Odbrązawianie autorytetów jest w modzie. Zasadniczo to korzystne zjawisko, bowiem świadczy o zdrowym, sceptycznym podejściu do świata, jednak czasem ta nieufność sięga zbyt daleko. Pewne zaniepokojenie budzą we mnie coraz częstsze i nierzadko pozbawione udokumentowanych podstaw, próby zdyskredytowania dorobku architekta filaru, a nawet filarów całej współczesnej fizyki. Niniejszym – celebrując przy okazji setną rocznicę sformułowania ogólnej teorii względności  rozpoczynam cykl, w którym przyjrzymy się sylwetce Alberta Einsteina oraz niewyobrażalnej schedzie, jaką nam po sobie pozostawił. 

Jaś i serbska Laleczka

Nie posiadam żadnych spe­cjal­nych talentów.
Jestem tylko namięt­nie ciekawy.

Albert Einstein
Popu­larna plotka wymy­ślona praw­do­po­dob­nie celem pocie­sze­nia sporej części spo­łe­czeń­stwa, głosi że nawet młody Albert Einstein miał w szkole kłopoty z mate­ma­tyką i nie raz przy­no­sił do domu dzien­ni­czek z jedyn­kami. Trudno o większą bzdurę: przyszły uczony nigdy nie wyka­zy­wał poważ­nych pro­ble­mów z królową nauk, a jego świa­dec­twa pre­zen­to­wały się wzorcowo. Mało tego, uważany za nie­oszli­fo­wany diament szes­na­sto­la­tek (!) śpie­wa­jąco poradził sobie z mate­ma­tyczną częścią egzaminu wstęp­nego na Poli­tech­nikę w Zurychu. Osta­tecz­nie roz­po­czął studia rok później, ale dlatego, że nie podołał etapowi spraw­dza­ją­cemu wiedzę powszechną, obej­mu­ją­cego biologię oraz nauki huma­ni­styczne i spo­łeczne. Jak na swój wiek prze­ja­wiał wyjąt­kowo jasny i jak dziś wiemy, z grubsza zre­ali­zo­wany plan na przy­szłość. W liście z września 1886 roku pisał:

Jeśli dopisze mi szczę­ście i egzaminy pójdą po mojej myśli, zapiszę się na Poli­tech­nikę w Zurychu. Będę tam cztery lata stu­dio­wał mate­ma­tykę i fizykę. Przy­pusz­czam, że po ukoń­cze­niu zostanę wykła­dowcą tych gałęzi nauk przy­rod­ni­czych, kon­cen­tru­jąc się na ich części teo­re­tycz­nej. Oto powody, jakie skłoniły mnie do tego planu. Przede wszyst­kim, moja indy­wi­du­alna skłon­ność do abs­trak­cyj­nego i mate­ma­tycz­nego rozu­mo­wa­nia przy braku instynktu prak­tycz­nego. (…) Poza tym, bardzo pociąga mnie pewna nie­za­leż­no­ści ofe­ro­wana przez profesję naukową.

Jeśli to komuś poprawi humor, w czasie edukacji aka­de­mic­kiej blask talentu Alberta rze­czy­wi­ście trochę przygasł. Nie żeby oblewał egzaminy, ale lubił pole­niu­cho­wać i przy­naj­mniej kilku jego kolegów mogło pochwa­lić się lepszymi wynikami. Ten etap kształ­ce­nia był jednak nie­zwy­kle istotny dla przy­szłej kariery mło­dzieńca. Właśnie u pro­fe­so­rów z Zurychu pod­pa­trzył on metodę, którą w nie­da­le­kiej przy­szło­ści przekuje w swój naj­waż­niej­szy inte­lek­tu­alny oręż. Zwany z nie­miecka gedan­ke­ne­xpe­ri­ment, czyli wizu­ali­zo­wa­nie abs­trak­cyj­nych zagad­nień fizycz­nych, pozwoli geniu­szowi otwierać drzwi zary­glo­wane dla uczonych pole­ga­ją­cych wyłącz­nie na suchym aparacie mate­ma­tycz­nym. 
einstein maricKole­żanką z grupy Ein­ste­ina była Mileva Marić. W okresie przełomu XIX i XX stulecia, sama obecność kobiety na uczelni wyższej zwracała uwagę. Nato­miast stu­dentka na reno­mo­wa­nej poli­tech­nice, zain­te­re­so­wana naukami ścisłymi, na dodatek pocho­dząca z dalekiej wsi, musiała wzbudzać powszechną cie­ka­wość. Nic dziwnego, że nawet mimo nie­spe­cjal­nej urody oraz różnicy wieku, starsza o cztery lata Serbka szybko wpadła w oko naszemu boha­te­rowi. Nazywał ją piesz­czo­tli­wie Laleczką, ona jego – Jasień­kiem. Parę połą­czyły w równym stopniu, roman­tyczne uczucia co szczera fascy­na­cja fizyką. Nawiasem mówiąc, mamy do czy­nie­nia z realiami, w których podjęcie studiów wiązało się zarówno z wielkim wysił­kiem inte­lek­tu­al­nym jak i finan­so­wym – stąd na przygodę z uni­wer­sy­te­tem decy­do­wali się praw­dziwi miło­śnicy swoich dziedzin. Sam Einstein musiał się mieć za niezłego szczę­ścia­rza, pod­ry­wa­jąc pannę niemal dorów­nu­jącą mu inte­lek­tem (no dobrze, akurat w tym przy­padku raczej prze­sa­dzi­łem) i z lubością słu­cha­jącą o jego nowa­tor­skich pomy­słach.

Nie chcę spro­wa­dzać tego tekstu do poziomu opo­wie­ści oby­cza­jo­wej (a byłby materiał!), ale Laleczka była dla dwu­dzie­sto­pa­ro­let­niego Alberta nie tylko przy­sło­wiową matką, żoną i kochanką. Sta­no­wiła także, o czym mało kto pamięta, jego muzę i do pewnego stopnia współ­pra­cow­niczkę. 

Ciężka dola studenta

Koniec studiów, nie­ubła­ga­nie wiązał się z koniecz­no­ścią zapre­zen­to­wa­nia pracy dyplo­mo­wej. Pro­mo­to­rem przy­szłej gwiazdy miał być prof. Heinrich Weber – podzie­la­jący zain­te­re­so­wa­nie swojego pod­opiecz­nego do optyki i rozważań na temat natury światła. Jednak mimo to, panowie nadawali na różnych falach a ich współ­praca wyglą­dała opornie. Dwa pierwsze pomysły na pracę uta­len­to­wa­nego 21-latka nauko­wiec bez­ce­re­mo­nial­nie odrzucił. Szkoda zwłasz­cza tego pierw­szego, doty­czą­cego bardzo nośnego w owym czasie zagad­nie­nia eteru. 

Lwia część fizyków XIX wieku była święcie prze­ko­nana do idei nie­wi­dzial­nego pola bądź też sub­stan­cji wypeł­nia­ją­cej całą prze­strzeń. Eter pojawiał się w pracach niemal każdego uczonego od czasów Newtona, a szcze­gólną rolę zaczął odgrywać po stwo­rze­niu przez Jamesa Maxwella zrębów elek­tro­ma­gne­ty­zmu. Hendrik Lorentz, ceniony profesor z Lejdy, którego prace nie­wąt­pli­wie inspi­ro­wały Ein­ste­ina, tłu­ma­czył sprawę w sposób nastę­pu­jący: “Teoria drgań świetl­nych dopro­wa­dziła nas do poglądu, że w prze­strzeni wolnej od jakie­go­kol­wiek ciała stałego, płynnego lub gazowego, znaj­do­wać się musi pewnego rodzaju śro­do­wi­sko, pośred­ni­czące w prze­no­sze­niu tych drgań. (…) Gdy po usu­nię­ciu, względ­nie możliwie dokład­nym wypom­po­wa­niu powie­trza z pewnej prze­strzeni, doj­dziemy do tak zwanej próżni, będziemy mieli do czy­nie­nia właśnie z eterem”. Fizycy chcieli ist­nie­nia eteru, bo w naj­prost­szy sposób tłu­ma­czy­łoby to dzia­ła­nie światła, trak­to­wa­nego nie inaczej niż choćby fala dźwię­kowa. W swoim pro­jek­cie Albert zamie­rzał pośred­nio dowieść obec­no­ści eteru, spraw­dza­jąc jak ruch obser­wa­tora wpływa na prędkość roz­cho­dze­nia światła. Czekał go zawód, bo podobny co do zasady eks­pe­ry­ment kil­ka­na­ście lat wcze­śniej prze­pro­wa­dzili za oceanem Albert Michel­son i Edward Morley. Ein­ste­ina zain­try­go­wało jednak już wtedy, że doświad­cze­nie Ame­ry­ka­nów nie tylko nie wska­zy­wało na ist­nie­nie eteru, ale również nie dowiodło wpływu ruchu obser­wa­tora na reje­stro­waną prędkość światła.

Druga pro­po­zy­cja tematu, obej­mo­wała badanie kore­la­cji prze­wod­nic­twa ciepl­nego i elek­trycz­nego różnych sub­stan­cji. Wiązało się to z drugim “konikiem” Ein­ste­ina, czyli struk­turą atomu. Przy­po­mi­nam, że mamy do czy­nie­nia z epoką, w której szki­co­wano dopiero pierwsze, pry­mi­tywne modele atomów; zaś ist­nie­nie elek­tronu zostało dowie­dzione zaledwie trzy lata wcze­śniej. Ten pomysł pracy również nie przypadł Weberowi do gustu. Zgodził się dopiero, gdy jego pod­opieczny znacznie ogra­ni­czył zakres swoich rozważań i zre­zy­gno­wał z naj­cie­kaw­szej części doty­czą­cej prze­wod­nic­twa elek­trycz­nego. Albert pro­wa­dził badania wspólnie z Milevą i osta­tecz­nie oboje uzyskali jedne z naj­niż­szych ocen na roku. Ziry­to­wany student nie pozostał dłużny pro­mo­to­rowi, zarzu­ca­jąc mu zamknię­cie na nowe pomysły i nie­ak­tu­al­ność jego wykładów.

Romans z Boltzmannem

Aro­gan­cji jaką wykazał się Einstein zaraz po zakoń­cze­niu studiów można śmiało stawiać pomniki. Młody męż­czy­zna począt­kowo, sta­now­czo odrzucił karierę urzęd­ni­czą, kwitując wybór uza­sad­nie­niem, które szczerze podzie­lam: “Tak ogłu­pia­ją­cych zajęć powinno się unikać”. Sęk w tym, że Einstein wcale nie miał zakle­pa­nego miejsca na poli­tech­nice, a swoją zuchwa­ło­ścią sku­tecz­nie zraził więk­szość pro­fe­so­rów. Osta­tecz­nie, z braku więk­szego wyboru, napisał list do Adolfa Hurwitza… przy­zna­jąc w nim, iż raczej różnią się zain­te­re­so­wa­niami, a w dodatku jako student nie uczęsz­czał na jego wykłady. W ten sposób “mistrz” listów moty­wa­cyj­nych nie otrzymał posady adiunkta w Zurychu.

Mimo to nie zre­zy­gno­wał z nauki. Idąc w ślady uwiel­bia­nego przez siebie Ludwika Bolt­zmanna (ten od II zasady ter­mo­dy­na­miki), Einstein podjął roz­wa­ża­nia nad istotą swo­bod­nego ruchu cząstek oraz entropii. Swoją pierwszą w życiu publi­ka­cję Einstein poświę­cił zjawisku “wędro­wa­nia” cieczy wzdłuż ścianek cienkiej rurki. To tak zwany efekt kapi­larny, który możecie kojarzyć z lekcji biologii, bo właśnie dzięki niemu woda wspina się w górę naczynek wewnątrz rośliny. Debiu­tant próbował wyjaśnić obser­wa­cje przyj­mu­jąc per ana­lo­giam, iż atomy mogą na siebie oddzia­ły­wać według reguł podob­nych do gra­wi­ta­cji. Trafił kulą w płot, ale pierwsze lody prze­ła­mał. Wła­ści­wie prze­ła­mali, ponieważ na tym etapie Einstein wciąż kon­sul­to­wał swoje kon­cep­cje z ukochaną.
Znacznie lepiej poszło mu następ­nym razem, gdy wziął na warsztat ruchy Browna. To również zjawisko, które możecie znać z gim­na­zjum jak i z codzien­nego doświad­cze­nia. Angiel­ski biolog Robert Brown, zauważył że w zawie­szone w płynach lub gazach drobinki, zacho­wują się w sposób nie­kon­tro­lo­wany i cha­otyczny. Brown przyjął jednak błędne zało­że­nie, jakoby ruch cząstek powo­do­wany był przez dzia­ła­nie mikro­or­ga­ni­zmów. Choć pod­ręcz­niki zazwy­czaj o tym milczą, pierw­szych popraw­nych opisów tego procesu dostar­czyli nie­za­leż­nie od siebie Albert Einstein i wykła­da­jący na UJ Marian Smo­lu­chow­ski. Stwier­dzili oni, iż samo­wolne ruchy drobinek są kon­se­kwen­cją wza­jem­nego zde­rza­nia z czą­stecz­kami cieczy lub gazu. Pod­grze­wa­jąc sub­stan­cję można nawet wpływać na te ruchy i wyliczyć ich cechy. Tak powstało równanie Ein­ste­ina-Smo­lu­chow­skiego.

Z Maxwellem pod poduszką

Albert wciąż nie prze­kro­czył 26 roku życia, a już mógł do nauko­wego CV dopisać naprawdę war­to­ściową pracę. Szybko miała ona ulec zapo­mnie­niu, przy­kryta przez coraz bardziej efek­towne prace nabie­ra­ją­cego rozpędu geniusza. Zaledwie po dwóch mie­sią­cach do Annalen de Physik wpłynęła praca O elek­tro­dy­na­mice ciał w ruchu. Był to artykuł, który roz­po­czął szybki marsz ku ukuciu jednej z naj­świet­niej­szych kon­cep­cji w dziejach fizyki. Warto pamiętać, że jej autor nadal nie zajmował posady na uczelni, lecz pogodził się z pracą eksperta tech­nicz­nego w urzędzie paten­to­wym. Poza stosem papier­ko­wej roboty i niską płacą, istniały pewne zalety takiej profesji: chcąc nie chcąc Albert stykał się z mnóstwem nowa­tor­skich patentów, co mogło od czasu do czasu zwrócić jego uwagę na pewnie kwestie fizyczne. Ale wróćmy do sławnego artykułu.

Należy raczej przy­pusz­czać, że te same prawa elek­tro­dy­na­miki i optyki są słuszne we wszyst­kich układach współ­rzęd­nych, w których obo­wią­zują prawa mecha­niki, co już zostało udo­wod­nione dla wiel­ko­ści pierw­szego rzędu. Temu przy­pusz­cze­niu, które będziemy dalej nazywali “zasadą względ­no­ści”, nadamy rangę postu­latu; ponadto wpro­wa­dzimy jeszcze jeden postulat, tylko pozornie sprzeczny z tym pierw­szym, że światło w próżni roz­cho­dzi się z okre­śloną pręd­ko­ścią, która nie zależy od stanu ruchu ciała je wysy­ła­ją­cego. Te dwa postu­laty wystar­czają do podania prostej, wolnej od sprzecz­no­ści elek­tro­dy­na­miki ciał w ruchu, opartej na teorii Maxwella dla ciał spo­czy­wa­ją­cych.

Właśnie prze­czy­ta­li­ście coś, co sta­no­wiło zwrot w dziejach fizyki. Ale po kolei.

Naj­wię­cej pytań doty­czą­cych dzia­ła­nia świata zadajemy sobie jako dzieci i choć tego nie doce­niamy, często są to pytania nie­zwy­kle celne. Nad­gor­liwy Einstein, już w czasach szkol­nych pożyczał od wuja pod­ręcz­niki opi­su­jące elek­tro­ma­gne­tyzm Maxwella i rozważał zasady funk­cjo­no­wa­nia linii oraz fal pola elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Dzięki szkoc­kiemu fizykowi, dowie­dział się, że samo wszech­obecne światło jest właśnie taką falą, co dodawało spe­ku­la­cjom dodat­ko­wej wagi. Alber­ci­kowi szcze­gól­nie nie dawał spokoju pewien paradoks, którego nie potra­fiła wyjaśnić mu żadna książka. Nasto­la­tek chciał wiedzieć co wyda­rzy­łoby się, gdyby obser­wa­tor potrafił dosiąść fali świetl­nej – lub po prostu spró­bo­wał dogonić światło i poruszać się z równą mu pręd­ko­ścią. Kiedy widzimy pociąg pędzący z pręd­ko­ścią 100 km/h (załóżmy, że jesteśmy zagra­nicą) i jedziemy rów­no­le­głą do szyn trasą autem z taką samą pręd­ko­ścią, to z naszego punktu widzenia wagony wyglą­dają na nie­ru­chome. To zdro­wo­roz­sąd­kowe rozu­mo­wa­nie i nie powinno nas dziwić, że nasto­letni Einstein próbował je zasto­so­wać do swoich wyobra­żeń o świetle. Czy zatem prze­miesz­cza­jąc się z pręd­ko­ścią 300 tys. km/s ujrzymy obok sta­cjo­narną wiązkę światła? (Nie wspo­mi­nam na razie o fotonie, bo kwant światła dopiero czekał na odkrycie przez… Ein­ste­ina.) Jak miałaby ona wyglądać? Co ultra­szybki obser­wa­tor zoba­czyłby, wycią­ga­jąc nagle lustro?

Dzie­cinne roz­my­śla­nia gmatwał naj­bar­dziej wredny James Maxwell, z którego równań jasno wynikało, że światło nie może stać w miejscu. Dodajmy do tego kło­po­tliwe wnioski płynące z przy­wo­ła­nego wcze­śniej doświad­cze­nia Michel­sona-Morleya. Wszystko wska­zy­wało na fakt, iż wiązka światła porusza się zawsze z taką samą pręd­ko­ścią, nie­za­leż­nie od naszej pozycji i metody pomiaru. Siedząc teraz przed kom­pu­te­rem, zare­je­stro­wa­li­by­ście prędkość światła równą nie­ca­łych 300 tys. km/s. Jadąc na rowerze z optycz­nym pręd­ko­ścio­mie­rzem, otrzy­ma­li­by­ście dokład­nie taki sam wynik. Nawet gdy­by­ście wsiedli do statku przy­szło­ści, pędzą­cego tysiące km/s, wasze pomiary nadal pre­zen­to­wa­łyby się iden­tycz­nie. Mie­li­by­ście nawet prawo odnieść wrażenie, że im bardziej staracie się dogonić falę światła, tym bardziej ona przy­śpie­sza. Jest jeszcze coś. Jeżeli wsa­dzi­cie swojego kolegę do rakiety mknącej z szyb­ko­ścią bliską światłu, samemu obser­wu­jąc pościg za wiązką światła z Ziemi, to czeka was inte­re­su­jące wido­wi­sko (oczy­wi­ście zakła­da­jąc, że dys­po­nu­je­cie nad­ludzką per­cep­cją). Rakieta rze­czy­wi­ście niemalże zrówna się z wysłanym sygnałem świetl­nym, ale gdy po wszyst­kim powiecie to swojemu kumplowi, to tylko w zdzi­wie­niu wyba­łu­szy na was oczy. On na swoich przy­rzą­dach widział to co zwykle: wiązka świetlna ciągle uciekała od niego z nie­osią­galną pręd­ko­ścią 300 tys. km/s.

To co z tym eterem?

Dom wariatów. Z jednej strony mamy fizykę Newtona, u którego bez­pro­ble­mowo odej­mu­jemy bądź dodajemy prędkość mijanego obiektu; z drugiej zaś równania Maxwella wska­zu­jące na nie­zmienną prędkość fali elek­tro­ma­gne­tycz­nej. Einstein podjął się roz­su­pła­nia tego węzła, zaczy­na­jąc od kontroli samych fun­da­men­tów. Jak wspo­mnia­łem już wcze­śniej, Albert-student wzorem swoich mentorów, przyj­mo­wał obecność wypeł­nia­ją­cego całą prze­strzeń eteru. Był on w wyobra­że­niu fizyków swego rodzaju opoką, czymś stałym i abso­lut­nym, wprost idealnym punktem odnie­sie­nia. W bliskim związku z eterem pozo­sta­wało new­to­now­skie prze­świad­cze­nie o jed­no­li­tej prze­strzeni oraz uni­wer­sal­nym czasie. Pod­kreślmy raz jeszcze istotę para­doksu: fizyka tamtej epoki pragnęła abso­lut­nej pręd­ko­ści światła, abso­lut­nych praw fizyki, abso­lut­nej prze­strzeni oraz abso­lut­nego czasu. Eks­pe­ry­ment myślowy naszego mózgowca ujawniał bzdur­ność takiej wizji rze­czy­wi­sto­ści.

Tylko dwa pierwsze elementy mogły sobie pozwolić na stałość. I właśnie to pojął Albert Einstein.

Wiecie czym było w tamtych czasach oświad­cze­nie, że zegar dla każdego tyka inaczej? Równie dobrze mogli­by­ście dzisiaj napisać pracę dowo­dzącą o nie­ist­nie­niu złożonej struk­tury atomu. 26-latek, nie będący nawet etatowym pra­cow­ni­kiem naukowym, ośmielił się podważyć nie­kwe­stio­no­waną zasadę fizyki. Nawet dzisiaj wielu laików wyśmieje was gdy wspo­mni­cie o tym, że czas jest war­to­ścią względną i płynie różnie w zależ­no­ści od obser­wa­tora. 110 lat temu nawet dla nie­jed­nego uczonego brzmiało to jak science-fiction.

Inna kla­syczna wizu­ali­za­cja zjawiska dyla­ta­cji czasu. Foton odbi­ja­jący się wewnątrz zegara świetl­nego, w miarę przy­śpie­sza­nia z zewnątrz wydaje się tykać coraz wolniej.

Postulat względ­no­ści czasu mówi, że im szybciej podró­żu­jemy, tym wolniej płynie nasz czas, względem osoby pozo­sta­ją­cej wobec nas w bezruchu. Pozwól­cie, że daruję sobie przy­wo­ły­wa­nie sła­wet­nego para­doksu bliźniąt, wał­ko­wa­nego na wszyst­kie strony zarówno na blogu jak i w wielu innych miej­scach. Wpro­wa­dza­jąc tę prze­ło­mową zasadę Einstein załatwił przy okazji kwestię nie­uchwyt­nego eteru. Stały ośrodek pełniący funkcję uni­wer­sal­nego punktu odnie­sie­nia nie był już do niczego potrzebny. Każdy z nas, każdy obiekt i każda cząstka, to indy­wi­du­alny obser­wa­tor odmie­rza­jący czas po swojemu. I każdy z tych pomiarów jest praw­dziwy. Przy tych rewe­la­cjach, nie wolno zapo­mnieć o mniej spek­ta­ku­lar­nym, ale równie ważnym postu­la­cie: każdy z układów iner­cjal­nych pozo­staje rów­no­ważny. Mówiąc po ludzku, nie istnieje w ogóle moż­li­wość stwier­dze­nia, który obser­wa­tor się porusza, a który stoi w miejscu. Odtąd punkt widzenia miał zależeć od miejsca sie­dze­nia, nato­miast eter wypadł z nauko­wych słow­ni­ków.

Z tych samych prze­sła­nek, Einstein wnio­sko­wał względ­ność prze­strzeni. To ozna­czało z kolei, brak sposobu na usta­le­nie obiek­tyw­nych roz­mia­rów śmi­ga­ją­cego ciała. Skoro dla każdej osoby czas płynie inaczej, to nie da się podać abso­lut­nej długości obiektu. Przecież długość stanowi dystans między jed­no­cze­snym poło­że­niem obu krańców, a o jed­no­cze­sno­ści dwóch obser­wa­to­rów nie ma już mowy. Efekt jest taki, że statek zbli­ża­jący się ku pręd­ko­ści światła, z zewnątrz wyglą­dałby na coraz krótszy.

Za całą rewo­lu­cją stało wyłącz­nie wpro­wa­dze­nie złotego pojęcia względ­no­ści. Tak naprawdę, bez względu na nasz ruchm upływ czasu i rozmiary prze­strzeni pozo­stają nie­na­ru­szone. Różni się jedynie postrze­ga­nie jed­no­cze­sno­ści różnych obser­wa­to­rów; bowiem czas i prze­strzeń pod­le­gają zmianom zależnie od przy­ję­tego układu odnie­sie­nia. Fakt ten długo pozo­sta­wał ukryty, ponieważ jed­no­cze­sno­ści wszyst­kich obser­wa­to­rów prze­by­wa­ją­cych na Ziemi są bardzo zbliżone, dzięki czemu świat wydaje się uspo­ka­ja­jąco jed­no­lity i zro­zu­miały. Tym bardziej osza­ła­mia potęga umysłu i wyobraźni, które pozwo­liły ułożyć te abs­trak­cyjne klocki w ele­gancką całość.

Czy aby na pewno Einstein dokonał tego samo­dziel­nie? Tym pytaniem zajmiemy się następ­nym razem.
Literatura uzupełniająca:
W. Issacson, Einstein. Jego życie, jego wszechświat, przeł. J. Skowroński, Warszawa 2010;
A. Einstein, Teoria względności i inne eseje, przeł. P. Amsterdamski, Warszawa 1997;
M. Kaku, Kosmos Einsteina. Jak wizja wielkiego fizyka zmieniła nasze rozumienie czasu i przestrzeni, Warszawa 2012;
A. K. Wróblewski, Historia fizyki. Od czasów najdawniejszych do współczesności, Warszawa 2015;
Listy A. Einsteina dostępne na stronie Princeton: einsteinpapers.press.princeton.edu.

Wszystkie części:
Architekt nowej fizyki cz.1,
Architekt nowej fizyki cz.2,
Architekt nowej fizyki cz.3.
podpis-czarny
  • Piotr Majek

    Świetny artykuł. Szcze­gól­nie zain­try­go­wała mnie pierwsza notka Ein­ste­ina odnosnie jego planów na przy­szłość, z której jasno wynikało, co chłopak chciał robić w życiu.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://polowanie-na-zdrowie.blogspot.com/ Tyiu

    Heh, a ja w tą plotkę do dzisiaj wie­rzy­łem. Dzięki :-).

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • meficat

      *tę

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://polowanie-na-zdrowie.blogspot.com/ Tyiu

        Dzięki, że czuwasz :-].

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Zashi

    O takie artykuły nic nie robiłem! 🙂

    Dzięki.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Terra

    Dziwne, ze to Einstein wyste­po­wał z pro­po­zy­cjami prac dok­tor­skiej. Wyda­wa­łoby sie ze to promotor/professor powinien miec do zaofe­ro­wa­nia jakies tematy.

    Troche jest tez pomie­szane co jest postu­la­tem a co kon­se­kwen­cją. To ze wolniej płynie czas chyba nie jest postulatem/załozeniem tylko kon­se­kwen­cją.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • zdzichu mliniak

      Ja tam jednak wolałbym pisać o tym na czym się znam i co mnie pasjo­nuje niż o tym co nakaże profesor. 😛 A to co jest kon­se­kwen­cją zależy od punktu wyjścia. Przyj­mu­jąc postulat względ­no­ści czasu doj­dziemy do wniosku że prędkość światłą jest stała i na odwrót.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Terra

        Tu nie chodzi o naka­za­nie tylko o pro­po­zy­cje. Ciekawe czy w tamtych czasach kazdy/wielu stu­den­tow for­mu­ło­wało problemy do roz­wia­za­nia, czy tylko Einstein był takim krnąbr­nym wyjąt­kiem.

        For­mal­nie to Einstein wyszedł z tego ze cos sie nie zmienia (predkosc swiatła) i z tego wyszło mu ze cos sie zmienia. Swoja teorie zdaje sie chciał nazwac teorią “inwa­rian­tow”. Nie jestem taki pewien, ze z czasu wynika nie­zmienna predkosc swiatła i inne kon­se­kwen­cje.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • 9th

    list pocho­dzący rzekomo z 1886 roku jest dość zgrabnie napisany jak na 7-latka, którym Einstein miał okazję przez tenże rok być. przy­da­łaby się drobna edycja tego lapsusa 😉 sam ‘alber­towy’ cykl bardzo mi się podoba, pozdra­wiam!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0