Albert Einstein jeszcze nie przekroczył trzydziestki, a już zdołał wspiąć się na naukowy Olimp. W samym 1905 roku, młody urzędnik opublikował kilka godnych uwagi artykułów, w tym co najmniej trzy, które zmieniły oblicze fizyki. Prawdopodobnie nawet gdyby na tym poprzestał i tak każdy uczeń na świecie znałby jego nazwisko. Einstein był jednak znacznie ambitniejszy.

Kto naprawdę stworzył teorię względności?

Ostatni odcinek skoń­czy­li­śmy na prze­ło­mo­wej pracy O elek­tro­dy­na­mice ciał w ruchu. Naszki­co­wana w niej szcze­gólna teoria względ­no­ści (STW) wywra­cała do góry nogami dotych­cza­sowy kanon fizyki, roz­po­czy­na­jąc epokę rela­ty­wi­zmu. Przy­po­mnijmy: światło w próżni biegnie zawsze z tą samą, nie­prze­kra­czalną pręd­ko­ścią, nato­miast wszech­świat nie posiada uni­wer­sal­nego zegara odmie­rza­ją­cego czas jed­na­kowo dla wszyst­kich. Tym samym Einstein odważył się zakwe­stio­no­wać przyj­mo­wane dotąd za pewnik wartości abso­lutne, zastę­pu­jąc je innymi. STW jest nie­sły­cha­nie złożona i jed­no­cze­śnie banalnie prosta, bo oparta o zaledwie kilka krótkich postu­la­tów. Pojawia się tu całkiem zasadne pytanie, na ile to genialne dzieło było wynikiem samo­dziel­nej pracy nie­do­świad­czo­nego Ein­ste­ina. Sprawa intry­guje tym bardziej, że w swoim artykule autor nie zamie­ścił ani jednego odwo­ła­nia. Nie owijając w bawełnę, wiemy obecnie o kilku uczonych, którzy szli tropem naszego bohatera i o mały włos sami nie zdołali roz­su­płać wielkiej zagadki natury. 

Należy tu wymienić przy­naj­mniej trzy zasłu­żone nazwiska (dla bardziej docie­kli­wych: warto też zapoznać się z osią­gnię­ciami Hermanna Min­kow­skiego i George’a Fit­zge­ralda). Najdalej od roz­wią­za­nia znaj­do­wał się James Maxwell, już w połowie XIX wieku mam­ro­czący pod nosem o abso­lut­nej pręd­ko­ści światła. Za jego czasów było jeszcze trochę za wcześnie na rebelię prze­ciwko New­to­nowi, ale nie­przy­pad­kowo to właśnie histo­ryczne równania dot. elek­tro­ma­gne­ty­zmu napro­wa­dziły Ein­ste­ina na ślad teorii względ­no­ści. Inspi­ra­cję dla naszego bohatera stanowił również jeden z naj­wy­bit­niej­szych holen­der­skich fizyków, Hendrik Lorentz. Profesor z Lejdy jako pierwszy wypro­wa­dził równanie pozwa­la­jące obliczyć skró­ce­nie obiektu będącego w ruchu. Postu­lo­wał więc ten sam efekt co trzy­na­ście lat później STW. Skró­ce­nie Lorentza zawie­rało jednak pewną drobną omyłkę, mia­no­wi­cie trak­to­wało kontr­ak­cję jako zjawisko w pełni realne. Jeżeli statek kosmiczny przy­śpie­sza do ogrom­nych pręd­ko­ści, to jego długość ulega rze­czy­wi­stemu skró­ce­niu, tj. zmniej­szają się odle­gło­ści między elek­tro­nami, a więc jego atomy. Oczy­wi­ście pędząc obok takiego wehikułu z iden­tyczną pręd­ko­ścią nie zauwa­ży­li­by­śmy różnicy, bo nasze ciała jak i materia naszych urządzeń pomia­ro­wych również uległyby skró­ce­niu. Żeby było cie­ka­wiej, Lorentz zasto­so­wał w swojej kon­cep­cji zmien­ność czasu… tyle tylko, że według niego “czas lokalny” – jak go nazywał – stanowił tylko mate­ma­tyczną sztuczkę i nie uchybiał uni­wer­sal­nemu zegarowi, tyka­ją­cemu wyłącz­nie dla eteru.
kongres solvaya architekt

I Kongres Solvaya. Pod­świe­tleni, od lewej: Hendrik Lorentz, Henri Poincaré, Albert Einstein.

Trzecim i ostatnim śmiał­kiem, który rzucił rękawicę zagadce czasu i prze­strzeni był Henri Poincaré. W 1904 roku, czyli kil­ka­na­ście miesięcy przed publi­ka­cją Ein­ste­ina, uczony pisał:

Zgodnie z zasadą względ­no­ści prawa fizyczne muszą być jed­na­kowe dla obser­wa­tora spo­czy­wa­ją­cego i obser­wa­tora, który jest względem niego w jed­no­staj­nym ruchu trans­la­cyj­nym, tak że nie mamy i nie możemy mieć żadnego sposobu, aby się dowie­dzieć, czy uczest­ni­czymy w takim ruchu. (…) Nie wiemy nic o eterze, jak są roz­miesz­czone jego czą­steczki, czy się przy­cią­gają czy odpy­chają; wiemy jednak, że ten ośrodek przenosi jed­no­cze­śnie zabu­rze­nia optyczne i elek­tryczne.

Słowa legendy fran­cu­skiej mate­ma­tyki mogą być dla nie­któ­rych szokiem. Wysunął on więk­szość spośród tez zawar­tych później w STW, na rok przed jej publi­ka­cją! Zakładał jed­na­ko­wość praw fizyki dla wszyst­kich obser­wa­to­rów, rów­no­waż­ność poru­sza­ją­cych się układów, a także dopusz­czał regułę nie­prze­kra­czal­no­ści pręd­ko­ści światła! Poincaré użył także powtó­rzo­nego później w Elek­tro­dy­na­mice ciał w ruchu, terminu “zasada względ­no­ści”. Zabrakło dosłow­nie jednego kroku, a dzisiaj pewnie zamiast artykułu o Ein­ste­inie, czy­ta­li­by­ście o genial­nym pro­fe­so­rze Sorbony. Francuza zgubił zbyt silny scep­ty­cyzm i podobnie do Lorentza, strach przed odej­ściem od kon­cep­cji eteru. Bez tego Francuz nie mógł uchwycić w poprawny sposób istoty dyla­ta­cji czasu oraz kontr­ak­cji prze­strzeni, zaś cała teoria finalnie oka­zy­wała się nie­spójna. Być może, gdyby nauko­wiec potrafił odejść od aparatu mate­ma­tycz­nego i zawie­rzyć banalnym eks­pe­ry­men­tom myślowym, dzieje nauki poto­czy­łyby się inaczej.

Moim zdaniem nikt rozsądny nie posądzi Ein­ste­ina o pla­gia­tor­stwo. Można mieć zastrze­że­nia co do zawo­do­wej życz­li­wo­ści mło­dzieńca, który najwyżej mimo­cho­dem oddał szacunek Maxwel­lowi i swojemu przy­ja­cie­lowi Michele’a Besso, nie zamiesz­cza­jąc nigdy żadnego odwo­ła­nia do prac Poincaré’a. Z drugiej strony, nawet po 1905 roku obaj panowie nie mogli dojść do poro­zu­mie­nia, a kon­ser­wa­tywny Francuz szedł w zaparte, odrzu­ca­jąc całość zamysłu młod­szego kolegi. Możemy tylko spe­ku­lo­wać czy Poincaré fak­tycz­nie nie uznawał popraw­no­ści STW, czy może w ten sposób próbował odre­ago­wać swą klęskę i roz­go­ry­cze­nie. W końcu, dał sobie wyrwać z rąk jedno z naj­waż­niej­szych odkryć współ­cze­snej nauki. Dla kon­tra­stu dobro­duszny Lorentz wykonał pełny ukłon przed nową teorią i jej autorem: “Trak­to­wa­łem moją trans­for­ma­cję czasu tylko jako heu­ry­styczną hipotezę roboczą. Zatem teoria względ­no­ści jest wyłącz­nie dziełem Ein­ste­ina”. Zatwar­dziali gdy­bo­lo­dzy mogą twier­dzić, że wystar­czy­łoby jeszcze kilka lat aby Poincaré lub Lorentz sami doszli do popraw­nych wniosków. Nie­wy­klu­czone, ale zwróćmy uwagę, iż obaj wielcy uczeni byli od Ein­ste­ina o dwa­dzie­ścia lat starsi, o wiele bardziej doświad­czeni i pra­co­wali nad tą zagadką znacznie dłużej – a i tak dali się prze­ści­gnąć.

Sekret gwiazd

Tym­cza­sem roz­pę­dzony umysł Ein­ste­ina parł nadal naprzód. Po kilku tygo­dniach na łamach Annalen der Physik ukazał się następny słynny artykuł Czy bez­wład­ność ciała zależy od zawartej w nim energii? Tekst ten stanowił natu­ralny ciąg dalszy rozważań na temat czasu, prze­strzeni i bez­względ­nej pręd­ko­ści światła. Promień świetlny pędzi z trudną do wyobra­że­nia pręd­ko­ścią nie­ca­łych 300 tys. km/s i zgodnie z postu­la­tem STW nic go nie dogoni. Pytanie, skąd takie kosmiczne ogra­ni­cze­nie pręd­ko­ści? Owszem, wynikało ono już z obliczeń Maxwella i Lorentza, ale co stanie się gdy spró­bu­jemy zbudować pojazd o tak fan­ta­stycz­nych osiągach? Uczonych trapiła też inna zagwozdka, doty­cząca odkry­tego niewiele wcze­śniej zjawiska radiacji. Emi­tu­jąca stałe pro­mie­nio­wa­nie grudka metalu zdawała się działać niczym per­pe­tuum mobile, kpiąc z II zasady ter­mo­dy­na­miki.
e mc2Albert Wielki Uni­fi­ka­tor w lako­nicz­nych słowach zapro­po­no­wał, aby zasadą względ­no­ści objąć na swój sposób materię i energię. Tak jak ruch ciała w prze­strzeni zależnie od pręd­ko­ści w pewnym sensie zamienia się z ruchem po osi czasu, tak materia mogłaby prze­cho­dzić trans­for­ma­cję w energię, lub na odwrót. Oba nie­wią­zane ze sobą dotąd pojęcia nagle okazały się dwiema stronami tej samej monety. Dla kom­plet­no­ści teorii względ­no­ści zało­że­nie to przed­sta­wiało sporą wagę.

W mojej głowie pojawiła się kolejna kon­se­kwen­cja artykułu o elek­tro­dy­na­mice. Chodzi o to, że zasada względ­no­ści, razem z rów­na­niami Maxwella, wymaga, aby masa sta­no­wiła bez­po­śred­nią miarę energii zawartej w ciele. (…) W przy­padku radu powinna zacho­dzić wyraźna redukcja masy. To zabawna i pocią­ga­jąca myśl, ale zapewne dobry Bóg wyśmieje tę całą sprawę.

Bóg nie tylko nie wyśmiał kon­tro­wer­syj­nego zamysłu, ale też wiązał z nim istotne kon­se­kwen­cje. Nic co posiada masę we wszech­świe­cie, nie jest w stanie osiągnąć 300 tys. km/s, bowiem im bardziej chcemy przy­śpie­szyć obiekt tym więcej wysiłku musimy w to włożyć. Obli­cze­nia pod­po­wia­dają, że aby dogonić światło musie­li­by­śmy użyć nie­skoń­czo­nej ilości energii. Pozwolę sobie w tym miejscu powtó­rzyć pewną uwagę za Alek­san­drem Nowikiem. W szeregu książek, zwłasz­cza star­szych, pojawia się pojęcie masy rela­ty­wi­stycz­nej. Ułatwia ono zro­zu­mie­nie tezy Ein­ste­ina: pędzące z dużą pręd­ko­ścią ciało zacho­wuje się jak gdyby posia­dało większą masę. W przy­padku zbli­że­nia do pręd­ko­ści światła, owa masa dążyłaby do nie­skoń­czo­no­ści, a przecież nikt nie popchnie czegoś nie­skoń­cze­nie masyw­nego. Z punktu widzenia ein­ste­inow­skich rewe­la­cji to nawet sensowne. Gdy­by­ście skon­stru­owali futu­ry­styczny pojazd i wcisnęli gaz do dechy, co najwyżej ciągle zbli­ża­li­by­ście się do upra­gnio­nego c, jednak bez względu na to jak długo żyło­wa­li­by­ście silniki nadal bra­ko­wa­łoby wam 1 m/s, 0,1 m/s, 0,01 m/s, 0,0000001 m/s i tak dalej, ponieważ statek ciągle nabie­rałby “masy”. (Dokład­nie z tym utra­pie­niem zmagają się na co dzień pra­cow­nicy akce­le­ra­to­rów cząstek ele­men­tar­nych, pragnący zderzać protony z jak naj­więk­szą mocą.) Uczulam jednak, że to pojęcie sztuczne, a zacho­wu­jąc popraw­ność ter­mi­no­lo­giczną literką m powin­ni­śmy oznaczać jedynie miarę bez­wład­no­ści obiektu – tzw. masę spo­czyn­kową. W innym wypadku nie­któ­rzy mogliby dojść do złudnego wniosku, że pędzący na złamanie karku foton posiada masę (rela­ty­wi­styczną), a skoro tak, to oddzia­łuje gra­wi­ta­cyj­nie. Twórca STW chętnie sięgał po masę rela­ty­wi­styczną, ale w tamtym czasie liczył się tylko fakt, że każda masa to rezer­wuar energii, a energia może zrodzić odpo­wied­nią ilość masy. W tym kon­tek­ście termin ten nie budził jeszcze więk­szych zastrze­żeń.

Swą bły­sko­tliwą myśl Einstein zapisał legen­dar­nym rów­na­niem: L=mV2, lepiej znanym pod współ­cze­snymi ozna­cze­niami jako E=mc2. Energia E to po prostu masa m pomno­żona przez prędkość światła c do kwadratu. Pewnie spo­strze­gli­ście, że mnożenie przez 300 0002 powinno dawać ogromne wyniki. I daje. Do stwo­rze­nia drobnego pyłku materii potrzeba bardzo, bardzo dużej energii, nato­miast wzajemna ani­hi­la­cja kilku gramów materii i anty­ma­te­rii zaowo­cuje eks­plo­zją znacznie potęż­niej­szą od nawet naj­bar­dziej wymyśl­nych bomb ter­mo­nu­kle­ar­nych.

Newton, weź idź stąd

W mię­dzy­cza­sie Einstein powoli układał sobie życie. Jeszcze przed naj­więk­szymi odkry­ciami poślubił swą stu­dencką miłość Milevę Marić. Serbka urodziła trójkę dzieci, przy czym pierwsze – córeczka Lisa – prze­pa­dło w nie­pew­nych oko­licz­no­ściach, nato­miast naj­młod­sze  syn Eduard  cierpiał na schi­zo­fre­nię. Nie­szczę­ścia ominęły tylko środ­ko­wego Hansa, który idąc w ślady ojca ukończył Poli­tech­nikę w Zurychu, a następ­nie kon­ty­nu­ował karierę naukową w USA. Przy­naj­mniej zawodowo Albert nie mógł narzekać. Dostał podwyżkę w urzędzie i znaj­do­wał czas na pło­dze­nie coraz większej ilości publi­ka­cji: wciąż nie będąc etatowym pra­cow­ni­kiem naukowym! Sława zapukała do drzwi Ein­ste­ina dopiero gdy artykuły doty­czące STW trafiły na biurko rektora Uni­wer­sy­tetu Ber­liń­skiego Maxa Plancka. Kiedy szycha tego stopnia inte­re­suje się nowa­tor­ską teorią, to znaczy, że coś jest na rzeczy i nikt nie może przejść obok niej obo­jęt­nie. Wkrótce Planck zażyczył sobie ścią­gnię­cia uta­len­to­wa­nego “amatora” do swojej uczelni.

Jednak zanim do tego doszło, nie­po­skro­miony intelekt znów dał o sobie znać. Swoimi dotych­cza­so­wymi kon­cep­tami Einstein dał pstryczka w nos samemu sir Izaakowi New­to­nowi, ale teraz zapra­gnął go zno­kau­to­wać. Okazało się, że naj­więk­sze odkrycie wiel­kiego Anglika – powszech­nie przyj­mo­wane prawo gra­wi­ta­cji – zaczyna zgrzytać w zesta­wie­niu z postu­la­tami szcze­gól­nej teorii względ­no­ści.

Pamię­ta­cie anegdotę o jabłku, które rzekomo spadło New­to­nowi na głowę? Jeśli wierzyć w takie historie, to prze­błysk Ein­ste­ina nastąpił gdy zobaczył on spa­da­ją­cego z drabiny malarza, odna­wia­ją­cego jego urząd. Zadał sobie wtedy pytanie (błagam, nie pytajcie czy najpierw udzielił nie­szczę­śni­kowi pierw­szej pomocy czy wycią­gnął notatnik…), co odczuwa spa­da­jąca osoba? Wszyst­kie wcze­śniej­sze reflek­sje doty­czyły ruchu jed­no­staj­nego pro­sto­li­nio­wego, podczas gdy kwestia ruchu zmien­nego pozo­sta­wała na uboczu. Szcze­gólną teorię względ­no­ści nazwano “szcze­gólną” ponieważ opi­sy­wała jedynie układy iner­cjalne. Aby zro­zu­mieć mecha­nizm funk­cjo­no­wa­nia całej natury, potrzebne było jej uogól­nie­nie. Nowy ein­ste­inow­ski eks­pe­ry­ment myślowy (a jakże!) zakładał wsa­dze­nie ochot­nika do pozba­wio­nej okien, zaplom­bo­wa­nej windy i upusz­cze­nie z dużej wyso­ko­ści. Dla Newtona wszystko było jasne: człowiek odczułby wszelkie zmiany ruchu nawet w zamknię­tym pomiesz­cze­niu, bo przecież ruch ten odbywa się względem abso­lut­nego eteru. Jednakże żydowski nauko­wiec odrzucił relikt minionej epoki, twier­dząc, iż każdy układ należy uznać za rów­no­ważny i nie istnieje żaden uni­wer­salny punkt odnie­sie­nia. Skoro tak, to zamknięta osoba może spo­koj­nie spró­bo­wać zrzucić sobie młotek na nogę. Bez obaw, ciężkie narzę­dzie nie roz­tłu­cze mu palca, lecz zacznie “lewi­to­wać” podobnie do samego ochot­nika. On, młotek i winda stanowią jeden układ iner­cjalny, którego elementy znajdują się względem siebie w stanie spo­czynku. Równie dobrze możemy wyobra­zić sobie seksowną dziew­czynę w piku­ją­cym pionowo w dół samo­lo­cie. Naj­le­piej pomóżmy trochę wyobraźni:
Jej bogate w walory ciało będzie zacho­wy­wać się nie inaczej niż ciała astro­nau­tów prze­by­wa­ją­cych w prze­strzeni kosmicz­nej. Wszystko wewnątrz “spa­da­ją­cego” samolotu znajduje się w stanie nie­waż­ko­ści, jak gdybyśmy wyłą­czyli gra­wi­ta­cję. Działa to też w drugą stronę. Jeśli zasią­dziemy za sterami statku kosmicz­nego dry­fu­ją­cego przez czeluści kosmosu i nagle wci­śniemy gaz do dechy, to zosta­niemy wbici w fotel. Jeżeli naci­śniemy gaz z odpo­wied­nim wyczu­ciem, odczu­jemy podobną siłę do tej, która w tej chwili nie pozwala nam fruwać po pokoju. Jaki z tego niosek? Gra­wi­ta­cja i przy­śpie­sze­nie są rów­no­ważne. To mówi bardzo wiele o istocie gra­wi­ta­cji i jej wła­ści­wo­ściach. 

Spró­bujmy innego przy­kładu. Siedząc teraz przed kom­pu­te­rem lub leżąc na łóżku z tabletem w rękach, nie­za­wodna siła ciążenia przykuwa was do podłoża. Ponadto intuicja pod­po­wiada wam, że kiedy leniu­chu­je­cie w domu na sta­bil­nym sie­dzi­sku, to znaj­du­je­cie się w stanie spo­czynku, a w każdym razie na pewno nie przy­śpie­sza­cie. Nie według nowej idei gra­wi­ta­cji. Właśnie w tym momencie nasza planeta próbuje nadać wam przy­śpie­sze­nie i gdyby usunąć spod waszych nóg grunt, to nie­wąt­pli­wie dopię­łaby swego. Na dokładkę: jak pamię­ta­cie z poprzed­niej części, dla przy­śpie­sza­ją­cego obiektu czas płynie wolniej niż dla innych pozo­sta­ją­cych względem niego w spo­czynku. Dzia­ła­jąca ana­lo­gicz­nie do przy­śpie­sze­nia gra­wi­ta­cja impli­kuje podobny efekt. W pobliżu bardzo masyw­nego obiektu, jak na przykład gwiazda neu­tro­nowa, nasze zegarki biłyby wolniej niż gdybyśmy dry­fo­wali w oddali.

Wróćmy jeszcze na moment do zamknię­tej, stale przy­śpie­sza­ją­cej windy. Co zoba­czymy gdy włączymy latarkę? Jeżeli winda pędzi dosta­tecz­nie szybko ujrzymy jak wiązka światła odchyla się prze­ciw­nie do kierunku jej lotu. Wszystko dlatego, że zanim światło dotrze do prze­ciw­le­głej ściany, winda pokona pewien dystans. Przy­po­mi­nam jednak, że między przy­śpie­sze­niem i gra­wi­ta­cją wystę­puje rów­no­waga, więc zgodnie z rozu­mo­wa­niem Ein­ste­ina promień świetlny powinien ulegać zakrzy­wie­niu również w pobliżu silnie oddzia­łu­ją­cego gra­wi­ta­cyj­nie, masyw­nego ciała. To zjawisko rze­czy­wi­ście istnieje, co udo­wod­nił Arthur Edding­ton, obser­wu­jąc mini­malne zagięcie światła sło­necz­nego podczas cał­ko­wi­tego zaćmie­nia Słońca w 1919 roku. Był to bodaj pierwszy eks­pe­ry­men­talny spraw­dzian teorii względ­no­ści, zdany na piątkę z plusem.
architekt masaPołączmy teraz wszyst­kie wątki. Wypo­sa­żony w masę obiekt wywołuje efekty jak gdyby się poruszał. Nadaje mniej­szym ciałom przy­śpie­sze­nie względem siebie, a także powoduje spo­wol­nie­nie czasu w swoim oto­cze­niu. Masa wpływa zatem na czas jak i prze­strzeń. Oddzia­ły­wa­nie gra­wi­ta­cyjne docze­kało się ory­gi­nal­nego opisu jako zagięcie cza­so­prze­strzeni. Newton i jego następcy dosko­nale wie­dzieli, że pla­ne­tami Układu Sło­necz­nego i spa­da­ją­cymi jabłkami kieruje ta sama siła, ale nie mieli pojęcia jak ona w rze­czy­wi­sto­ści wygląda. Einstein zro­zu­miał, że Słońce tworzy lej w kosmicz­nym płótnie, a planety, pla­ne­to­idy, komety i cała reszta, krążą po jego stoku.

Szczęśliwy rok, szczęśliwa dekada

Trudno w to uwierzyć, że na prze­strzeni zaledwie dekady, jeden młody człowiek spo­wo­do­wał koniecz­ność napi­sa­nia od nowa wszyst­kich pod­ręcz­ni­ków fizyki. W samym tylko roku 1905, nazy­wa­nym przez samego Ein­ste­ina “szczę­śli­wym” lub “cudownym”, opu­bli­ko­wał on aż cztery bły­sko­tliwe publi­ka­cje: zaczy­na­jąc od wyja­śnie­nia ruchów Browna, następ­nie for­mu­łu­jąc podstawy STW oraz zasadę wymie­nial­no­ści masy i energii, kończąc na roz­wią­za­niu zagadki efektu foto­elek­trycz­nego. Tak, celowo pomi­ną­łem ten ostatni sukces, pragnąc go przed­sta­wić przy okazji opisu cere­mo­nii przy­zna­nia Ein­ste­inowi nagrody Nobla w 1921 roku.

Więk­szość następ­nej dekady fizyk z uporem maniaka łączył swoją STW z teorią gra­wi­ta­cji. Po raz pierwszy w dziejach naj­waż­niej­sze elementy wszech­świata – energia, masa, czas i prze­strzeń – docze­kały się ułożenia w jedną, ele­gancką całość. Swoje dzieło, znane obecnie pod nazwą ogólnej teorii względ­no­ści (OTW), Einstein ukończył dokład­nie 100 lat temu w 1915 roku, choć z ofi­cjalną publi­ka­cją poczekał jeszcze kil­ka­na­ście miesięcy. Trudno oddać wielkość tego osią­gnię­cia. Goethe napisał kiedyś: “Kto nie widział Kaplicy Syk­styń­skiej, ten nie może mieć pojęcia do czego zdolny jest tylko jeden człowiek”. Jeśli tak, to Albert Einstein okazał się Michałem Aniołem nauki. I to kilka razy.

C.D.N.

Literatura uzupełniająca:
W. Issacson, Einstein. Jego życie, jego wszechświat, przeł. J. Skowroński, Warszawa 2010;
A. Einstein, Teoria względności i inne eseje, przeł. P. Amsterdamski, Warszawa 1997;
M. Kaku, Kosmos Einsteina. Jak wizja wielkiego fizyka zmieniła nasze rozumienie czasu i przestrzeni, Warszawa 2012;
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
A. Nowik, Masa relatywistyczna – niepotrzebny i szkodliwy relikt, “Foton” nr 124, 2014.

Listy A. Einsteina dostępne na stronie Princeton: einsteinpapers.press.princeton.edu.

Wszystkie części:
Architekt nowej fizyki cz.1,
Architekt nowej fizyki cz.2,
Architekt nowej fizyki cz.3.

podpis-czarny
  • Mason

    O bardzo dobrze. Również byłem zawsze poiry­to­wany gdy widzia­łem w sie­cio­wych roz­mo­wach poja­wia­jącą się masę rela­ty­wi­styczną i spo­czyn­kową. To cał­ko­wi­cie zbędny podział wpro­wa­dza­jący tylko mnóstwo zamie­sza­nia. Masa to masa.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Z.

    Witam,
    Trochę odbiegnę od tematu. Jestem stałą czy­tel­niczką Twojego bloga. Ostatnio natknę­łam się na post na temat ludzi, którzy twierdzą, że Ziemia jest płaska. Zain­try­go­wało mnie to, nie powiem, bo nie sądziłam, że ktoś taki istnieje. Co więcej jest dużo takich oszo­ło­mów, którzy głoszą teorię nie tylko płaskiej, ale i wklęsłej Ziemi. Mógłbyś napisać jakiś post, dlaczego jest to nie­moż­liwe, dlaczego podane przez nich argu­menty są błędne? Byłoby to ciekawe, tym bardziej, że trochę ludzi się tym inte­re­suje. Dużo ludzi z nimi dys­ku­tuję, niestety więk­szość sama nie ma pojęcia, jak “działa” Ziemia w takiej postaci, w jakiej jest. 😉 Pozdra­wiam.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Terra

    Piekne zdjecie, Maria Skło­dow­ska-Curie wsrod tytanow fizyki. Nawet sobie nie zdajemy sprawy kim była Skło­dow­ska w czasie gdy kobiety ledwo dopiero co walczyły o prawo do odzy­wa­nia sie. W jakim była towa­rzy­stwie.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0