Tagi


Archiwa


Zaprzyjaźnione


/ 4

Artykuły

Architekt nowej fizyki cz.2: cudowna dekada Einsteina

27th Cze '15

Albert Einstein jeszcze nie przekroczył trzydziestki, a już zdołał wspiąć się na naukowy Olimp. W samym 1905 roku, młody urzędnik opublikował kilka godnych uwagi artykułów, w tym co najmniej trzy, które zmieniły oblicze fizyki. Prawdopodobnie nawet gdyby na tym poprzestał i tak każdy uczeń na świecie znałby jego nazwisko. Einstein był jednak znacznie ambitniejszy.

Kto naprawdę stworzył teorię względności?

Ostatni odcinek skoń­czy­liśmy na prze­ło­mowej pracy O elek­tro­dy­na­mice ciał w ruchu. Naszki­co­wana w niej szcze­gólna teoria względ­ności (STW) wywra­cała do góry nogami dotych­cza­sowy kanon fizyki, roz­po­czy­nając epokę rela­ty­wizmu. Przy­po­mnijmy: światło w próżni biegnie zawsze z tą samą, nie­prze­kra­czalną pręd­ko­ścią, nato­miast wszech­świat nie posiada uni­wer­sal­nego zegara odmie­rza­ją­cego czas jed­na­kowo dla wszyst­kich. Tym samym Einstein odważył się zakwe­stio­nować przyj­mo­wane dotąd za pewnik wartości abso­lutne, zastę­pując je innymi. STW jest nie­sły­chanie złożona i jed­no­cze­śnie banalnie prosta, bo oparta o zaledwie kilka krótkich postu­latów. Pojawia się tu całkiem zasadne pytanie, na ile to genialne dzieło było wynikiem samo­dzielnej pracy nie­do­świad­czo­nego Ein­steina. Sprawa intry­guje tym bardziej, że w swoim artykule autor nie zamie­ścił ani jednego odwo­łania. Nie owijając w bawełnę, wiemy obecnie o kilku uczonych, którzy szli tropem naszego bohatera i o mały włos sami nie zdołali roz­su­płać wielkiej zagadki natury. 

Należy tu wymienić przy­najm­niej trzy zasłu­żone nazwiska (dla bardziej docie­kli­wych: warto też zapoznać się z osią­gnię­ciami Hermanna Min­kow­skiego i George’a Fit­zge­ralda). Najdalej od roz­wią­zania znaj­dował się James Maxwell, już w połowie XIX wieku mam­ro­czący pod nosem o abso­lutnej pręd­kości światła. Za jego czasów było jeszcze trochę za wcześnie na rebelię prze­ciwko New­to­nowi, ale nie­przy­pad­kowo to właśnie histo­ryczne równania dot. elek­tro­ma­gne­tyzmu napro­wa­dziły Ein­steina na ślad teorii względ­ności. Inspi­rację dla naszego bohatera stanowił również jeden z naj­wy­bit­niej­szych holen­der­skich fizyków, Hendrik Lorentz. Profesor z Lejdy jako pierwszy wypro­wa­dził równanie pozwa­la­jące obliczyć skró­cenie obiektu będącego w ruchu. Postu­lował więc ten sam efekt co trzy­na­ście lat później STW. Skró­cenie Lorentza zawie­rało jednak pewną drobną omyłkę, mia­no­wicie trak­to­wało kontr­akcję jako zjawisko w pełni realne. Jeżeli statek kosmiczny przy­śpiesza do ogrom­nych pręd­kości, to jego długość ulega rze­czy­wi­stemu skró­ceniu, tj. zmniej­szają się odle­głości między elek­tro­nami, a więc jego atomy. Oczy­wi­ście pędząc obok takiego wehikułu z iden­tyczną pręd­ko­ścią nie zauwa­ży­li­byśmy różnicy, bo nasze ciała jak i materia naszych urządzeń pomia­ro­wych również uległyby skró­ceniu. Żeby było cie­ka­wiej, Lorentz zasto­sował w swojej kon­cepcji zmien­ność czasu… tyle tylko, że według niego „czas lokalny” – jak go nazywał – stanowił tylko mate­ma­tyczną sztuczkę i nie uchybiał uni­wer­sal­nemu zegarowi, tyka­ją­cemu wyłącznie dla eteru.
kongres solvaya architekt

I Kongres Solvaya. Pod­świe­tleni, od lewej: Hendrik Lorentz, Henri Poincaré, Albert Einstein.

Trzecim i ostatnim śmiał­kiem, który rzucił rękawicę zagadce czasu i prze­strzeni był Henri Poincaré. W 1904 roku, czyli kil­ka­na­ście miesięcy przed publi­kacją Ein­steina, uczony pisał:

Zgodnie z zasadą względ­ności prawa fizyczne muszą być jed­na­kowe dla obser­wa­tora spo­czy­wa­ją­cego i obser­wa­tora, który jest względem niego w jed­no­stajnym ruchu trans­la­cyjnym, tak że nie mamy i nie możemy mieć żadnego sposobu, aby się dowie­dzieć, czy uczest­ni­czymy w takim ruchu. (…) Nie wiemy nic o eterze, jak są roz­miesz­czone jego czą­steczki, czy się przy­cią­gają czy odpy­chają; wiemy jednak, że ten ośrodek przenosi jed­no­cze­śnie zabu­rzenia optyczne i elek­tryczne.

Słowa legendy fran­cu­skiej mate­ma­tyki mogą być dla nie­któ­rych szokiem. Wysunął on więk­szość spośród tez zawar­tych później w STW, na rok przed jej publi­kacją! Zakładał jed­na­ko­wość praw fizyki dla wszyst­kich obser­wa­torów, rów­no­waż­ność poru­sza­ją­cych się układów, a także dopusz­czał regułę nie­prze­kra­czal­ności pręd­kości światła! Poincaré użył także powtó­rzo­nego później w Elek­tro­dy­na­mice ciał w ruchu, terminu „zasada względ­ności”. Zabrakło dosłownie jednego kroku, a dzisiaj pewnie zamiast artykułu o Ein­ste­inie, czy­ta­li­by­ście o genialnym pro­fe­sorze Sorbony. Francuza zgubił zbyt silny scep­ty­cyzm i podobnie do Lorentza, strach przed odej­ściem od kon­cepcji eteru. Bez tego Francuz nie mógł uchwycić w poprawny sposób istoty dyla­tacji czasu oraz kontr­akcji prze­strzeni, zaś cała teoria finalnie oka­zy­wała się nie­spójna. Być może, gdyby nauko­wiec potrafił odejść od aparatu mate­ma­tycz­nego i zawie­rzyć banalnym eks­pe­ry­mentom myślowym, dzieje nauki poto­czy­łyby się inaczej.

Moim zdaniem nikt rozsądny nie posądzi Ein­steina o pla­gia­tor­stwo. Można mieć zastrze­żenia co do zawo­dowej życz­li­wości mło­dzieńca, który najwyżej mimo­chodem oddał szacunek Maxwel­lowi i swojemu przy­ja­cie­lowi Michele’a Besso, nie zamiesz­czając nigdy żadnego odwo­łania do prac Poincaré’a. Z drugiej strony, nawet po 1905 roku obaj panowie nie mogli dojść do poro­zu­mienia, a kon­ser­wa­tywny Francuz szedł w zaparte, odrzu­cając całość zamysłu młod­szego kolegi. Możemy tylko spe­ku­lować czy Poincaré fak­tycznie nie uznawał popraw­ności STW, czy może w ten sposób próbował odre­agować swą klęskę i roz­go­ry­czenie. W końcu, dał sobie wyrwać z rąk jedno z naj­waż­niej­szych odkryć współ­cze­snej nauki. Dla kon­trastu dobro­duszny Lorentz wykonał pełny ukłon przed nową teorią i jej autorem: „Trak­to­wałem moją trans­for­mację czasu tylko jako heu­ry­styczną hipotezę roboczą. Zatem teoria względ­ności jest wyłącznie dziełem Ein­steina„. Zatwar­dziali gdy­bo­lodzy mogą twier­dzić, że wystar­czy­łoby jeszcze kilka lat aby Poincaré lub Lorentz sami doszli do popraw­nych wniosków. Nie­wy­klu­czone, ale zwróćmy uwagę, iż obaj wielcy uczeni byli od Ein­steina o dwa­dzie­ścia lat starsi, o wiele bardziej doświad­czeni i pra­co­wali nad tą zagadką znacznie dłużej – a i tak dali się prze­ści­gnąć.

Sekret gwiazd

Tym­czasem roz­pę­dzony umysł Ein­steina parł nadal naprzód. Po kilku tygo­dniach na łamach Annalen der Physik ukazał się następny słynny artykuł Czy bez­wład­ność ciała zależy od zawartej w nim energii? Tekst ten stanowił natu­ralny ciąg dalszy rozważań na temat czasu, prze­strzeni i bez­względnej pręd­kości światła. Promień świetlny pędzi z trudną do wyobra­żenia pręd­ko­ścią nie­ca­łych 300 tys. km/s i zgodnie z postu­latem STW nic go nie dogoni. Pytanie, skąd takie kosmiczne ogra­ni­czenie pręd­kości? Owszem, wynikało ono już z obliczeń Maxwella i Lorentza, ale co stanie się gdy spró­bu­jemy zbudować pojazd o tak fan­ta­stycz­nych osiągach? Uczonych trapiła też inna zagwozdka, doty­cząca odkry­tego niewiele wcze­śniej zjawiska radiacji. Emi­tu­jąca stałe pro­mie­nio­wanie grudka metalu zdawała się działać niczym per­pe­tuum mobile, kpiąc z II zasady ter­mo­dy­na­miki.
e mc2Albert Wielki Uni­fi­kator w lako­nicz­nych słowach zapro­po­nował, aby zasadą względ­ności objąć na swój sposób materię i energię. Tak jak ruch ciała w prze­strzeni zależnie od pręd­kości w pewnym sensie zamienia się z ruchem po osi czasu, tak materia mogłaby prze­cho­dzić trans­for­mację w energię, lub na odwrót. Oba nie­wią­zane ze sobą dotąd pojęcia nagle okazały się dwiema stronami tej samej monety. Dla kom­plet­ności teorii względ­ności zało­żenie to przed­sta­wiało sporą wagę.

W mojej głowie pojawiła się kolejna kon­se­kwencja artykułu o elek­tro­dy­na­mice. Chodzi o to, że zasada względ­ności, razem z rów­na­niami Maxwella, wymaga, aby masa sta­no­wiła bez­po­średnią miarę energii zawartej w ciele. (…) W przy­padku radu powinna zacho­dzić wyraźna redukcja masy. To zabawna i pocią­ga­jąca myśl, ale zapewne dobry Bóg wyśmieje tę całą sprawę.

Bóg nie tylko nie wyśmiał kon­tro­wer­syj­nego zamysłu, ale też wiązał z nim istotne kon­se­kwencje. Nic co posiada masę we wszech­świecie, nie jest w stanie osiągnąć 300 tys. km/s, bowiem im bardziej chcemy przy­śpie­szyć obiekt tym więcej wysiłku musimy w to włożyć. Obli­czenia pod­po­wia­dają, że aby dogonić światło musie­li­byśmy użyć nie­skoń­czonej ilości energii. Pozwolę sobie w tym miejscu powtó­rzyć pewną uwagę za Alek­san­drem Nowikiem. W szeregu książek, zwłaszcza star­szych, pojawia się pojęcie masy rela­ty­wi­stycznej. Ułatwia ono zro­zu­mienie tezy Ein­steina: pędzące z dużą pręd­ko­ścią ciało zacho­wuje się jak gdyby posia­dało większą masę. W przy­padku zbli­żenia do pręd­kości światła, owa masa dążyłaby do nie­skoń­czo­ności, a przecież nikt nie popchnie czegoś nie­skoń­czenie masyw­nego. Z punktu widzenia ein­ste­inow­skich rewe­lacji to nawet sensowne. Gdy­by­ście skon­stru­owali futu­ry­styczny pojazd i wcisnęli gaz do dechy, co najwyżej ciągle zbli­ża­li­by­ście się do upra­gnio­nego c, jednak bez względu na to jak długo żyło­wa­li­by­ście silniki nadal bra­ko­wa­łoby wam 1 m/s, 0,1 m/s, 0,01 m/s, 0,0000001 m/s i tak dalej, ponieważ statek ciągle nabie­rałby „masy”. (Dokładnie z tym utra­pie­niem zmagają się na co dzień pra­cow­nicy akce­le­ra­torów cząstek ele­men­tar­nych, pragnący zderzać protony z jak naj­większą mocą.) Uczulam jednak, że to pojęcie sztuczne, a zacho­wując popraw­ność ter­mi­no­lo­giczną literką m powin­niśmy oznaczać jedynie miarę bez­wład­ności obiektu – tzw. masę spo­czyn­kową. W innym wypadku nie­którzy mogliby dojść do złudnego wniosku, że pędzący na złamanie karku foton posiada masę (rela­ty­wi­styczną), a skoro tak, to oddzia­łuje gra­wi­ta­cyjnie. Twórca STW chętnie sięgał po masę rela­ty­wi­styczną, ale w tamtym czasie liczył się tylko fakt, że każda masa to rezer­wuar energii, a energia może zrodzić odpo­wiednią ilość masy. W tym kon­tek­ście termin ten nie budził jeszcze więk­szych zastrzeżeń.

Swą bły­sko­tliwą myśl Einstein zapisał legen­darnym rów­na­niem: L=mV2, lepiej znanym pod współ­cze­snymi ozna­cze­niami jako E=mc2. Energia E to po prostu masa m pomno­żona przez prędkość światła c do kwadratu. Pewnie spo­strze­gli­ście, że mnożenie przez 300 0002 powinno dawać ogromne wyniki. I daje. Do stwo­rzenia drobnego pyłku materii potrzeba bardzo, bardzo dużej energii, nato­miast wzajemna ani­hi­lacja kilku gramów materii i anty­ma­terii zaowo­cuje eks­plozją znacznie potęż­niejszą od nawet naj­bar­dziej wymyśl­nych bomb ter­mo­nu­kle­ar­nych.

Newton, weź idź stąd

W mię­dzy­czasie Einstein powoli układał sobie życie. Jeszcze przed naj­więk­szymi odkry­ciami poślubił swą stu­dencką miłość Milevę Marić. Serbka urodziła trójkę dzieci, przy czym pierwsze – córeczka Lisa – prze­padło w nie­pew­nych oko­licz­no­ściach, nato­miast naj­młodsze  syn Eduard  cierpiał na schi­zo­frenię. Nie­szczę­ścia ominęły tylko środ­ko­wego Hansa, który idąc w ślady ojca ukończył Poli­tech­nikę w Zurychu, a następnie kon­ty­nu­ował karierę naukową w USA. Przy­najm­niej zawodowo Albert nie mógł narzekać. Dostał podwyżkę w urzędzie i znaj­dował czas na pło­dzenie coraz większej ilości publi­kacji: wciąż nie będąc etatowym pra­cow­ni­kiem naukowym! Sława zapukała do drzwi Ein­steina dopiero gdy artykuły doty­czące STW trafiły na biurko rektora Uni­wer­sy­tetu Ber­liń­skiego Maxa Plancka. Kiedy szycha tego stopnia inte­re­suje się nowa­torską teorią, to znaczy, że coś jest na rzeczy i nikt nie może przejść obok niej obo­jętnie. Wkrótce Planck zażyczył sobie ścią­gnięcia uta­len­to­wa­nego „amatora” do swojej uczelni.

Jednak zanim do tego doszło, nie­po­skro­miony intelekt znów dał o sobie znać. Swoimi dotych­cza­so­wymi kon­cep­tami Einstein dał pstryczka w nos samemu sir Izaakowi New­to­nowi, ale teraz zapra­gnął go zno­kau­tować. Okazało się, że naj­większe odkrycie wiel­kiego Anglika – powszechnie przyj­mo­wane prawo gra­wi­tacji – zaczyna zgrzytać w zesta­wieniu z postu­la­tami szcze­gólnej teorii względ­ności.

Pamię­tacie anegdotę o jabłku, które rzekomo spadło New­to­nowi na głowę? Jeśli wierzyć w takie historie, to prze­błysk Ein­steina nastąpił gdy zobaczył on spa­da­ją­cego z drabiny malarza, odna­wia­ją­cego jego urząd. Zadał sobie wtedy pytanie (błagam, nie pytajcie czy najpierw udzielił nie­szczę­śni­kowi pierw­szej pomocy czy wycią­gnął notatnik…), co odczuwa spa­da­jąca osoba? Wszystkie wcze­śniejsze refleksje doty­czyły ruchu jed­no­staj­nego pro­sto­li­nio­wego, podczas gdy kwestia ruchu zmien­nego pozo­sta­wała na uboczu. Szcze­gólną teorię względ­ności nazwano „szcze­gólną” ponieważ opi­sy­wała jedynie układy iner­cjalne. Aby zro­zu­mieć mecha­nizm funk­cjo­no­wania całej natury, potrzebne było jej uogól­nienie. Nowy ein­ste­inowski eks­pe­ry­ment myślowy (a jakże!) zakładał wsa­dzenie ochot­nika do pozba­wionej okien, zaplom­bo­wanej windy i upusz­czenie z dużej wyso­kości. Dla Newtona wszystko było jasne: człowiek odczułby wszelkie zmiany ruchu nawet w zamkniętym pomiesz­czeniu, bo przecież ruch ten odbywa się względem abso­lut­nego eteru. Jednakże żydowski nauko­wiec odrzucił relikt minionej epoki, twier­dząc, iż każdy układ należy uznać za rów­no­ważny i nie istnieje żaden uni­wer­salny punkt odnie­sienia. Skoro tak, to zamknięta osoba może spo­kojnie spró­bować zrzucić sobie młotek na nogę. Bez obaw, ciężkie narzę­dzie nie roz­tłucze mu palca, lecz zacznie „lewi­tować” podobnie do samego ochot­nika. On, młotek i winda stanowią jeden układ iner­cjalny, którego elementy znajdują się względem siebie w stanie spo­czynku. Równie dobrze możemy wyobrazić sobie seksowną dziew­czynę w piku­jącym pionowo w dół samo­locie. Naj­le­piej pomóżmy trochę wyobraźni:
Jej bogate w walory ciało będzie zacho­wywać się nie inaczej niż ciała astro­nautów prze­by­wa­ją­cych w prze­strzeni kosmicznej. Wszystko wewnątrz „spa­da­ją­cego” samolotu znajduje się w stanie nie­waż­kości, jak gdybyśmy wyłą­czyli gra­wi­tację. Działa to też w drugą stronę. Jeśli zasią­dziemy za sterami statku kosmicz­nego dry­fu­ją­cego przez czeluści kosmosu i nagle wci­śniemy gaz do dechy, to zosta­niemy wbici w fotel. Jeżeli naci­śniemy gaz z odpo­wiednim wyczu­ciem, odczu­jemy podobną siłę do tej, która w tej chwili nie pozwala nam fruwać po pokoju. Jaki z tego niosek? Gra­wi­tacja i przy­śpie­szenie są rów­no­ważne. To mówi bardzo wiele o istocie gra­wi­tacji i jej wła­ści­wo­ściach. 

Spró­bujmy innego przy­kładu. Siedząc teraz przed kom­pu­terem lub leżąc na łóżku z tabletem w rękach, nie­za­wodna siła ciążenia przykuwa was do podłoża. Ponadto intuicja pod­po­wiada wam, że kiedy leniu­chu­jecie w domu na sta­bilnym sie­dzisku, to znaj­du­jecie się w stanie spo­czynku, a w każdym razie na pewno nie przy­śpie­szacie. Nie według nowej idei gra­wi­tacji. Właśnie w tym momencie nasza planeta próbuje nadać wam przy­śpie­szenie i gdyby usunąć spod waszych nóg grunt, to nie­wąt­pliwie dopię­łaby swego. Na dokładkę: jak pamię­tacie z poprzed­niej części, dla przy­śpie­sza­ją­cego obiektu czas płynie wolniej niż dla innych pozo­sta­ją­cych względem niego w spo­czynku. Dzia­ła­jąca ana­lo­gicznie do przy­śpie­szenia gra­wi­tacja impli­kuje podobny efekt. W pobliżu bardzo masyw­nego obiektu, jak na przykład gwiazda neu­tro­nowa, nasze zegarki biłyby wolniej niż gdybyśmy dry­fo­wali w oddali.

Wróćmy jeszcze na moment do zamkniętej, stale przy­śpie­sza­jącej windy. Co zoba­czymy gdy włączymy latarkę? Jeżeli winda pędzi dosta­tecznie szybko ujrzymy jak wiązka światła odchyla się prze­ciwnie do kierunku jej lotu. Wszystko dlatego, że zanim światło dotrze do prze­ciw­le­głej ściany, winda pokona pewien dystans. Przy­po­minam jednak, że między przy­śpie­sze­niem i gra­wi­tacją wystę­puje rów­no­waga, więc zgodnie z rozu­mo­wa­niem Ein­steina promień świetlny powinien ulegać zakrzy­wieniu również w pobliżu silnie oddzia­łu­ją­cego gra­wi­ta­cyjnie, masyw­nego ciała. To zjawisko rze­czy­wi­ście istnieje, co udo­wodnił Arthur Eddington, obser­wując mini­malne zagięcie światła sło­necz­nego podczas cał­ko­wi­tego zaćmienia Słońca w 1919 roku. Był to bodaj pierwszy eks­pe­ry­men­talny spraw­dzian teorii względ­ności, zdany na piątkę z plusem.
architekt masaPołączmy teraz wszystkie wątki. Wypo­sa­żony w masę obiekt wywołuje efekty jak gdyby się poruszał. Nadaje mniej­szym ciałom przy­śpie­szenie względem siebie, a także powoduje spo­wol­nienie czasu w swoim oto­czeniu. Masa wpływa zatem na czas jak i prze­strzeń. Oddzia­ły­wanie gra­wi­ta­cyjne docze­kało się ory­gi­nal­nego opisu jako zagięcie cza­so­prze­strzeni. Newton i jego następcy dosko­nale wie­dzieli, że pla­ne­tami Układu Sło­necz­nego i spa­da­ją­cymi jabłkami kieruje ta sama siła, ale nie mieli pojęcia jak ona w rze­czy­wi­stości wygląda. Einstein zro­zu­miał, że Słońce tworzy lej w kosmicznym płótnie, a planety, pla­ne­toidy, komety i cała reszta, krążą po jego stoku.

Szczęśliwy rok, szczęśliwa dekada

Trudno w to uwierzyć, że na prze­strzeni zaledwie dekady, jeden młody człowiek spo­wo­dował koniecz­ność napi­sania od nowa wszyst­kich pod­ręcz­ników fizyki. W samym tylko roku 1905, nazy­wanym przez samego Ein­steina „szczę­śliwym” lub „cudownym”, opu­bli­kował on aż cztery bły­sko­tliwe publi­kacje: zaczy­nając od wyja­śnienia ruchów Browna, następnie for­mu­łując podstawy STW oraz zasadę wymie­nial­ności masy i energii, kończąc na roz­wią­zaniu zagadki efektu foto­elek­trycz­nego. Tak, celowo pomi­nąłem ten ostatni sukces, pragnąc go przed­stawić przy okazji opisu cere­monii przy­znania Ein­ste­inowi nagrody Nobla w 1921 roku.

Więk­szość następnej dekady fizyk z uporem maniaka łączył swoją STW z teorią gra­wi­tacji. Po raz pierwszy w dziejach naj­waż­niejsze elementy wszech­świata – energia, masa, czas i prze­strzeń – docze­kały się ułożenia w jedną, ele­gancką całość. Swoje dzieło, znane obecnie pod nazwą ogólnej teorii względ­ności (OTW), Einstein ukończył dokładnie 100 lat temu w 1915 roku, choć z ofi­cjalną publi­kacją poczekał jeszcze kil­ka­na­ście miesięcy. Trudno oddać wielkość tego osią­gnięcia. Goethe napisał kiedyś: „Kto nie widział Kaplicy Syk­styń­skiej, ten nie może mieć pojęcia do czego zdolny jest tylko jeden człowiek”. Jeśli tak, to Albert Einstein okazał się Michałem Aniołem nauki. I to kilka razy.

C.D.N.

Literatura uzupełniająca:
W. Issacson, Einstein. Jego życie, jego wszechświat, przeł. J. Skowroński, Warszawa 2010;
A. Einstein, Teoria względności i inne eseje, przeł. P. Amsterdamski, Warszawa 1997;
M. Kaku, Kosmos Einsteina. Jak wizja wielkiego fizyka zmieniła nasze rozumienie czasu i przestrzeni, Warszawa 2012;
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
A. Nowik, Masa relatywistyczna – niepotrzebny i szkodliwy relikt, „Foton” nr 124, 2014.

Listy A. Einsteina dostępne na stronie Princeton: einsteinpapers.press.princeton.edu.

Wszystkie części:
Architekt nowej fizyki cz.1,
Architekt nowej fizyki cz.2,
Architekt nowej fizyki cz.3.

podpis-czarny

Naukowy totalitarysta. Jeśli nie chcesz aby wpadli do Ciebie naukowi bojówkarze, zostaw komentarz.

  • Mason

    O bardzo dobrze. Również byłem zawsze poiry­to­wany gdy widziałem w sie­cio­wych roz­mo­wach poja­wia­jącą się masę rela­ty­wi­styczną i spo­czyn­kową. To cał­ko­wicie zbędny podział wpro­wa­dza­jący tylko mnóstwo zamie­szania. Masa to masa.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Z.

    Witam,
    Trochę odbiegnę od tematu. Jestem stałą czy­tel­niczką Twojego bloga. Ostatnio natknęłam się na post na temat ludzi, którzy twierdzą, że Ziemia jest płaska. Zain­try­go­wało mnie to, nie powiem, bo nie sądziłam, że ktoś taki istnieje. Co więcej jest dużo takich oszo­łomów, którzy głoszą teorię nie tylko płaskiej, ale i wklęsłej Ziemi. Mógłbyś napisać jakiś post, dlaczego jest to nie­moż­liwe, dlaczego podane przez nich argu­menty są błędne? Byłoby to ciekawe, tym bardziej, że trochę ludzi się tym inte­re­suje. Dużo ludzi z nimi dys­ku­tuję, niestety więk­szość sama nie ma pojęcia, jak „działa” Ziemia w takiej postaci, w jakiej jest. 😉 Pozdra­wiam.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Terra

    Piekne zdjecie, Maria Skło­dowska-Curie wsrod tytanow fizyki. Nawet sobie nie zdajemy sprawy kim była Skło­dowska w czasie gdy kobiety ledwo dopiero co walczyły o prawo do odzy­wania sie. W jakim była towa­rzy­stwie.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0