Każdy kto miał, choćby krótkotrwałą styczność, z polskim szkolnictwem wyższym, może długo i soczyście rozprawiać na temat jego wstydliwych problemów. Najbardziej uwierającym, przynajmniej mnie jako studenta a niedługo absolwenta takiej placówki, jest wszechobecne i narastające z każdym nadchodzącym semestrem poczucie fikcji. 

Na pierwszy ogień weźmy wszelkie zajęcia “do wyboru” (wybór również jest ilu­zo­ryczny): kon­wer­sa­to­ria, mono­grafy tudzież przed­mioty wykształ­ce­nia ogólnego. Dzięki tej szczyt­nej w zało­że­niu idei, każdy łaknący nie­ogra­ni­czo­nych pokładów wiedzy student, poza ścisłą ścieżką edu­ka­cyjną, ma szansę na nie­skrę­po­wane posze­rza­nie hory­zon­tów. W ten sposób, zafa­scy­no­wany prawem kon­sty­tu­cyj­nym mło­dzie­niec, może z radością wysłu­chi­wać wykładów poświę­co­nych np. mul­ti­cen­trycz­no­ści pol­skiego ustroju. Zaś szanowny profesor cieszy się, wiedząc, że jego spe­cjal­ność budzi zain­te­re­so­wa­nie i pomaga wychować nowe poko­le­nia kon­sty­tu­cjo­na­li­stów.
Ta cudowna utopia leży zakopana w trumnie z wielkim napisem USOS na wieku. W praktyce, pierw­szym kry­te­rium dla studenta mającego obo­wią­zek odbęb­nie­nia usta­lo­nej liczby zajęć, pozo­staje plan. Drugim, rze­czy­wi­ście mogłyby się okazać względy mery­to­ryczne, tyle że naj­lep­sze kąski zostają zajęte w ciągu 2 minut od otwo­rze­nia reje­stra­cji na zasadzie “kto pierwszy ten lepszy”. Dosłow­nie tyle czasu wystar­czy aby do naj­cie­kaw­szych grup zare­je­stro­wał się komplet 25 chętnych. Cała reszta nie­szczę­śni­ków, którym nie dopisało łącze, musi wybierać spośród pozo­sta­łych ochłapów. Co z tego, że połowa z ofe­ro­wa­nych tematów nikogo nie inte­re­suje lub jest pro­wa­dzona przez miernych dydak­ty­ków, których każdy rozsądny człowiek omija z daleka? Prędzej czy później i tak trafimy na pana doktora, sie­dzą­cego przez 90 minut z wzrokiem wbitym w blat biurka i od nie­chce­nia refe­ru­ją­cego jakieś zagad­nie­nie. Co naj­lep­sze, jego zajęcia rok w rok będą się cieszyć nikłą popu­lar­no­ścią, ale ani jemu samemu ani władzom Wydziału, nie przyj­dzie do głowy aby wstawić w to miejsce coś bardziej inte­re­su­ją­cego. Bo liczba godzin musi się zgadzać. 

Szczę­ście w nie­szczę­ściu, a może nie­szczę­ście w nie­szczę­ściu, że przebieg samych zajęć zazwy­czaj również nie licuje z aka­de­micką powagą. Rzecz zada­wa­łoby się nie do przy­ję­cia na studiach – oparcie się przez pro­wa­dzą­cego na zle­co­nych refe­ra­tach – to często wyko­rzy­sty­wana, naj­wy­god­niej­sza dla obu stron opcja. Jeszcze większą parodię wpro­wa­dziły ostatnie zmiany (nie wiem czy ogól­no­pol­skie czy tylko lokalne), naka­zu­jące każdy cykl wykładów kończyć for­mal­nym egza­mi­nem. O ile w przy­padku przed­mio­tów obli­ga­to­ryj­nych to logiczna koniecz­ność, o tyle przy mono­gra­fach pro­fe­so­ro­wie grzecz­nie odgry­wają swoją rolę tworząc wymagane pozory. W ten sposób jeden pro­wa­dzący prosi stu­den­tów o przy­nie­sie­nie odręcz­nych refe­ra­tów, które w razie potrzeby może przed­sta­wić jako spraw­dzian wia­do­mo­ści; drugi wychodzi podczas egzaminu z sali; a trzeci wcze­śniej podaje “mogące” się trafić pytania wraz z odpo­wie­dziami. Tak się tylko zasta­na­wiam, w jaki sposób nowy system ma uzdra­wiać sytuację? Wcze­śniej profesor wysta­wiał zali­cze­nia bacząc “jedynie” na fre­kwen­cję, ale moim zdaniem nie było to wcale naj­gor­sze roz­wią­za­nie. Chcąc nie chcąc, będąc regu­lar­nie obecnym na auli, coś w głowie zosta­wało. Obecnie można nie uczęsz­czać na wykłady cały rok, a na koniec roz­wią­zać kome­diancki test i otrzymać piątkę z przed­miotu znanego tylko z nazwy (a i to nie zawsze). Jak zwykle papiery i formalna fikcja prze­wa­żyły nad zdrowym roz­sąd­kiem.
Pozory sięgają jeszcze głębiej, o czym mogło się prze­ko­nać wielu z was, jeżeli posia­da­cie stopień licen­cjata lub magistra. Nie raz i nie dwa docho­dziły mych uszu historie zna­jo­mych twier­dzą­cych, że ich prace dyplo­mowe naj­zwy­czaj­niej nie zostały przez nikogo prze­czy­tane. Kole­żance promotor zazna­czył w tekście kilka błędów – autorka ich nie popra­wiła, ale w osta­tecz­nej wersji nikt owych omyłek nie zauważył. Jedna z pro­fe­so­rek potra­fiła znowuż pod­rzu­cić swojej pod­opiecz­nej “magi­sterkę” starszej kole­żanki na bliź­nia­czy temat, aby ta mogła poszukać “inspi­ra­cji”. O obronie wspo­mi­nać nie muszę, bowiem jej czysto formalny cha­rak­ter stał się już niemalże tradycją.

Fikcja to stały element kra­jo­brazu polskiej nauki. Dotyczy wszyst­kiego: zajęć, prac pisem­nych, egza­mi­nów, sty­pen­diów i coraz częściej samych dyplomów. Wszystko dla budo­wa­nia iluzji prestiżu i poziomu kształ­ce­nia na rodzi­mych uczel­niach. Naj­za­baw­niej­sze jest to, że każdy – od szarego studenta do jego magni­fi­cen­cji rektora – dosko­nale tę ułudę zna i bez skru­pu­łów, stale ją wzmacnia.

Przed waszymi wydzia­łami również maluje się trawę na zielono? Może znacie inne przy­kłady wpro­wa­dza­nia aka­de­mic­kich fikcji? 
  • http://www.liduk.pl/ Michał

    Zgadzam się. Sam po pierw­szym roz­cza­ro­wa­niu przy wyborze kon­wer­sa­to­rium (inte­re­su­jące z nazwy, ale fatalnie pro­wa­dzone przez doktora z wielkim ego), szedłem już później zazwy­czaj na łatwiznę.

    Tak to już jest kiedy bardziej od efektów liczą się sta­ty­styki. Pry­wa­ty­za­cja i owszem — może mieć pewne nega­tywne kon­se­kwen­cje w stosunku do obecnego systemu, ale jestem zdania, że są one bardzo nie­znaczne, jeśli zestawić je z kie­run­kiem, w którym zmie­rzają uczelnie wyższe.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Kronos

      Ja przez całe studia dostałem się tylko na jeden(!) konwers który rze­czy­wi­ście mnie inte­re­so­wał. Spośród chyba siedmiu jakie zrobiłem, sześć w zasadzie prze­spa­łem. Zresztą nie tylko ja, bo zajęcia te tylko do tego się nadawały. Żadnych cie­ka­wych dyskusji, zadań, tylko referaty i odbęb­nia­nie usta­lo­nego planu.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Czemu jak wchodzę na kwantowo.pl to ma “kwantowo.pl
    Domena jest utrzy­my­wana na ser­we­rach nazwa.pl” I nic więcej? Jak wszedłem poprzez link do tego artykułu z FB, to działa nor­mal­nie.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Prze­pra­szam za te utrud­nie­nia: po prostu od jakiegoś czasu nie można się dostać przez domenę bez wpi­sy­wa­nia “www”. Mam nadzieję, że w przy­szło­ści zdołam to poprawić.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Zgadzam się. Jestem absol­wen­tem studiow tech­nicz­nych z tytulem mgr inż., z dwóch różnych uczelni. Inż. na PWSZ, mgr na poli­tech­nice. (Kierunki mecha­nika i budowa maszyn) I można powie­dziec jedno — obecne studia to jedna wielka ściema, Cześć przed­mio­tów za obecność, czasami z góry 3 do indeksu — jak ktos chce wicej to prosze jakis referat. Wycho­dze­nie z sali, czytanie gazet itp itd podczas egzaminu to norma. Choc zdarzaja sie pro­fe­so­ro­wie, ktorzy swoja uwaga podczas egzaminu i losowemu oce­nia­niu prac 🙂 zmuszaja studenta do zacho­wa­nia wiedzy z przed­miotu. Strasz­nie fru­stru­jaca sprawa, ale efekt tego jest taki, ze fak­tycz­nie cos tej wiedzy zostaje. Nie zgadzam sie z tym poste­po­wa­niem jednak, bo wolalbym po prostu zajecia, ktore sa pro­wa­dzone przez inte­li­gent­nych ludzi, ktorzy ciekaiwe potrafia przed­sta­wic wiedze.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Oj znamy, znamy… Jestem na VI seme­strze studiów zaocz­nych i coś tak czuję, że rozprawę dok­tor­ską mógłbym napisać na temat mier­no­ści poziomu naucza­nia przy­szłych magi­strów. W skrócie — studia nie nauczyły mnie nic ponad to, co jako 35-latek znam z doświad­cze­nia. Wręcz nie­któ­rych wykła­dow­ców sam mógłbym wiele nauczyć. Nie wiem czy nie taniej wyszłoby mi kupienie dyplomu na bazarze Różyc­kiego a w sumie wart byłby on tyle samo — papier jest papier.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Trudno się nie zgodzić z autorem co do całości.
    Myślę jednak, że wiele zależy od samego studenta. Nie wszyst­kie kursy są ciekawe, ale chyba są takie do których nale­ża­łoby się przy­ło­żyć troszkę bardziej z własnej ini­cja­tywy!? Nie każdy wykła­dowca ma dar prze­ka­zy­wa­nia wiedzy, którą często posiada bardzo dużą. Inna kwestia, że nie powinien wtedy pro­wa­dzić zajęć.
    Uważam, że naj­waż­niej­szą kwestią jest jednak ilość przyj­mo­wa­nych stu­den­tów. Zbyt duża ilość. Wielu idzie “dla papieru”, ale są też tacy, którzy chcą się czegoś nauczyć. Ci pierwsi papier dostaną na zasadzie omijania nauki wszyst­kimi moż­li­wymi spo­so­bami (zazwy­czaj mają ze studiów dobre zna­jo­mo­ści, które później pro­cen­tują). Ci drudzy osiągną cel, choć mogą być odrobinę znie­sma­czeni i roz­cza­ro­wani. Nie mnie oceniać kto lepszy, a kto gorszy. Osta­tecz­nie obie grupy osiągają to co sobie założyły.
    Pomysł zapisów uważam za poro­niony. Tym bardziej, że miejsca się dosłow­nie roz­pły­wają. Roz­wią­za­nie: zwolnić gościa, którego wykłady nie cieszą się popu­lar­no­ścią a dać kasę temu, który stu­den­tów zacie­ka­wia i zwięk­szyć grupy.
    Oceny za obecność … u mnie było to rzad­ko­ścią. Nie uważam tego za dobry pomysł, ale z drugiej strony przy nie­któ­rych nic nie wno­szą­cych kursach, które muszą być bo tak program mówi … dlaczego nie.
    Prace inżynierskie/licencjackie/magisterskie … można się dużo nauczyć jeśli ktoś pisze je sam. W innym wypadku w zasadzie nie powinien przejść obrony.
    Temat jest pojemny i można by pisać i pisać … może kiedyś coś się zmieni, ale wymaga to zmiany podej­ścia wszyst­kich … mini­ster­stwa, uczelni, wykła­dow­ców, stu­den­tów:)

    Pozdra­wiam
    Magda

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/03731286275157855536 Przemek Bądaruk

    “Socja­lizm jest to ustrój w którym boha­ter­sko pokonuje się trud­no­ści nieznane w żadnym innym ustroju”- powie­dział kiedyś sp. S.Kisielewski. W Polsce nie ma problemu z naucze­niem wyższym lecz z Mini­ster­stwem Edukacji. Nasza młodzież jest b.zdolna ale wpadając w ten system niszczy się. Przykład: obo­wią­zek nauki do 18 roku życia. Jeśli ktoś ambitny i zdolny pójdzie do gim­na­zjum i trafi tam na bydło, które jest zmuszane do nauki to często zniża się do poziomu swoich kolegów. Mądremu jest łatwiej zbliżyć do poziomu głupka bo głupek nie może zmienić stopnia. Idąc dalej studia to dzisiaj parking dla bez­ro­bot­nych i pokuszę się o takie stwier­dze­nie, że na studia idą karierowicze(nie naukowi tylko admi­ni­stra­cyjni). Zaob­ser­wuj­cie jak dziś postrze­gany jest student.Jako elita, kadra kie­row­ni­cza czy jako leń , nic nie­ro­biący menel? Wg google to drugie(pierwsza pro­po­zy­cja). Później “studenci” z nie­wy­win­do­waną wiedzą dostają tytuły(czyli papierki) i czują się jakby pozja­dali wszyst­kie rozumy . Jak już otrzy­mali tytuły to my ze swoich podatków musimy ich utrzy­my­wać w myśl zasady “czy się robi czy się leży 2 stówy się należy”, zero odpo­wie­dzial­no­ści i tak my ich musimy utrzy­my­wać. Podam roz­wią­za­nie powyż­szych pro­ble­mów. LIKWIDACJA MINISTERSTWA EDUKACJI. Część ludzi ma błędne prze­ko­na­nia, że nikogo nie bd stać na edukacje(teraz nas stać na utrzy­my­wa­nie mor­der­ców, gwał­ci­cieli oraz 0.5mln urzęd­ni­ków) oraz że państwo musi trzymać rękę na edukacji. Otóż nie, podam przykład naj­lep­szy uni­wer­sy­tet na świecie. “Trzeci raz z rzędu wygrał Caltech (Cali­for­nia Insti­tute of Tech­no­logy), mała prywatna uczelnia z Pasadeny, która ma zaledwie 2,3 tys. stu­den­tów i 300 wykła­dow­ców”. Jeśli uczelnia jest prywatna to klient płaci więc wymaga , nato­miast w Polsce tylko płacisz a urzęd­nicy już lepiej wiedzą co jest dla Ciebie dobre. Pre­ten­sje autora są sumą wypad­kową całej biu­ro­kra­tycz­nej otoczki wokół Mini­ster­stwa Edukacji. Przy­po­mi­nam, że Mikołaj Kopernik oraz Maria Skła­dow­ska-Curie odnosili sukces bez mini­ster­stwa.
    Prze­pra­szam, że tak dużo ale mam nadzieję naświe­tli­łem ten problem z innej strony.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      W swoich roz­wa­ża­niach się­gną­łeś znacznie dalej niż ja zamie­rza­łem. W tekście chciałem się skupić na bardziej przy­ziem­nych grze­chach, IMO moż­li­wych do napra­wie­nia niemal od razu. 

      Co do Twojego zamysłu, choć na ogół kibicuję wszel­kiej pry­wa­ty­za­cji, to jednak w sferze edukacji bym się wstrzy­mał. Wszakże uczelnie prywatne funk­cjo­nują i w znacznej więk­szo­ści pre­zen­tują poziom jeszcze niższy od miernych placówek publicz­nych. Nawet gdybyśmy się chcieli na nich oprzeć, nie obyłoby się bez kontroli państwa, bo przy polskiej men­tal­no­ści kwestie zysku zepchnę­łyby na daleki plan poziom edukacji.

      Przykład ame­ry­kań­skich uczelni niestety nie ma żadnego prze­ło­że­nia i nie ma sensu go przy­wo­ły­wać. Przede wszyst­kim Ame­ry­ka­nów stać aby z pry­wat­nego kapitału finan­so­wać naukę i to naukę na naj­wyż­szym poziomie, ale nawet tam mamy do czy­nie­nia z part­ner­stwem publiczno-pry­wat­nym. Nie można również zapo­mi­nać, że poza legen­dami jak MIT czy Caltech, w USA również istnieje pato­lo­gia i setka uczelni, o których wstyd wspo­mi­nać.

      Uczelnie pań­stwowe jak naj­bar­dziej mają rację bytu i mogą z nimi kon­ku­ro­wać, czego przy­kła­dem są Oxford, Cam­bridge i liczne uczelnie nie­miec­kie. Uważam nawet, że w obecnym systemie mogli­by­śmy wyho­do­wać naprawdę rewe­la­cyjne placówki — potrzeba jednak wyraź­nego sygnału z góry i zakoń­cze­nia finan­so­wa­nia typu “więcej stu­den­tów, większa dotacja”.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/03731286275157855536 Przemek Bądaruk

      Z tego co wiem to w Polsce nie ma praw­dzi­wych pry­wat­nych uczelni. Program narzu­cany jest odgórnie i również istnieje cała biu­ro­kra­tyczna otoczka(matura itp.). W naszym kraju istnieją płatne, kon­tro­lo­wane przez państwo w każdym calu uczelnie(mylnie nazywane pry­wat­nymi) oraz darmowe pań­stwowe uni­wer­sy­tety. Więc jak widać w Polsce nie ma za dużego wyboru.
      Zysk jest b. dobrym napędem więc nie za bardzo rozumiem pre­ten­sji jak widzę oponenta:). Cała dzi­siej­sza kom­pu­te­ry­za­cja życia jest sprawą marzeń za sukcesem , dużymi pie­niędzmi p.Gates’a i jemu podob­nych. “Ręka rękę myje”. Jeśli chcesz zarobić musisz dać dobry i tani towar kon­su­men­towi. Nie inaczej bd ze spry­wa­ty­zo­wa­nymi uczel­niami, które muszą na siebie zarabiać poprzez porządne badania, two­rze­nie inno­wa­cyj­nych towarów lub przez atrak­cyjne prze­ka­zy­wa­nie wiedzy. stu­den­towi a nie poprzez żebranie u Mini­ster­stwa Edukacji czy UE.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/04462980978029983637 Tomasz Miśków

      Musisz pamiętać, że jednak uczelnie zawsze w jakimś stopniu zależne od państwa. Przecież po ukoń­cze­niu medycyny czy prawa (a kon­kret­niej apli­ka­cji) otrzy­mu­jesz upraw­nie­nia do wyko­ny­wa­nia zawodów, w których państwo bierze za ciebie odpo­wie­dzial­ność, ergo ma prawo wymagać od ciebie kon­kret­nych umie­jęt­no­ści.

      A propos ame­ry­kań­skich pry­wat­nych uczelni, to jak napisał …AAA…, coś takiego obecnie w Polsce nie wyjdzie. Z tego co wiem, te uni­wer­sy­tety są finan­so­wa­nego także przez współ­pra­cu­jące prywatne firmy i miliar­de­rów posy­ła­ją­cych tam swoje dzieci. A obu tych źródeł na razie w Polsce brakuje.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/02360963065007021231 Kuba

      Ameryka i Europa dia­me­tral­nie różnią się pod względem filan­tro­pii. W Stanach normalną rzeczą jest to, że uczelnia stara się utrzy­my­wać kontakty z absol­wen­tami, a absol­wenci dumni są ze swoich osiągów i wspo­ma­ga­nia alma mater. Sprawę tą wspa­niale zilu­stro­wano w książce “The Bil­lio­na­ire Who Wasn’t: How Chuck Feeney Made and Gave Away a Fortune Without Anyone Knowing”. Czego by nie powie­dzieć o śmier­dzą­cym ame­ry­kań­skim kapi­ta­liź­mie, to zdaje mi się, że w Europie plu­to­kraci raczej inte­re­sują się tylko końcem własnego nosa. Pie­nią­dze są, tylko ci co je mają, nie inte­re­sują się zbytnio edukacją.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/15333996982091072806 Melavien

    Fikcja to jest u mnie na zaję­ciach z Animacji i Montażu. Nie dośćże facet nie tłumaczy nam programu, który jest trud­niej­szy niż cała reszta pakietu Adobe razem wzięta to jeszcze mamy robić sami animacje. Coś więcej? Proszę bardzo — zajęcia o wspa­nia­łej nazwie “Pra­cow­nia działań mul­ti­gra­ficz­nych” — potrzebne jak zającowi dzwonek. Zresztą więk­szość przed­mio­tów u mnie jest pro­wa­dzona przez wykła­dow­ców, którzy mózgiem zostali w poprzed­nim ustroju i jego trendach gra­ficz­nych.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/00996946788849053689 Amdarel

    To, że poziom naszych studiów jest mizerny to niestety prawda. Ale dopóki nie ogra­ni­czy się ilości stu­den­tów na kie­run­kach i nie zmieni zasad finan­so­wa­nia z bzdur­nego “od studenta”, to nic się nie zmieni. Podczas studiów zdarzały się sytuacje, gdzie wykła­dowca oblewał 3/4 roku i co? W przy­padku lepszych kie­run­ków, dawał terminów poprawy idąc w myśl zasad — niech się głąby w końcu nauczą, bo chce min. poziom trzymać i wolę ich egza­mi­no­wać do skutku, albo (w przy­padku gorszych, gdzie studenci potra­fili być nieco bardziej bez­czelni) leciały skargi do wyższej instan­cji i Pan doktor dostawał opieprz, że jest za bardzo wyma­ga­jący i uczelni stu­den­tów (czyt. pie­niążki) wystra­szy. Tym sposobem moje 3+ z makro­eko­no­mii w pierw­szym terminie magicz­nie awan­so­wało na 4+. Po to by połowie roku można było ledwo zaliczyć na te 3. 

    Nie zaprze­czę jednak, że po pierw­szym roku prze­sta­łem chodzić na wykłady. Więk­szość z nich uzna­wa­łem za (niestety) stratę czasu, a przy 2 kie­run­kach, kole naukowym i dzia­łal­no­ści przy NGO nie chciało mi się przy­cho­dzić np. na 17 (ćwi­cze­nia kończąc danego dnia np. o 13). Mimo to, nie miałem prawie nigdy problemu z zali­cza­niem. Sytuacje gdy na egzamin wymaga się magicz­nych 50 stron notatek czy skryptu, bo więcej ludzie nie opanują, są bardzo częste. Trudno na poważnie przej­mo­wać się więc egza­mi­nem, do którego materiał da się przy­swoić w 2–3 godziny (nie liczę tu przed­mio­tów mate­ma­tycz­nych lub infor­ma­tycz­nych, bo tu chodząc regu­lar­nie na ćwi­cze­nia da się opanować trudny materiał ucząc się mimo­cho­dem regu­lar­nie).

    Prace licen­cjac­kie — obrona to pikuś. Nie­po­trzeb­nie się stre­so­wa­łem. Samą pracę napi­sa­łem w 3–4 weekendy a i tak moja pro­mo­torka stwier­dziła, że jest ona naj­bar­dziej inte­re­su­jącą jaką w tym roku czytała. Bo pisałem o tematyce, która mnie inte­re­so­wała i w której miałem już zaczy­na­jąc pisać jako — taką wiedzę. Więk­szość prac to “kopiuj-wklej-przestaw nieco zwroty by się program anty-pla­gia­towy nie przy­cze­pił”

    Amdarel

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Czołem! Na wstępie — świetny blog. A teraz do rzeczy. Mam nie­wąt­pliwą przy­jem­ność stu­dio­wać filo­zo­fię na UJ. Zdaję sobie sprawę, że sytuacja, którą opisałeś, jest powszechna na więk­szo­ści polskich wydzia­łów, na szczę­ście nie u mnie.
    1. Przed­mio­tów obo­wiąz­ko­wych jest niewiele, więk­szość to ogólne podstawy z różnych dziedzin filo­zo­fii na pierw­szych dwóch latach (rok pierwszy: wstęp do filo­zo­fii, historia filo­zo­fii sta­ro­żyt­nej, h.f. śre­dnio­wiecz­nej, etyka, estetyka, filo­zo­fia spo­łeczna, logika z ele­men­tami teorii mnogości; rok drugi: h.f. nowo­żyt­nej, onto­lo­gia, epi­ste­mo­lo­gia). Ponadto więk­szość z nich dostępna jest w dwóch opcjach, u dwóch różnych wykła­dow­ców o odmien­nych stylach. Cała reszta to masa przed­mio­tów do wyboru z naj­róż­niej­szych dziedzin — od logiki mate­ma­tycz­nej po filo­zo­fię kultury. Pula tych przed­mio­tów wynosi ponad 150 pozycji, kursy są uru­cha­miane nawet dla 5 stu­den­tów.
    2. Być może dzięki takiej ilości opcji nie ma więk­szego problemu z zapi­sa­niem się na pożądane kursy. Nawet jeśli stu­den­towi nie uda się dopisać do listy z powodu braku miejsc, naj­pew­niej uda mu się na kolej­nych latach.
    3. Świetnie jest roz­wi­nięta komu­ni­ka­cja pro­wa­dzący-student, po pierwsze dzięki auten­tycz­nej pasji wykła­dow­ców oraz stu­den­tów (70% nie mających ochoty stu­dio­wać odpada po pierw­szym roku), po drugie dzięki małej ilości osób na kursach. Dyskusje ciągną się czasem nawet godzinę po zaję­ciach.
    4. Wciąż ruszają nowe kursy odpo­wia­da­jące zain­te­re­so­wa­niom pro­wa­dzą­cych i stu­den­tów, rzadko spo­ty­kana jest też sytuacja, że profesor klepie ten sam wykład przez 20 lat, raczej zmienia program, by uniknąć znużenia i wciąż nauczać z pasją. Popu­larne są też tzw. kursy kroczące — uru­cha­miane co roku ze zmie­nia­nym wciąż pro­gra­mem. Można na taki chodzić i trzy lata z rzędu, by dogłęb­nie zazna­jo­mić się z tematem.

    Wydział oczy­wi­ście nie jest pozba­wiony wad, ale niech nie prze­sło­nią nam one zalet 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0