Przychodzi taki dzień gdy człowiek spogląda z dystansu na różne sprawy. Ja mam to (nie)szczęście, że kwestię swojego wykształcenia mogę ocenić z nadzwyczaj szerokiej perspektywy.

Wszystko dlatego, że posiadam wysoko położony punkt odnie­sie­nia. Gdy powzią­łem decyzję o stu­dio­wa­niu rów­no­le­gle drugiego kierunku – nie z jakiegoś przymusu, lecz dla speł­nie­nia ambicji – nie prze­wi­dy­wa­łem jakiego szoku mogę doznać. Poczułem się jak nurek z  chorobą dekom­pre­syjną, po zbyt prędkim wynu­rze­niu. Jeden system, jedno miasto, jedna uczelnia, a jednak wydziały miały ze sobą tyle wspól­nego co Sudety z Hima­la­jami. Niby w obu przy­pad­kach mamy do czy­nie­nia z górami, a jednak żaden hima­la­ista nie podczepi do swojego CV zdobycia Śnieżki.

Nawet nie będę próbował wymie­niać tu wszyst­kich dys­pro­por­cji, bo ani ich nie spi­sy­wa­łem, ani nie chcę tu tworzyć zbyt długiej wyli­czanki gorzkich żali. Aby nie popaść w goło­sło­wie wystar­czy kilka, szcze­gól­nie kom­pro­mi­tu­ją­cych faktów. Ale od czego zacząć? Które wsty­dliwe zjawisko naj­bar­dziej uchybia godności uni­wer­sy­tetu?

Może od pięć­dzie­się­cio­kil­ku­let­niego doktora, nauko­wego “wiecz­nego talentu”, nie­mo­gą­cego zdobyć upra­gnio­nej habi­li­ta­cji i zaj­mu­ją­cego miejsce młodym zdolnym? Nie żebym miał jakiś osobisty żal. Kul­tu­ralny jegomość, raczej sym­pa­tyczny i życzliwy dla oto­cze­nia. Rzecz w tym, że ten człowiek to zupełna odwrot­ność arche­typu naukowca; a tego zdzier­żyć już nie potrafię. Wyobraź­cie sobie obraz wykła­dowcy, który otwarcie przy­znaje się do pre­nu­me­ro­wa­nia podej­rza­nych cza­so­pism trak­tu­ją­cych o zja­wi­skach para­nor­mal­nych. Takiego, który potrafi przerwać swój wywód ad rem (a i tak słaby), aby prze­my­cić jakąś teorię spiskową (oczy­wi­ście spoza swojej dzie­dziny) lub tezę stojącą w sprzecz­no­ści, nie tylko z aktu­al­nym stanem wiedzy ale również meto­do­lo­gią naukową. Wielu słu­cha­czy nie zauwa­żało tych “smaczków” bądź też przy­my­kało na nie oczy. W końcu jakie to ma zna­cze­nie? Że nauko­wiec, porzuca zasady logiki i przed­kłada fantazję ponad fakty i proces dowo­dze­nia? 

Na tym sta­no­wi­sku to zbrodnia.

Nawet profesor ma prawo czegoś nie pojmować, nie znać, walnąć babola, ale do cholery – ma być naukow­cem! Inter­ne­towy anonim może sobie pozwolić na “alter­na­tywne” myślenie (czyt. brak myślenia), chciej­stwo, upo­śle­dze­nie funkcji poznaw­czych. Nie pra­cow­nik naukowy. Nie przed­sta­wi­ciel inte­lek­tu­al­nej elity narodu.

Są też inni. Pewien bardzo lubiany profesor wydaje się – dla kon­tra­stu – świetnym naukow­cem, co jednak nie prze­szka­dza mu w nie­wy­wią­zy­wa­niu się z pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków dydak­tycz­nych. Mimo, iż prowadzi jeden z istot­niej­szych przed­mio­tów na kierunku, zamiast egzaminu urządza farsę. Ku uciesze więk­szo­ści stu­den­tów, schowany za otwartą gazetą wykła­dowca nie dostrzega mery­to­rycz­nych “pomocy” wycią­gnię­tych na ławki, choćby nawet grubych jak Biblia pod­ręcz­ni­ków. A żeby jeszcze nie było za trudno, profesor pozwala na wymianę jednego z trzech wylo­so­wa­nych pytań, jeśli nie siadło. Nie wie­rzy­łem w to co widzia­łem. Podobnie jak w to, że grupka deli­kwen­tów mimo wszystko potrze­bo­wała poprawki. 

Trzeci to per­so­ni­fi­ka­cja nie­ogar­nię­to­ści. Nie wiem czy cierpi na Asper­gera, czy po prostu obrał sobie za cel zdobycie sławy skraj­nego dziwaka i intro­wer­tyka. Gdy mówi – a mówi szybko, cicho, nie­wy­raź­nie i nie­po­praw­nie – niemal zawsze wbija wzrok w podłogę, a gdy rozmówcą jest kobieta, zawsze. Stale sprawia wrażenie jakby żył we własnym świecie. Zapy­ta­cie jak można komuś takiemu pozwolić na pro­wa­dze­nie wykładów na uczelni? Również zadaję sobie to pytanie. Zwłasz­cza, że to dopiero pierwsza z długiej listy dziwactw pro­fe­sora, jakie wypły­wają przy niemal każdej inte­rak­cji ze stu­den­tami. To bez­na­dziejne uczucie, gdy masz przed sobą inte­li­gentną osobę, która powinna być auto­ry­te­tem; a jedyne na co możesz się zdobyć to zaże­no­wa­nie i irytacja. 

Zestaw­cie to teraz z powszech­nym narze­ka­niem śro­do­wisk aka­de­mic­kich na stale spa­da­jący poziom wiedzy i zaan­ga­żo­wa­nia stu­den­tów. Oj chyba ktoś nie dostrzega podkładu kole­jo­wego we własnym oku.

Książkę mógłbym napisać o fru­stra­cjach zwią­za­nych ze sferą orga­ni­za­cyjną śmier­dzą­cego PRL-em przy­bytku. Skrajny for­ma­lizm (jak na ironię, o wiele bardziej upier­dliwy niż na Wydziale Prawa!), idio­tycz­nie ułożone plany i wieczne kolejki po wszystko. Miałem taką jedną, nie­cie­kawą przygodę w zeszłym roku, gdy przez jakąś odgórną omyłkę nie zostałem dopisany do listy stu­den­tów na lektorat z języka obcego. Dzie­ka­nat naj­wy­raź­niej oburzony zada­wa­niem trudnych pytań, odesłał mnie bez­po­śred­nio do ćwi­cze­niowca. Rusy­cystka, której styl bycia mógłby wska­zy­wać na bogatą karierę w KGB, po soczy­stym ochrza­nie również mnie zbyła. Tak trafiłem do mitycz­nych infor­ma­ty­ków obsłu­gu­ją­cych aka­de­micki system – oni także stwier­dzili brak swojej odpo­wie­dzial­no­ści. Powró­ci­łem więc do dzie­ka­natu, gdzie mnie – intruza – jeszcze pona­glano abym to “jakoś” załatwił. Po licznych tele­fo­nach odwie­dzi­łem centrum językowe admi­ni­stru­jące lek­to­raty. Tam począt­kowo odmó­wiono mi pomocy, gdyż… muszę posiadać zgodę ćwi­cze­niowca. W czasie kolej­nego ochrzanu od kagie­bistki, usły­sza­łem, że nie dostanę żadnego podpisu bo to centrum rozdaje żetony umoż­li­wia­jące zapisy… Zabawa toczyła się grubo ponad miesiąc, kiedy trafiłem na jakąś milszą panią, która zamiast mnie odsyłać do kolej­nych drzwi, po prostu postu­kała na kla­wia­tu­rze przez trzy minuty i ręcznie dodała mnie do listy. Później nastąpił jeszcze tylko jeden opieprz. Znów od rusy­cystki, za przyj­ście z indeksem po terminie.

A w mediach mówią, że to gry i filmy wywołują agresję. Naj­za­baw­niej­sze było to, że chodziło jedynie o prze­pi­sa­nie oceny z pierw­szego kierunku studiów. Formalne zawi­ło­ści, nie po raz pierwszy, sprawiły po wie­lo­kroć więcej udręki niż rze­czy­wi­ste egzaminy.

Zresztą ten aspekt orga­ni­za­cji studiów również leży i kwiczy. Chociaż z zasady wykła­dowca nie powinien zmuszać studenta do zdawania egzaminu z przed­miotu, który już kiedyś zaliczał (np. na innym kierunku), w praktyce wszystko odbywa się według oso­bi­stych widzi­mi­sów. W ten sposób, pro­wa­dzący zajęcia z przed­miotu X, może nie prze­pi­sać zali­cze­nia jeśli bła­gal­nik uprzed­nio zdawał go pod nieco inną nazwą. Nawet jeżeli kuł ten sam materiał i korzy­stał dokład­nie z tej samej lite­ra­tury. Bo nie.

Pewnie to wina moich zbyt wysokich wymagań względem uczelni. Praw­do­po­dob­nie gdybym nie przybył z zewnątrz, z innego wydziału, prędko prze­siąkł­bym pato­lo­gią, unikając nie­zli­czo­nych ataków irytacji. Naj­bar­dziej gryzie mnie myśl, że cały ten cyrk – bynaj­mniej nie jedyny w Polsce – wydaje dyplomy równie praw­dziwe i ważne, co każda inna uczelnia.

podpis-czarny
  • anonim

    Można wiedzieć jakie kierunki stu­diu­jesz i na jakiej uczelni? Za nie­spełna rok sam muszę wybrać gdzie będę się uczył, więc dosyć mnie to ciekawi. 

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Odezwij się na mail lub fb. Na wszelki wypadek wolę tu o kon­kre­tach wprost nie mówić, bo z jednym pro­fe­so­rem jeszcze będę miał do czy­nie­nia. Inna sprawa, że to raczej te kiepskie wydziały są regułą, a tych na poziomie jest garstka.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • eMCe

      Wszedzie bedzie tak samo 🙂
      Inż robiłem na lokalnej uczelni i bylo “ubogo, ale wesoło”. 

      Majac nadzieję na lepszą jakość posze­dlem na Poli­tech­nike robić magistra, a tam to samo, tylko bardziej ‘for­ma­lizm’ bral gore.
      Na mniej­szej uczeli po prostu cześciej moża było spotkac miłą babeczkę, ktora zrobiła co trzeba bez problemu. Było mniej fru­stra­cji 🙂

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Anonim

    Potwier­dzam pato­lo­gia jakich mało. Po pierw­szym roku myślałem, że te wszyst­kie opo­wiastki które sły­sza­łem są wyssane z palca, gdyż trafiłem na takich ludzi którzy mają dar naucza­nia. Jednak w tym roku zde­rzy­łem się z rze­czy­wi­sto­ścią. Jak to jest możliwe, że ktoś kto nie umie wykładać, nie umie tego co wykłada, robi to już od dobrych paru lat i dodat­kowo dzierży sta­no­wi­sko o którym nie powinien nawet śnić… Pozo­stało mi znów stu­dio­wać książki samemu jak przez ostatnie 3 lata i patrzyć jak banda przy­głu­pów prze­cho­dzi z roku na rok bo jeśli by ich wywalili to musie­liby zamknąć wydział… Oczy­wi­ście koniec końców właśnie Ci ludzie zrobią dok­to­raty i będą uczyć kolejne poko­le­nia, rzeczy których sami nie pojmują… smutne.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Zatoxu

    Potwier­dzam z autopsji. ;_; bez nazwisk, ale to sama prawda. 

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Amdarel

    Nie da się zaprze­czyć. Choć muszę przyznać, że więk­szość wykła­dow­ców jakich spo­tka­łem na swojej drodze była przy­naj­mniej w porządku (a zdarzali się tacy, którzy zrzucali maskę “tumi­wi­si­zmu” gdy dowia­dy­wali się, że nie przy­cho­dzę zawracać dupy o piąty termin zali­cze­nia tylko np. o pomoc w orga­ni­za­cji wydarzeń nauko­wych z ramienia koła. 

    Niestety sam doświad­czyw­szy 3 kie­run­ków (Ekonomia, Logi­styka i teraz Infor­ma­tyka i Eko­no­me­tria) muszę stwier­dzić, że poziom studiów na jednym wydziale potrafi się różnić nawet nie tyle co śnieżka od Mount Everest , a tak jak pagórek za oknem od Olympus Mons. Podobnie z poziomem stu­den­tów.

    Naj­gor­sza przygoda z wykła­dowcą? Niestety na wydziale prawa 😉 Mając roczny urlop zdro­wotny na głównym kierunku i prawie wszystko zali­czone i prze­pi­sane wcze­śniej na pierw­szym seme­strze drugiego, kobieta wykła­da­jąca podstawy prawa stwier­dza że nie prze­pi­sze mi oceny, bo robi to jedynie w wyjąt­ko­wych przy­pad­kach. Według niej wyjście ze szpitala po kilku tygo­dniach i ledwo co cho­dze­nie o kulach takim nie jest — mam przyjść na egzamin i już. Z pomocą rodzi­ciela jakoś mi się udało, tylko po to by na egza­mi­nie zobaczyć jak wykła­dow­czyni.… opuszcza salę ze stu­den­tami na dobre pół godziny dając wszyst­kim przy­zwo­le­nie na głośną pracę grupową.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • behemort

    U mnie zasadą jest nie­prze­pi­sy­wa­nie oceny z przed­miotu, chyba że przed­miot miał dokład­nie taką samą nazwę i dokład­nie taką samą formę jak obecny. Złych doświad­czeń z dzie­ka­na­tami, ćwi­cze­niow­cami (za wyjąt­kiem jednej doktorki, która posta­no­wiła uraczyć połowę roku trójami (na torach?), ponieważ… wszyscy napisali tak dobrze, że musia­łaby wszyst­kim wstawić 4/5, co by “źle wyglą­dało”) czy innymi nie posiadam, ale znane mi są przy­padki abso­lut­nie skrajne.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • goscin­nie

    Twój post potwier­dza, że ocena poziomu kształ­ce­nia powinna dotyczyć wydzia­łów a nie całych uczelni.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Łukasz Pilarski

    Czytając tekst od razu przy­po­mniał mi się plan zajęć na studiach magi­ster­skich. Ktoś doszedł do wniosku, że skoro o.m.c magi­strzy mają bardzo mało obo­wiąz­ko­wych przed­mio­tów, zwłasz­cza na roku 5, to będą się lenić. Dlatego w ramach poprawy ich osiągów ustalono koniecz­ność wyro­bie­nia łącznie ośmiu fakul­te­tów przez dwa lata. Wydawało się to proste, może co najwyżej cza­so­chłonne, póki się nie okazało, że:
    a) Nie można było prze­pi­sać sobie zaliczeń z zajęć, na które uczęsz­czało się na studiach licen­cjac­kich. Co spra­wiało, że w każdym seme­strze odpadał przy­naj­mniej jeden z dostęp­nych wykładów. Zazwy­czaj naj­faj­niej­szy.
    b) Z pozo­sta­łych ośmiu na semestr dwa nie mogły się odbyć, bo coś tam, kolejne trzy nacho­dziły na zajęcia obo­wiąz­kowe, a reszta było albo w dziwnych godzi­nach, albo pro­wa­dzona przez ludzi nie­za­in­te­re­so­wa­nych tematem, albo tyczyła się zagad­nień tak cie­ka­wych, że skła­da­nie pościeli było przy nich rozrywką pierw­szej klasy.
    Tym sposobem musiałem odwie­dzać sąsied­nie wydziały i szukać tam wykładów chociaż trochę pasu­ją­cych do profilu moich studiów, dowie­dzieć się w dzie­ka­na­cie, czy przejdą i grzecz­nie je odwie­dzać. Oraz pozo­stałe, bo czort wie, kiedy pro­wa­dzący będzie chciał zrobić listę i policzyć uczest­ni­ków. Co nie każdy robił, dzięki czemu jedna osoba wpi­sy­wała dwa­dzie­ścia kolej­nych, mających w tym czasie coś innego do zro­bie­nia. Mar­no­wa­nie czasu i tyla.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • p_____

    Klasyk. Teraz jak to wygląda od drugiej strony. Miałem okazję nauczać — jako mgr. Pracuję na etacie naukowym (w praktyce jestem “od wszyst­kiego” — szcze­gól­nie od kom­pu­te­rów) w jed­no­stce naukowej (nie aka­de­mic­kiej).

    Zapy­ta­łem na dwóch uczel­niach, czy mógłbym dostać jakiś przed­miot do wyboru — dorobię sobie do płacy minimalnej+projekt (tak! 1400 zł — nauko­wiec z bożej łaski! żadnej per­spek­tywy na podwyżkę), potre­nuję wystą­pie­nia publiczne, a przy tym czegoś stu­den­tów i siebie nauczę, opowiem im coś cie­ka­wego.

    Dostałem 2 przed­mioty na jednej uczelni i jeden na drugiej. Praca dydak­tyczna prze­bie­gła może bez więk­szych fajer­wer­ków, ale dobrze — wspo­mi­nam do dziś jako świetne doświad­cze­nie, a od stu­den­tów dostałem po skoń­czo­nym seme­strze sygnały, że dobrze się spisałem, bo ich zacie­ka­wi­łem (to dla mnie pod­sta­wowy wyznacz­nik sukcesu dydak­tycz­nego).

    Ale:

    1. Pie­nią­dze dostałem tylko na jednej z uczelni (umowa zlecenie za cały semestr ~1400 zł za 3 grupy, w tym jedna pro­wa­dzona w języku obcym). Na drugiej pozwo­lono mi nauczać za darmo — chciałem, to mam — będę miał do si wi.

    2. Na uczelni, gdzie pro­wa­dzi­łem zajęcia pro bono zostałem źle poin­for­mo­wany o ter­mi­nach wpisów do USOSa i było już za późno — system zamknięty. Zdalny ochrzan od dziekana i pisma, w których prosiłem i wyja­śnia­łem — nie chciałem robić pro­ble­mów stu­den­tom. Tydzień prze­rzu­ca­nia się papie­rami, na szczę­ście z sukcesem.

    3. Pracując ciągle na etacie (1400 zł — przy­po­mi­nam), miałem mało czasu dla stu­den­tów. Mea culpa, ale kurczę no — to tylko dodat­kowy przed­miot, czemu mam się przej­mo­wać czyimś indy­wi­du­al­nym tokiem studiów, drugim i trzecim kie­run­kiem, chorobą, pracą po nocach? Ale przej­mo­wa­łem się — opę­dza­łem od stu­den­tów z pro­ble­mami jak od much, ale zali­cza­łem im nie­obec­no­ści na pod­sta­wie krótkich esejów, których nie miałem czasu czytać.. Chałtura, nie­uczciwa względem regu­lar­nie uczęsz­cza­ją­cych. Wstyd trochę do dziś. 

    Ale ja tylko chciałem opo­wie­dzieć im coś cie­ka­wego, czego sam się długo musiałem uczyć i szukać, zain­te­re­so­wać ich, a nie pro­wa­dzić dzien­ni­czek! Wywia­dówki też miałem urządzać?

    4. Oceny, to była dla mnie udręka. Nie miałem jak tych ludzi oceniać, popro­si­łem o pre­zen­ta­cje, przy­go­to­wali. Ale jak oceniać pre­zen­ta­cje — czym się różni taka na 4 od takiej na 4,5? A ta na 5 czym się wyróżnia? Wybie­giem są stan­da­ry­zo­wane testy, ale testo­ma­nia mnie odrzuca. Cholera, ja naprawdę chciałem im tylko pokazać jak ciekawa potrafi być nauka w ich dzie­dzi­nie, jak inte­re­su­jące i złożone jest to wszystko, czego się uczą, ile nowych rzeczy codzien­nie się dzieje w ich dzie­dzi­nie.

    5. USOS, sekre­ta­riat ze stosem papierów do podpisu, tłumy stu­den­tów z indek­sami i kartami (to po co ten USOS?), umowa z uczelnią spisana na koniec semestru — więc nie byłem pra­cow­ni­kiem, więc nie miałem karty biblio­tecz­nej nawet, że o legi­ty­ma­cji nie wspomnę. Takie rarytasy, jak zniżka na komu­ni­ka­cję miejską to tylko etatowcy. 

    A przecież ciągle praca eta­to­wego młodego naukowca. A przecież ciągle muszę walczyć o jakiś grant nowy, żeby odbić się finan­sowo od dna. Póki mi nie zamkną mojej jed­nostki naukowej, a to może się stać na dniach. Zdobyć grant, żeby ewen­tu­al­nie móc go później gdzieś prze­nieść, jak już nas wszyst­kich wywalą…

    Epilog:

    Po zakoń­czo­nym seme­strze dałem spokój. Nie da się zrobić wszyst­kiego. Lepiej wrócić szybciej z pracy za 1400 zł do domu rodziców (bo gdzie mi tam do kredytów, własnych mieszkań itd.?), spotkać się z narze­czoną (bo jak tu ślub brać? I po co? Żeby dalej z rodzi­cami mieszkać?), książkę poczytać. A stu­den­tów zostawić na pastwę wiecz­nych doktorów od horo­sko­pów (też znam takich — również po habi­li­ta­cji).

    Żeby dobrze pro­wa­dzić przed­miot musiał­bym to robić z kimś bardziej doświad­czo­nym i skupić się tylko na tym. Bo czemu studenci mają ode mnie nie ocze­ki­wać pełnego zaan­ga­żo­wa­nia? Ale o etacie nie ma mowy i nigdy nie będzie — już nawet doktorów się zwalnia. Krótko mówiąc: za tydzień jadę na reko­ne­sans do Niemiec. Posta­ramy się tam uciec z mą lubą, zasi­la­jąc drenaż mózgów. A po nas choćby potop.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Dzięki wielkie za to spoj­rze­nie. Swoją drogą, czytałem ostatnio jakiś artykuł, w którym ano­ni­mowo wypo­wia­dali się młodzi, aspi­ru­jący naukowcy. Naj­bar­dziej bolały mnie donie­sie­nia o zgar­nia­nie przez pro­fe­so­rów pie­nię­dzy za pracę wyko­ny­waną przez dok­to­ran­tów oraz przy­pi­sy­wa­nie sobie ich osią­gnięć. Widać pato­lo­gia prze­żarła ten system bardzo głęboko.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • ilmryn

    Zgadzam się! ten schemat można przy­pi­sać prak­tycz­nie każdej uczelni Pań­stwo­wej, nie mniej jednak kiedy po trzech latach „nie­do­wie­rza­nia” prze­nio­słem się na prywatną sytuacja się zmieniła. Płacisz wymagasz… W sumie też zależy od uczelni, moje doświad­cze­nia są pozy­tywne!
    Aktualny system edu­ka­cyjny jest jak wirus, naj­bar­dziej prze­ra­ża­jące jest to, że dalej się repli­kuje! A lekar­stwa brak.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Gr

    Jeśli chodzi o wykła­dow­ców wbi­ja­ją­cych wzrok w swoje stopy i ewi­dent­nie bojących się stu­den­tów, to spo­tka­łem takich kilku na wydziale fizyki. Ale tam to byli niemal sami “ory­gi­nalni” (eks­cen­tryczni?) wykła­dowcy. Ale akurat tego, czy wykła­dowca w wolnym czasie czytuje cza­so­pi­sma o magii, UFO czy o budowie okrętów trans­atlan­tyc­kich to chyba nie ma więk­szego zna­cze­nia dla jakości wykładu? Wła­ści­wie to nawet lepiej mieć wykła­dowcę z sze­ro­kimi hory­zon­tami?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ufoludek

      Z sze­ro­kimi? Oj chyba w złym miejscu to napi­sa­łeś 😛

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Gdyby chodziło tylko o eks­cen­tryzm, nie narze­kał­bym. Jak pisał Smo­lu­chow­ski: każdy uczony jest w mniej­szym bądź większym stopniu dzi­wa­kiem. Wszystko ma jednak swoje granice, a ja chciał­bym chociaż móc wymienić kilka zdań z pro­fe­so­rem jak z nor­mal­nym czło­wie­kiem.

      “lepiej mieć wykła­dowcę z sze­ro­kimi hory­zon­tami?”

      Wybacz, ironia do mnie nie dotarła.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • slej

    Długo mnie nie było ponieważ nie posiadam zbyt wiele wolnego czasu i skupiłem się na
    innych zagad­nie­niach. Przyznam że nie doczy­ta­łem bloga do końca ale gorzkie żale były za długie jak na mnie. Co do tego bloga to ludzie już tacy są za młodu gdy są na dole to im się nie podoba i się buntują, po czym za 20 lat gdy siedzą sobie na wygodnym stołku to się dziwią czemu młodzi się buntują. Widzę ciebie za
    20 lat na poważnym sta­no­wi­sku obu­rzo­nego na młodego studenta ponieważ go kry­ty­kuje. Chciał­bym cię zapytać czy może skon­sul­to­wa­łeś moje pomysły z kimś z góry. Ja niestety po dyskusji z trzy­dzie­stoma pro­fe­so­rami tylko od dwóch usły­sza­łem że to nie ich dzie­dzina i życzą mi powo­dze­nia no i dwóch innych
    stwier­dziło że należało by prze­pro­wa­dzić eks­pe­ry­menty. Ale jak to na wielkie auto­ry­tety przy­stało żadnego konkretu nie usły­sza­łem i wszyscy robią to co potrafią naj­le­piej milczą. Myślałem że jak zadam mądre pytanie mądrym ludziom to usłyszę mądrą odpo­wiedź no a jak nie będą umieć odpo­wie­dzieć to to sprawdzą.
    No niestety to tak nie działa wśród Fizyków.

    Następna moja
    inter­pre­ta­cja na którą nikt nie chce odpo­wie­dzieć

    Zasada nie­okre­ślo­no­ści opiera się na Szeregu Fouriera. Czyli badając foton elek­tro­nem lub elektron fotonem nie można z dokład­no­ścią wyzna­czyć jed­no­cze­śnie poło­że­nia i pędu cząstki badanej, ponieważ ich wła­ści­wo­ści falowe prowadzą do trans­for­maty Fouriera. Jednak co się stanie gdy nie badamy elek­tronu lub fotonu. Nie istnieje wówczas trans­for­mata Fouriera ponieważ nie ma nało­że­nia się dwóch fal.

    Kon­se­kwen­cje: To eks­pe­ry­ment jest powodem nie­okre­ślo­no­ści która to znika gdy eks­pe­ry­mentu nie ma.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Wonsz

    Niech zgadnę: Uni­wer­sy­tet Śląski w Kato­wi­cach? 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://tabletoid.pl Marcin

    Skoro jest okazja to pochwalę się jak to wyglą­dało na jednym z moich kie­run­ków (filo­lo­gia polska UAM):
    — Pani Doktor, która cały wykład przez rok pro­wa­dziła na bazie jednego pod­ręcz­nika, prze­pi­su­jąc treści na pre­zen­ta­cje. Wszystko: tabelki, kate­go­ry­za­cje, defi­ni­cje. W przy­padku pytań stu­den­tów sama nie wie­działa jak wyjaśnić przed­sta­wiane zagad­nie­nia.
    — Inna Pani Doktor, która pro­wa­dziła zajęcia dot. komu­ni­ka­cji, per­swa­zji, mani­pu­la­cji etc. i nigdy nie słyszała o eks­pe­ry­men­cie Milgrama.
    — Inny pro­wa­dzący, z których wywodów wynikało, że dosta­wali zajęcia do pro­wa­dze­nia zupełnie przy­pad­kiem. Nawet sami nie wyka­zy­wali zain­te­re­so­wa­nia tematem. 

    Dla rów­no­wagi muszę dodać, że sporo było na wydziale również dosko­na­łych wykła­dow­ców, którzy mieli zarówno pasję, wiedzę, jak i poważne podej­ście do tematu. Jednak rzecz w tym, że wymie­nione sytuacje nigdy nie powinny mieć miejsca.

    Ale to i tak nic w porów­na­niu z nie­któ­rymi wykła­dow­cami poznań­skiego UP, którzy odwołują zajęcia, gdy komputer nie działa i nie mogą czytać z pre­zen­ta­cji…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Mikołaj

    I dlatego aplikuję na studia w USA.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0