Nauka nieustannie się rozwija, a wraz z nią spojrzenie ludzi na wszechświat i samych siebie. Podobnie jak w przypadku ewolucji biologicznej, mamy do czynienia z niepohamowanym procesem – niby ukierunkowanym ale bez wyznaczonego celu. Pomyślałem jednak, że pewne odkrycia, jeżeli nastąpią, będą czymś więcej niż tylko kolejnym krokiem naprzód. Dojście do nich, w pewnym sensie zapoczątkowałoby nową erę, bądź jeżeli wolicie triumf nauki.

Tekst ma charakter futurologiczny, toteż nie skupiałem się nadto nad istotą żadnego z zagadnień, poprzestając na ogólnym zarysie.

Poskromienie entropii

Entropia musi wzrastać. Wszystko wokół nas nisz­czeje, dąży do nie­po­rządku, stanu o jak naj­niż­szej energii. Aby zwięk­szyć upo­rząd­ko­wa­nie jakiegoś układu zawsze trzeba wykonać pewną pracę, a ta powoduje zużycie energii i wzrost entropii w innym układzie. Jeżeli chcecie prze­ko­nać się jak to działa, to spró­buj­cie złożyć w całość rozbity talerz. Zaręczam, iż kawałki nigdy same się nie połączą, a ich szukanie i powtórne spojenie wymaga sporego wysiłku i sku­pie­nia. W każdym razie znacznie więk­szego niż rozbicie naczynia.

Entropia wynika z drugiej zasady ter­mo­dy­na­miki, a ta obejmuje cały wszech­świat jak i wszyst­kie zawarte w nim elementy. Czy da się ją pokonać? W opo­wia­da­niu “Ostatnie Życzenie” Isaaca Asimova, to pytanie zadają sobie kolejne poko­le­nia ludzkie, aż do kresu ist­nie­nia. Niestety zgodnie z wizją mistrza science-fiction, nawet naj­bar­dziej złożony komputer będzie zdolny jedynie do lako­nicz­nego stwier­dze­nia: Brak wystar­cza­ją­cych danych, do udzie­le­nia jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi. Możemy na krótką metę, wytężoną pracą powstrzy­my­wać wzrost entropii, ale jedynie na poziomie lokalnym, kosztem innego układu. To bardzo smutna wia­do­mość z co najmniej dwóch powodów. Pierw­szym jest jedna z teorii końca wszech­świata, znana pod nazwą wiel­kiego chłodu. Jeżeli uznamy kosmos za układ zamknięty, który będzie się roz­sze­rzał w nie­skoń­czo­ność, po bilio­nach lat dojdzie do jego śmierci cieplnej – momentu, w którym energia osiągnie naj­niż­szy pułap i nie będzie możliwe nawet prze­sła­nie infor­ma­cji.

Drugim powodem jest to, iż druga zasada ter­mo­dy­na­miki unie­moż­li­wia skon­stru­owa­nie maszyny mogącej pracować wiecz­ność, wytwa­rza­jąc więcej energii niż zużywa, bądź zamie­nia­ją­cej 100% energii na pracę, bez żadnych strat. Marzenie o per­pe­tuum mobile towa­rzy­szy nam od bardzo dawna, jednak już w rene­san­sie zauwa­żono, że jest raczej nie­re­alne. Mimo to, poja­wiali się w następ­nym wieku hochsz­ta­ple­rzy pró­bu­jący różnymi sztucz­kami stworzyć pozory per­pe­tuum mobile. Naj­czę­ściej ich urzą­dze­nia nie były zdolne do prak­tycz­nego wyko­rzy­sta­nia lub mogły się poruszać bardzo długo, ale nie wiecz­ność. Idea jednak nie została całkiem porzu­cona. Nie­któ­rzy uważają, iż wyko­rzy­stu­jąc wiedzę doty­czącą mecha­niki kwan­to­wej, uda nam się w dalekiej przy­szło­ści korzy­stać z tzw. energii próżni. Gdyby, któryś z eks­cen­trycz­nych kon­struk­to­rów miał rację stałby się zbawcą ludz­ko­ści, za jednym zamachem obalając drugą zasadę ter­mo­dy­na­miki oraz otwie­ra­jąc furtkę do nie­ogra­ni­czo­nego źródła energii.

Stworzenie życia

W roku 1953 ame­ry­kań­ski chemik, Stanley Miller, dokonał jednego z naj­słyn­niej­szych doświad­czeń w dziejach nauk przy­rod­ni­czych. Nie­zwy­kle ambitny 22-letni dok­to­rant, postawił sobie za cel odwzo­ro­wa­nie warunków jakie panowały na młodej Ziemi i umoż­li­wie­nie samo­rzut­nego powsta­nia życia. Z butli pełnej wody odessał powie­trze, dodał metan, wodór i amoniak (przed dwoma miliar­dami lat skład atmos­fery znacznie różnił się od obecnego), a następ­nie całość poddawał wyła­do­wa­niom elek­trycz­nym. Na wyniki czekał kilka dni: woda zmęt­niała, a pod mikro­sko­pem można było odnaleźć kil­ka­na­ście rodzajów ami­no­kwa­sów.
Wynik wywołał i wywołuje do dziś kon­tro­wer­sje, ponieważ na dobrą sprawę niczego nie prze­są­dził. Miller otrzymał orga­niczne związki che­miczne, sta­no­wiące nie­zbędny budulec wszyst­kich orga­ni­zmów; jednak życia w ścisłym tego słowa zna­cze­niu na pewno nie stworzył. Dla kre­acjo­ni­stów to tylko kolejne potwier­dze­nie, że dla powsta­nia życia potrzeba czegoś więcej niż sił natury – boskiej inge­ren­cji. Entu­zja­ści twierdzą, że Stanley Miller wykazał dosta­tecz­nie dużo, a przy odpo­wied­niej ilości czasu, rzędu milionów lat, w orga­nicz­nej zupie mogłaby powstać pierwsza pra­bak­te­ria. Dla reszty nato­miast, wyniki dowodzą jak marna jest wciąż nasza wiedza. Dzięki teorii ewolucji jesteśmy w stanie sen­sow­nie opisać trwający miliony lat rozwój orga­ni­zmów  od poziomu pod­sta­wo­wego do skom­pli­ko­wa­nych machin bio­lo­gicz­nych  jednak nie umiemy wytłu­ma­czyć jak wyglądał pierwszy krok. Gdzie prze­biega cienka granica między związ­kiem che­micz­nym a życiem, między chemią a biologią? Jaki bodziec spo­wo­do­wał, że powstałe pod wpływem elek­trycz­no­ści orga­niczne cegiełki, dały początek pier­wot­nym repli­ka­to­rom? Niestety abio­ge­neza nadal pozo­staje teorią kon­tro­wer­syjną, zawie­ra­jącą o wiele więcej znaków zapy­ta­nia niż dar­wi­nizm.

A gdyby eks­pe­ry­ment Milera się powiódł? Skoro Karol Darwin, poprzez stwo­rze­nie teorii powsta­wa­nia gatunków zapewnił sobie nie­śmier­telną sławę, to trudno sobie wyobra­zić splendor jaki okryłby naukowca potra­fią­cego udo­ku­men­to­wać samo­ródz­two. Kolejny raz ludzki umysł ogar­nąłby proces, dotych­czas przy­pi­sy­wany palcu bożemu. Niestety na razie musimy się zado­wo­lić licznymi modelami teo­re­tycz­nymi i ocze­ki­wać, że badania w końcu je potwier­dzą.

Nieśmiertelność

Pozo­stańmy jeszcze przy biologii, z którą łączy się pewne typowo ludzkie marzenie poko­na­nia śmierci. Motyw ten powtarza się w dzie­siąt­kach, jeśli nie setkach pozycji z gatunku fan­ta­styki. Co istotne, wielu naukow­ców prze­ko­nuje, że nauka w dalekiej przy­szło­ści będzie w stanie odpo­wie­dzieć na to zapo­trze­bo­wa­nie.
Pierwszą, choć naj­trud­niej­szą metodą jaka przy­cho­dzi na myśl, wydaje się powstrzy­ma­nie procesu sta­rze­nia ludz­kiego ciała. “Zuży­wa­nie” orga­ni­zmu nastę­puje już na poziomie komór­ko­wym i odbywa się na wielu płasz­czy­znach. Ewo­lu­cjo­ni­ści wysuwają tezę jakoby rdzeniem problemu były komórki soma­tyczne  czyli w zasadzie wszyst­kie poza roz­rod­czymi  mające istnieć wyłącz­nie po to aby zapewnić prze­trwa­nie genom zawartym w gametach. Żywot­ność naszych orga­ni­zmów została niejako obli­czona na czas konieczny do wycho­wa­nia i ochrony potom­stwa, a następ­nie ustą­pie­nia mu miejsca. Spo­wol­nie­nie nisz­cze­nia komórek soma­tycz­nych, lub ich sztuczna wymiana, mogłaby znacząco wydłużyć naszą egzy­sten­cje. Jak długo? Spe­cja­li­zu­jący się w geron­to­lo­gii prof. Valter Longo, poprzez restau­ro­wa­nie pod­sta­rza­łych komórek drożdży, wydłużył ich życie prawie dzie­się­cio­krot­nie! Dla czło­wieka ozna­cza­łoby to moż­li­wość funk­cjo­no­wa­nia przez kilka stuleci. Pro­ble­mem tech­nicz­nym dla takiego konceptu, jest nie­po­rów­ny­wal­nie większy stopień skom­pli­ko­wa­nia orga­ni­zmu ludz­kiego. Naprawa róż­no­ra­kich komórek w kil­ku­na­stu organach przez dłuższy okres czasu jest obecnie poza naszym zasię­giem.

Prak­tycz­niej­szą opcją wydaje się osią­gnię­cie nie­śmier­tel­no­ści w sposób pośredni. Zamiast repe­ro­wać nie­do­sko­nałe ciało orga­niczne, prze­nie­śmy umysł do powłoki syn­te­tycz­nej. W takim układzie sprawą pierw­szo­rzędną wydaje się ochrona mózgu, jako nośnika świa­do­mo­ści, wiedzy i inte­li­gen­cji. Oczy­wi­ście, tu pojawia się arcy­trudna kwestia moż­li­wo­ści prze­szczepu mózgu. Organ ten musi być idealnie “podpięty” do całości układu ner­wo­wego, a następ­nie sterować obcym dla siebie ciałem. Być może w przy­szło­ści z pomocą przyj­dzie klo­no­wa­nie? Trzeba jeszcze wspo­mnieć o tym, że osta­tecz­nie nawet naj­bar­dziej zadbane komórki mózgu ulegną uszko­dze­niu, zmu­sza­jąc nas do poszu­ki­wa­nia nowych roz­wią­zań. Co ciekawe, trwają już inten­sywne badania nad prze­nie­sie­niem szeroko rozu­mia­nej zawar­to­ści umysłu, na sztuczny nośnik. Całkiem niedawno świat obiegła wieść o eks­cen­trycz­nym neu­ro­bio­logu, pra­gną­cym popełnić samo­bój­stwo, aby zapewnić nie­śmier­tel­ność swojemu umysłowi, poprzez prze­nie­sie­nie odczy­ta­nych zeń danych na syn­te­tyczny nośnik. Kenneth Hayworth uważa, iż nawet tak subiek­tywne cechy jak świa­do­mość i oso­bo­wość, da się zapisać jak każdą inną infor­ma­cję. Niestety więk­szość kolegów po fachu nie daje Hay­wor­thowi szans na powo­dze­nie.

Mistrzowie czasu i przestrzeni

Z okre­śle­niem “mistrzo­wie czasu i prze­strzeni” spo­tka­łem się podczas lektury jednej z książek Michio Kaku. Popu­larny fur­tu­ro­log słusznie zauważył, że jeśli nie uwzględ­nimy próby zapa­no­wa­nia nad struk­turą rze­czy­wi­sto­ści, nasza wizja przy­szło­ści będzie niepełna. Nie chodzi tu jedynie o teo­re­tyczne zro­zu­mie­nie tkaniny cza­so­prze­strzen­nej, co w dużej mierze osiągnął już Albert Einstein, ale o moż­li­wość wycią­gnię­cia z tej wiedzy prak­tycz­nych korzyści. Po fiasku eks­pe­ry­mentu OPERA, nie ma widoków na obalenie twier­dze­nia o nie­prze­kra­czal­no­ści pręd­ko­ści światła. Trzeba uznać, iż przy użyciu kon­wen­cjo­nal­nej tech­no­lo­gii nigdy nie wzbijemy się ponad kosmiczny ogra­nicz­nik szyb­ko­ści wyno­szący 300 tysięcy km/s. Fakt ten nie­zwy­kle utrudni przyszłe starania o wyjście czło­wieka poza Układ Sło­neczny, zwa­żyw­szy na ogromne odle­gło­ści dzielące Ziemię nawet od naj­bliż­szych gwiazd.
Bodaj naj­słyn­niej­szą metodę dla obejścia stałej c, jest fikcyjny napęd warp, zapre­zen­to­wany po raz pierwszy w serialu Star Trek. Idea polegała na wytwo­rze­niu dookoła statku czegoś w rodzaju bąbla cza­so­prze­strzen­nego, zagęsz­cza­ją­cego prze­strzeń przed i roz­rze­dza­ją­cego ją za wehi­ku­łem. W ten sposób legen­darny okręt Enter­prise pod dowódz­twem Jona­thana Archera miał osiągać 10 warpów, czyli dzie­się­cio­krot­ność pręd­ko­ści światła. Pra­cu­jący dla NASA Dr Harold White uważa, że w przy­szło­ści możemy osiągnąć dosta­teczny pułap tech­no­lo­giczny dla zasto­so­wa­nia fan­ta­stycz­nego napędu w rze­czy­wi­sto­ści. Naj­więk­szą prze­szkodą wydaje się nie­wy­obra­żalna, na dzi­siej­sze stan­dardy, ilość energii konieczna dla wytwo­rze­nia lokal­nego zagięcia cza­so­prze­strzeni. Ale kto wie? Może gdy nauczymy się pozy­ski­wać moc z wydaj­niej­szych źródeł, a opty­mi­styczne prze­wi­dy­wa­nia okażą się spraw­dzać, budowa statków napę­dza­nych warpem stanie się czymś powsze­dnim. Byłby to punkt zwrotny w dziejach ludz­ko­ści, pierwszy krok do ode­rwa­nia się od planety macie­rzy­stej i kolo­ni­za­cji obcych układów pla­ne­tar­nych.

Oso­bi­ście zawsze nale­ża­łem do scep­ty­ków tego typu pomysłów. Prędzej będziemy hiber­no­wać astro­nau­tów i liczyć na to, że nasi wnukowie odbiorą od nich jakiś sygnał, niż samo­dziel­nie nagniemy płótno cza­so­prze­strzenne lub prze­kro­czymy prędkość światła. Wierzę jednak, że ważną rolę może odegrać pewien trik. Po co prze­kra­czać prędkość światła, jeśli istnieje moż­li­wość przesyłu infor­ma­cji bez względu na odle­głość? Taką per­spek­tywę roztacza opa­no­wa­nie splą­ta­nia kwan­to­wego. Zjawisko nazywane przez Ein­ste­ina upiornym oddzia­ły­wa­niem na odle­głość zakłada, że pewne cząstki  nie­za­leż­nie od odle­gło­ści jaka je od siebie dzieli  reagują natych­mia­stowo na zmianę stanu part­ne­rów, z którymi są splątane. Płynąca z mecha­niki kwan­to­wej teoria, choć począt­kowo kate­go­rycz­nie odrzu­cona, obecnie jest powszech­nie akcep­to­wana. Spośród kilku doświad­czeń potwier­dza­ją­cych wystę­po­wa­nie splą­ta­nia, warto wymienić choćby jedno, autor­stwa Antona Zeilin­gera z 2006 roku. Austriak zaob­ser­wo­wał natych­mia­stowe zmiany wystę­pu­jące w parze fotonów, odda­lo­nych od siebie o ponad 100 kilo­me­trów. Wyko­rzy­sta­nie upior­nego oddzia­ły­wa­nia nie daje nam takich per­spek­tyw jak napęd warp, przy­naj­mniej w naj­bliż­szym czasie, ale badania nad nim przy­niosą ludz­ko­ści pewne i wymierne korzyści.

Teoria wszystkiego

Praw­do­po­dob­nie najmniej przy­ziemne z ocze­ki­wa­nych przez fizykę odkryć, ale moim zdaniem naj­bar­dziej zasłu­gu­jące na miano triumfu nauki. Teoria, od której będzie dało się wypro­wa­dzić wszyst­kie pozo­stałe; uni­fi­ku­jąca całą naszą wiedzę doty­czącą funk­cjo­no­wa­nia wszech­świata. Aby do tego dopro­wa­dzić, naukowcy muszą stanąć oko w oko z arcy­trud­nym zadaniem spro­wa­dze­nia do jednego mia­now­nika czterech sił pod­sta­wo­wych: elek­tro­ma­gne­ty­zmu, oddzia­ły­wa­nia silnego, oddzia­ły­wa­nia słabego oraz gra­wi­ta­cji.
W latach 20. XX wieku Albert Einstein naiwnie myślał, że dzięki jego odkry­ciom, fizyka znajduje się o krok od zro­zu­mie­nia myśli Boga. Cały koncept runął niczym domek z kart, gdy na scenie pojawiła się mecha­nika kwantowa, opi­su­jąca rze­czy­wi­stość na poziomie sub­a­to­mo­wym w sposób zupełnie odmienny od tego, co pro­po­no­wała teoria względ­no­ści. W świecie kwantów obo­wią­zują zasady kom­plet­nie nie­zro­zu­miałe z naszego punktu widzenia – istot nale­żą­cych do świata dużych obiektów. Cząstki mogą znaj­do­wać się w kilku miej­scach jed­no­cze­śnie, doko­ny­wać skoków kwan­to­wych, a pusta z pozoru prze­strzeń to istna burza fluk­tu­acji. Stoi to w jawnej sprzecz­no­ści z obrazem kosmosu jaki widzimy gołym okiem: poukła­da­nym i prze­wi­dy­wal­nym. A przecież cząstki ele­men­tarne i obiekty makro­sko­powe należą do tej samej rze­czy­wi­sto­ści. W chwili wiel­kiego wybuchu, nie­zwy­kle mała oso­bli­wość zawie­ra­jąca całą masę wszech­świata, musiała jakoś łączyć w sobie oba te światy. Dlaczego zatem prawa nimi rządzące różnią się aż tak bardzo? Pytanie o teorię wszyst­kiego, musi pomóc w zro­zu­mie­niu, na czym polega różnica między struk­tu­rami wielkimi i małymi.

Prze­szli­śmy już długą ścieżkę ku uni­fi­ka­cji fizyki. James Maxwell połączył magne­tyzm z elek­trycz­no­ścią, Einstein ukazał związek między czasem i prze­strze­nią, oraz między masą i energią, a Model Stan­dar­dowy sprawnie opisuje funk­cjo­no­wa­nie zależ­no­ści między cząst­kami ele­men­tar­nymi. (Po więcej zapra­szam do Kosmicz­nej Symfonii.) Krokiem następ­nym będzie zna­le­zie­nie równania, bądź teorii łączącej to wszystko w jedno. Nigdy nie ukry­wa­łem, że za naj­bar­dziej obie­cu­jącą kan­dy­datkę uważam teorię strun. Jak twierdzi jeden z głównych badaczy i popu­la­ry­za­to­rów tej kon­cep­cji, prof. Brian Greene, struny odsła­niają nowy poziom związku między teorią względ­no­ści a mecha­niką kwantową. Jednak aby do tego dojść, musimy zre­wi­do­wać nasze spoj­rze­nie na materię i cza­so­prze­strzeń. Entu­zja­ści strun obiecują wielką uni­fi­ka­cję, prze­wi­du­jąc, iż na naj­niż­szym stopniu wszystko zbu­do­wane jest z maleń­kich kosmyków energii. Ich wielkość  około 10^-35 metra  powoduje, że nawet osią­ga­jące 10^-15 metra maleńkie elek­trony, wydają się przy nich olbrzy­mie. Jeszcze bardziej nie­wy­obra­żalne, iż teoria strun zakłada ist­nie­nie nie trzech, a 11 wymiarów prze­strzen­nych.

Gdzie znajduje się te 8 nad­pro­gra­mo­wych wymiarów? Uważa się, że pozo­stają niejako zwinięte do roz­mia­rów sub­a­to­mo­wych. Idea ta ma wielu prze­ciw­ni­ków, ale dodat­kowe wymiary dają większą swobodę strunom, a więcej swobody oznacza większe moż­li­wo­ści. W ten sposób drgania strun dają początek wszyst­kim cząstkom i oddzia­ły­wa­niom jakie obser­wu­jemy. Oczy­wi­ście istnieje spora doza praw­do­po­do­bień­stwa, że “stru­nowcy” się mylą i jedynie tracą czas. Istnieje nawet ewen­tu­al­ność, że nigdy nie poznamy teorii osta­tecz­nej, będąc po prostu istotami za mało roz­gar­nię­tymi aby posiąść wiedzę o pełnej uni­fi­ka­cji. Zoba­czymy.

Minipodsumowanie

Triumf nauki będzie wyglądać inaczej z punktu widzenia każdej dzie­dziny, a nawet z per­spek­tywy poje­dyn­czej osoby. Dla całej ludz­ko­ści czymś pięknym byłaby możność skoku w nad­prze­strzeń, umoż­li­wia­jąca kosmiczne wojaże i kolo­ni­za­cje odle­głych układów pla­ne­tar­nych. Jednakże dla jed­nostki, jeszcze cen­niej­sze wydaje się zwy­cię­stwo nad śmiercią czy odkrycie nie­wy­czer­pal­nego źródła energii. Trzeba przy tym pamiętać, że nawet doko­na­nie każdego z tych odkryć nie zapewni obiek­tyw­nego, pełnego triumfu ludz­kiego umysłu. Zawsze znajdzie się następna zagadka, kolejna granica poznania, którą będziemy pró­bo­wali prze­kro­czyć.

A co według was, byłoby triumfem nauki?
Literatura uzupełniająca:
M. Kaku, Wizje: czyli jak nauka zmieni świat w XXI wieku, Warszawa 1997;
B. Greene, Piękno Wszechświata, Warszawa 2002;
S. Michalczyk, Inżynieria Genetyczna, E-biotechnologia.pl [dostęp: 04.10.2012];
Hayworth, neurobiolog, który chce popełnić samobójstwo, aby stać się nieśmiertelnym, Biomedical.pl [dostęp: 04.10.2012];
T. Ulanowski, Alchemia Życia,  M.wyborcza.pl [dostęp: 04.10.2012].
podpis-czarny
  • http://www.blogger.com/profile/10494457799658594301 Borys Emilian Rittev

    Może stwo­rze­nie przej­ścia do innego kosmosu? To na pewno byłby nie­tu­zin­kowy sukces. Byłoby to inne roz­wią­za­nie kosmicz­nego problemu entropii.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ser­ma­ciej

    A Sheldon Cooper nie dożyje prze­nie­sie­nia umysłu do sztucz­nego ciała 🙁

    Wpis jak zwykle świetny.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Kamil

    Warpy to jed­nostka nie­li­niowa. Dzie­sięt­no­krot­ność pręd­ko­ści światła to 2 WARP, nato­miast 10 WARP to prędkość nie­skoń­czona 😉

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      W takim razie prze­pra­szam za babol — prawdę mówiąc nigdy nie byłem fanem Star Treka, acz­kol­wiek doceniam jego wartość.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Odnośnie artykułu: zwięzła i piękna uni­fi­ka­cja Twoich wyśmie­ni­tych wpisów kosmo­lo­gicz­nych. Ludzkość powinna dążyć do tego co się stanie ze świa­do­mo­ścią, po śmierci. Czy kogo­kol­wiek cokol­wiek napotka po śmierci orga­ni­zmu. Czy jeśli powiedzmy zjem atomy (prochy?) mojego taty dajmy na to w tenże sposób mój tato niejako naj­szyb­ciej powróci do “świata żywych” przez zagnież­dże­nie we mnie więk­szo­ści jego atomów (kuriozum równe PRLowi, ale to tylko teoria czło­wieka, bazująca przede wszyst­kim na tym, iż te same atomy od zarania krążą po naszym globie).

    Ciekawi mnie także infor­ma­cja zawarta w biblio­gra­fii. Mia­no­wi­cie co oznacza dostęp[XX Dnia]. Czy te infor­ma­cje nie są na tyle dostępne by móc wedle woli się w nich rozej­rzeć, na czym polega ten dostęp. Zdi­gi­ta­li­zo­wana wiedza, która zostaje udo­stęp­niona na dany dzień danemu użyt­kow­ni­kowi, który o nią poprosi. Trzeba płacić za tzw. dostęp? Jak uzyskać taki dostęp? Proszę wybaczyć, jeżeli mój wywód okazał się zbyt długi i cie­kaw­ski.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Ten dostęp to nic istot­nego, takie przy­zwy­cza­je­nie. Umiesz­cza­jąc strony inter­ne­towe w “praw­dzi­wej” pracy naukowej, wypada zazna­czyć datę odwie­dzin — ze względu na dynamikę inter­netu.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/02969190837879676054 Penny Aldaya

    A moim zdaniem naj­więk­szym odkry­ciem ludz­ko­ści będzie wyna­le­zie­nia środka, który pozwoli jeść i nie tyć 😉 Ba dum tss!

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/10794809137083463607 Sergi

    Trudno jed­no­znacz­nie wskazać tylko jeden, tak jak nie sposób stwier­dzić czy waż­niej­sze było np. odkrycie elek­trycz­no­ści czy tlenu. Od siebie dodałbym do listy stwo­rze­nie sztucz­nej inte­li­gen­cji albo kon­kret­niej maszyny lepszej od czło­wieka. Ewen­tu­al­nie roz­wią­za­nie problemu P i NP 😉
    Wpis jak zawsze dobry.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

    A mnie ciekawi, że nikt nie uważa za istotne odkrycie obcych form życia (naj­le­piej inte­li­gent­nego) w kosmosie. Czyżby kosmici wyszli z mody?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/10794809137083463607 Sergi

      Ty też o tym nie napi­sa­łeś 😉 Zresztą spo­tka­nie inte­li­gent­nych obcych, choć to zda­rze­nie doniosłe, nie musi wcale oznaczać jakiegoś naszego sukcesu (raczej ich, że do nas dotarli). Będzie to raczej potwier­dze­nie wyniku równania Drake’a.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Sko­men­tuję tylko jeden punkt, mia­no­wi­cie ten o doświad­cze­niu Stanley Millera. Żaden poważny ewo­lu­cjo­ni­sta nie powołuje się na “farsę” Millera wiedząc, że pod­wa­żają ją co najmniej trzy fakty:
    - uzyskał racemat, a więc mie­sza­ninę izomerów ami­no­kwa­sów, podczas gdy w naturze wystę­puje wyłącz­nie jeden ich izomer, podczas gdy pozostały/e jest/są bio­lo­gicz­nie nieaktywny/e;
    - założył brak tlenu w pier­wot­nej atmos­fe­rze, co w naj­now­szych bada­niach jest pod­wa­żane;
    - pominął oddzia­ły­wa­nie ultra­fio­letu, który w rze­czy­wi­stych warun­kach powoduje natych­mia­stowy rozpad dopiero co zsyn­te­zo­wa­nych cząstek.
    Zasta­na­wia­jące jest, dlaczego “dowody” ewo­lu­cjo­ni­stów, od wielu dzie­się­cio­leci obalone, nadal powta­rzane są — w dobrej lub złej wierze — przez różnego rodzaju piewców jedynie słusznej “nauki”…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Popeł­ni­łeś w swojej wypo­wie­dzi jeden, kary­godny błąd. Mieszasz ewolucję z abio­ge­nezą, a to różne teorie, doty­czące odmien­nych procesów. Ewolucja tyczy się zmian zacho­dzą­cych w już ist­nie­ją­cych orga­ni­zmach, podczas gdy abio­ge­neza ma tłu­ma­czyć powsta­nie życia z materii nie­oży­wio­nej. Choćby abio­ge­neza była bzdurą, nijak ma się to do praw­dzi­wo­ści ewolucji.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ano­ny­mous

      Abio­ge­neza jest zaledwie wstępem do teorii ewolucji. Jeżeli podważę, zaneguję zaist­nie­nie abi­ge­nezy, całą ewolucję można o kant.… bo po prostu nie miałoby co ewo­lu­ować.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Nie wiem skąd wytrza­sną­łeś tę myśl. Abio­ge­neza nie jest żadnym wstępem, a osobną teorią. To tak jak gdybyś napisał “wielki wybuch jest wstępem do abio­ge­nezy, bo gdyby nie było wszech­świata, nie mogłoby powstać życie”. W pewnym sensie to prawda, ale meto­do­lo­gicz­nie bzdura. Nikt nie broni Ci udo­wod­nić, że życie powstało poprzez widzi­mi­się przed­wiecz­nego i ponadwy­mia­ro­wego chomika — to nie prze­kre­śli doboru natu­ral­nego ani żadnych innych procesów ewo­lu­cyj­nych. Jak już pisałem, abio­ge­neza i ewolucja tłumaczą różne rzeczy.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ano­ny­mous

      …wielki wybuch jest wstępem do abio­ge­nezy…
      - a nie jest???

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Nadal nie rozu­miesz. A jeżeli wszech­świat powstał z powodu zde­rze­nia się ponadwy­mia­ro­wych bran, a nie z inflacji pier­wot­nej oso­bli­wo­ści — jakie ma to zna­cze­nie w stosunku do innych teorii? Tłumaczą one co innego. Jeżeli Bozia stwo­rzyła wszech­świat, nie oznacza to, że mamy porzucić teorię względ­no­ści, twier­dząc, iż to ręka boska utrzy­muje planety na orbitach.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Kojot

    Ja obstaje za mistrzo­stwem czasu i prze­strzeni. Zawsze mnie fascy­no­wała moż­li­wość skosku w nad­prze­strzeń czy podróży w czasie.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/05257433526567166624 Strong

    Kapi­talny blog! Świetnie go się ogląda i czyta. Widać, że robi go pasjonat nauki:)

    http://www.strongmagnetsdiscount.co.uk/

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • hubi

    10 warpów to zde­cy­do­wa­nie nie dzie­się­cio­krot­ność pręd­ko­ści światła 🙂

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Sta­ni­sław Mił­kow­ski

    Odniosę się tylko do jednej sprawy — prze­sy­ła­nia infor­ma­cji z nie­skoń­czoną pręd­ko­ścią dzięki splą­ta­niu kwan­to­wemu. Choć brzmi to roz­sąd­nie, niestety jest abso­lut­nie nie­moż­liwe a wynika to z tej prostej przy­czyny, że jeden obser­wa­tor wie tylko, że drugi otrzyma spin prze­ciwny, ale żaden z obser­wa­to­rów nie ma żadnego wpływu na to jaki spin otrzyma, czyli nie da się w ten sposób nic zako­do­wać a otrzy­mane wyniki są kom­plet­nie losowe (nie stanowią sen­sow­nego ciągu np zer i jedynek kodu binar­nego czy alfabetu Morse’a).

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      To jest oczy­wi­ste (i poru­sza­łem to w innym tekście), ale można to rozumieć w dwojaki sposób. Pewna infor­ma­cja de facto jest prze­ka­zy­wana, nato­miast inna sprawa czy efekt splą­ta­nia można w jaki­kol­wiek sposób wyko­rzy­stać prak­tycz­nie; czy my będziemy potra­fili dzięki niemu prze­ka­zać infor­ma­cję. Na chwilę obecną, jak słusznie stwier­dzi­łeś, wydaje się to wyklu­czone. Ale nie zmienia to faktu, że być może znaj­dziemy dlań inne zasto­so­wa­nia.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Sta­ni­sław Mił­kow­ski

        Jeśli gdzieś już o tym pisałeś, prze­pra­szam. Dodałem komen­tarz, ponieważ efekt splą­ta­nia jest często opacznie rozu­miany w ten sposób, jako swoisty telegraf (vide Mass Effect). Prze­ka­zy­wana jest infor­ma­cja ale nie­moż­liwa jest komu­ni­ka­cja.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0