Trudno w to uwierzyć. Od postawienia przez człowieka ostatniego kroku na księżycowym regolicie minęło już ponad 40 lat. Dla wielu osób te cztery dekady pozostają oznaką niemocy, a nawet regresu ludzkich możliwości i ambicji. Ale czy jest sens wracać na najbliższy i dobrze poznany glob?


Program Apollo doczekał się sie­dem­na­stu odsłon, pozo­sta­jąc pod wieloma wzglę­dami naj­bar­dziej monu­men­tal­nym przed­się­wzię­ciem badaw­czym w dziejach. Zachwyt budzi samo spo­strze­że­nie, że od wysłania w prze­strzeń pierw­szego Ame­ry­ka­nina do skon­stru­owa­nia rakie­to­wego smoka Saturn V – który dowiózł trzy­oso­bową załogę na Księżyc – wystar­czył upływ zaledwie ośmiu lat. Gdybyśmy dzisiaj zapo­wie­dzieli załogowy lot na Marsa, tylko naj­bar­dziej szur­nięci opty­mi­ści uwie­rzy­liby, że projekt zostanie zre­ali­zo­wany do 2024 roku. A przecież inży­nie­ro­wie i astro­nauci lat 60. zaczy­nali od zera. NASA korzy­stała z wybor­czej obiet­nicy Kennedy’ego, roz­bu­cha­nego entu­zja­zmu Ame­ry­ka­nów i wyścigu z Sowie­tami, ile tylko mogła. Kolejne rakiety star­to­wały z przy­lądku Cana­ve­ral co kilka miesięcy, aż do zimy 1972, gdy kosmo­drom opuściła ekipa Apollo 17. Co prawda w planach figu­ro­wały kolejne misje, ale osoby trzy­ma­jące klucz do sejfu stwier­dziły, że wystar­czy już wbijania flag i zwożenia na Ziemię kolej­nych ton księ­ży­co­wego gruzu. Raczej mało kto wtedy prze­wi­dy­wał, że przez całe dzie­się­cio­le­cia żaden repre­zen­tant ludz­ko­ści nie będzie miał już szansy pohasać po obcym globie.

Ale czy jest sens nadal zawracać sobie gitarę kosmicz­nym sąsiadem i wydawać kolejne miliardy dolarów? (Według różnych sza­cun­ków, po uwzględ­nie­niu inflacji, cały program Apollo kosz­to­wał USA od 110 do 170 miliar­dów dolarów – czyli prawie 20 razy więcej niż Wielki Zderzacz Hadronów). Nie­wąt­pli­wie sta­no­wi­sko to zawiera w sobie sporo racji, bo trudno wskazać na cel badawczy, którego nie zre­ali­zo­wał tuzin astro­nau­tów misji Apollo, a który wart byłby takiej ceny. A nawet gdybyśmy jakiś istotny cel ustalili, to praw­do­po­dob­nie mogłyby go wykonać z powo­dze­niem łaziki. Naj­le­piej byłoby więc zostawić sfa­ty­go­wany Księżyc w spokoju, a zaosz­czę­dzone fundusze prze­zna­czyć na eks­plo­ra­cję którejś planety bądź choćby księ­ży­ców Jowisza.

To trafna retoryka i panowie w kra­cia­stych koszu­lach wzięli ją sobie do serca, woląc badać to co nieznane. Nawet sami astro­nauci, jak Edwin Aldrin, bez sen­ty­mentu mówili o porzu­ce­niu Księżyca i wyzna­cze­niu kolej­nych celów dla wypraw zało­go­wych, z Marsem na czele. Rzecz w tym, że program Apollo wygasł dawno temu, a jego godnego następcy w dalszym ciągu na hory­zon­cie nie widać – ku fru­stra­cji wszyst­kich głów marzą­cych o dogłęb­nym poznaniu Układu Sło­necz­nego. Posucha trwa tak długo, że nie­któ­rzy uznaliby za sukces sam powrót na Księżyc; nato­miast inni uważają, że taką wyprawę dałoby się wkom­po­no­wać w szerszy kontekst, np. jako tram­po­linę do Czer­wo­nej Planety i dalej (co nieco o tym pomyśle wspo­mi­na­łem tutaj). Już w latach 70. futu­ry­ści kreślili śmiałe plany baz księ­ży­co­wych oraz pasów star­to­wych dla ultra­no­wo­cze­snych statków kosmicz­nych. Mówiąc ogólnie, chodziło o to aby uczynić z naszego natu­ral­nego satelity swoistą bazę wypadową do dalszych rejonów Układu. Jako, że siła przy­cią­ga­nia Księżyca jest prawie sze­ścio­krot­nie słabsza od ziem­skiej, to bardzo kusząca per­spek­tywa. Przy okazji, baza taka mogłaby posłużyć jako swoisty poligon doświad­czalny dla tech­no­lo­gii nie­zbęd­nych do prze­ży­cia w nie­go­ścin­nym świecie. Wszystko, zaczy­na­jąc od ska­fan­drów aż po osłony chro­niące przed pro­mie­nio­wa­niem, wymaga grun­tow­nego spraw­dze­nia. Taki test może wydawać się nadto kosz­towny, ale pamię­tajmy, że po lądo­wa­niu na Marsie nie będzie już odwrotu. Z każdym nie­ujaw­nio­nym kłopotem astro­nauci będą sobie radzić sami, a inży­nie­ro­wie w Huston będą mogli im najwyżej pomachać z odle­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu milionów kilo­me­trów. 

Wszystko wymaga kon­se­kwen­cji dzia­ła­nia poli­ty­ków, tech­ni­ków, naukow­ców. Tylko tak można najpierw wrócić na Księżyc i w kolejnym etapie, w oparciu o zdobyte doświad­cze­nie, polecieć na Marsa. Jeśli te warunki udałoby się spełnić, jestem prze­ko­nany, że mogli­by­śmy znaleźć się na Czer­wo­nej Planecie w ciągu 20 lat, jeśli nie wcze­śniej. Bazę na Księżycu byli­by­śmy w stanie zbudować odpo­wied­nio wcze­śniej.

Harrison Schmitt


Z punktu widzenia nauki, jest to nawet lepszy argument niż te, które zade­cy­do­wały o locie w 1969 roku. Jeśli myślicie, że Stany Zjed­no­czone wysłały Arm­stronga, Aldrina i Collinsa po to aby zbadać parę kamieni i zmierzyć dzia­ła­nie wiatru sło­necz­nego – to niestety jeste­ście naiwni. Apollo był dia­bel­nie sku­tecz­nym pokazem siły i zagrywką poli­tyczną, dlatego gdy przestał rajcować wyborców fundusze zaczęły szybko znikać. Ta historia uczy nas, że rozwój sam w sobie nie stanowi wystar­cza­ją­cej prze­słanki dla wyło­że­nia grubej gotówki. Dlatego też, jeśli chcemy kie­dy­kol­wiek powrócić na Księżyc (nie wspo­mi­na­jąc o Marsie), konieczny będzie bodziec poli­tyczny. Tutaj na scenę wkra­czają Chiny, których Jade­itowy Królik dał światu jasno do zro­zu­mie­nia, że nowe super­mo­car­stwo ma również swoje kosmiczne ambicje. Na razie Chiń­czycy zado­wa­lają się słaniem w prze­strzeń łazików, ale po zakoń­cze­niu programu Change’e mogą zapra­gnąć również misji zało­go­wych. 

chenge
Speł­nia­nie ame­ry­kań­skich aspi­ra­cji mógł roz­po­cząć program Con­stel­la­tion. Gdyby nie został odwołany, zgodnie z planem właśnie w tym roku byli­by­śmy świad­kami startu rakiety Ares, która umoż­li­wi­łaby wielki powrót Ziemian na Księżyc. Skoro jednak Waszyng­ton po każdym kroku w przód wykonuje dwa kroki w tył, chyba rze­czy­wi­ście naszemu poko­le­niu przyj­dzie pokładać nadzieję w Państwie Środka. 

Tylko nadzieję na co? O bazie księ­ży­co­wej na razie nikt nie myśli, zaś załogowy lot na Marsa jest regu­lar­nie odkła­dany. Po co więc nam ten Księżyc? Obawiam się, że jeśli wrócimy, to w tym samym celu co za pierw­szym razem: dla prestiżu, dla chwały, dla dumy naro­do­wej. Dopóki nie nauczymy się wyko­rzy­sty­wać naszego kosmicz­nego towa­rzy­sza w bardziej kre­atywny sposób, korzyści naukowe pozo­staną mini­malne.

podpis-czarny



  • kostek

    Według mnie to koniecz­ność. Nie polecimy na marsa jeśli znów nie uporamy się z ksie­zy­cem. Ja wiem że to dużo pie­nię­dzy ale ewen­tu­alna porażka na drodze do marsa może nas kosz­to­wać znacznie więcej a nawet prze­rwa­nie całego projektu.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • https://www.stratfor.com/ Halder

    Wszystko rozbija się o fundusze. Wola poli­tyczna jeszcze by się znalazła, ale bez odpo­wied­niej kasy to pozo­sta­jemy przy dobrych chęciach. Trudno jednak będzie wysupłać te miliardy z powodów poli­tycz­nych i roz­po­czę­tej kilka lat temu Grand Game Ame­ry­ka­nów na zachod­nim Pacyfiku. Aktu­al­nie zasoby i siły USA kon­cen­trują się na roz­grywce z Chinami i nie w głowie im loty w kosmos, które trak­to­wane są jako fana­be­ria. Misja chińska miała podobny cel — był to element stra­te­gii zakwe­stio­no­wa­nia pozycji Stanów na świecie poprzez zapre­zen­to­wa­nie, że są w stanie (a są) strącać satelity, czym ogłu­szają USA w ich dzia­ła­niach. Polityka nadaje temu kurs.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Luke

    Dziwne że ta kwestia się nie pojawiła, ale co z izotopem hel-3? Miał być użyty jako pro­po­no­wane paliwo do elek­trowni fuzyj­nych, ale od jakiegoś czasu jest w tej kwestii cicho.

    Poza tym zgadzam się z kostkiem — raz że kata­strofa na Marsie ozna­czała by cios wize­run­kowy dla twórców danego programu, a poza tym pod­ko­pało by to wiarę spo­łe­czeń­stwa w ludzki geniusz tech­niczny (coś jak kata­strofa Titanica), czyli utnie finanse dla przy­szłych badań. Za duża cena.

    Przy okazji baza księ­ży­cowa była by bardzo prak­tyczna jako punkt zaopa­trze­niowy kolej­nych misji nie tylko na Marsa ale również i do innych celów.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Zgadzam się, że hel-3 byłby wystar­cza­ją­cym bodźcem dla roz­wa­że­nia budowy baz księ­ży­co­wych. Ale to raczej melodia trudnej do okre­śle­nia przy­szło­ści — i nic dziwnego, że człowiek sfi­nan­suje przed­się­wzię­cie, które mu się zwróci — po prostu zain­we­stuje w rozwój. Ja bardziej roz­wa­ża­łem per­spek­tywę naj­bliż­szych dekad i dylematu: misja na Marsa czy najpierw Księżyc? Nie sądzę aby fuzja i kosmiczne “kopal­nic­two” było brane pod uwagę przez NASA w obecnych rachu­bach.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • yaxoo

      Gene­ral­nie Księżyc mógłby mieć znacznie większą rolę, niż tylko baza
      zaopa­trze­niowa. Jako baza stricte zaopa­trze­niowa byłby wręcz bez sensu -
      w moim odczuciu — bo jednak łatwiej jest chyba wysyłać komuś na Marsie
      chlebek, kawę, śrubki, gwoździe i młotek z Ziemi, aniżeli szukać tych
      towarów na Księżycu. Teo­re­tycz­nie, jak sądzę, baza księ­ży­cowa mogłaby być czymś znacznie więcej, niż bazą zaopa­trze­niową. Przede wszyst­kim Księżyc genial­nie nadaje się na sta­no­wi­sko startowe do lotów w dalszy układ sło­neczny. Dlaczego? Ano dla tego, że Księżyc jest mały i gra­wi­ta­cji tam tyle, co kot napłakał. A jak gra­wi­ta­cji i masy mało, to i prędkość ucieczki w kosmos mała. A skoro tak, to do startu rakiety, nawet cho­ler­nie masywnej, z Księżyca, trzeba energii i paliwa bardzo nie wiele. Zatem to i tańsze i bez­piecz­niej­sze, niż wystrze­le­nie czegoś takiego z Ziemi. A mu już dotar­li­śmy, bądź docie­ramy do granic moż­li­wo­ści tech­no­lo­gicz­nych (w ramach znanej nam obecnie tech­no­lo­gii) w wyno­sze­niu masy na i poza orbitę Ziemi. Chcemy wynosić coraz cięższe ładunki w kosmos, ale niby jak, skoro rakiety, jakie znamy, ledwo już pchają obecne ładunki. Ale gdyby tak wysyłać ładunek w czę­ściach na Księżyc, tam składać, stworzyć infra­struk­turę, personel “praw­dziwy” statek kosmiczny, pojemny, ładowny, bardzo, bardzo masywny, umoż­li­wia­jący bez­pieczny lot na Marsa, odpa­le­nie lądow­nika, gwa­ran­tu­jąc ewen­tu­alny help i ratunek tym, co na Marsie by mieli kłopoty, a następ­nie zabranie ich i powrót na Księżyc — gdyby to było możliwe, byłoby znacznie lepszym roz­wią­za­niem, niż two­rze­nie czegoś takiego tu, na Ziemi.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • yaxoo

    Pamię­tajmy że USA jest zadłu­żone i nawet reformy w służbie zdrowia bądź ubez­pie­cze­niu spo­ty­kają się z finan­so­wymi kło­po­tami. Obcięto finan­so­wa­nie na wacha­dłowce, na ser­wi­so­wa­nie rakiet przez NASA (teraz zajmuje się tym wyłącz­nie wojsko), nawet budowa i wystrze­le­nie kolej­nych sond badaw­czych jest pro­ble­ma­tyczne (na roz­strzy­gnię­cie kon­kur­sów w tej dzie­dzi­nie czeka się latami a i tak zwy­cięzca nie­jed­no­krot­nie musi w krótkim czasie zre­du­ko­wać ponad 50% kosztów). Nawet nie mają pie­nię­dzy, aby zaspon­so­ro­wać sobie badania nad nowymi rakie­tami nośnymi. To jest chyba naj­bar­dziej dra­ma­tyczny przykład. Taka tech­no­lo­gia to nic skom­pli­ko­wa­nego, po prostu tuba z paliwem i jakiś bez­pieczny sposób spalania tego paliwa i trzeba to obliczyć na właściwy tonaż wyno­szo­nego ładunku. Już nazi­stow­skie Niemcy miały taką tech­no­lo­gię, zresztą ją przejęła USA a ZSRR sko­pio­wał ją właśnie z USA. Ale pomaj­stro­wa­nie przy takich rakie­tach i drobne ich mody­fi­ka­cje też wymagają pie­nię­dzy. Krótko mówiąc, od lat 80. USA są w coraz większym kryzysie gospo­dar­czym a kolejne afery bankowo-gospo­dar­cze dodat­kowo ciągną ich w dół. Kto więc miałby lecieć na ten księżyc? Na pewno nie USA. Oni z trudem wysyłają poli­cjan­tów na ulice a nawet ostatnio naloty na syryj­skie pozycje ISIS są dla nich olbrzy­mim obcią­że­niem. Nie ma mowy, aby USA cokol­wiek w tej materii, materii misji zało­go­wych, w naj­bliż­szych dzie­się­cio­le­ciach zapro­po­no­wało. Przecież od lat 90. zachę­cają do tego prywatne przed­się­bior­stwa, że teraz to ich działka. Nawet jeżeli powsta­nie jakaś spółka złożona z naj­więk­szych gigantów biznesu i prze­my­słu lot­ni­czego, to i tak wąt­pli­wym jest, aby takie przed­się­wzię­cie zakoń­czyło się udanymi lotami. Każdy biz­nes­men jest chciwy i chce zarabiać, zatem po grzyba miałby wydać olbrzy­mie miliony na loty w kosmos? Aby mieć darmowe reklamy na rakiecie, trans­mi­to­wane przez tv na całym świecie? A jak coś pójdzie nie tak to co? Boeing — morderca kosmo­nau­tów? Dajcie spokój, każdy biz­nes­men jest chciwy i wie, że będzie oszczę­dzał na wszyst­kim, także na bez­pie­czeń­stwie. Nie właduje miliar­dów dolarów tylko po to, aby metodą prób i błędów opra­co­wać bez­pieczny zagłówek rakiety nośnej, osta­tecz­nie warty 300$. A co z uszczel­kami na przewody paliwowe, czy tlenowe? Budżet państwa daje i nie wymaga zysków, biz­nes­meni nie chcą dawać, chcą zyski. Moim zdaniem, nie ma żadnych szans, aby USA zapro­po­no­wała cokol­wiek w dzie­dzi­nie lotów kosmicz­nych. Możemy się uśmie­chać co najwyżej do Chiń­czy­ków, ale ci ostatnio markują swoje sukcesy astro­no­miczne i dają nam jakieś lewe foto­gra­fie. Może zatem Rosja? Zdaje się, że wchodzi w fazę zamor­dy­zmu i zbrojeń a la ZSRR. Z takiej per­spek­tywy, dlaczego by nie miała zain­we­sto­wać w lot załogowy na księżyc, zapra­sza­jąc Europę i poka­zu­jąc, że lepiej jest Europie trzymać się Rosji a nie USA? Ja bym raczej obsta­wiał taki sce­na­riusz. Ale moje rozu­mo­wa­nie jest naiwne i oparte na ogól­ni­ko­wych, ste­reo­ty­po­wych wia­do­mo­ściach. Być może się mylę, nie widząc czegoś istot­nego…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • https://www.stratfor.com/ Halder

      W rozu­mie­niu USA i Chin, czyli naj­więk­szych aktu­al­nie potęg na świecie, Rosja jest słaba. Wielki obszar, nic nie pro­du­kuje, ma mnóstwo trud­no­ści wewnętrz­nych, żyje jedynie z eksportu ropy, gazu i surowców, ale sankcje jej dają w kość (choć jako państwo kon­ty­nen­talne może sporo wytrzy­mać), więc i z tym może być krucho. Jej mili­tarne zapędy i agresja biorą się właśnie z grania z pozycji słabości. To jak Izrael, który bez wsparcia USA zostanie w kilka dekad zalany Arabami. Biorąc to pod uwagę, nie widzę Rosji inwe­stu­ją­cej jeszcze dodat­kowo w program kosmiczny, nowe loty i próbę “poka­za­nia się”.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Halder, to cał­ko­wi­cie sensowna argu­men­ta­cja. Wła­ści­wie taką przyj­muję, zgadzam się z tym. Analiza, jaką przed­sta­wiasz zakłada, że Rosję trak­tu­jemy podobnie, jak kraje demo­kra­tyczne. Ale ja tu mam jedno “ale”. Wspo­mnia­łem w swoim poście o tym, jako o zamor­dy­zmie. Wiemy, że Rosja cienko przędzie i słabo wyko­rzy­stuje swój poten­cjał, wszystko to jest jasne, ale gdyby posia­dane przez siebie środki — bo mimo, że przędzie cienko, to jakieś środki finan­sowe ma — Rosja prze­kie­ro­wała cał­ko­wi­cie na potrzeby pro­pa­gan­dowo-wojskowe, lek­ce­wa­żąc opiekę zdro­wotną, przemysł, drogi, trans­port, infra­struk­turę, naukę, dotacje spo­łeczne itd., to czemu nie? Rosja może powrócić do gospo­darki cen­tral­nie pla­no­wa­nej, czy to z sen­ty­mentu do ZSRR i pożą­da­nia władzy przez rzą­dzą­cych, czy to z pozycji słabości — jak­kol­wiek — ale może. Zamiast zarabiać, szukać nabywców na ropę, mogłaby się w całości postawić na prężenie muskułów licząc, że wszystko sobie z czasem nadrobi, jak tylko pozyska przy­chyl­ność Europy. Czy taki sce­na­riusz nie byłby możliwy? Ja miałem na myśli raczej właśnie coś takiego, nie­ko­niecz­nie zaś wizję, że Rosja ot tak inicjuje program zało­go­wych lotów kosmicz­nych poza orbitę Ziemi. Ale i tak jest to pesy­mi­styczny sce­na­riusz, wręcz nie­wia­ry­godny.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • https://www.stratfor.com/ Halder

        Miało by to sens i nawet pasowało do cha­rak­teru Rosji jako kraju mającego niewiele wspól­nego z demo­kra­cją i sta­wia­ją­cego na roz­wią­za­nia siłowe gdyby nie fakt, że tak się na dłuższą metę nie da. Nie da się ukryć, że ostat­nimi laty zmo­der­ni­zo­wali swoje siły zbrojne, ale brutalna siła załatwia mniej­szość, a nie więk­szość celów. Rosji wróży się czę­ściowy rozpad i odry­wa­nie się najdalej wysu­nię­tych regionów, bo nie ma więzi z władzami cen­tral­nymi, a i odle­gło­ści robią swoje (vide Moskwa-Wła­dy­wo­stok). Wła­ści­wie to już bardzo dużo stawiają na argu­menty wojskowe i jest to normalne przy krajach pro­wa­dzą­cych agre­sywną politykę, ale widać, że próbują rozegrać swoją grę zanim im system runie. Nawet historia pokazuje, że tak bywało za caratu, czyli na przemian okresy rozpadu i jed­no­cze­nia pod silną władzą (z dziejów naj­now­szych: prak­tycz­nie “znik­nię­cie” gospo­darki za Jelcyna i zbie­ra­nie kraju do kupy za Putina). Zoba­czymy co z tego będzie, ale aktu­al­nie Rosja gra — siłowo, ale jednak — o prze­trwa­nie.
        Żeby tak zupełnie nie offto­po­wać, to jedyny sensowny program kosmiczny współ­cze­śnie widział­bym u Ame­ry­ka­nów albo Chiń­czy­ków. Względy pre­sti­żowe nie mają już moim zdaniem takiego zna­cze­nia, ale wojskowo-komu­ni­ka­cyjne tak. W końcu systemy loka­li­za­cji USMC bazują na sate­li­tach geo­sta­cjo­nar­nych. Mając to na uwadze, ciekawie wygląda rywa­li­za­cja i plany technik obrony przed znisz­cze­niem tychże sate­li­tów. To już niemal Star Wars 😉

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Co do offtopu, jakoś nie bardzo potrafię wyobra­zić sobie pękającą i roz­pa­da­jącą się Rosję. Choćby dla tego, że Rosja gra siłowo. Na miejscu pęk­nię­cia poja­wi­łyby się zielone ludziki, lokalni politycy pro­pęk­nię­ciowi zosta­liby uznani za zdrajców i jeśli by przeżyli, to wyłącz­nie w rosyj­skim wię­zie­niu, zaś lokalni dzia­ła­cze spo­łeczni pro­pęk­nię­ciowi także zosta­liby szybko roz­gro­mieni. Na ich miejscu poja­wi­liby się, wraz z rodzi­nami, dalszymi krewnymi i przy­ja­ciółmi, pro­krem­low­scy ope­ra­to­rzy. Sytuacja na Ukrainie oraz w innych ościen­nych krajach bliż­szych już Azji niż Europy jed­no­znacz­nie pokazuje, jak Rosja jest sku­teczna w takich dzia­ła­niach. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że cały rosyjski naród jednoczy się teraz prze­ciwko wspól­nemu wrogowi. Cóż innego może jed­no­czyć? Rosja bardzo chytrze zmieniła target polityki wrogów z Polski i Europy na USA i Turcję, bo okazuje się, że bez Europy Rosja istnieć nie może i zbyt dalsze utrzy­my­wa­nie się niechęci UE do Rosji kosztuje Rosję zbyt wiele (Rosja żyje dzięki handlowi z Chinami, które są również “przy­ja­ciółmi” poli­tycz­nymi, z racji miłości do komu­ni­zmu i zamor­dy­zmu, zatem można ocze­ki­wać, że w kryzysie Rosja mogłaby się na Chinach oprzeć. Sęk w tym, że Chiny Rosję mają za wrak, czy też lokalny bazar a nie war­to­ścio­wego, stra­te­gicz­nego sojusz­nika, który ma cokol­wiek do powie­dze­nia na mię­dzy­na­ro­do­wej scenie i Chiny raczej dążą do współ­pracy bądź rywa­li­za­cji z USA czy z Arabią Sau­dyj­ską; oni Rosji nie pomogą i tym samym Rosja potrze­buje przy­jaźni z Europą). Ja to tak widzę. Rosja bardzo sprytnie zmieniła target polityki wrogów z Polski i sank­cjo­nu­ją­cej UE na nie­wy­dolne, impe­ria­li­styczne USA i Turcję. Dodat­kowo chytrze straszy, że UE jest tak zbiu­ro­kra­ty­zo­wana, że nie widzi, jak we współ­pracy z Turcją wspiera ISIS. Zatem gdyby Rosja prze­ko­nała UE do aktyw­nego kontr­ataku przeciw ISIS wbrew USA, to czemuż by nie miała prze­ko­nać UE jeszcze do tego, że wspólnie to nawet i załogowe loty kosmiczne poza geo­sta­cjo­narną orbitę Ziemi są w stanie sku­tecz­nie zre­ali­zo­wać, właśnie na złość nie­wy­dol­nych USA i na złość nie­wia­ry­god­nemu i praw­do­po­dob­nie cał­ko­wi­cie ist­nie­ją­cemu na papierze pro­gra­mowi kosmicz­nemu Chin?
        Oso­bi­ście nie widzę Chiń­czy­ków w roli zdo­byw­ców kosmosu. Oni już osią­gnęli spory sukces i dalszy sukces to tylko kwestia poprawy jako­ścio­wej (a nie ilo­ścio­wej) gospo­darki, w tym mię­dzy­na­ro­do­wej, wzwyż, co już raz, czy nawet dwa razy dokonali. Ich program kosmiczny to tylko pro­pa­gan­dowa woda na młyn o sukcesie partii rzą­dzą­cej dla ich własnych oby­wa­teli, aby wierzyli w sukces i ten sukces jeszcze chętniej i z jeszcze większym sukcesem napę­dzali. Przecież te ich zdjęcia z Księżyca to tak podej­rzane były, że zaraz zaprze­stano ich publi­ka­cji, jak tylko zachodni dzien­ni­ka­rze zaczęli dopy­ty­wać się o szcze­góły. O tym, co myślę o USA już pisałem. Zaś w napę­dza­jącą rolę tech­no­lo­gii wojskowo-komu­ni­ka­cyj­nej nie wierzę, bo to zupełnie inna tech­no­lo­gia. To głównie pro­duk­cja auto­ma­tów i ich wystrze­li­wa­nie na orbitę, nie ma to zupełnie nic wspól­nego z lotami zało­go­wymi poza orbitę. Inne roz­wią­za­nia tech­no­lo­giczne, inne mate­riały, inni inży­nie­ro­wie. To inne cele, inne obli­cze­nia, inne koszta, inne firmy, inne przepisy prawne, a nawet inne mate­riały i inne stan­dardy na poli­go­nie wystrzel­ni­czym. W USA jest cała roz­bu­do­wana admi­ni­stra­cja i zaplecze jed­no­stek Sił Kosmicz­nych, zaj­mu­ją­cych się właśnie wyno­sze­niem satelit komu­ni­ka­cyj­nych, szpie­gow­skich i bojowych na orbitę. Tam nie ma ani jednego pra­cow­nika, który cokol­wiek by wiedział o lotach zało­go­wych, czy nawet o tym, że istnieje coś takiego jak Księżyc. I oni ani myślą się tym zajmować. Sama wizja tego, jak bardzo zmienia się pole bitwy współ­cze­snej wojny dzięki sate­li­tom, jak bardzo wojna może się zmienić dzięki broni zamon­to­wa­nej na sate­li­tach, jak ważnym jest pod­słu­chi­wa­nie wrogów a tym bardziej przy­ja­ciół (jak nie przez satelity, to przy­naj­mniej sate­li­tami prze­ka­zu­jąc te dane do NSA), już rozpala tych ludzi do czer­wo­no­ści i motywuje do fan­ta­stycz­nej i arcy­in­try­gu­ją­cej pracy. I oni ani myślą o jakiś bzdurach z lotami zało­go­wymi na Księżyc, czy wysy­ła­niu geologów na Marsa.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • https://www.stratfor.com/ Halder

        Ależ takie sytuacje miały już miejsce. Podboje za czasów
        Państwa Moskiew­skiego (rozkwit), a potem Wielka Smuta (wojna domowa i rozpad). Carat w XIX w. (rozkwit), a potem rewo­lu­cja bol­sze­wicka (wojna domowa i ode­rwa­nie się kilku skraj­nych regionów). ZSRR (rozkwit), a potem jego upadek (rozpad). Teraz mamy Putina i znów siłowe zbie­ra­nie wszyst­kich regionów i utrzy­my­wa­nie ich jedynie mocą admi­ni­stra­cji i służb (nie tylko porząd­ko­wych), więc zapo­wiada się na kolejne zała­ma­nie. Nie da się tak wiel­kiego kraju kon­tro­lo­wać wyłącz­nie siłą mili­tarną. Oczy­wi­ście, nie musi się tak stać – to ciągle hipoteza — bo jeśli Rosja podejmie pewne
        dzia­ła­nia cemen­tu­jące państwo np. doga­da­nie się z Chiń­czy­kami odnośnie 2 z 3 odnóg Szlaku Jedwab­nego, to ma szansę nie tylko prze­trwać, ale może i się nieco podźwi­gnąć. Rzecz w tym, że aktu­al­nie Chiny są wie­lo­krot­nie sil­niej­sze od Rosji i mają za głównego kon­ku­renta USA, więc może być różnie z tym ukła­da­niem się, ale z kolei Rosja jest potrzebna Chiń­czy­kom jeśli mają ominąć tzw. dylemat Malakki i szukać lądowego połą­cze­nia z Europą Zachod­nią. Mimo wszystko, z racji ogromu
        zaj­mo­wa­nego tery­to­rium, Rosja ma pewne zna­cze­nie.

        Co do pro­gra­mów zało­go­wych, to powie­dział­bym, że współ­cze­śnie nikomu nie będzie się opłacało ich finan­so­wać i orga­ni­zo­wać. Sprawy ziemskie, że tak powiem, pochła­niają znacznie więcej uwagi. O pro­gra­mie chińskim wspo­mnia­łem w kon­tek­ście prze­ciw­wagi dla ame­ry­kań­skiego oparcia się o
        GPS i satelity właśnie loka­li­za­cyjne. Póki co, Chiny mają swoje duże wyzwania, a tu jeszcze USA ich próbuje spro­wo­ko­wać do budowy floty kon­ku­ren­cyj­nej w stosunku do US Navy. Rosja stanowi języczek u wargi całej kon­cep­cji: USA zależy żeby się nie rozpadła i naj­le­piej uznała, że zostanie junior-part­ne­rem, a Chinom zależy na pewnej formie sojuszu ze względu na obszary pod wspo­mniany szlak jedwabny.

        ISIS uważam za mocno prze­ce­niane. Same z siebie nie powstają
        takie orga­ni­za­cje, więc różne grupy lub państwa miały w tym swój interes, co zresztą widać aktu­al­nie w Syrii, gdzie już chyba z 10 krajów bierze udział w wojnie albo – co może jest lepszym okre­śle­niem – poli­go­nie. Jak się skończy na nich popyt, to i ISIS zniknie.

        Naj­więk­szy problem jest w tym, że w geo­po­li­tyce jest cała
        masa zmien­nych, które wpływają na końcowy wynik. Chiny mogą upaść pod ciężarem reform, USA może dostać po kieszeni kolejnym kryzysem finan­so­wym, Rosja może się wzmocnić albo sankcje ją w końcu wykończą, Turcja wyrasta na lokalne mocar­stwo ale być może ją zduszą, Iran jak niczego nie zepsuje będzie bogatym krajem a USA mu w tym pomogą, Izra­elowi wróży się upadek w ciągu kilku dekad od cof­nię­cia pomocy Ame­ry­ka­nów właśnie ze względu na Grand Game roz­gry­wa­jącą się
        na zachod­nim Pacyfiku etc.

        Pod­su­mo­wu­jąc: moim zdaniem, w dobie końca ‘resetu
        mię­dzy­na­ro­do­wego’ (czyli okresu hege­mo­nii USA na świecie po wygraniu zimnej wojny), wyda­rze­nia przy­spie­szyły na tyle, że absor­bują uwagę wszyst­kich graczy na arenie mię­dzy­na­ro­do­wej i mało komu w głowie orga­ni­zo­wa­nie misji zało­go­wych, jakieś zwięk­szo­nej eks­plo­ra­cji kosmosu nie mówiąc już o kolo­ni­zo­wa­niu. Pewnie, ist­nie­jące projekty będą kon­ty­nu­owane, ale są sprawy ważne i waż­niej­sze. No
        chyba, że nowa admi­ni­stra­cja ame­ry­kań­ska po wyborach odwróci wszystko o 180 stopni.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Dzięki Halder za kon­ty­nu­ację dyskusji. Odpo­wia­da­jąc na post o cyklicz­nym umie­ra­niu i odra­dza­niu się Rosji, o rozwoju Chin, ISIS, Turcji, Iranu i spe­ku­la­cjom, kto kogo zdusi, udusi czy się dogada wspomnę jedynie, że w moim odczuciu USA powinny raczej iść na współ­pracę z Chinami, co byłoby dużym kubłem zimnej wody na Rosję, a także prze­pro­szę za ogólną cha­otycz­ność mojego pisania, bowiem z racji pośpie­chu i braku czasu pędzę, nie zawsze w prze­my­ślany sposób skła­da­jąc zdanie. Niejako zakań­cza­jąc ten offtop z mojej strony chciał­bym napisać, że jak rozumiem po prostu nie widzisz większej szansy na reali­za­cję zało­go­wej misji poza orbitę Ziemi w naj­bliż­szym czasie i wła­ści­wie się w tym zgadzamy. Różnimy się może nieco spe­ku­la­cjami na temat, co by było gdyby… a raczej kto by mógł poza USA i dlaczego ten właśnie nie. Mam wrażenie, że z Twoich wypo­wie­dzi pada nie­śmiałe pytanie,k czy mimo wszystko jednak USA nie dokonają czegoś w temacie lotów zało­go­wych jutro czy pojutrze… ja też tak bym miał taką nie­śmiałą nadzieję. Niemniej jednak znane nam fakty każą nam obu racjo­nal­nie raczej w to wątpić. Być może więc wspólnie odpo­wiemy autorowi artykułu, że — “po kiego grzyba wracać na Księżyc” — nie zamie­rzamy nigdzie się ruszać z miejsca.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • https://www.stratfor.com/ Halder

        Moim zdaniem również. USA powinny usta­no­wić jakiś nowy Kongres Wie­deń­ski (jak ten w 1815), dogadać się z Chinami i usta­no­wić ład na kolejne kil­ka­dzie­siąt lat. Problem z impe­riami jest taki (a USA to współ­cze­sne imperium — tak samo zresztą jak Chiny), że one nie ustępują i się nie cofają, bo źle to wpływa na ich pozycję, opinię na świecie i w ogóle mogą się zapaść do wewnątrz. Kończąc już ten geo­po­li­tyczny wątek, moim zdaniem na chwilę obecną idzie ku kon­fron­ta­cji tych dwóch państw, choć nie­ko­niecz­nie zbrojnej.

        Już bardziej na temat: problem Księżyca czy bardziej odle­głych ciał nie­bie­skich wiąże się — oprócz warunków do życia — z odle­gło­ściami. Niechby nawet odkryto tam prze­bo­gate złoża surowców albo pier­wiast­ków to już sama logi­styka stanowić będzie ogromny problem. Jak cokol­wiek tam dowieźć, użyt­ko­wać, przy­wieźć z powrotem i jeszcze zapewnić trwałość pracy w warun­kach kosmicz­nych. Oczy­wi­ście, to jest do zro­bie­nia i jestem niemal pewny, że się uda, ale póki co ciągle do tego daleko.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        A koszta? Załóżmy, że do Księżyca leci coś o gaba­ry­tach i pojem­no­ści prze­strzeni użyt­ko­wej na kształt waha­dłowca. Zabiera tam ładunek, powiedzmy hel3 i wraca. Koszta takiej misji byłyby olbrzy­mie. Nie mniejsze byłyby koszta utrzy­ma­nia infra­struk­tury gór­ni­czej na Księżycu. Tym­cza­sem tonaż ładunku pozy­ska­nego i spro­wa­dzo­nego na Ziemię, byłby przy tym znikomy. Po ile nale­ża­łoby sprze­da­wać 1 kg (albo litr czy metr sze­ścienny) tego towaru, aby całe to przed­się­wzię­cie zostało opłacone z nawiązką? Bo przecież nie wystar­czy pokryć już wydane koszta, trzeba zdobyć fundusze na dalsze badania nad tech­no­lo­gią wydo­by­wa­nia surowca, jego trans­por­to­wa­nia, bez­pie­czeń­stwa kosmo­nau­tów, nie wspo­mi­na­jąc już o zwykłemu odkła­da­niu nadwyżki z corocz­nego bilansu na niejedno chytre i łakome konto bankowe… 

        Średni koszt misji 1 waha­dłowca ope­ru­ją­cego na orbicie naszej planety to 1,3 mld dolarów, zaś począt­kowy koszt misji MER z lotem na Marsa i nad­zo­ro­wa­niem tam szwen­da­ją­cych się łazików przez 90 dni to 820 mln dolarów. Załóżmy, że suma tych dwóch liczb to mie­sięczny koszt utrzy­ma­nia kopalni helu3 na Księżycu oraz 1 lotu tam i z powrotem statku kosmicz­nego. Dodajmy do tego pół miliarda dolarów nadwyżki, którą utoż­sa­mimy tutaj z czyn­ni­kiem zysku, kosztami części zamien­nych, utrzy­my­wa­nia linii pro­duk­cyj­nych dla ele­men­tów kon­struk­cyj­nych w tymże przed­się­wzię­ciu, warsz­ta­tów prze­glą­do­wych, labo­ra­to­riów itd. Załóżmy zatem, że potrze­bu­jemy jakieś 2,5 miliarda dolarów na miesiąc. Załóżmy, że pojem­ność ładowni statku kosmicz­nego będzie wynosić 320 m³. Zatem mamy tyleż helu 3. Wychodzi więc, że 1 m³ helu3 winien kosz­to­wać 2,5 mld / 320 = jakieś 3 mln dolarów (dokład­nie 109/320=3.125.000). Tym­cza­sem zwykły hel, uważany na Ziemi za pier­wia­stek mimo wszystko rzadki, kosztuje za 1 m³ jakieś 160 PLN (40 dolarów). Uran jest tylko odro­binkę droższy, to jakieś 50–80 dolarów za kilogram (acz­kol­wiek na początku XXI wieku, w latach 2005–2007, za kilogram uranu dawano kilkaset dolarów). 

        Oczy­wi­ście, nale­ża­łoby tu też uwzględ­nić, że przy masowej, powta­rzal­nej misji wydo­by­cia i trans­portu surowca z kosmosu, koszta przed­się­wzię­cia byłyby niższe, niż wyli­czone wyżej, a więc i cena helu3 za 1 m³ byłaby niższa, ni te 3 mln, ale z pew­no­ścią nie byłaby niższa niż cena uranu!

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Korekta: w powyż­szych wyli­cze­niach jest błąd, zwykła lite­rówka. Chodzi o znaj­du­jące się w nawiasie wyli­cze­nia dokład­nej wartości ceny helu3. Jest tam 109 a powinno być 10^9 — 10 do potęgi 9.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Korekta2: Naj­moc­niej prze­pra­szam! 10^9 to 1 miliard, a nie 2,5 miliarda! Powinno być (2,5*10^9)/320 = 7.812.500 dolarów za metr sze­ścienny! Taka powinna być cena w przed­sta­wio­nym modelu powyżej. Prze­pra­szam za zamie­sza­nie!

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • yaxoo

        Ktoś chętny, aby inaczej to obliczyć? Może czegoś nie widzę?

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Janusz

    Odpo­wiedź na pytanie jest prosta, izotop helu 3.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • https://www.artstation.com/artist/michera Michera

    Czy ktoś potrafi mi wytłu­ma­czyć, jakim cudem pie­nią­dze które są wyna­laz­kiem ludzkim, wykre­owa­nym przez nas i nasze skłon­no­ści do nada­wa­nia wartości kawałkom papieru stoją na prze­szko­dzie rozwoju całej rasy? Poza tym, przecież te wydane pie­nią­dze nie zostaną spalone żywym ogniem tylko pójdą do rąk które pra­co­wały nad pro­jek­tem wyko­rzy­sta­nia księżyca, będą nadal w obiegu. Nie jestem fanem Star Treka ale sły­sza­łem od kogoś, że istnieje tam taki Świat, gdzie nie znają pie­nią­dza i wszyscy pracują na wspólne dobro. Szkoda że potra­fimy tak tylko fan­ta­zjo­wać.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Ech, nasz system nie został obmy­ślony z myślą o rozwoju ludz­ko­ści i o dalekiej przy­szło­ści. Stąd poja­wiają się różne głosy i ini­cja­tywy kon­te­stu­jące obecne modele finan­sowe, giełdowe czy bankowe. Kiedyś na łamach bloga wspo­mi­na­łem o pro­jek­cie Venus: http://www.kwantowo.pl/2014/08/02/projekt-venus-przyszlosc-czy-mrzonka/

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • nic

    Jak widać zjada nas ekonomia, polityka i współ­cze­sne przepisy czyli biu­ro­kra­cja. Tak jak z Arką Noego kiedyś mógł wybu­do­wać bez problemu mimo niskiej tech­no­lo­gii. A dzisiaj mając nową tech­no­lo­gię i kasę zabiła by go biu­ro­kra­cja.

    Zasta­na­wia minie tylko po co USA śmigało na księżyc tyle razy (około 17) i nie założyło bazy a nikt inny nie poleciał załogowo (ZSRR). Druga sprawa po nie­sna­skach w prasie trochę odsu­nięto głównego inżyniera(porwanego niemca razem z 1500 innych inży­nie­rów) od programu kosmicz­nego. Mając rakietę która nie odno­to­wała żadnego wybuchu. Zapo­mnieli o planach i tech­no­logi i prze­tar­tych ścież­kach.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Nie do końca rozumiem drugi akapit Twojego komen­ta­rza. Misja Apollo miała 17 odsłon, ale dopiero jede­na­sta wylą­do­wała na Księżycu. Wśród kolej­nych też nie wszyst­kie były łatwe i przy­jemne, o czym przy­po­mina nam historia lotu Apollo 13. Von Braun pracował w spokoju do eme­ry­tury, choć musiał opuścić eks­po­no­wane sta­no­wi­sko. Opinia publiczna dowie­działa się o jego karierze w SS podczas wojny, co było pijarową kata­strofą NASA. O tech­no­lo­gii nikt nie zapo­mniał, bo na Księżyc mogli­by­śmy lecieć choćby jutro. Prawda jest jednak taka, że jak na dzi­siej­sze stan­dardy rakieta Saturn V jest kom­plet­nie nie­eko­no­miczna. Po to SpaceX i Blue Origin starają się dra­stycz­nie obniżyć loty w kosmos abyśmy mogli marzyć o czymś więcej niż tylko lot wte i we wte do naj­bliż­szego globu.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0