Kto jest dla Was uosobieniem geniuszu? Kto dysponował najbardziej bystrym, ciekawskim oraz wszechstronnym umysłem w dziejach? Wielu wskaże da Leonarda da Vinci, inni  Newtona lub Teslę – poniekąd  słusznie. A ilu wymieni nazwisko Thomasa Younga?

“Szki­co­wał tak odru­chowo, jak inni drapią się po głowach; geniusz — pewien szcze­gólny typ geniuszu — sypał się z niego niczym łupież.”
— Terry Prat­chett
Niniej­szy artykuł został podyk­to­wany poczu­ciem nie­spra­wie­dli­wo­ści dzie­jo­wej. Nawet naj­więk­szy ignorant zna i podziwia Leonarda da Vinci. Nie ma się co dziwić, gdyż to praw­dziwy fenomen, aby jeden człowiek zgłębiał meandry malar­stwa, rzeź­biar­stwa, archi­tek­tury, inży­nie­rii, anatomii i licho wie czego jeszcze – na każdej z tych dziedzin odci­ska­jąc swoje piętno. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę, że w Anglii schyłku oświe­ce­nia działał uczony o równie tęgiej mózgow­nicy, samo­dziel­nie posze­rza­jący granice ówcze­snej fizyki, medycyny, a nawet języ­ko­znaw­stwa i badań histo­rycz­nych. Mowa o Thomasie Youngu. Tak, tym samym od wie­ko­pom­nego eks­pe­ry­mentu z dwiema szcze­li­nami.

Young i językoznawstwo

Nie chcę się zbyt długo roz­pły­wać się nad dzie­ciń­stwem naszego bohatera, ponieważ bio­gra­fie genial­nych osób zdążyły nas przy­zwy­czaić do nie­sa­mo­wi­tych opo­wie­ści o płynnie czy­ta­ją­cych dwu­lat­kach, mno­żą­cych i dzie­lą­cych w myślach niczym kal­ku­la­tor. Cechą roz­po­znaw­czą mało­let­niego Younga była ponoć nie­zrów­nana pamięć, pozwa­la­jąca mu swo­bod­nie rzucać cytatami z Biblii oraz recy­to­wać ulubione wiersze. Jak przy­stało na cie­kaw­skiego omnibusa, w szkole miał sporo pro­ble­mów. Uczący go duchowni nie potra­fili udzielić satys­fak­cjo­nu­ją­cych odpo­wie­dzi na poza­pro­gra­mowe pytania, a fakt, że malec prze­ra­biał cały pod­ręcz­nik do mate­ma­tyki w kilka tygodni, wzbu­dzało w belfrach irytację. Na szczę­ście ojciec dzie­wię­cio­latka – choć sam uczonym nie był – dał mu odpo­wied­nie wsparcie i posłał do lepszej placówki. W szkole pry­wat­nej Young opanował łacinę i grekę, a nad­obo­wiąz­kowo nauczył się hebraj­skiego, który szli­fo­wał czytając Stary Testa­ment w ory­gi­nale.

A był to dopiero początek. Chłopak totalnie zatracił się w zgłę­bia­niu egzo­tycz­nych sposobów komu­ni­ka­cji i z nie­okieł­znaną fascy­na­cją zapra­gnął prze­ana­li­zo­wać struk­turę jak naj­więk­szej liczby języków obszaru Lewantu i okolic. Im dziw­niej­sze i rzadziej sto­so­wane, tym lepiej. Dlatego też po opa­no­wa­niu arab­skiego i per­skiego, padło na chal­dej­ski, będący dia­lek­tem ara­mej­skiego, syryjski oraz sama­ry­tań­ski. Przyj­muje się, że przy­naj­mniej kil­ka­na­ście azja­tyc­kich języków Thomas znał całkiem nieźle, ale poza tym prze­ana­li­zo­wał gra­ma­tyczne podstawy niemal wszyst­kich żywych i wielu martwych języków na jakie tylko można się natknąć na Bliskim Wscho­dzie. Nie była to jedynie zabawa hobbysty. W przy­szło­ści to właśnie Young zostanie popro­szony o opra­co­wa­nie kilku haseł doty­czą­cych języka, w jednym z pierw­szych wydań słynnej Ency­klo­pe­dii Bri­tan­nica. On też – badając struk­turę setek języków z obszaru Europy i Azji – jako pierwszy dostrzegł w nich powią­za­nia i ukuł, funk­cjo­nu­jące do dziś pojęcie rodziny indo­eu­ro­pej­skiej.

To dość zabawne, że gdyby nie póź­niej­sze dzieła z zakresu fizyki, dziś wspo­mi­na­li­by­śmy Thomasa Younga, przede wszyst­kim jako poli­glotę i nie­prze­cięt­nego języ­ko­znawcę.

Young i medycyna

Jednak zanim to wszystko miało nadejść, w 1794 roku Young roz­po­czął studia w Edyn­burgu, na wydziale… medycz­nym. Poszedł tym samym w ślady swego wuja, Richarda Brocklesby’ego  jedynego krewnego o wyższym wykształ­ce­niu. Oczy­wi­ście możecie teraz zapytać, dlaczego zdolny nasto­la­tek posia­da­jący mózg, pie­nią­dze i zna­jo­mo­ści pojechał do górzy­stej Szkocji, zamiast ukończyć pre­sti­żowy Oxford lub Cam­bridge? Otóż Youn­go­wie byli zade­kla­ro­wa­nymi człon­kami Reli­gij­nego Towa­rzy­stwa Przy­ja­ciół, znanymi szerzej jako Dzieci Światła czy Kwakrzy. Nie sta­no­wili spe­cjal­nie wywro­to­wej grupy. Ot gorliwi pury­ta­nie uwa­ża­jący, że Bóg potrafi samo­dziel­nie oświecić każdą ze swoich owieczek i nie potrze­buje do tego celu kapłanów, kosz­tow­nych obrzędów i roz­bu­do­wa­nych insty­tu­cji kościel­nych. Trudno powie­dzieć, czy Thomas podzie­lał poglądy rodzi­cieli, ale bez względu na to, w Anglii musiałby się mierzyć z dys­kry­mi­na­cją i wieloma innymi nie­przy­jem­no­ściami.

Podczas studiów sporo podró­żo­wał, zarówno po Europie jak i samej Wielkiej Brytanii. Wiemy na przykład, że przez pewien czas pozo­sta­wał gościem wybit­nego biologa z Derby, Erasmusa Darwina – dziadka autora O powsta­wa­niu gatunków. Nie­wy­klu­czone, że miał również szansę poznać wybit­nego irlandz­kiego filozofa Edmunda Burke’a, pry­wat­nie przy­ja­ciela wuja Brocklesby’ego. Na kon­ty­nen­cie odwie­dził Holandię, Włochy i w końcu nie­miecką Getyngę. Orga­ni­za­cja niedawno otwartej placówki i nie­sa­mo­wite zbiory biblio­teczne, zachwy­ciły Younga na tyle, że porzucił Edynburg i dyplom odebrał już w Dolnej Saksonii. Można rzec, iż Bry­tyj­czyk był pierw­szym z listy wielkich absol­wen­tów Uni­ver­si­tät Göt­tin­gen, na którą w przy­szło­ści trafili m.in. Gauss, Weber, Scho­pen­hauer, Hilbert, Min­kow­ski, Born i Heisen­berg. Przy okazji, Getynga pozo­sta­wała jednym z naj­bar­dziej cenio­nych ośrodków nauki jazdy konnej w Europie, z czego student nie omiesz­kał sko­rzy­stać.

Jeśli myślicie, że nie da się pogodzić fascy­na­cji językami z nauką medycyny, to brakuje wam youn­gow­skiej kre­atyw­no­ści. Jego praca dyplo­mowa doty­czyła anatomii organów głosu i analizy ich dzia­ła­nia na przy­kła­dzie róż­no­rod­nych zestawów głosek. Jak łatwo się domyśleć, Young nie szedł na łatwiznę, sięgając do kil­ku­dzie­się­ciu egzo­tycz­nych języków Azji, Afryki i Ameryki.

Young i fizjologia

Po powrocie do ojczyzny na świeżo upie­czo­nego doktora czekała niemiła urzęd­ni­cza nie­spo­dzianka. Dowie­dział się, że połowa jego kursu odbyta na obczyź­nie, nie daje mu upraw­nień do pracy w szpitalu. Przy­party do muru, zapewne mocno ziry­to­wany 24-latek, ofi­cjal­nie odciął się od wyznania Kwakrów i podjął studia na trzeciej już uczelni. Tym razem trafił do słynnego Cam­bridge. Tam kon­ty­nu­ował roz­wa­ża­nia na temat głosu i fal dźwię­ko­wych, co powoli prze­su­wało jego zain­te­re­so­wa­nia z medycyny w kierunku fizyki. Miał też trochę szczę­ścia, ponieważ prze­dłu­ża­jące się studia mógł bez problemu opłacić z pokaź­nego spadku, jaki zapisał mu w testa­men­cie dr Broc­klesby. Być może tylko dzięki finan­so­wej nie­za­leż­no­ści, mimo uzy­ska­nia upra­gnio­nej licencji Young nie zagrzał długo miejsca w szpitalu św. Jerzego, woląc oddać się roz­wią­zy­wa­niu zagadek natury. Jeszcze przed trzy­dziestką zajął sta­no­wi­sko wykła­dowcy filo­zo­fii przyrody w lon­dyń­skim Royal Insti­tu­tion.

Jednakże, zanim geniusz popadł w gorący romans z fizyką, zdołał przy­słu­żyć się roz­wo­jowi medycyny i fizjo­lo­gii. Kon­kret­nie posta­no­wił zro­zu­mieć mecha­niczne podstawy funk­cjo­no­wa­nia ludz­kiego oka. Miał ku temu osobistą moty­wa­cję, gdyż od kilku lat sam skarżył się na nie­zi­den­ty­fi­ko­waną wadę wzroku. Wyko­nu­jąc proste doświad­cze­nia dostrzegł, że jego oko nie jest w stanie rów­no­cze­śnie, z taką samą ostro­ścią widzieć linii pozio­mych i pio­no­wych. Następ­nie korzy­sta­jąc ze skon­stru­owa­nego przez siebie opto­me­tra – jednego z pierw­szych przy­rzą­dów pozwa­la­jący oglądać dzia­ła­nie oka w akcji – Young połączył trud­no­ści ze zogni­sko­wa­niem wzroku z nie­pra­wi­dło­wym kształ­tem soczewki. Swoje spo­strze­że­nia przed­sta­wił podczas wykładu w 1801 roku, ini­cju­jąc tym samym badania nad astyg­ma­ty­zmem oraz procesem ako­mo­da­cji.

Ryciny z pracy Younga “On the mecha­nism of the eye”.

Fala przeciw cząstce

Niemalże natu­ralną koleją rzeczy było zain­te­re­so­wa­nie Thomasa zagad­nie­niem światła. W końcu wykładał w tych samych aulach Cam­bridge, w których sto lat wcze­śniej sir Izaak Newton nauczał o tym, że światło to nic innego aniżeli strumień cząstek, wpa­da­ją­cych do naszych oczu. Jednak wbrew powszech­nemu prze­ko­na­niu, odkrywca praw dynamiki wcale nie upierał się przy teorii kor­pu­sku­lar­nej. Zresztą poglądy na temat światła od zarania były zagma­twane i wła­ści­wie aż do XX wieku nie potra­fiły ulec sta­bi­li­za­cji. 
“W mojej teorii wypo­wia­dam się o sub­stan­cjal­no­ści światła, ale czynię to bez jakiej­kol­wiek sta­now­czo­ści. (…) Nie wiem jednak w jaki sposób mój prze­ciw­nik może bronić swojej hipotezy [o falowej naturze światła] przed innymi trud­no­ściami. Moim zdaniem, nie do utrzy­ma­nia jest jego zasad­ni­cze twier­dze­nie, że fale lub drgania jakiej­kol­wiek cieczy mogą się roz­cho­dzić jak pro­mie­nie światła, po liniach prostych, nie zakrzy­wia­jąc się i roz­sze­rza­jąc we wszyst­kich kie­run­kach w nie­ru­cho­mym ośrodku, który je ogra­ni­cza.”
— Izaak Newton
Tak Newton bronił się przed atakami nie­przy­chyl­nego mu Roberta Hooke’a – jak łatwo się domyśleć, prze­ko­na­nemu o tym, iż promień światła musi być falą. Twier­dził, iż ogrom zjawisk wydaje się zbyt trudna do opisania mecha­niką typową dla fali, prze­ko­nu­jąc o prze­wa­dze cząstek. Własnie z tą opinią, wypo­wie­dzianą przez naj­więk­szy auto­ry­tet bry­tyj­skiej nauki, miał zamiar pole­mi­zo­wać wciąż nie­do­świad­czony Thomas Young. Pierwszą próbę podjął już w wieku 27 lat publi­ku­jąc krótki tekst, odważnie podający w wąt­pli­wość tezy Newtona. 
“Istnieją nie­ja­sno­ści w systemie Newtona, które niewiele roz­wa­żano. Pierwsza, to jed­na­kowa prędkość, z jaką światło ma się roz­cho­dzić ze wszyst­kich ciał, które świecą z powodu nagrza­nia. Jak to się dzieje, że te zdu­mie­wa­jące kor­pu­skuły zawsze roz­cho­dzą się z jed­na­kową pręd­ko­ścią, nie­za­leż­nie czy przy­czyną emisji jest prze­ka­za­nie elek­trycz­no­ści, tarcie dwóch kamyków czy ciepło samego Słońca? Jeszcze poważ­niej­sza nie­ja­sność wydaje się być związana z czę­ścio­wym odbiciem od każdej powierzchni zała­mu­ją­cej. W tym systemie wydaje się cał­ko­wi­cie nie­zro­zu­miałe, dlaczego te same pro­mie­nie mają być zawsze czę­ściowo prze­pusz­czane, a czę­ściowo odbijane…”
— Thomas Young
Nie­przy­pad­kowo zwró­ci­łem wcze­śniej Waszą uwagę na fakt, iż nawet Newton nie negował do końca falowej struk­tury światła. Praca Younga była pro­sze­niem się o aka­de­mic­kiego guza, o czym ten dosko­nale wiedział i próbował się zabez­pie­czyć. W swych pismach i wykła­dach tłu­ma­czył, że tak naprawdę wcale nie stoi w opozycji do legendy Cam­bridge, lecz jedynie szerzej roz­pa­truje jego kon­cep­cje. Pomogło mu to raczej w nie­wiel­kim stopniu, gdyż już wkrótce został publicz­nie wyszy­dzony, jako arogant “pozba­wiony umie­jęt­no­ści rze­tel­nego myślenia”, “cier­pli­wego docie­ka­nia” oraz “bez­pre­ten­sjo­nal­nego obser­wo­wa­nia przyrody”. Mówiąc wprost, dla wielu star­szych kolegów, Young stał się klaunem, głąbem i szar­la­ta­nem.

To tylko roz­ju­szyło krnąbr­nego geniusza i zmo­bi­li­zo­wało do dalszych wysiłków. Będąc uczciwym muszę wspo­mnieć, że lwią część teo­re­tycz­nej pracy odwalił za Younga szwaj­car­ski mate­ma­tyk, Leonhard Euler. On również punk­to­wał new­to­now­skie dogmaty. Był w pełni prze­ko­nany, iż światło roz­cho­dzi się w prze­strzeni ana­lo­gicz­nie do dźwięku, tyle, że szybciej i nie w powie­trzu, lecz w tajem­ni­czym eterze. Jedyny kłopot sta­no­wiła eks­pe­ry­men­talna wery­fi­ka­cja tych here­tyc­kich poglądów. Triumf nastąpił w 1801 roku, oczy­wi­ście za sprawą Thomasa Younga.

Young i najpiękniejszy eksperyment

Rozważmy mecha­nikę fali. Może być to dzia­ła­jąca na wyobraź­nię fala powstała na wodzie w basenie. Do czego dojdzie kiedy prze­po­ło­wimy zbiornik metalową prze­grodą i pozo­sta­wimy tylko jeden wąski otwór na jej środku? Natu­ral­nie, po drugiej stronie prze­grody, ze szcze­liny zacznie wycho­dzić poje­dyn­cza, roz­cho­dząca się pro­mie­ni­ście fala. Jednak znacznie cie­kaw­sze oraz istot­niej­sze zjawisko zaob­ser­wu­jemy wyci­na­jąc w prze­gro­dzie nie jedną, a dwie leżące obok siebie szcze­liny. W takim przy­padku z obu otworów zaczną wydo­by­wać się pro­mie­ni­ste i koliste fale, które w końcu zaczną się prze­ni­kać. Dostrze­żemy, iż tam gdzie grzbiety fal nakła­dają się na siebie, dochodzi do wza­jem­nego wzmoc­nie­nia, zde­rze­nie dwóch dolin dopro­wa­dza do wza­jem­nego osła­bie­nia, nato­miast spo­tka­nie grzbietu z doliną powoduje wzajemną neu­tra­li­za­cję. Dlaczego ten prosty proces zmian w ampli­tu­dzie fali pozo­staje tak istotny z punktu widzenia Younga i jego zagwozdki? Wystar­czy wyobra­zić sobie, że zamiast wzbu­rza­nia wody, zaczę­li­by­śmy ostrze­li­wać naszą prze­szkodę z Kałasz­ni­kowa. Po jednej stronie stoimy my, naprze­ciwko nas ściana, a pomiędzy metalowa prze­groda z jednym otworem. Ostrzał w tych warun­kach może przy­nieść tylko jeden efekt: ślady po kulach znaj­dziemy jedynie w tym sektorze ściany, który leżał na wprost dziury w prze­gro­dzie. Jeśli zrobimy sobie dwie szcze­liny, to wynik również nas nie zaskoczy. Amunicja nie ma prawa inter­fe­ro­wać, tj. nie istnieją żadne grzbiety i doliny fal, dopro­wa­dza­jące się do wza­jem­nego wzmac­nia­nia i zno­sze­nia. A tak się składa, że wielki Izaak Newton uważał światło za nic innego, aniżeli strumień zwartych pocisków mknących wprost do celu.

Wzór inter­fe­ren­cyjny.

Aby zno­kau­to­wać Newtona, Young musiał jedynie dowieść, że światło wobec przegród ze szcze­li­nami zachowa się nie inaczej niż woda. U progu XIX wieku nie było to łatwe, ale już wyko­nalne. W ciemnym i szczel­nym pojem­niku fizyk umieścił źródło światła leżące naprze­ciwko świa­tło­czu­łego ekranu, podob­nego w dzia­ła­niu do kliszy foto­gra­ficz­nej. Pomiędzy emiterem i ekranem wstawił, rzecz jasna, prze­grodę z wycię­tymi dwiema szcze­li­nami. Gdyby Newton miał słusz­ność na kliszy ujaw­ni­łyby się dwa wyraźne prążki zary­so­wane przez cząstki światła, które przebyły prostą drogę od emitera, przez szcze­liny, do ekranu. Tak jednak nie było. Na kliszy Younga ujawnił się szereg jaśniej­szych i ciem­niej­szych obszarów, odpo­wia­da­ją­cych wza­jem­nemu wzmac­nia­niu i wyga­sza­niu fal. Ten wynik nazywamy wzorem inter­fe­ren­cyj­nym, nato­miast sama próba zajęła miejsce we wszyst­kich pod­ręcz­ni­kach fizyki, jako doświad­cze­nie Younga.

Schemat z 1807 roku.

Nie wiem czy to dobrze, że Anglik został zakład­ni­kiem tylko jednego spośród tak wielu swoich dokonań, ale co do samej wagi eks­pe­ry­mentu nie można mieć złudzeń. Robert Crease umieścił doświad­cze­nie z dwiema szcze­li­nami na szóstym miejscu swojego rankingu naj­pięk­niej­szych eks­pe­ry­men­tów fizyki. Z kolei Richard Feynman zwykł mawiać, że od doświad­cze­nia Younga wywodzi się cała mecha­nika kwantowa. Noblista wcale nie prze­sa­dził, gdyż to właśnie wariacje tego eks­pe­ry­mentu pozwo­liły ustalić duali­styczną, kor­pu­sku­larno-falową naturę elek­tronu i innych cząstek ele­men­tar­nych, kom­plet­nie demo­lu­jąc dotych­cza­sowy obraz mikro­świata.

Young i optyka

Umysł geniusza nie zwalniał ani na chwilę. Jeszcze w tym samym roku, wygłosił wykład będący zacząt­kiem publi­ka­cji zawie­ra­ją­cej pierwszą nowo­cze­sną teorię barw. Young rozu­mo­wał w sposób nastę­pu­jący. Pro­mie­niu­jące ciała wzbu­dzają drgania wszech­obec­nego eteru, podobnie do instru­men­tów muzycz­nych powo­du­ją­cych wibrację powie­trza. I tak jak fale dźwię­kowe różnią się brzmie­niem na skutek swojej długości, tak każdy kolor odpo­wiada innej długości fali świetl­nej. Obliczył nawet liczbę drgań na sekundę typową dla naj­waż­niej­szych kolorów, pozwa­la­jącą na usta­le­nie długości fali światła fio­le­to­wego na 4,4x10-7m, a czer­wo­nego na 6,5x10-7m. Jakby tego było mało, Anglik wyko­rzy­stał swoją świeżą wiedzę, kolejny raz posze­rza­jąc granice medycyny. Przed­sta­wił śmiałą hipotezę, wedle której siat­kówka oka posiada trojakie włókna nerwowe, wrażliwe na fale świetlne o długości cha­rak­te­ry­stycz­nej dla czer­wo­nego, nie­bie­skiego i żółtego – trzech barw pod­sta­wo­wych. Odpo­wied­nie pobu­dza­nie tychże włókien pozwala oku na roz­róż­nia­nie poszcze­gól­nych kolorów. Zalążek teorii trój­chro­ma­tycz­nej okazał się na tyle dobry, że w postaci nie­zmie­nio­nej był wykła­dany stu­den­tom medycyny aż do połowy stulecia, gdy swoje poprawki dodał Hermann von Helm­holtz. Teoria Younga-Helm­holtza (bo taką przyjęła nazwę) docze­kała się poważ­nego roz­wi­nię­cia wła­ści­wie dopiero w czasach współ­cze­snych.

W pewnym momencie Thomas uznał, że zrobił już wszystko aby prze­ko­nać świat do swojego poglądu na temat światła i wrócił do życia medyka. Nie­ty­powy był z niego lekarz. Wiele kon­tro­wer­sji wzbu­dzały jego szczere wypo­wie­dzi na temat aktu­al­nego stanu wiedzy i metod leczenia. Twier­dził, że funk­cjo­no­wa­nie wielu narządów pozo­staje tajem­nicą i nie istnieje nawet apa­ra­tura pozwa­la­jąca na ich zbadanie. Biorąc to w rachubę, w przy­padku nie­któ­rych schorzeń lekarz wie tak mało, że pacjent równie dobrze mógłby się leczyć samo­dziel­nie. Osta­tecz­nie, w obu przy­pad­kach terapia byłaby dobie­rana na chybił trafił i dyplom nie ma zna­cze­nia. Mimo to Young robił co mógł, wpro­wa­dza­jąc do swojej pracy wszelkie nowinki – m.in. prak­ty­ku­jąc szcze­pie­nie prze­ciwko ospie praw­dzi­wej – jak i maj­stru­jąc przy urzą­dze­niach medycz­nych.
Zobacz też: Fale, cząstki i zabawy z dwoma dziur­kami

Rezul­taty doświad­cze­nia Younga zawsze mógłbyś zbyć stwier­dze­niem: “No dobrze, jest to trochę dziwne, ale w sumie światło zawsze pozo­sta­wało jakieś inne”. Jednak naj­bar­dziej nie­wia­ry­godne jest właśnie to, że eks­cen­tryczny dualizm nie dotyczy tylko pro­mie­nio­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego (bo tym w istocie jest światło) lecz… wszyst­kiego. Każdy obiekt w skali sub­a­to­mo­wej wykazuje od czasu do czasu cechy fali. Nie ważne czy w ana­lo­gicz­nym teście będziemy strzelać elek­tro­nami, pro­to­nami, neu­tri­nami czy nawet całymi atomami – i tak po drugiej stronie zostanie zary­so­wany wzór inter­fe­ren­cyjny. (Gwoli ści­sło­ści: tak, spraw­dzono to eks­pe­ry­men­tal­nie). Znów masz prawo zapro­te­sto­wać. A może śląc strumień elek­tro­nów dochodzi między nimi do jakiejś inte­rak­cji, a inter­fe­ren­cję daje się wytłu­ma­czyć w miarę nie­wy­wro­towy sposób? Może wystar­czy kon­tro­lo­wać emisję cząstek i strzelać nimi poje­dyn­czo, naj­le­piej w dużych odstę­pach cza­so­wych? Poje­dyn­cza “kulka”, której nic i nikt nie prze­szka­dza, powinna prze­le­cieć przez jeden z otworów i wylą­do­wać naprze­ciwko niego, jak Newton przy­ka­zał…

Young i egiptologia

Mimo powrotu na łono medycyny, Young zyskał szansę na jeszcze jedną przygodę ze swoimi mło­dzień­czymi zain­te­re­so­wa­niami. I to przygodę w wielkim stylu. Okazja nada­rzyła się w związku z wytar­go­wa­niem przez rząd bry­tyj­ski od Fran­cu­zów kilku zdobyczy arche­olo­gicz­nych, odna­le­zio­nych w czasie kampanii napo­le­oń­skiej w Egipcie. Wśród nich znalazła się ponad metrowa kamienna płyta, ważąca ponad 750 kg i pokryta drobnym, bardzo starym pismem. Zabytek ten, znany w świecie jako kamień z Rosetty, do dziś można podzi­wiać w Galerii Egip­skiej lon­dyń­skiego British Museum. Na czym polega jego wartość? Otóż tekst został wyryty za czasów Pto­le­me­usza V w trzech wersjach, tak aby treść była zro­zu­miała dla Greków i wszyst­kich Egipcjan. Dlatego na powierzchni kamienia znajdują się bezcenne próbki pisma demo­tycz­nego (ludowego, codzien­nego użytku), hie­ro­gli­ficz­nego oraz języka grec­kiego.

Pismo demo­tyczne, odczy­tane przez Younga.

Z prze­cięt­nych opra­co­wań dowiecie się, że inskryp­cję odczytał w 1822 roku Jean-François Cham­pol­lion, tym samym dając histo­ry­kom klucz do rozważań nad sta­ro­żyt­nym Egiptem. Jednak, jak to zwykle w nauce bywa, badania nie były łatwe, proste i przy­jemne, a końcowy sukces miał wielu ojców. Wśród nich… Younga. Pamiętam dosko­nale swoje własne zasko­cze­nie, gdy na pierw­szym roku studiów histo­rycz­nych, w jednym z pod­ręcz­ni­ków opi­su­ją­cych badania antycz­nych cywi­li­za­cji, trafiłem na wzmiankę o Thomasie Youngu. Pierwsze co przyszło mi do głowy, to oczy­wi­ście zbież­ność nazwisk wybit­nego fizyka z jakimś egip­to­lo­giem. Jednak nic z tych rzeczy! To bry­tyj­ski geniusz w 1814 roku roz­szy­fro­wał część zapisaną pismem demo­tycz­nym, porów­nu­jąc ją z pozo­sta­łymi i orze­ka­jąc, że te trzy frag­menty nie są od siebie nie­za­leżne. Cham­pol­lion dokoń­czył dzieło, doko­nu­jąc analizy systemu hie­ro­gli­ficz­nego.

Young omnibus

Spró­bujmy to powtó­rzyć. Jeden człowiek zajmował się medycyną, fizjo­lo­gią, fizyką, egip­to­lo­gią, języ­ko­znaw­stwem, na dodatek świetnie jeździł konno, potrafił rysować i władał kil­ku­na­stoma, głównie egzo­tycz­nymi, językami. Z per­spek­tywy zwykłej, nawet bardzo bystrej i wykształ­co­nej osoby, brzmi to wręcz nie­do­rzecz­nie. Ale co naj­waż­niej­sze, Thomas Young robił ze swej inter­dy­scy­pli­nar­no­ści gigan­tyczny użytek i w każdej ze zgłę­bia­nych dziedzin, pozo­sta­wił swój niemały wkład.
Literatura uzupełniająca:
A. Robinson, The Last Man Who Knew Everything, Oxford 2006;
A. Wood, Thomas Young: Natural Philosopher 1773–1829, Cambridge 1954;
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
B. Greene, Piękno wszechświata. Superstruny, ukryte wymiary i poszukiwanie teorii ostatecznej, przeł. E. Łokas, Warszawa 2001;
R. Haidar, Thomas Young and the wave theory of light, [online: www.bibnum.education.fr/sites/default/files/71-young-analysis.pdf];
S. Duda, Najsłynniejszy kamień świata, [online: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,121681,15540897,Najslynniejszy_kamien_swiata.html].


  • Michał Tar­now­ski

    Przy podanych osza­co­wa­niach długości fal światła brakuje jed­no­stek. Poza tym zamiast znaku mnożenia (×) jest litera x (iks).

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Michał Tar­now­ski

    Postać Thomasa Younga przy­po­mina o póź­niej­szym nie­miec­kim poli­hi­sto­rze: Her­man­nie Gras­sman­nie. On też łączył zain­te­re­so­wa­nie fizyką, właśnie teorią barwy, z języ­ko­znaw­stwem histo­rycz­nym – np. bada­niami san­skrytu.

    Oczy­wi­ście są też różnice. Gras­smann był mate­ma­tycz­nym geniu­szem, który zaczął wywierać naj­więk­szy wpływ dopiero po II wojnie świa­to­wej. Wtedy algebra liniowa zago­ściła na pierw­szych latach dowol­nych ścisłych studiów, uzu­peł­nia­jąc albo zastę­pu­jąc geo­me­trię ana­li­tyczną. O wkładzie Thomasa Younga w mate­ma­tykę nie sły­sza­łem. Za to Young był medykiem, a Gras­smann – nie.

    Gras­smann jest chyba boha­te­rem jednego z roz­dzia­łów naj­now­szej książki Michała Hellera – „Prze­strze­nie Wszech­świata” o ewolucji nowo­żyt­nej geo­me­trii.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Marek Andrze­jak

    Thomas Young był wybitnym naukow­cem, nawet jak na dzi­siej­sze czasy jego doko­na­nia są wręcz fascy­nu­jące.
    Jedyne czego brakuje mi w artykule, to modułu Younga — sprę­ży­stość mate­riału.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://jacek-belof.blogspot.com/ Jacek

      Tylko, że ów moduł został tylko nazwany na jego cześć… wystę­puje jedynie jako pewna cha­rak­te­ry­styczna wielkość w prawie Hooke’a.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Marek Andrze­jak

        Tak masz rację, zaga­lo­po­wa­łem się. Stała była nazwała na jego cześć.
        Pozdra­wiam.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • https://olgierd.me/ Logarytm Całkowy

    A tam teoretyk Young. Chcemy taki artykuł o Tesli. /s

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Pomi­ja­jąc żar­to­bliwy cha­rak­ter tego komen­ta­rza, nie nazwał­bym Younga typowym teo­re­ty­kiem — wszakże zasłynął w fizyce przede wszyst­kim wyko­na­niem eks­pe­ry­mentu. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • arthy

    Już pierwszy pod­roz­dział wystar­czy by zrobić pio­ru­nu­jące wrażenie. Nie­sa­mo­wita postać!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0