dząc na myśl niemal skan­dy­naw­ski mini­ma­lizm. Zasila ją dziewięć silników Merlin pro­du­ko­wa­nych, jak wszyst­kie segmenty Falcona, w ame­ry­kań­skich zakła­dach SpaceX – unie­za­leż­nia­jąc firmę od zewnętrz­nych dostaw­ców. Teo­re­tycz­nie maszyna nie imponuje mocą, gdyż w pod­sta­wo­wej wersji potra­fiła wynieść w prze­strzeń ładunek jedynie o połowę mniejszy od rosyj­skiego Protonu. Jednak wersja Full Thrust posiada już zbliżone osiągi, zaś Falcon Heavy powstały de facto z połą­cze­nia trzech “dzie­wią­tek” dys­po­nuje poten­cja­łem wystar­cza­ją­cym do pod­nie­sie­nia nawet 50 ton, a zatem dwu­krot­no­ści tego co rosyjski kon­ku­rent. Nie dość więc, że Falcon rozbija kon­ku­ren­cję dzięki moż­li­wo­ści recy­klingu to w dodatku w warian­cie Heavy pozo­staje naj­sil­niej­szą z dostęp­nych aktu­al­nie rakiet. 

W tym roku, zapewne całkiem niedługo, powin­ni­śmy być świad­kami jubi­le­uszo­wego, pięć­dzie­sią­tego lotu Falcona. 
Literatura uzupełniająca:
M. Brzezinski, Wschód Czerwonego Księżyca. Wyścig supermocarstw o dominację w kosmosie, przeł. A. Sak, Kraków 2009;
R. Godwin, Apollo 11. Historia podboju kosmosu, przeł. A. Markowski, Warszawa 2005;
A. Vance, Elon Musk. Biografia twórcy PayPala, Tesli, SpaceX, przeł. A. Bukowczan, Kraków 2016;
T. Heppenheimer, Podbój kosmosu. Historia programów kosmicznych, przeł. K. Bednarek, Warszawa 1997;
Birth of Proton: The Iconic Rocket That Almost Wasn’t, [online: www.russianspaceweb.com/proton_origin.html];
Chang Zheng 2 (Long March 2), [online: www.chinaspacereport.com/launch-vehicles/cz2/].
  • Kuba

    W zesta­wie­niu zabrakło mi rakiety wyno­szą­cej promy kosmiczne.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

      I słusznie zabrakło, bo STS był ślepą uliczką w rozwoju kosmo­nau­tyki. Polipem, który przez trzy dekady wstrzy­my­wał ludzką eks­pan­sję w kosmos. Pro­jek­tem poro­nio­nym od samego początku.

      Teo­re­tycz­nie wynosił na LEO ponad 100 ton, niewiele mniej niż Saturn V. Ale tylko niecała 1/4 z tego to był ładunek uży­teczny.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        A jednak, STS miał unikalne cechy, których brak da się odczuć. To jedyny pojazd ofe­ru­jący taką swobodę ope­ro­wa­nia w prze­strzeni. Zdolny do prze­pro­wa­dza­nia całkiem skom­pli­ko­wa­nych operacji, takich jak montaż modułów ISS-a; służący nie tyko wyno­sze­nia, ale i nie­nisz­czą­cego spro­wa­dze­nia z orbity obiektów tak masyw­nych jak cały satelita (wojsko!). To był zresztą główny powód zasto­so­wa­nia skrzydeł, które inaczej fak­tycz­nie są roz­wią­za­niem bez­sen­sow­nym. Poza tym, jeśli się podzieli wysokie koszty lotu przez rekor­dowo dużą liczbę osób załogi, to się okazuje, że koszt wystrze­le­nia 1 kosmo­nauty wcale nie był o wiele wyższy niż w kla­sycz­nych rakie­tach.

        Dodajmy też, że według wstęp­nych wyliczeń eks­plo­ata­cja STS miała być o wiele tańsza: naj­bar­dziej kosz­towny element, czyli silnik ogólnie orbiter z sys­te­mami pokła­do­wymi wracały, podobnie jak teraz wraca stopień startowy Muska. W praktyce okazało się że koszty pze­glą­dów, przy­wró­ce­nia tego do spraw­no­ści są bardzo wysokie. A jak to wyjdzie Muskowi, to dopiero praktyka pokaże. Jak do tej pory tylko kilka razy wystrze­lili ponownie używkę, niewiele wiemy o tym ile % używek się do tego nadaje i ile to kosztuje. O tym, że przy odzy­ski­wany rakiet ładunek uży­teczny spada praw­do­po­dob­nie do 1/3 już pisałem.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        “STS miał unikalne cechy, […] nie­nisz­czą­cego spro­wa­dze­nia z orbity obiektów tak masyw­nych jak cały satelita”

        Pięknie. Ile razy zatem STS spro­wa­dził z orbity całego masyw­nego satelitę? Spro­wa­dza­nie sate­li­tów z powrotem na Ziemię nie ma żadnego sensu eko­no­micz­nego.

        “naj­bar­dziej kosz­towny element, czyli silnik ogólnie orbiter z sys­te­mami pokła­do­wymi wracały, podobnie jak teraz wraca stopień startowy Muska.”

        Różnica jest zasad­ni­cza. I stopień Muska wraca z pręd­ko­ścią maksimum 2–2,5 km/s (naj­szyb­szy był środkowy stopień FH 2,65 km/s — ale jak wiemy się rozbił). STS wracał z I pręd­ko­ścią kosmiczną. — ponad trzy­krot­nie szybciej, z energią o rząd wiel­ko­ści większą.

        Obcią­że­nia mecha­niczne i ter­miczne jakie musiały prze­nieść jego elementy były więc dzie­się­cio­krot­nie wyższe.

        Dodawszy do tego fakt że STS był budowany z typowym dla rzą­do­wych pro­jek­tów nie­chluj­stwem i bazował na tech­no­lo­giach z lat 70 XX wieku, to różnica była jeszcze o rząd wiel­ko­ści większa.

        Porów­ny­wal­nym wyzwa­niem dla Muska będzie dopiero górny stopień BFR, który będzie się musiał zmierzyć z wyzwa­niami na których poległ STS. Zoba­czymy czy sobie poradzi.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        “Ile razy zatem STS spro­wa­dził z orbity całego masyw­nego satelitę?”

        Nie wiemy. Było trochę tajnych misji. Poza tym sam napi­sa­łem że bez tego wymogu skrzydła nie mają sensu. Dlaczego pomi­ną­łeś kwestie, np licz­no­ści załogi i moż­li­wo­ści jakie dawała duża plat­forma w kosmosie?

        “Różnica jest zasad­ni­cza. I stopień Muska wraca z pręd­ko­ścią maksimum 2–2,5 km/s”

        Podobnie jak wracały boostery STS. Tylko silnik wracał wraz z orbi­te­rem. Różnica wcale nie tak duża jakbyś chciał.

        “STS był budowany z typowym dla rzą­do­wych pro­jek­tów nie­chluj­stwem”

        Na razie to dzieła Muska (kon­kret­nie, Tesli) cechują się sporym nie­chluj­stwem, nato­miast topowe dzieła NASA (Pioneer,y Voyagery, łaziki mar­sjań­skie ) działają dzie­siątki lat nad podziw sprawnie… I masz rację, w dzie­dzi­nie zało­go­wej, praw­dziwe wyzwania jeszcze przed SpaceX. Wszystko to, co potrzebne do pod­trzy­ma­nia życia, nawi­ga­cji, powrotu.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        “Było trochę tajnych misji.”

        Dobra. Dajmy na to, że STS ze trzy razy przy­wiózł na Ziemię jakiś tajny ładunek. Czy to uza­sad­nia jego budowę? A może było to nawet pięć razy?

        “Podobnie jak wracały boostery STS”

        Które potrze­bo­wały wielu miesięcy, aby ponownie mogły wystar­to­wać. Człony Falcona docelowo mają być gotowe do powtór­nego lotu po …dobie. 🙂

        “w dzie­dzi­nie zało­go­wej, praw­dziwe wyzwania jeszcze przed SpaceX.”

        Ależ skąd. Dragon załogowy jest wła­ści­wie gotowy i dawno by poleciał, gdyby nie zacho­waw­czość NASA. Wyzwa­niem na pewno będzie BFS, bo czegoś takiego jeszcze nigdy nie było i mogą się pojawić niemiłe nie­spo­dzianki.

        A i w dzie­dzi­nie lotów zało­go­wych, przełom histo­ryczny jest tuż tuż. Nie­przy­pad­kowo w budowie CST100 uczest­ni­czy Bigelow. Niech no tylko Dragony i Star­li­nery zaczną regu­lar­nie latać, a kosmiczne hotele pojawią się bły­ska­wicz­nie.

        “Dlaczego pomi­ną­łeś kwestie, np licz­no­ści załogi ”

        Czego? STS zabierał na LEO 7 ludzi (raz się zdarzyło, że 8) Dokład­nie tyle samo, co Dragon 2, czy CST Star­li­ner. Przy czym w STS musiało być dwóch pilotów, tak że efek­tywna ilość pasa­że­rów była niższa.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

      Chociaż po namyśle, należy przyznać Kubie rację. Fak­tycz­nie brakuje tu STS, bo przecież promy rze­czy­wi­ście zmieniły oblicze kosmo­nau­tyki. Niestety zde­cy­do­wa­nie na gorsze.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

    Saturn V, mimo że do dzisiaj pozo­staje chyba naj­do­sko­nal­szym i naj­wspa­nial­szym urzą­dze­niem skon­stru­owa­nym przez czło­wieka, nie był jednak rakietą która zmieniła oblicze kosmo­nau­tyki. Był to jed­nost­kowy wybryk, wła­ści­wie bez początku (nie był efektem ewolucji żadnej z ówcze­śnie ist­nie­ją­cych rakiet) i tym bardziej bez dalszego ciągu.

    Efe­me­ryda, która odbyła wszyst­kiego 13 startów (Falcon 9 już prawie 50)

    Do tej pory, jeżeli nie licząc jeszcze bardziej efe­me­rycz­nej “Energii” (1 udany start) nawet nie zbliżono się do osiągów Saturna V. Dopiero Musk ze swoim BFSem ma szanse to zrobić, jeżeli projekt ten w ogóle zakończy się sukcesem. Po pół wieku.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • kuba_wu

      Może po prostu wyścig na osiągi nie jest aż tak istotny? Przy­kła­dowo, naj­więk­sze działo w historii użyte bojowo miało kaliber 800mm, słynna Car Puszka coś około 900mm. Tym­cza­sem za naj­więk­szy uży­teczny kaliber uważa się około 450mm (działa na pan­cer­ni­kach IIWŚ), a naj­więk­sze jakie się współ­cze­śnie pro­du­kuje to bodajże 240mm.

      Wracając do rakiet: może nie ma sensu budować masto­don­tów do tych nie­licz­nych zadań wyma­ga­ją­cych ogrom­nego udźwigu, jeśli niewiele gorszy rezultat da się osiągnąć wynosząc obiekty po kawałku bardziej uni­wer­sal­nym, mniej­szym sprzętem?

      Dodam jeszcze, że czekam na debiut New Glenn od Blue Origin. Produkty Bezosa zwykle napawają mnie większym zaufa­niem, niż spek­ta­ku­larne medial­nie osią­gnię­cia Muska (np. opinie o Tesli nie napawają zachwy­tem — badziewne wyko­na­nie, jakość jak w kore­ań­cach z wcze­snych lat ’90, mega­fa­bryka w której baterie jak od laptopów upycha się byle jak i byle kim w pakiety, które są słabo prze­my­ślane i się prze­grze­wają, itd). Ponadto Bezos ma ten komfort, że nie czuje na karku gorącego oddechu inwe­sto­rów i nie musi sprostać własnym pom­po­wa­nym medial­nie zapo­wie­dziom — więc jest mniejsza szansa, że z czymś prze­szar­żuje. A jego projekt wygląda na nieźle prze­my­ślany.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        “może nie ma sensu budować masto­don­tów do tych nie­licz­nych zadań wyma­ga­ją­cych ogrom­nego udźwigu, jeśli niewiele gorszy rezultat da się osiągnąć wynosząc obiekty po kawałku bardziej uni­wer­sal­nym, mniej­szym sprzętem?”

        Jedynym dziełem skła­da­nym “po kawałku” w kosmosie jest ISS. Koszty i tak wyszły nie­bo­tyczne.

        Im większa jest rakieta, tym niższy jest koszt jed­nost­kowy na kilogram (nawet licząc bez odzysku). Zatem jak już trzeba wynieść coś cięż­kiego, lepiej i taniej jest zrobić to od jednego machu.

        Nie ma mowy o poważ­nych wypra­wach poza LEO bez dużych rakiet.

        “Produkty Bezosa zwykle napawają mnie większym zaufa­niem”

        A kon­kret­nie które?

        W kosmo­nau­tyce Bezos jeszcze niczego nie osiągnął. A Musk już udo­wod­nił że potrafi zbudować coś, co lata i to jeszcze jak!
        Zatem nawet pod względem stosunku obietnic do realnych osią­gnięć, ciągle prowadzi Musk. Obiet­nice gigan­tyczne, ale i realne osią­gnię­cia niemałe.

        “jego [Bezosa] projekt wygląda na nieźle prze­my­ślany.”

        Wręcz prze­ciw­nie. Udźwig 45 ton na LEO jest zde­cy­do­wa­nie “za duży” na LEO (komer­cyj­nie nie ma tu zapo­trze­bo­wa­nia na więcej niż 20 ton), a za mały na załogowe loty poza LEO. Zresztą pilaster ma wrażenie, że podawane przez Bezosa wartości (np ciśnie­nia w komorze spalania, czy właśnie udźwigu) są zaniżone i fak­tyczny udźwig NG jest znacznie wyższy, rzędu 60–65 ton, co umoż­li­wia­łoby już loty na Księżyc, który być może Bezos spróbuje wziąć z zasko­cze­nia.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        “Im większa jest rakieta, tym niższy jest koszt jed­nost­kowy na kilogram
        (nawet licząc bez odzysku). Zatem jak już trzeba wynieść coś cięż­kiego,
        lepiej i taniej jest zrobić to od jednego machu.”

        A wli­cza­jąc koszty skon­stru­owa­nia, prze­te­sto­wa­nia i jed­nost­ko­wej pro­duk­cji tak wielkich rakiet? Bo chyba nie ma wąt­pli­wo­ści, że misje poza LEO/GTO to będzie jakiś nikły procent?

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        Popa­trzmy zatem na Muska. Kon­stru­owa­nie coraz więk­szych rakiet pro­por­cjo­nal­nie kosztuje go coraz mniej. Bo wiele, o ile nie więk­szość ele­men­tów takich rakiet jest ska­lo­wal­nych. Wbrew pozorom Falcon Heavy, rakieta o mniej­szym udźwigu, jest droższa i trud­niej­sza do zbu­do­wa­nia (bo bardziej skom­pli­ko­wana) niż rakieta BFR o dużo większym udźwigu.

        Wydatki na badania i skon­stru­owa­nie Saturna V nie zdążyły się zamor­ty­zo­wać, bo rakieta wystar­to­wała tylko 13 razy. Falcon 9 wystar­to­wał już 50 razy i spo­koj­nie wystar­tuje jeszcze ze 100, albo i 200. To samo ma dotyczyć BFR, czy New Glenn Bezosa.

        Przy tej ilości startów wydatki na rozwój skon­stru­owa­nie i prze­te­sto­wa­nie rakiety można wła­ści­wie zanie­dbać. Dlatego tez Musk chciał kilka razy zre­zy­gno­wać z kon­ty­nu­owa­nia Falcona Heavy, bo w mię­dzy­cza­sie, wskutek blisko trzy­krot­nego wzrostu osiągów F9, Heavy przestał wła­ści­wie być potrzebny. Przy 3–4 startach rocznie raczej się nie zwróci.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • kuba_wu

      Pozwól że pod­su­muję: Saturn nie zmienił oblicza astro­nau­tyki bo był efe­me­rydą, STS również go nie zmienił z tego samego powodu — był nie tylko efe­me­rydą ale i ślepą uliczką; pod­su­mo­wu­jąc, poza pierw­szymi “skokami”, to prak­tycz­nie cały program załogowy USA nie zmienił oblicza astro­nau­tyki. Jaaasne 🙂

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        ” STS również go nie zmienił”

        Wręcz prze­ciw­nie. Zmienił. Tyle że na gorsze.

        prak­tycz­nie cały program załogowy USA nie zmienił oblicza astro­nau­tyki. ”

        A co, może nie? Program załogowy USA zakoń­czył się defi­ni­tyw­nie w 2011 roku. Jeżeli zostanie teraz wzno­wiony, to jako program prywatny, komer­cyjny.

        SLS zaś, może się zdarzyć, że nie odbędzie ani jednego lotu, przy­naj­mniej w wersji zało­go­wej.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • kuba_wu

        W historii astro­nau­tyki były trzy-cztery naj­waż­niej­sze programy: program Apollo, program waha­dłow­ców, radziecki/rosyjski program załogowy oraz mię­dzy­na­ro­dowy program ISS. Takie są fakty. Z czego skre­ślasz program ame­ry­kań­ski, zapewne również należy skreślić ISS, która dzięki waha­dłow­com niemu powstała (kosz­mar­nie droga, a przecież nie przy­nio­sła żadnych prze­ło­mo­wych osią­gnięć), a program radziecki to ten sam odgrze­wany od 50 lat kotlet.

        To w takim razie co stanowi to “właściwe” oblicze astro­nau­tyki w ostatnim pół­wie­czu?
        Nie widzisz, że takie sta­wia­nie sprawy to lekki absurd?

        Wszyst­kie te programy składały się na obraz astro­nau­tyki. Testo­wa­nie nowej ścieżki, nawet jeśli okazała się czę­ściowo błędna (STS) to też jest droga którą się przebywa i która przynosi kolejne doświad­cze­nie. Nega­tywna wery­fi­ka­cja też jest war­to­ścią. Rozwój linearny istnieje tylko w teorii.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        Fak­tycz­nie programy załogowe, jak do tej pory, to jeden wielki niewypał. Dotyczy to także programu chiń­skiego, który, jak się zdaje, został już po cichu “wyga­szony”. Rosyjski ledwo dycha, bo władza boi się pozbyć ostat­niego już chyba reliktu dawnej “mocar­stwo­wo­ści”

        Programy które wymienił Kuba Wu nie były więc wcale “naj­waż­niej­sze”, a, co najwyżej “naj­więk­sze” a to nie to samo.

        Przy­czyną nie­po­wo­dzeń w tym zakresie jest po prostu ogra­ni­cze­nie lotów zało­go­wych do LEO, gdzie kosmo­nauci są w sumie najmniej potrzebni. W zasadzie jedynym mie­rzal­nym sukcesem lotów zało­go­wych (wszyst­kich poza Apollo) były wyprawy ser­wi­sowe do tele­skopu Hubbla. Loty załogowe na LEO będą miały sens dopiero jako dzia­łal­ność tury­styczna, komer­cyjna.

        Inwe­sto­wa­nie w STS to jakby Por­tu­gal­czycy w XV wieku budowali karawele po to tylko, aby popły­wały sobie po morzu, a nie żeby gdzie­kol­wiek dopły­nęły. Z tym że na morzu można przy­naj­mniej łowić ryby, albo polować na wie­lo­ryby, więc jakiś zysk jednak jest.

        Z tego punktu widzenia ska­so­wa­nie programu Apollo i budowa “w zamian” STS było kata­stro­fal­nym błędem. Gdyby roz­wi­jano rakiety Saturn (w kierunku odzy­ski­wa­nia I stopnia, tak jak u Muska) i pojazdy Apollo, już dano ludzie miesz­ka­liby na Księżycu i Marsie a gospo­darka tych globów prężnie by się roz­wi­jała. STS zaha­mo­wał rozwój kosmo­nau­tyki na ponad 30 lat.

        Dzia­łal­ność gospo­dar­cza miedzy LEO i GEO jest bardzo roz­wi­nięta i per­spek­ty­wiczna, ale nie są to loty załogowe (dopóki nie rozwinie się tury­styka). Satelity mete­oro­lo­giczne, tele­ko­mu­ni­ka­cyjne, a nawet wojskowe i szpie­gow­skie, żadnych kosmo­nau­tów do dzia­ła­nia i obsługi nie potrze­bują

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

        A jakie były naj­waż­niej­sze programy kosmiczne? Te które przy­nio­sły naj­waż­niej­sze rezul­taty. Z lotów zało­go­wych tylko program Apollo. Poza tym sondy mię­dzy­pla­ne­tarne, Pio­ne­erry, Voyagery, Cassini, etc. No i przede wszyst­kim gospo­dar­cze wyko­rzy­sta­nie prze­strzeni wokół­ziem­skiej. Gdyby nie sputniki tele­ko­mu­ni­ka­cyjne, czy mete­oro­lo­giczne, to nie tylko Saturn V poszedłby w zapo­mnie­nie, ale i pewnie więk­szość pozo­sta­łych rakiet.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • rocknroll111

    No prze­pra­szam bardzo, a gdzie w tym zesta­wie­niu jest “Orzeł 1”? Rakieta, w której zasto­so­wano 2 silniki spa­li­nowe 1.9 TDI napę­dza­jące śmigła, a także skrzydła wraz ze sta­tecz­ni­kami, dzięki czemu znacznie popra­wiono osiągi w prze­strzeni kosmicz­nej.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • kuba_wu

    Co do osiągów: Falcon Heavy jest w stanie wynieść 63 tony na LEO. Ale w wersji bez odzysku rakiet. W wersji z odzy­skiem — nie wiadomo, nie chwalą się publicz­nie. Wiadomo nato­miast, że z odzy­skiem na GTO (trans­fe­rowa na GEO) zaledwie 8t (przy podobno 16t “na Marsa” w wersji bez odzysku, czyli sza­cun­kowo 20–25t na GTO bez odzysku). Zatem można szacować gene­ral­nie że udźwig z odzy­skiem to zaledwie 1/3 udźwigu bez odzysku. Niestety, odzysk kosztuje udźwig, i raczej wygląda to na dylemat: albo tanio, albo dużo.

    Nie jest też niestety prawdą, że koszty wyno­sze­nia porów­ny­wal­nych ładunków dzięki Falconom spadły jakoś dra­ma­tycz­nie. Spadły nieco, powiedzmy nawet opty­mi­stycz­nie i na wyrost, że o połowę, ale nie jest to bynaj­mniej rząd wiel­ko­ści. Póki co.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogpilastra.wordpress.com pilaster

      “z odzy­skiem na GTO (trans­fe­rowa na GEO) zaledwie 8t”

      Nic podob­nego. Zwykły F9 jest w stanie z odzy­skiem wynieść na GTO nawet 6 ton (na dniach wystar­tuje Hispasat o takich właśnie para­me­trach) FH, praw­do­po­dob­nie więcej niż dwa razy tyle.

      “można szacować gene­ral­nie że udźwig z odzy­skiem to zaledwie 1/3 udźwigu bez odzysku.”

      Można szacować znacznie lepiej. F9 wynosił już na LEO ładunki po 10 ton (CRS, czy satelity kon­ste­la­cji Iridium) i bez problemu wracał potem do miejsca startu (nawet nie na statek). Ten wskaźnik z pew­no­ścią prze­kra­cza 50%

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0