Pomysł ze zbu­do­wa­niem stacji orbi­tal­nej nie wypalił, więc poszu­ka­łem innego wyzwania. W ten sposób skie­ro­wa­łem swoje ambicje ku naj­bliż­szemu Ker­bi­nowi ciału nie­bie­skiemu — pierw­szemu spośród dwóch natu­ral­nych sate­li­tów planety — Munowi.

Poprzedni odcinek: Kerbal leci w kosmos.


Zamiast od razu ryzy­ko­wać życiem nie­win­nych kerbali, posta­no­wi­łem dla klimatu prze­trzeć dla nich szlak, wysy­ła­jąc najpierw maszynę. Jak widać na załą­czo­nej ilu­stra­cji, pierwszy łazik mojego autor­stwa pre­zen­to­wał się raczej skromnie skromnie.


Znacznie więcej pro­ble­mów przy­spo­rzyło skon­stru­owa­nie rakiety nośnej, zdolnej do lotu na naj­bliż­szy księżyc…


Po fiasku testów rakiet z serii Damal­gnuna (będących de facto powięk­szoną wersją Hubi­sza­gów), zacząłem pro­jek­to­wać od zera. Owocem tej pracy był zgrabny Iszkar I.


Trop był dobry. Maszyna okazała się bez­a­wa­ryjna i wzniosła się na orbitę, jednak nie do dalszego lotu potrzeba było czegoś więcej.


Dla zwięk­sze­nia ciągu w Iszkar II zamie­ni­łem silniki na paliwo stałe, na naj­więk­sze dostępne silniki napę­dzane paliwem ciekłym. Górne elementy kon­struk­cji, wraz z lądow­ni­kiem pozo­stały bez zmian.


Misja prze­bie­gała bez zarzutu, jednak już na orbicie wiadomo było, że nie wystar­czy zapasów paliwa.


Lepiej pominę żenujące próby z Iszkar III (dobrze, że gra nie prze­wi­duje ogra­ni­czo­nego budżetu) i przejdę od razu do “czwórki”. Tym razem pod­ra­so­wa­łem dodat­kowo środkowy segment rakiety, wsta­wia­jąc większe zbior­niki i silniki paliwa ciekłego.


Bingo!


Iszkar IV był na tę chwilę naj­bar­dziej odda­lo­nym od Kerbinu dziełem ker­bal­skich rąk.


Pierwsze lądo­wa­nie to nie­zwy­kle emo­cjo­nu­jący moment. Mun do złu­dze­nia przy­po­mina nasz Księżyc — brakuje atmos­fery, a gra­wi­ta­cja jest bardzo deli­katna. W związku z tym o żadnych spa­do­chro­nach nie ma mowy, a sam upadek trzeba cier­pli­wie spo­wal­niać sil­ni­kami.


Lądownik pozwolił mi na wyha­mo­wa­nie, lecz nie na tyle aby go w całości posadzić na srebrnym globie. Aby uratować wyprawę, odcze­pi­łem łazik półtora kilo­me­tra nad powierzch­nią. Był na tyle lekki, że mogłem nim wylą­do­wać przy pomocy samego systemu RCS. Reszta maszyny rozbiła się kilka kilo­me­trów dalej. I tak nie zamie­rza­łem wracać.


Jutro za łazikiem podąży kerbal.
  • Pan Kerman

    Leć na Dune! Sam się z tym męczyłem ładnych kil­ka­na­ście godzin ale satys­fak­cja była niemała ;).

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0