Dziś bierzemy na warsztat drugą z książek jakie dostałem od PWN. Tym razem znacznie lżejszą, luźniejszą i z całą pewnością zabawniejszą – bo napisaną przez popularnego na Wyspach aktora i komika, będącego przypadkiem również fizykiem, Bena Millera.


Dziwnie się w życiu układa. Elektryk może zostać pre­zy­den­tem, prawnik blogować o nauce, a absol­went fizyki w Cam­bridge poświę­cić swe życie bawieniu spo­łe­czeń­stwa. Jednak stara miłość nie rdze­wieje, a Ben Miller posta­no­wił dać upust obu swoim talentom w popu­lar­no­nau­ko­wym Pikniku z Ein­ste­inem.

W tym miejscu jestem zmuszony do złajania wydawcy. Naprawdę nie pojmuję dlaczego polskie oficyny wzięły sobie za punkt honoru wymy­śla­nie nowych i kom­plet­nie nie­po­wią­za­nych z ory­gi­na­łami tytułów książek. Ten zam zarzut wysu­ną­łem wobec, skądinąd bardzo dobrej pozycji, Jak prze­trwać wśród czarnych dziur Blo­mqu­ista i Gold­berga. Ja wiem – miało być intry­gu­jąco i humo­ry­stycz­nie – ale to nie uprawnia do wpro­wa­dza­nia klienta w błąd! Może stanowię wyjątek, ale otwie­ra­jąc książkę z czarną dziurą na okładce, naprawdę spo­dzie­wam się, że w środku znajdę coś o tych kosmicz­nych mon­strach, nato­miast sięgając po Piknik z Ein­ste­inem, pragnę poczytać o osią­gnię­ciach wspo­mnia­nego geniusza. Tym­cza­sem treść It’s Not Rocket Science (ory­gi­nalny tytuł) jedynie w drobnej części dotyczy Ein­ste­ina, w żadnym razie się na nim nie kon­cen­tru­jąc.

Drugim, od razu rzu­ca­ją­cym się w oczy nie­po­ro­zu­mie­niem, jest szka­radna i również w ogóle nie­ko­re­spon­du­jąca z bry­tyj­skim wydaniem, okładka. Jej typo­gra­fia w ogóle do mnie nie trafia, a kolor tła oraz liter gwałci oczy. I weź czło­wieku wycią­gnij to różowe paskudz­two w auto­bu­sie lub na uczelni! Przeszła mi nawet przez głowę myśl, że mar­ke­tin­go­wiec chciał aby pozycja wyróż­niała się na skle­po­wym regale; i na tle czarno-szarych grzbie­tów rze­czy­wi­ście to się udało. Na szczę­ście autor zapre­zen­to­wał znacznie wyższy poziom niż dys­try­bu­tor. 

Rozmowa kwa­li­fi­ka­cyjna w Cam­bridge to nie kaszka z mlekiem. Odbyłem dwie. Pierwszą prze­pro­wa­dził nie­zwy­kle sym­pa­tyczny dr Carl Baron. Zapytał mnie, dlaczego nie chcę zostać lekarzem lub wete­ry­na­rzem, mając tak dosko­nałe wyniki w nauce. Byłem prze­ko­nany, że pomylił for­mu­la­rze rekru­ta­cyjne. Moje oceny były tak zróż­ni­co­wane, iż od biedy mógłbym zostać najwyżej bio­ener­go­te­ra­peutą.

Nie mam wąt­pli­wo­ści, że Piknik nie został napisany dla osób mających szersze obycie w świecie nauki, toteż bardziej wyma­ga­jący czy­tel­nicy mają prawo czuć się trak­to­wani przez fizyka aż nazbyt pro­tek­cjo­nal­nie. Jedyną deską ratunku pozo­stają przypisy, w których autor rozwija swoje roz­wa­ża­nia i odsyła do inte­re­su­ją­cych stron inter­ne­to­wych. Co innego “przy­pad­kowi” odbiorcy, których wiedza o wszech­świe­cie ogra­ni­cza się do szkol­nego pod­ręcz­nika od przyrody – ci rze­czy­wi­ście mogą być zachwy­ceni. Myślę, że ogól­ni­ko­wość, prostota, zabawne tytuły pod­roz­dzia­łów, setki żarcików i odwołań do życia codzien­nego, czynią różową ksią­żeczkę poten­cjal­nym hitem, zwłasz­cza dla mło­dzieży.

Horyzont treści rozciąga się daleko poza bliską Mil­le­rowi fizykę. Trzy, może cztery roz­działy, rze­czy­wi­ście zaha­czają o takie kwestie jak funk­cjo­no­wa­nie Wiel­kiego Zder­za­cza Hadronów, podstawy kosmo­lo­gii czy teorie tytu­ło­wego Ein­ste­ina. Jednak co zaska­ku­jące, prawie połowa Pikniku opowiada o biologii z naci­skiem na ewolucję (pod­roz­dział o mito­chon­drial­nej Ewie – rewe­la­cja). Być może to wyraz soli­dar­no­ści z Daw­kin­sem i innymi bry­tyj­skimi uczonymi, sta­wia­ją­cymi opór zale­wa­ją­cej Wyspy fali kre­acjo­ni­zmu. Podobną, uświa­da­mia­jącą rolę, pełni zło­wiesz­czo brzmiący rozdział Nad­cho­dzi koniec świata, roz­ja­śnia­jący nie­zwy­kle medialną sprawę glo­bal­nego ocie­ple­nia. I gdybym miał pokazać komuś kon­kretny powód prze­ma­wia­jący za się­gnię­ciem do pracy Millera, to wska­zał­bym właśnie te kil­ka­dzie­siąt stron. Dawno nie widzia­łem tak zwięzłej, a zarazem okra­szo­nej twardymi danymi oraz kon­kret­nymi argu­men­tami, syntezy problemu zmian klimatu. Na pochwałę zasłu­guje również ton autora, który nie opluwa scep­ty­ków i raczej pozo­sta­wia czy­tel­ni­kowi wolność w two­rze­niu własnych opinii.

Nie­za­leż­nie od tego, jaki jest wasz pogląd na tę kwestię, angiel­ska zima na prze­ło­mie lat 1813 i 1814 była nie­zwy­kle rześka. Skąd to wiemy? (…) Gdy po klęsce w bitwie pod Lipskiem w paź­dzier­niku 1813 roku Napoleon prze­gru­po­wy­wał siły, darzeni ogólną pogardą drobni skle­pi­ka­rze w Ludlow nerwowo stukali w swoje ter­mo­me­try i gęsimi piórami na naj­lep­szym per­ga­mi­nie notowali odczy­taną tem­pe­ra­turę z dokład­no­ścią do jednej dzie­sią­tej stopnia.

Jeśli chodzi o formę, to jak przy­stało na przed­sta­wi­ciela branży roz­ryw­ko­wej, Miller postawił na luźny język i liczne anegdoty, również o cha­rak­te­rze auto­bio­gra­ficz­nym. Przy­znaję, że to dość ciekawy zabieg i nawet mnie samego zain­te­re­so­wało, jak do diaska dok­to­rant z wiel­kiego Cam­bridge porzucił naukowy Olimp stając się show­ma­nem. Żeby było śmiesz­niej, Bry­tyj­czyk wspomina o kolegach po fachu, którzy również odna­leźli ukrytą ścieżkę pro­wa­dzącą z labo­ra­to­rium do tele­wi­zyj­nego studia. Nie będę wam jednak psuł zabawy. 

Piknik z Ein­ste­inem to kolejny tytuł, który dopiszę do listy lektur jakie mogę wciskać znajomym mającym naukę w głębokim powa­ża­niu. Nawet jeśli całość pozo­staje jednym wielkim ogól­ni­kiem, to niektóre celne frag­menty, doty­czące ewolucji i ocie­ple­nia klimatu, mogą okazać się nie­oce­nio­nym para­so­lem chro­nią­cym przed spa­da­ją­cym zewsząd deszczem igno­ran­cji. 

Info:
Autor: Ben Miller;
Tytuł: Piknik z Einsteinem. Naukowy zawrót głowy;
Tytuł oryginału: It’s Not Rocket Science;
Tłumaczenie: Adam Bukowski, Jacek Środa;
Wydawnictwo: Polskie Wydawnictwo Naukowe;
Wydanie: Warszawa 2013;
Liczba stron: 281.

podpis-czarny

 

  • m

    No wreszcie! Czekałem na ten artykuł 🙂
    Piszesz, że książka jest ogól­ni­kiem. No i dobrze — czytanie samych pod­ręcz­ni­ków do fizyki też potrafi znudzić. Zresztą czego się spo­dzie­wać po komiku 🙂 Może akurat udało mu się ładnie połączyć przy­jemne z poży­tecz­nym. Okaże się, jak prze­czy­tam.
    Pytanie: co trzeba zrobić (kim trzeba być :D), aby dostawać od PWN książki 🙂 Pozdra­wiam!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Jest bardzo szerokie spektrum książek popu­lar­no­nau­ko­wych — brak ogól­ni­ko­wo­ści nie oznacza od razu, że mamy do czy­nie­nia z pod­ręcz­ni­kiem. Wspo­mniana w tekście pozycja Blo­mqu­ista czy też prace Leder­mana (a już następna na mnie czeka!) są IMO jeszcze zabaw­niej­sze, a przy tym (zwłasz­cza Boska Cząstka) świetne pod względem mery­to­rycz­nym. Tutaj mamy do czy­nie­nia z naprawdę lekką treścią.

      Co trzeba zrobić? W sumie sam nie wiem, bo akurat pani od PWN (pozdra­wiam) sama wyszła z ini­cja­tywą. 😉

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • m

        Ok, tak, jak pisałem — nie czytałem, więc ufam tylko temu, co piszesz. Ale sięgnę po nią… 🙂

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • m

        książkę. nie panią z PWN 😀

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0