Pewnego popołudnia do Sir Isaaca Newtona, przyszedł w odwiedziny jego przyjaciel. Mężczyzna był pod wrażeniem skomplikowanego modelu Układu Słonecznego jaki stał w salonie naukowca. Gdy poruszył korbką planety zaczęły się poruszać wokół metalowego Słońca.- Kto to stworzył? – pyta kolega.
— Nikt – odpowiedział od niechcenia Newton.
— Kto zrobił tę maszynę? – znajomy ponowił pytanie.
— Już ci powiedziałem, nikt.
Przyjaciel już lekko zirytowany przestał kręcić korbką i zwrócił się do niego:
— Słuchaj Isaac, ta skomplikowana machina musiała zostać przez kogoś złożona. Nie mów mi, że przez nikogo, bo ci nie uwierzę.
Newton przestał pisać, wstał, spojrzał na przyjaciela i stwierdził:
— Czyż to nie dziwne? Mówię ci, że nikt nie zrobił tej prostej zabawki, a ty mi nie wierzysz. Jednocześnie uporczywie twierdzisz, że prawdziwego Układu Słonecznego, wielkiego i nieskończenie skomplikowanego, nikt nie stworzył. Jak mam ci uwierzyć?

Boga może nie być

Nie mam pojęcia czy powyższa scena miała naprawdę miejsce, czy wyssano ją z palca. Wydaje się bez­spor­nym faktem, że Isaac Newton, zgodnie z duchem swoich czasów, był osobą reli­gijną a Biblia sta­no­wiła jego ulubioną lekturę. Po 250 latach miejsce Newtona, na sta­no­wi­sku kie­row­nika katedry Lucasa w Cam­bridge, zajęła osoba o poglą­dach zupełnie odmien­nych. Stephen Hawking, od początku scep­tyczny wobec wiary w Boga, z każdym rokiem swojej pracy naukowej rady­ka­li­zuje sądy na temat kre­acjo­ni­zmu. W swojej ostat­niej książce nauko­wiec rzuca wprost  Nauka uczyniła Boga nie­po­trzeb­nym. Autor “Krótkiej Historii Czasu” i “Wiel­kiego Projektu” zajmuje w moim pry­wat­nym rankingu szcze­gólne miejsce. Podobnie jak ja nie uważa się za ateistę ani nie wojuje prze­ciwko wie­rzą­cym. Po prostu zwraca uwagę na fakty. Ana­li­zuje świat i wyciąga wnioski. Bóg być może istnieje, ale czy taki jakim go sobie wyobra­żamy? Czy musi on przybrać formę Wiel­kiego Pro­jek­tanta? Pre­mie­rowy odcinek programu “Cie­ka­wość” z gościn­nym udziałem Stephena Hawkinga oraz wykład “A Universe from Nothing” Lawrence Krauss’a, jeszcze bardziej utrwa­liły we mnie prze­ko­na­nie, że Bóg nie jest nie­za­stą­piony.

Nie oznacza to, że kto­kol­wiek potrafi za pomocą nie­do­sko­na­łego aparatu poznaw­czego udo­wod­nić jego nie­ist­nie­nie. Tego typu tezy to domena nie­po­skro­mio­nego prof. Dawkinsa. Pragnę jedynie prze­ka­zać, iż nowe idee oraz ciągle posze­rzana wiedza pozwa­lają ludz­ko­ści wytłu­ma­czyć niemal każdy proces bez mie­sza­nia w to inge­ren­cji z zewnątrz. Setki lat temu, jako istoty wypo­sa­żone w głęboką wyobraź­nię snuliśmy mity, opi­su­jące pioruny jako zwiastun gniewu bożego. Dziś nikt zdrowy na umyśle nie zakwe­stio­nuje, że to natu­ralne zjawisko wyła­do­wa­nia elek­tro­ma­gne­tycz­nego. Kiedyś sądzi­li­śmy, iż ciała nie­bie­skie poru­szają się wokół Ziemi w sposób upo­rząd­ko­wany przez Wszech­mo­gą­cego. Obecnie potra­fimy samo­dziel­nie ustawić sztuczne satelity na orbicie. Jeszcze niedawno jedyną braną pod uwagę odpo­wie­dzią na pytanie  skąd wziął się świat?  był boski akt stwo­rze­nia. Od pół wieku udo­sko­na­lana jest teoria wyja­śnia­jąca powsta­nie wszech­rze­czy w cał­ko­wi­cie natu­ralny, świecki i samo­dzielny sposób. Stoimy o krok od triumfu nauki.

Krótka historia Wielkiego Wybuchu

Prze­czy­ta­łem dzie­siątki tekstów na temat Wiel­kiego Wybuchu, ale dopiero ostatnio naprawdę zała­pa­łem jak popraw­nie roz­wią­zać kre­acjo­ni­styczny błąd. Stale prze­wi­ja­jącą się bolączką w dys­ku­sjach o początku wszech­rze­czy jest oso­bli­wość. Skąd się wzięła? Czy pier­wotna kropka o wiel­ko­ści Plancka, zawie­ra­jąca całą energię i prze­strzeń, mogła się pojawić znikąd? I tak i nie. Można powie­dzieć, że nasz wszech­świat jest zabu­rze­niem nie­skoń­cze­nie wielkiej, ponad­cza­so­wej i wie­lo­wy­mia­ro­wej pustki. Choć model Wiel­kiego Wybuchu jest mate­ma­tycz­nie wyboisty, można go sobie wyobra­zić w sposób dzie­cin­nie prosty. Pomy­śl­cie o kawałku liny z jednej strony przy­wią­za­nym do drzewa, a z drugiej trzy­ma­nym przez poru­sza­ją­cego nią czło­wieka. Lina będzie falować tworząc grzbiety i doliny aż człowiek nie prze­sta­nie nią poruszać, a ona sama nie wróci do stanu rów­no­wagi. Teraz postaw­cie w miejscu liny oso­bli­wość. Szczyt fali będzie tu energią (a więc i tożsamą z nią materią), a doliną prze­strzeń. Energię należy więc potrak­to­wać jako odwrot­ność prze­strzeni. To jedynie nie­do­sko­nała metafora, ale obra­zu­jąca szalenie ele­gancką myśl: w istocie wszech­świat = 0. Nie powstał z niczego, bo na swój sposób jest nicością nadal. Wydaje się to przeczyć instynk­tom jakie w nas ewo­lu­owały, lecz oso­bi­ście uważam tę teorię za jak naj­bar­dziej praw­dziwą. Ciągle dążymy do uni­fi­ka­cji fizyki, odszu­ku­jąc wzory obra­zu­jące jak coś można prze­kształ­cić w co innego. Każdy elektron jest dokład­nie taki sam. To tylko okre­ślony układ energii, ładunku, pędu i spinu. Zmienimy którąś z tych wartości i prze­mie­nimy elektron w inną cząstkę. Z każdą dekadą badań zaciera się defi­ni­cja materii i energii. Idąc tym tokiem rozu­mo­wa­nia, nie­unik­niony jest wniosek, że wszyscy mamy swój początek w jed­no­li­tym miejscu o bliżej nie­okre­ślo­nych cechach, którego pier­wotna symetria została złamana. Nie ważne czy nazwiemy je pustką, tajem­ni­czym ape­iro­nem, czy boską papką.

Wielki Wybuch ani Teoria Wszyst­kiego nie są tematami tego wpisu, więc przejdę do kolejnej kwestii. Co zaini­cjo­wało akt stwo­rze­nia? Wiemy już, że wszystko co nas otacza jest “niczym”, ale na pewno część z Was zasta­na­wia się nad tym co spo­wo­do­wało roz­war­stwie­nie prze­strzeni i energii? Dzi­siej­szy wszech­świat jest duży i prze­wi­dy­walny, lecz nie zawsze taki był. 13,82 miliarda lat temu skur­czony do roz­mia­rów ato­mo­wych, rządził się zwa­rio­wa­nymi zasadami mecha­niki kwan­to­wej. Ci, którzy skubnęli nieco tematu wiedzą w czym rzecz (resztę odsyłam aby najpierw ogarnęli kwanty). Oso­bli­wość zawie­ra­jąca wszystko co znamy, mogła się pojawić ot tak, w przy­pad­ko­wej fluk­tu­acji. W mecha­nice kwan­to­wej “coś” i “nic” są poję­ciami zbędnymi, gdyż w pustej z pozoru prze­strzeni spon­ta­nicz­nie wytwa­rzają się cząstki wir­tu­alne. Tu pojawia się również nie­sforna zasada nie­ozna­czo­no­ści, z którą mierzymy się przy każdej próbie obser­wa­cji cząstek ele­men­tar­nych. Każdy z nas jest przy­zwy­cza­jony do nudy cechu­ją­cej świat makro­sko­powy. Jeżeli spró­bu­jesz strzelić komuś w głowę i dobrze wyce­lu­jesz to możesz być pewny osią­gnię­cia celu. Spraw­dzają się tu drogie sercu każdego naukowca obser­wa­cje i pomiary. Nabój przeleci kon­kretną tra­jek­to­rię i z okre­śloną energią przebije czaszkę nie­szczę­śnika. W świecie sub­a­to­mo­wym wszystko działa inaczej. Dokład­no­ści pomiaru poło­że­nia cząstki i jej pędu są odwrot­nie pro­por­cjo­nalne. Im więcej wiemy o jednej wiel­ko­ści, tym mniej wiemy o drugiej. Morał jest nastę­pu­jący: w świecie sub­a­to­mo­wym nie pró­buj­cie do nikogo strzelać, bo przy dużym pechu kula może znaleźć się w Waszej głowie. Właśnie w tych zasadach mecha­niki kwan­to­wej należy upa­try­wać wiel­kiego początku. Wszystko to stało się w zgodzie z naturą. Kosmos to jedno wielkie zero, jakie pojawiło się w wyniku przy­pad­ko­wego zabu­rze­nia.

Bóg tkwi w kwantach

Wielu się pogo­dziło z faktem, że ludzkość jest na naj­lep­szej drodze do wyja­śnie­nia początku wszech­świata i procesów w nim zacho­dzą­cych w sposób cał­ko­wi­cie świecki. Nie­któ­rzy jednak nadal poszu­kują w nauce miejsc, mogących być nazwa­nymi tajem­ni­cami wiary. Taką sferą jest bez wąt­pie­nia mecha­nika kwantowa. Rozważmy raz jeszcze przykład z kwan­to­wym nabojem. Wydaje się, że stare powie­dze­nie – człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi  nabiera całkiem nowego zna­cze­nia. Wolność i nie­prze­wi­dy­walny chaos w świecie sub­a­to­mo­wym dał nadzieję części osób wie­rzą­cych. Jeżeli pój­dzie­cie do kasyna i zagracie w ruletkę, Wasz wynik będzie uza­leż­niony od przy­padku. Z fizycz­nego punktu widzenia to tylko pozory. Mając dosta­teczne dane o siłach dzia­ła­ją­cych na koło i kulkę można prze­wi­dzieć jaki numer zostanie trafiony. Problem pomiaru jest czysto tech­niczny. W świecie kwan­to­wym nato­miast, jedynym co da się uzyskać to praw­do­po­do­bień­stwo. Choć­by­śmy nie wiem jak się prężyli, nie wyeli­mi­nu­jemy moż­li­wo­ści zasko­cze­nia. Część wie­rzą­cych w tej przy­pad­ko­wo­ści natury szuka koła ratun­ko­wego. No bo, czym tak naprawdę jest praw­do­po­do­bień­stwo? Co decyduje o tym, że cząstka pojawia się raz z lewej, raz z prawej, a następ­nie z lewej i prawej na raz? Dla fizyka zaj­mu­ją­cego się prak­tycz­nym wyko­rzy­sta­niem mecha­niki kwan­to­wej inter­pre­ta­cja tego zjawiska nie ma kom­plet­nego zna­cze­nia. Wzory się zgadzają i jesteśmy w stanie je wyko­rzy­stać, choćby w elek­tro­nice.

Problemy poja­wiają się na płasz­czyź­nie filo­zo­ficz­nej czy meta­fi­zycz­nej, i dręczyły uczonych od samego początku. Już w latach 20. ożywioną dyskusję na temat fenomenu dualizmu kor­pu­sku­larno-falowego oraz zasady nie­ozna­czo­no­ści, toczył Niels Bohr z Albertem Ein­ste­inem, jednak bez skutku. Na tym cokole dziś wyrasta swoisty teizm kwantowy. Dla entu­zja­stów tego typu teorii, między zasadą nie­ozna­czo­no­ści a szeroko rozu­mia­nym palcem bożym, można w zasadzie postawić znak równości. W kon­se­kwen­cji Wszech­mo­gący ingeruje w naszą rze­czy­wi­stość poprzez mani­pu­la­cje w świecie kwantów. Kwant tu, kwant tam i woda zmienia się w wino. Brzmi to całkiem inte­re­su­jąco, ale czy nie nazbyt naiwnie? Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że są ludzie, którzy będą widzieć siły nad­przy­ro­dzone w każdym nie do końca zro­zu­mia­nym procesie, a po jego zbadaniu znajdą sobie nowy cel. Szukanie obec­no­ści Boga nie powinno polegać na zaty­ka­niu nim dziur w naszej nie­wie­dzy. Sam teizm kwantowy jest nacią­gany i stoi pod wielkim znakiem zapy­ta­nia. Kon­fe­ren­cja Kopen­ha­ska uznała, iż cząstka znajduje się w każdej z pozycji na raz, a proces pomiaru losowo wybiera dokład­nie jedną z wielu moż­li­wo­ści. Nikt z obecnych tam naukow­ców nie wspo­mi­nał o boskich inter­wen­cjach w fizyce. Do dziś kwestia inter­pre­ta­cji kopen­ha­skiej w pewnych kręgach budzi kon­tro­wer­sje, lecz przez więk­szość świata nauki została zaak­cep­to­wana.

“Bóg” tak, teizm nie

Mimo tych wszyst­kich wąt­pli­wo­ści i całej zdo­by­wa­nej wiedzy, uczeni nie stronią od używania słowa “Bóg”. Sam Albert Einstein lubił powta­rzać, że odkry­wa­jąc prawa natury chce poznać zamysł boży. Do swojego asy­stenta rzekł kiedyś: “Naprawdę mnie inte­re­suje to, czy tworząc wszech­świat Bóg miał jakiś wybór”. Znowuż innym razem powie­dział, iż “wierzy w Boga, który prze­ja­wia się w upo­rząd­ko­wa­nej harmonii ist­nie­nia, nie zaś w Boga, który zajmuje się losami i dzia­ła­niami poszcze­gól­nych istot ludzkich”. Te cytaty płynące z umysłu twórcy teorii względ­no­ści ukazują pewien trend, szcze­gól­nie popu­larny wśród fizyków. Będąc osobami dia­bel­nie inte­li­gent­nymi, ufa­ją­cymi jedynie twardej logice oraz empi­rycz­nym dowodom, uczeni zaadop­to­wali termin Boga dla własnych celów. Nie oznacza on już istoty wyższej, wiel­kiego pro­jek­tanta, przed­wiecz­nego zegar­mi­strza, czy naj­wyż­szego sędziego. Bóg w ustach naukow­ców w ogóle nie oznacza osoby! Nie ma sensu się doń modlić, prosić o wyba­cze­nie i ocze­ki­wać cudów. Wszelkie dogmaty i obrzędy można sobie darować. Nie ma również sensu przy­pi­sy­wać takiemu Bogu nad­przy­ro­dzo­nych mocy, gdyż to on jest przyrodą.

Einstein i jego następcy wyko­rzy­stują, reli­gijny do tej pory termin, jako wygodnej metafory, czy raczej synonimu matki natury. Naj­lep­sze jest w tym to, że takiemu “Bogu” nikt nie zaprze­czy. Ciągle doświad­czamy dzia­ła­nia setek praw fizycz­nych, które koeg­zy­stu­jąc wza­jem­nie, w cudowny sposób zrodziły wszech­świat z całą róż­no­rod­no­ścią życia. Kiedy sam pomyślę o ogromie kosmosu i całej zawartej w nim harmonii sił, materii i stałych, to mam ochotę klęknąć i podzi­wiać. Sęk w tym, że nie ma sensu hołdować martwemu i bez­oso­bo­wemu zbiorowi zasad.

Osoba kla­sycz­nie wierząca w miło­sier­nego Ojca może się poczuć nie­za­spo­ko­jona taką kon­cep­cją. Przy­kła­dowy Chrze­ści­ja­nin spo­dziewa się czego innego. Prawa przyrody decydują o tym jak funk­cjo­nuje rze­czy­wi­stość, ale nie pod­po­wie­dzą jak w niej żyć. Wierzący chciałby otrzy­my­wać wska­zówki, ujrzeć dro­go­wskaz moralny na drodze do zba­wie­nia. To ostatnie zdanie jest bardzo ważne. Ukazuje dualizm potrzeb, jakie dręczą, z jednej strony prze­cięt­nego wie­rzą­cego, a z drugiej uczonego. Kościół był skory do uznania teorii ewolucji czy Wiel­kiego Wybuchu, nie tylko dlatego, iż istnieją potwier­dza­jące je dowody. Nawet duchowni zauwa­żyli brak zapo­trze­bo­wa­nia na tłu­ma­cze­nie budowy czy powsta­nia świata przez inge­ren­cję istoty wyższej. Religia wyrosła już z monopolu na wiedzę, zajmując się tym, czym powinna, czyli moral­no­ścią.

Nie chcę głębiej zanurzać się w odmętach dylematu, czy dla zacho­wa­nia szeroko rozu­mia­nego dobra konieczna jest religia. Będąc upartym, nawet altruizm można wyjaśnić stosując zało­że­nia dar­wi­ni­zmu. Chodzi o to, że pytanie – “Po co nam Bóg?”  odno­szące się do Inte­li­gent­nego Stwórcy, jest zupełnie czym innym niż kwestia “Czy Bóg istnieje?” bądź “Czy Bóg jest konieczny dla rozwoju ducho­wego czło­wieka?”. Bóg dla więk­szo­ści ludzi pozo­sta­nie war­to­ściowy, w zna­cze­niu pra­wo­dawcy usta­na­wia­ją­cego kryteria dobra i zła. Nato­miast czy nadal mamy potrzebę doszu­ki­wa­nia się w przy­ro­dzie jakiegoś planu? Niektóre stałe fizyczne wydają się wręcz idealnie dopa­so­wane do pod­trzy­my­wa­nia życia. Patrząc przez pryzmat zasady antro­picz­nej nie wydaje się to takie dziwne. Wszak gdyby ten wszech­świat był nie­zdatny do życia, nie powsta­łaby istota potra­fiąca stawiać pytania, albo istota ta byłaby zbu­do­wana zupełnie inaczej niż my. Tak więc, nawet w tym temacie możemy z powo­dze­niem zasto­so­wać czyste zasady logiki i zmar­gi­na­li­zo­wać reli­gijny punkt widzenia. Do wyja­śnie­nia wszyst­kich zjawisk wystę­pu­ją­cych we wszech­świe­cie wystar­czą zaledwie cztery siły pod­sta­wowe i dwa­na­ście cząstek materii. Czy zatem nadal potrze­bu­jemy inte­li­gent­nego pro­jek­tanta aby zro­zu­mieć ota­cza­jącą nas rze­czy­wi­stość?


Te kwestie pozo­sta­wiam Wam do roz­strzy­gnię­cia.
Literatura uzupełniająca:
S. Weinberg, Sen o Teorii Ostatecznej, Warszawa 1993;
S. Hawking, Krótka Historia Czasu, Warszawa 2007;
Ciekawość — Kto stworzył wszechświat?, reż. S. Tongue, Discovery Channel 2011;
L. Krauss, A Universe From Nothing, wykład dla RDF;
J. Coyne, Bóg, ewolucja i mechanika kwantowa, tłum. M. Koraszewska, racjonalista.pl.
podpis-czarny
  • Ano­ny­mous

    Witam.
    Pozwolę sobie mieć inne zdanie niż Pan. Strasz­nie dużo tego do opisania i dyskusji odnośnie tego wpisu więc może tylko skon­cen­truję się na zaak­cen­to­wa­niu kilku moim zdaniem nie­ści­sło­ści, punktów z którymi można by dys­ku­to­wać.
    1. W celu wyja­śnie­nia zainicjowania/stworzenia oso­bli­wo­ści wyko­rzy­stuje Pan przy­kłady z mecha­niki kwan­to­wej, która jak na to nie patrzeć jest opi­sy­wana przez cza­so­prze­strzeń i energię. Nie­wła­ściwe jest to gdyż te zjawiska wystę­pują (czą­steczki wir­tu­alne) w danym ośrodku który został zapo­cząt­ko­wany przez WW. wydaje mi się to pod­pa­da­jące pod błąd logiczny, że wyko­rzy­stuje Pan efekt w celu wyja­śnie­nia przy­czyny powsta­nia. Teoria WW w pewnym momencie po prostu “nie trzyma się kupy” i naj­więk­sze umysły tego nie kryją. Nie ukrywam że bliżej mi do teorii M niż do WW.
    2. Przy­ta­cza Pan cytaty z wypo­wie­dzi poje­dyn­czych wybit­nych naukow­ców w sprawach ich wiary i postrze­ga­nia istoty Boga. Tutaj nasuwają mi się 2 kwestie:
    - pomi­nię­cie prze­wa­ża­ją­cej ilości osób wie­rzą­cych jeżeli porówna Pan lau­re­atów nauko­wych nagród Nobla, którzy po prostu nie pro­pa­gują swoich poglądów w tej kwestii.
    - wyko­rzy­sty­wa­nie poglądów spe­cja­li­stów z jednej dzie­dziny jako eks­per­tów w innej. aby zobra­zo­wać, pytając wybit­nego pale­on­to­loga o kwestie fizyki teo­re­tycz­nej i przy­ta­cza­jąc go jako eksperta. 

    Chwilowo wystar­czy bo nie wiem czy możliwe są aż tak roz­wi­nięte komen­ta­rze 🙂
    Pozdra­wiam
    g_o_n

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      1. Ależ w takim rozu­mo­wa­niu również kryją się błędy. Załóżmy, że mecha­nika kwantowa jest czymś co cechuje TYLKO nasz wszech­świat. Że cząstki wir­tu­alne, zasada nie­ozna­czo­no­ści i wszystko inne, znajduje się jedynie w znanej nam rze­czy­wi­sto­ści, powsta­łej po Wielkim Wybuchu. To oznacza, że przed Big Bangiem nie byłoby rze­czy­wi­ście nic. Cał­ko­wi­cie nic. Nic z czego mógłby powstać ten czy inny wszech­świat. A skoro tak, to pozo­staje nam tylko Bóg i nie ma nad czym dys­ku­to­wać.

      Rzecz w tym, że nie ma sposobu na dowie­dze­nie się co było “przed” oso­bli­wo­ścią, podobnie jak nie można zobaczyć co jest za “granicą” wszech­świata. Ja wychodzę z zało­że­nia, że nie­do­sko­na­łość naszego aparatu poznaw­czego nie jest dowodem, ani nie zmusza do wyda­wa­nia pewnych osądów. Skąd w prze­ciw­nym razie wzięłyby się kon­cep­cje mul­tiu­ni­wer­sum? “Pustka” jaka istniała przed naszym wszech­świa­tem, mogła mieć naturę której nie rozu­miemy. Jak to mawia Edward Tryon: “Wszech­świat jest po prostu jedną z tych rzeczy, które zdarzają się od czasu do czasu”.

      2. Tekst dotyczy kon­kret­nej pro­ble­ma­tyki wyra­żo­nej w tytule. Co do wie­rzą­cych nobli­stów — nie wiem. Ktoś postawił przede mną kiedyś podobny argument i zacie­ka­wiony zacząłem szperać. Wynik jest taki, że autorzy wszyst­kich książek jakie miałem okazje czytać, są agno­sty­kami lub ate­istami (poza jedną — Michała Hellera). W tym gronie znajdują się również nobliści, jak Richard Feynman czy Steven Weinberg. Zresztą przy­to­czo­nych tu Hawkinga i Kraussa również bardzo cenię. Nie uważam tego za żaden argument, ponieważ wiara jest osobistą sprawą czło­wieka. Nie zachęcam do jej porzu­ca­nia, a co najwyżej zasta­no­wie­nia się nad alter­na­tywa.

      Dziękuję za bardzo rzeczowy komen­tarz. Ta pierwsza kwestia bardzo mnie zain­te­re­so­wała i jestem zmuszony poszukać kon­kret­nych odpo­wie­dzi na tę kwestię.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    Dlatego też skoro tak naprawdę niewiele wiemy o ota­cza­ją­cym nasz wszech­świe­cie dlaczego ferujemy wyroki odnośnie tego czy Bóg jest czy go nie ma. Nie wiemy co było przed Wielkim wybuchem — tak naprawdę nie wiemy czy ta teoria jest do końca praw­dziwa — jest na chwilę obecną obo­wią­zu­jąca. Dlatego jakoś rzucają mi się w oczy fero­wa­nie wyroków przez nie­któ­rych wybit­nych naukow­ców będących jed­no­cze­śnie ate­istami odnośnie tego że wiemy tak dużo i na pewno Boga nie ma. Taki nauko­wiec może być i jest dla mnie auto­ry­te­tem w sprawach fizyki lub jego spe­cja­li­za­cji ale na pewno nie w sprawach wiary bo to nie jest jego “działka”. Nie wiem czy Pan zauważył ale jakoś widać taką ten­den­cje odnośnie obecności/braku Boga w jednym kierunku. Nie zauważa się wypo­wia­da­nia się i prze­ko­ny­wa­nia w drugą stronę tylko jest widoczna negacja ist­nie­nia Boga. Nie zasta­no­wiło to Pana?
    Zgadzam się w kwestii ułom­no­ści aparatu poznaw­czego czło­wieka ale czyż nie mając moż­li­wo­ści poznania dużo łatwiej­szych zagad­nień doty­czą­cych funk­cjo­no­wa­nia wszech­świata możemy się porywać na zro­zu­mie­nie absolutu Boga? Ogarnąć ułomnym umysłem coś co jest idealne? Dlaczego w przy­padku gdy nie możemy czegoś zro­zu­mieć zacho­wu­jemy się jak dzieci — czegoś nie rozumiem to tego nie ma. Boga nie da się zaszu­flad­ko­wać, zmierzyć, określić, zważyć — trzeba po prostu uwierzyć, bo wiara jest darem, łaską. 

    Jeżeli chodzi o nobli­stów — chętnie się podzielę tylko muszę odszukać kon­kretny artykuł w prze­past­nym necie 😉 

    Oso­bi­ście staram się szanować poglądy innych w wszyst­kich kwe­stiach życia i nie narzucać własnych. Zawsze można przecież pody­sku­to­wać, bo dyskusja, wymiana poglądów pozwala zawsze nam się w jakiś sposób rozwijać. 

    Jeżeli Pan pozwoli będę częściej komen­to­wał. Co prawda bardziej mnie inte­re­sują kwestie Fizyczno — astro­no­miczne ale w sprawach reli­gijno- filo­zo­ficz­nych mam również wyro­bione zdanie.
    Pozdra­wiam
    g_o_n

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Każdą z tych kwestii w jakimś stopniu prze­ra­bia­łem i, być może, po prostu przy­wy­kłem. Nato­miast w ogóle nie dziwią mnie ate­istyczne ten­den­cje w sferze fizyki. Już ks. Heller stwier­dził, że gdy bada kosmos jest ateistą, i uważam to za właściwe. Jak mogę mówić o dobrym naukowcu, który w którymś skom­pli­ko­wa­nym miejscu porzuca badania by zapełnić je siłą wyższą? Ostatnim wielkim, który tak robił był Izaak Newton, twier­dząc że wszech­świat nie zapada się w sobie bo Bóg roz­mie­ścił gwiazdy w ide­al­nych odstę­pach. Jak wiemy, tego typu rozu­mo­wa­nie dało mu błędne wyniki ;).

      I nie mam na myśli, że fizyk ma być ateistą. Może gdzieś głęboko w sobie wierzyć, że coś nad nim czuwa, że ma duszę, czeka go życie po śmierci, a Wielki Pro­jek­tant obmyślił wszyst­kie stałe i prawa przyrody. Jednak nauka wymaga od niego scep­ty­cy­zmu i kon­kret­nych odpo­wie­dzi — jak na razie udaje się je znaleźć. Stąd też pytanie: Po co nam Bóg?, ale Bóg, który ułożył wszech­świat, w jakiś, nie­moż­liwy do pojęcia dla nas sposób.

      A dobry, rzeczowy i zmu­sza­jący do reflek­sji komen­tarz zawsze jest w cenie.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • Ano­ny­mous

      Ależ wiemy, że jest praw­dziwa. Szeregu dowodów nie da się wyjaśnić niczym innym, nigdy nie zostanie obalona, może zostać najwyżej roz­sze­rzona.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    “Jak mogę mówić o dobrym naukowcu, który w którymś skom­pli­ko­wa­nym miejscu porzuca badania by zapełnić je siłą wyższą?” — i tu się zgadzamy. Dla mnie też to jest naganne. Po to Bóg nam dał wolną wolę i prężny umysł abyśmy badali, pozna­wali i “czynili sobie poddaną” rze­czy­wi­stość. Z drugiej strony dał nam wewnętrzny etyczny kompas abyśmy nie prze­sa­dzali. Myślę o kwe­stiach etycz­nych ale akurat w fizyce jest to kwestią mar­gi­nalną.
    Z drugą częścią odpo­wie­dzi też się zgadzam, widzę że mimo wszystko myślimy podobnie mamy jedynie odrobinę inny punkt widzenia. 

    Jeżeli mogę zadać pytanie, bo powie­dział Pan “Jak mogę mówić o dobrym naukowcu, który w którymś skom­pli­ko­wa­nym miejscu porzuca badania by zapełnić je siłą wyższą”. Od dłuż­szego czasu teoria o Czarnej materii i Czarnej energii jest podawana jako pewna. Tak naprawdę nikt do końca nie wie co to jest i dlaczego jest ważne jest tylko to że dzięki tym 2 “nie­wia­do­mym” ładnie nam pasują równania. Czy nie uważa Pan że to właśnie jest taki przy­pa­dek “zastę­po­wa­nia siłą wyższą” aby się tylko zgadzało? Ponieważ nie ma na podo­rę­dziu Boga więc trzeba wstawić “coś nauko­wego”. Może trochę koloruję ale czy nie warto sie nad tym zasta­no­wić? Czyż nie taka jest natura czło­wieka iż nie lubimy nie­wia­do­mych a gdy nie możemy objąć rozumem trzeba coś stworzyć aby nasze postrze­ga­nia świata się nie zawaliło?
    Wiem, że jeżeli chodzi o czarną materię są dowody pośred­nie ale tak naprawdę nie wiemy co to jest i dlaczego jest. Po prostu musi być, a może warto jednak poszukać innych roz­wią­zań?
    Pozdra­wiam
    g_o_n

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Taaaa, odwieczny dylemat. Jak ten, czy teorii strun bliżej do fizyki czy teologii. Moim zdaniem nie ma żadnego porów­na­nia między TEORIĄ naukową, a religią. Przede wszyst­kim w tym drugim nie prze­szka­dza nam element nad­przy­ro­dzony. Przy nauce, wszystko musi być racjo­nalne, obli­czalne i sensowne. Ciemna materia nie jest wpro­wa­dzona na siłę, a naj­zwy­czaj­niej w świecie wynika z obliczeń. Podobnie jak z czarną dziurą — skoro w jakimś miejscu nie widać masy, nie oznacza to, że jej nie ma.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Ano­ny­mous

    3gr.
    Nigdy nie było stanu cał­ko­wi­tej nicości. Ponieważ z nicości abso­lut­nej nie da się przejść do stanu ist­nie­nia. A ponieważ raczej coś istnieje to stan ist­nie­nia jest wieczny i nie miał początku, zawsze coś istniało. Teo­re­tycz­nie moż­li­wych stanów ist­nie­nia nie da się policzyć nawet używając pojęć nie­skoń­czo­no­ści, ponieważ nie można skon­stru­ować zbioru wszyst­kich zbiorów. Mówienie o praw­do­po­do­bień­stwie wyboru kon­kret­nego stanu ist­nie­nia jest pomyłką tak samo jak mówienie, że istnieją wszyst­kie możliwe stany na raz (nie istnieje zbiór wszyst­kich zbiorów). Ist­nie­nie to “Przy­pad­kowa fluk­tu­acja” ze zbioru, który nie istnieje, ot cie­ka­wostka.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • infi­ni­ty­416

    Zaraz — a czy prze­ko­na­nie, że rze­czy­wi­stość, której doświad­czamy za pomocą “cie­le­snych” zmysłów, jest jedyną, w której ist­nie­jemy (a w której Bóg się nie ujawnia), to nie jest… wiara?
    Polecam ogarnąć temat psy­cho­de­liku o nazwie DMT, szcze­gól­nie ciekawy jest dokument “DMT: Molekuła duszy”, do zna­le­zie­nia na YT.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      A cóż to — wiara na zasadzie negacji? W takim razie ateistę nazwiesz wie­rzą­cym, bo wierzy, że Boga nie ma? To tworzy zamknięte koło. Mam fizyczne prze­słanki, że to co widzę jest rze­czy­wi­sto­ścią. Nic mi nie pod­po­wiada, że jest jakaś inna, nie­ma­te­rialna rze­czy­wi­stość, więc tylko do jej uznania potrze­buję wiary.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • infi­ni­ty­416

      Uważam, że cała nasza wiedza oparta jest na systemie wierzeń. Czy widzia­łeś kiedyś na własne oczy atomy? A jednak wierzysz, że istnieją — bo tak powie­dzieli naukowcy. W tym momencie wiara w Boga czy w cokol­wiek innego to jedynie kwestia ufności w prze­słanki właśnie — czy to w Biblię, czy w opo­wie­ści osób mających za sobą doznania mistyczne. Nawet jeśli sam kiedyś pod mikro­sko­pem zoba­czysz atomy — w tym momencie będziesz wiedział (a wła­ści­wie mocno wierzył — ponieważ cał­ko­wi­cie ufasz swoim oczom i mikro­sko­powi, że Cię nie oszukują), że istnieją. A co potem? Potem musisz wierzyć swojej pamięci.
      Teraz załóżmy, że, czy to przez zażycie DMT, czy duże ilości medy­ta­cji, Stephen Hawking stwier­dza, że Bóg istnieje (bo sam go doświad­czył). W ślad za nim idą inni naukowcy i wszyscy wycią­gają ten sam wniosek. Powiesz — hola hola, jak z subiek­tyw­nego doświad­cze­nia można wyciągać obiek­tywne fakty?
      Ale — czy spoj­rze­nie przez mikro­skop czy jaka­kol­wiek inna forma obser­wa­cji rze­czy­wi­sto­ści nie jest doświad­cze­niem subiek­tyw­nym? Tutaj używa się jedynie innego narzę­dzia.
      Czy w tym momencie zaczy­nasz wierzyć w Boga?
      Wniosek jest taki, że niewiara w Boga wynika z wiary w słusz­ność przy­ję­tej meto­do­lo­gii pozna­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści — która to meto­do­lo­gia nie musi pozwalać na poznanie wszyst­kiego.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      Jeżeli stu­diu­jesz jaki­kol­wiek kierunek to zdajesz sobie sprawę z tego jak funk­cjo­nuje nauka. Nawet w jednej dzie­dzi­nie nie będziesz w stanie ogarnąć wszyst­kich detali. Nie będziesz jednak roz­po­czy­nał każdego badania i każdej pracy od spraw­dze­nia wszyst­kich powszech­nie znanych faktów i teorii. Pisząc o koro­na­cji Bole­sława Chro­brego nie będę zbierał dowodów czy w ogóle Chrobry istniał, mimo że go nie widzia­łem i nie znałem. Tak — ufam kronikom, innym źródłom, opiniom arche­olo­gów i tak dalej. Ale dlaczego im ufam? Ponieważ fakt ist­nie­nia Chro­brego został udo­wod­niony na 110 sposobów i nikt nie znalazł prze­słanki aby to zane­go­wać. Czy mam uważać, że jestem zewsząd okła­my­wany i setki histo­ry­ków chciało zrobić psikus? Przecież to czysty absurd. Zacho­wy­wa­nie się w ten sposób nie pozwo­li­łoby nam w żaden sposób się rozwijać, bo każdy proces myślowy zaczy­na­li­by­śmy od początku.

      Argument z widze­niem atomów jest błędny. Ich ist­nie­nie było postu­lo­wane zanim wyna­leź­li­śmy mikro­skop elek­tro­nowy, zanim je zoba­czy­li­śmy. Niemal zawsze dzia­ła­nia mate­ma­tyczne i modele teo­re­tyczne poprze­dzają sam akt obser­wa­cji, ergo opieramy się na czymś więcej niż zaufaniu do własnych zmysłów.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • http://www.blogger.com/profile/10987815144336362715 Tomasz Żukowski

    Czytając artykuł nasuwa mi się myśl: Wszech­świat “storzył” inte­li­gentne istoty, żeby mógł sam siebie poznać.…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Adramel

    W kwestii for­mal­nej — bóg — z małej litery. Przez duże “B” jest ten per­so­nalny kon­kretny bóg kato­li­ków, o imieniu “Bóg”, ex Jehowa. Z dużej bo to takie imię. Ale bóg jako funkcja piszemy z małej — bóg Zeus, bóg Odyn, bóg Żydów, bóg Ra itp…

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      To oczy­wi­ste, ale czasem granica między bogiem a Bogiem jest bardzo cienka. Pisząc tekst miałem na myśli Boga kon­kret­nego, Boga Stwo­rzy­ciela, Ojca, Boga jude­ochrze­ści­jań­skiego. Myślę, że gdybym napisał o “bogu” nic by się nie stało, jednak nie mając na myśli jakie­go­kol­wiek bożka wolę stosować dużą literę.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Pingback: KB #26: Największy darmowy obiad | Kwantowo.pl - astronomia, fizyka, nauka!()

  • Pingback: Czy wszechświat jest płaski? | Kwantowo.pl - astronomia, fizyka, nauka!()

  • ple

    “Pragnę jedynie prze­ka­zać, iż nowe idee oraz ciągle posze­rzana wiedza
    pozwa­lają ludz­ko­ści wytłu­ma­czyć niemal każdy proces bez mie­sza­nia w to
    inge­ren­cji z zewnątrz”.
    Ciągle posze­rzana wiedza daje nam jedynie obraz, jak mało jeszcze wiemy i jak wiele jest przed nami jeszcze zakryte.
    “Od
    pół wieku udo­sko­na­lana jest teoria wyja­śnia­jąca powsta­nie wszech­rze­czy w
    cał­ko­wi­cie natu­ralny, świecki i samo­dzielny sposób” — “wyja­śnia­jąca” to
    chyba drobne nad­uży­cie, nie uważasz?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Nie uważam. Wielki wybuch to teoria wyja­śnia­jąca sposób powsta­nia wszech­rze­czy; kre­acjo­ni­ści mają swoje, inne wyja­śnie­nia. Pytanie dotyczy jedynie tego, które wyja­śnie­nie jest bliższe prawdy i zdatne do kon­fir­ma­cji.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Henryk Krze­miń­ski

    Wielu ludzi jest tak samo­wy­star­czal­nych, iż stawiają pytanie po co nam Bóg? W tym pytaniu jest już zawarta
    odpo­wiedź, iż jest On nam nie­po­trzebny, dlatego Go nie ma. A jak zmie­niłby się sposób postrze­ga­nia świata
    przez te osoby, gdyby okazało się nie­spo­dzie­wa­nie, iż On istnieje i można tego dowieść w sposób, którego
    żaden zwo­len­nik nauki nie podważy, czyli w sposób czysto naukowy. Osobnik, który nie chciałby zaak­cepto–
    wać takiego dowodu stałby się obiektem drwin i lek­ce­wa­że­nia. Zapew­niam, iż taki dowód jest możliwy
    do prze­pro­wa­dze­nia w każdej chwili. Niezgoda na jego doko­na­nie świadczy o upadku wiary i dążenia
    do prawdy w naszych czasach.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Trudno mi pole­mi­zo­wać, bo komen­tarz nie odnosi się do zawar­to­ści tekstu, czyli kwestii boga — pier­wot­nego poru­szy­ciela.

      “Zapew­niam, iż taki dowód jest możliwy do prze­pro­wa­dze­nia w każdej chwili. Niezgoda na jego doko­na­nie świadczy o upadku wiary i dążenia do prawdy w naszych czasach.”

      Albo mówimy o wierze, albo o dowodach. Jedno z dwóch. I nie rozumiem sfor­mu­ło­wa­nia “upadek wiary”. Czy jego prze­ci­wień­stwem jest “upadek racjo­na­li­zmu”?

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Henryk Krze­miń­ski

        Jego prze­ci­wień­stwem jest wzrost racjo­na­li­zmu. Zasta­na­wiam się nad tym, w jak będzie
        wyglą­dała wiara w ist­nie­nie Boga, kiedy już będziemy w sposób nie budzący żadnych
        wąt­pli­wo­ści wie­dzieli o Jego ist­nie­niu.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

        Na ile wertuję filo­zo­fię racjo­na­li­stów, o tyle trudno mi się z tym zgodzić. Wszakże ateizm oraz agno­sty­cyzm wyrosły właśnie z racjo­na­li­zmu. Ale oczy­wi­ście szanuję to zdanie.

        Gdybyśmy* wie­dzieli o jego ist­nie­niu — rze­czy­wi­ście to ciekawe zagad­nie­nie.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Jacek

    Witam ser­decz­nie.

    W Pańskim artykule nt. entropii ( http://www.kwantowo.pl/2015/01/09/komorki-entropii/ ) pisze Pan: 

    “Zwykłem mawiać, że jeśli praw­do­po­do­bień­stwo jakiegoś zda­rze­nia wynosi więcej niż zero, nie można go wyklu­czyć; jednak w tym przy­padku mówimy o wiel­ko­ściach z kil­ku­dzie­się­cioma zerami. Pisząc prościej, jeżeli ist­nia­łyby miliardy wszech­świa­tów zamiesz­ka­nych przez biliony nie­zdar­nych cywi­li­za­cji tłu­ką­cych kubki, to w ciągu eonów być może raz jakiś kosmita doświad­czyłby cudu samo­na­pra­wia­ją­cego się naczynia. Chociaż i tak wyka­za­łem się w tych sza­cun­kach hur­ra­op­ty­mi­zmem.”

    W związku z tym chciał­bym zapytać, jak — w czysto mate­ma­tycz­nych kate­go­riach — osza­co­wałby Pan praw­do­po­do­bień­stwo, że z nie­wy­obra­żal­nie wiel­kiego zbioru moż­li­wo­ści, z którym mieliśmy do czy­nie­nia przed Wielkim Wybuchem i krótko po nim, akty­wo­wały się właśnie te, które umoż­li­wiły otwarcie ciągu przy­czy­nowo-skut­ko­wego, który finalnie dopro­wa­dził do powsta­nia i rozwoju inte­li­gent­nej formy życia na Ziemi? Że stałe fizyczne, które określił Pan jako “idealnie dopa­so­wane do pod­trzy­my­wa­nia życia” przyjęły ten właśnie “idealny” poziom, podczas gdy nawet mini­malne odstęp­stwo od któ­rej­kol­wiek z nich zapewne unie­moż­li­wi­łoby rozwój życia w znanej nam formie? Że w ogra­ni­czo­nej liczbie galaktyk powstał układ sło­neczny w całej swojej zło­żo­no­ści skrojony idealnie na potrzeby roz­wi­ja­ją­cego się w nim życia?

    Czy praw­do­po­do­bień­stwo, że zda­rze­nia które starałem się nakre­ślić wyżej, zaist­niały rów­no­cze­śnie w jednym wszech­świe­cie liczącym “ledwo” 14 miliar­dów lat, jest większe od tego, że w miliar­dach wszech­świa­tów z miliar­dami cywi­li­za­cji jeden rozbity kubek wróci do poprzed­niego stanu?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Dziękuję za inte­re­su­jące pytania. Jestem pewny, że któryś ze znanych mi fizyków podjął się tego trudu i rzucił jakimś sza­cun­kiem — niestety nie mogę sobie przy­po­mnieć, który to. Nie zmienia to faktu, że była mowa o olbrzy­mich liczbach, co chyba nie powinno nikogo dziwić. Mam tu jednak pewną uwagę: ten i inne tego typu szacunki należy trak­to­wać w ramach cie­ka­wostki (coś jak równanie Drake’a), bo mamy zde­cy­do­wa­nie za małą wiedzę.

      Druga kwestia mnie bardziej niepokoi. Mia­no­wi­cie sprawa warunków do życia i powsta­nia samego życia to już zupełnie odmienna kate­go­ria i pod żadnym pozorem nie należy jej łączyć z powsta­niem wszech­świata. Odpo­wie­dzią jest zasada antro­piczna. Skoro powstało coś takiego jak My, to wydaje nam się, że jest to coś nie­wy­obra­żal­nego i w jakiś sposób nobi­li­tu­ją­cego. Pisze pan o “układzie skro­jo­nym idealnie na potrzeby życia”, a przecież możemy uczciwie odwrócić to rozu­mo­wa­nie: dlaczego wszech­świat jest aż tak życiu nie­przy­ja­zny? Albo jeszcze inaczej: dlaczego życie jest aż tak deli­katne i nie­do­sto­so­wane do natu­ral­nego zasie­dla­nia wszech­świata? Dlaczego orga­ni­zmy nie są w stanie np. pobierać sobie energii z gwiazd i egzy­sto­wać w kosmicz­nej próżni? Obiek­tyw­nie wygląda to tak, że życie nie pasuje do wszech­świata a wszech­świat nie sprzyja życiu. Nie dowiemy się nigdy, czy nie mógłby istnieć taki układ stałych fizycz­nych, który sprzy­jałby większej zło­żo­no­ści i wyra­fi­no­wa­niu życia.

      “Czy praw­do­po­do­bień­stwo, że zda­rze­nia które starałem się nakre­ślić wyżej, zaist­niały rów­no­cze­śnie w jednym wszech­świe­cie liczącym “ledwo” 14 miliar­dów lat, jest większe od tego, że w miliar­dach wszech­świa­tów z miliar­dami cywi­li­za­cji jeden rozbity kubek wróci do poprzed­niego stanu?”

      I tu znów mogę się odwołać zarówno do zasady antro­picz­nej jak i już przy­wo­ła­nego cytatu. Jeśli szansa na zda­rze­nie wynosi więcej niż zero, nie wolno tego wyklu­czyć. Co do życia, maszy­ne­rii biał­ko­wej i nas samych, to proszę pamiętać, że również pozo­sta­jemy igno­ran­tami. Już o tym kiedyś wspo­mi­na­łem i pewnie ten wątek rozwinę w przy­szło­ści. Guzik wiemy na temat abio­ge­nezy (nie­zwe­ry­fi­ko­wane modele). Nie­wy­klu­czone, że w pewnych warun­kach życie wręcz musi powstać, ale również, że rze­czy­wi­ście tylko na Ziemi zaist­niał taki super-przy­pa­dek. I to pytanie mnie fascy­nuje. Prze­kro­cze­nie granicy między chemią a biologią to nie­sa­mo­wita zagadka, o wiele większa od wyewo­lu­owa­nia czło­wieka z już ist­nie­ją­cych orga­ni­zmów.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

      • Jacek

        Dziękuję za obszerną odpo­wiedź. Nie będę próbował podjąć z Panem dyskusji stricte naukowej, gdyż z powodu braku wiedzy został­bym zaorany, niemniej jednak pozwolę sobie podzie­lić się kilkoma prze­my­śle­niami na temat istoty Pań­skiego artykułu.

        Jestem kre­acjo­ni­stą, jednakże daleko mi do przy­ję­cia kon­cep­cji “Boga dziur”. Nie traktuję Boga jako odpo­wie­dzi na pytania, na które nauka w chwili obecnej odpo­wie­dzieć nie potrafi, dostrze­gam go raczej — podobnie jak Einstein — w całej zło­żo­no­ści wszech­świata i praw rzą­dzą­cych fizyką. Nie kupuję zasady antro­picz­nej w kon­tek­ście wyja­śnie­nia przy­czyny powsta­nia życia. Moim zdaniem jest ona naukowym odpo­wied­ni­kiem reli­gij­nego “Bóg tak chciał”, łatwą odpo­wie­dzią na trudne pytania, uogól­nie­niem baga­te­li­zu­ją­cym szalenie istotny kontekst — szcze­gól­nie w dyskusji na temat ist­nie­nia inte­li­gent­nego pro­jek­tanta.

        Dziwi mnie postawa części naukow­ców, którzy w kolej­nych suk­ce­sach nauki roz­świe­tla­ją­cych zaciem­nione dotych­czas obszary wiedzy, dopa­trują się jedynie dowodów na nie­ist­nie­nie Boga. W dużym uogól­nie­niu można by rzec, że to tak, jakby świeżo odna­le­ziony zestaw szkiców Leonarda da Vinci potrak­to­wać jako dowód na to, że ktoś taki nigdy nie istniał. Każdy sukces współ­cze­snej nauki można równie dobrze roz­pa­try­wać w kate­go­rii argu­mentu za tym, że wszech­świat jest prze­my­śla­nym pro­jek­tem. Przy­naj­mniej ja tak mam, że wraz z każdą kolejną książką czy arty­ku­łem poru­sza­ją­cym zagad­nie­nia astro­no­mii i kosmo­lo­gii, OTW czy mecha­niki kwan­to­wej utwier­dzam się w prze­ko­na­niu, że coś tak zło­żo­nego, wyra­fi­no­wa­nego i intry­gu­ją­cego po prostu nie mogło powstać przez przy­pa­dek.

        Zarówno zaak­cep­to­wa­nie idei Boga Stwórcy jak i jej zaprze­cze­nie spro­wa­dza się do kwestii wiary, gdyż nauka nie jest w stanie z całą pew­no­ścią potwier­dzić bądź wyklu­czyć jego ist­nie­nia. Musimy zde­cy­do­wać, czy łatwiej nam uwierzyć w praw­do­po­do­bień­stwo rzędu 1:10^229 (na takie szacunki Lee Smolina się natkną­łem), czy w to, że procesy rządzące powsta­niem wszech­świata i ewolucją życia zostały popchnięte w odpo­wied­nim kierunku przez inte­li­gent­nego pro­jek­tanta.

        Pozdra­wiam ser­decz­nie.

        Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Dominik Kurek

    1. R.Dawkins nie jest skrajnym ateistą.
    2. Któż zaprze­czy takiemu “Bogu” czyli naturze?
    — A solip­sy­sta?

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Baltic Proa

    Religia to efekt uboczny dzia­ła­nia struk­tury mózgu zwanej neurony lustrzane. Wykształ­ciły się one w ciągu ewolucji pokoleń ludzi promując zacho­wa­nia współ­od­czu­wa­nia, altru­izmu. Grupa która czuła co czuje współ­ple­mie­niec mogła syn­chro­ni­zo­wać zadania i wspólnie bronić się przed zagro­że­niami. Nie była to grupa ego­cen­try­ków. Niestety neurony bliź­nia­cze mają też inne cechy, tzw efekty uboczne. Mniej szko­dli­wym, a czasami pozy­tyw­nym jest obser­wo­wany dialog wewnętrzny. Gdy jest on pod kontrolą świa­do­mo­ści jest wszystko OK. Wiemy że roz­ma­wiamy sami ze sobą. Roz­wa­żamy za i przeciw, ana­li­zu­jemy błędy. To taka nasza wewnętrzna wir­tu­alna rze­czy­wi­stość i symu­la­tor błędów. Niestety gdy neurony lustrzane nie są pod kontrolą świa­do­mo­ści a pod­świa­do­mo­ści doświad­czamy wrażenia że roz­ma­wiamy z kimś zewnętrz­nym, bogiem, aniołem, demonem, kosmitą. Ciekawe jest to że doświad­czamy wrażenia że ta osoba dosko­nale nas zna. I wcale nie jest to dziwne, gdyż tak naprawdę roz­ma­wiamy ze sobą. Gdy doświad­cza to jedna osoba, nazywamy to zabu­rze­niem oso­bo­wo­ści. Często też ta poje­dyn­cza osoba doświad­cza kontaktu z nie­stan­dar­do­wymi bytami, co jeszcze bardzie utwier­dza grupę zewnętrzną w prze­ko­na­niu że to zabu­rze­nie oso­bo­wo­ści. Jednak gdy zbierze się dosta­teczna liczba osób o podobnym zabu­rze­niu oso­bo­wo­ści, która doświad­cza podob­nych uro­jo­nych wizji, to wtedy już mamy do czy­nie­nia z wie­rze­niami. Gdy te wie­rze­nia prze­chwyci cyniczna osoba żądna władzy, wtedy doświad­czamy poja­wie­nie się nowej religii.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • suqq

    Czytam i czytam, każdy artykuł po kolei. I naczytać się nie umiem.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • marcel

    “Bóg w ustach naukow­ców w ogóle nie oznacza osoby!
    Nie ma sensu się doń modlić, prosić o wyba­cze­nie i ocze­ki­wać cudów.
    Wszelkie dogmaty i obrzędy można sobie darować. Nie ma również sensu
    przy­pi­sy­wać takiemu Bogu nad­przy­ro­dzo­nych mocy, gdyż to on jest
    przyrodą.”

    Przyznam, że roz­cza­ro­wał mnie Pana tekst. Spo­dzie­wa­łem się po tej stronie rze­tel­no­ści i uczci­wo­ści inte­lek­tu­al­nej, a tu niestety nie sprostał Pan ele­men­tar­nym wymogom w tej kwestii. Teza jest nie tylko dowolna, zupełnie nie­uza­sad­niona (jeden Einstein nie upo­waż­nia przecież to takich sądów), ale jest wprost nie­praw­dziwa. Kto, jak kto, ale osoba zaj­mu­jąca się nauką nie może nie wiedzieć i nie znać uczonych, w tym wybit­nych, których wiara w Boga była/jest kla­syczną wiarą w oso­bo­wego i dobrego Boga Pisma Świętego. 

    Nie wystar­czy­łoby miejsca na podanie wszyst­kich nazwisk uczonych lub ludzi zaj­mu­ją­cych się nauką/popularyzujących naukę (nawet Dawkins jest przecież głównie popu­la­ry­za­to­rem, nagrody otrzy­my­wał dotąd tylko za to) wie­rzą­cych, więc zapro­po­nuję po prostu roz­sze­rze­nie zain­te­re­so­wań. Sięganie tylko po książki agno­sty­ków lub ateistów również nie jest objawem neu­tral­no­ści i obiek­tyw­no­ści, o co Pana nie posądzam, bo mogło się tak zdarzyć przez przy­pa­dek, jeśli jednak szuka Pan wiedzy świa­do­mie czy jakoś nie w pełni jawnie dla siebie w śro­do­wi­sku a-teistycz­nym, to wypa­da­łoby to w ramach ćwiczeń z neu­tral­no­ści sko­ry­go­wać. Pierwszy z brzegu znaczący popu­la­ry­za­tor nauki Paul Davies, którego książki od lat są dostępne w j. polskim, jest teistą. 

    Wracając na krótko do choćby kilku nobli­stów: John Eccles, Charles Townes, Arthur L.Schawlow, Alexis Carrel (nawró­cony w Lourdes), G. Marconi, Chri­stian Boehmer Anfinsen (pisał wprost “tylko idiota może być ateistą”), W. Arber — wszyscy oni wierzyli z prze­ko­na­nia w oso­bo­wego, kla­sycz­nego Boga teizmu. Było takich wielu więcej, nie licząc naukow­ców nie-nobli­stów, jak Allan Sandage, “ojciec kosmo­lo­gii obser­wa­cyj­nej”,
    Francis Collins, lekarz i genetyk, kierował Pro­jek­tem Poznania Ludz­kiego Genomu, Gregor Mendel, Lemaitre, itd. itd., nie wracając do uczonych żyjących przed XX w.

    Oprócz uczonych-teistów zwią­za­nych z naukami przy­rod­ni­czymi, są przecież jeszcze teiści-mate­ma­tycy, którzy razem z fizykami teo­re­tycz­nymi stanowią naj­więk­szy procent osób wie­rzą­cych w śro­do­wi­sku naukowym (wyszła właśnie książka Johna Lennoxa z Oxfordu, mate­ma­tyka, “Bóg i Stephen Hawking. Czyj to w końcu projekt?”, wyka­zu­jąca nie­nau­ko­wość wniosków, jakie Hawking próbuje wyciągać z nauki).

    Wiarą uczonych na przy­kła­dzie wybit­nych oso­bo­wo­ści świata nauki zajmuje się Delumeau w pracy “Uczony i wiara”. Warto sięgnąć po tę pracę, aby prze­ko­nać się jak bardzo rzetelni badacze, często mający niemały wkład do nauki, godzą swoją pracę z lekturą Biblii, prak­ty­kami reli­gij­nymi i prze­ko­na­niem o ist­nie­niu dobrego, oso­bo­wego Boga-Ojca i Stwórcy.

    Rozumiem, że prywatne zało­że­nia rzutują w jakiś sposób na sposób inter­pre­ta­cji wiedzy i wniosków z nauki (uczeni-teiści wycią­gają z tej samej nauki całkiem inne wnioski i czynią to bez sto­so­wa­nia jakich­kol­wiek chwytów i pułapek, natura nauki im to po prostu umoż­li­wia), dotyczy to każdej ze stron, ale pro­si­łoby się o kontrolę nad tym i o nie­wy­biór­czą rze­tel­ność na takiej stronie, doty­czącą każdego artykułu i każdego postu.

    Pozdra­wiam.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.kwantowo.pl/ Adam Adamczyk

      Pozwo­lisz, że napiszę ana­lo­gicz­nie: bardzo roz­cza­ro­wał mnie ten komen­tarz. Z kilku powodów. Po pierwsze, oparłeś go o błędne zało­że­nie, wzięte… znikąd, iż znana jest mi wyłącz­nie jedna strona medalu, innymi słowy zarzu­casz mi igno­ran­cję. Rekla­mu­jesz mi Paula Daviesa — ale ja dosko­nale znam tego autora, a jego książkę pole­ci­łem nawet w biblio­teczce i znalazła się w biblio­gra­fii kilku tekstów. Co więcej, na moich półkach naj­wię­cej miejsca zajmują książki ks. Hellera. Więc nie, nigdy nie wybie­ra­łem książek pod kątem wiary, pocho­dze­nia czy rasy autora. Czytałem w życiu naj­róż­niej­sze rzeczy i pod­cho­dzę z sza­cun­kiem do odmien­nych poglądów, w tym do wiary, o ile nie wpływa ona na strefę mery­to­ryczną wywodu. Dalej polecasz książki na temat relacji wiary i nauki, zakła­da­jąc, że zaczął­bym pisać tekst na obcy mi temat. Ale wierz mi, Einstein, Heller, Sagan czy Kittie Ferguson sporo na ten temat pisali i zasię­ga­łem języka.

      A druga waż­niej­sza rzecz. Czy Ty naprawdę widząc w tym kon­tek­ście, w takim artykule, zdanie “Bóg w ustach naukow­ców w ogóle nie oznacza osoby!”, rozu­miesz “Bóg w ustach WSZYSTKICH naukow­ców…”? No naprawdę. Przed­sta­wiam tu kon­kretną filo­zo­fię pewnej części ludzi nauki, takich jak Einstein, który nawią­zują do tzw. Boga Spinozy. Nato­miast celem tekstu nie było poka­za­nie, że jedni czy drudzy są lepsi lub jest ich więcej, a wyłusz­cze­nie dlaczego zdaniem części z nim — do czego oso­bi­ście się przy­chy­lam — Boga może(!) nie być. Dlaczego nauka może działać w sposób zupełnie świecki. 

      Po trzecie, w związku z powyż­szym, żądasz obiek­ty­wi­zmu po tekście, w którym obiek­ty­wi­zmu być nie może. Tak samo jak go nie ma w Twoim komen­ta­rzu. Nie może istnieć obiek­ty­wizm w dyskusji na temat tezy nie­we­ry­fi­ko­wal­nej. Chyba, że piszesz z pod­tek­stem, “pisz obiek­tyw­nie, czyli zgodnie z moim punktem widzenia”. Ale mam nadzieję, że to mylne wrażenie, choć nie­po­ko­jąco często się z nim spotkam.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • WR

    Prze­czy­ta­łem ten artykuł i jakoś tak przyszła mi chęć się wypo­wie­dzieć na ten temat.
    Ogólnie szanuje zdanie innych, nie lubię spe­cjal­nie naciskać by wymusić jakąś postawę, więc proszę tylko by usza­no­wać moją opinię
    Jestem osobą wierzącą i od pewnego czasu zagłę­biam się w tematy jakie Pan porusza na swoim blogu. Często zasta­na­wia­łem się „jak to z tym wszyst­kim jest?”. Wszech­świat zdaje się być nie­sły­cha­nie skom­pli­ko­wany, niemal nie­po­jęty a prze­czy­ta­łem (chyba) w jednej z książek
    o astro­fi­zyce, że (mniej więcej cytując) „ na poziomie pod­sta­wo­wym wszech­świat jest prosty”, czyli że na poziomie tych pod­sta­wo­wych cegiełek budu­ją­cych wszech­świat (hipo­te­tycz­nych strun) zasada dzia­ła­nia uni­wer­sum jest dość prosta, a wszystko da się ująć w jedno równanie, do czego zmierza obecnie fizyka. Wszech­świat ma być jed­no­cze­śnie prosty a skom­pli­ko­wany. Teo­re­tycz­nie mógłby istnieć sam, bez Boskiej inter­wen­cji. Ale gryzie mnie w oczy luka, której praw­do­po­dob­nie nauka nie zapełni. Czas przed Wielkim Wybuchem. Wydaje mi się że łącznie cząstek wir­tu­al­nych i innych zjawisk kwan­to­wych nie wyjaśni przy­czyny jego ist­nie­nia. Być może działa tu mecha­nizm którego nie znamy. Ale jest tu także miejsce dla Boga. Ogólnie, to jedna z niewielu luk w nauce które uważam że można zapełnić Boską inter­wen­cją. Dlaczego? Bo skoro uznajemy dogmat Boga Wszech­mo­gą­cego, to czemu taki Bóg miałby tworzyć nie­do­sko­nałą maszynę, przy której ciągle by musiał coś robić. To tak jakby zrobić zegar, przy którym cały czas trzeba stać by mógł chodzić. 

    Kolejną rzeczą jest to, że moim zdaniem mówienie o Bogu, Abso­lu­cie, jako o „osobie” jest dużym uprosz­cze­niem. Zgodnie z dogmatem wiary Bóg jest duchem nie­skoń­cze­nie dosko­na­łym, czyli jakimś bytem, nie dziad­kiem z brodą sie­dzą­cym na chmurce i rzu­ca­ją­cym pio­ru­nami w nie­po­kor­nych ludzi. Bóg nie jest jakąś osobą, nie ma ciała, nie musi jeść i pić. Jest bytem, którego natury człowiek za życia nie pozna. Jest bytem wszech­mo­gą­cym. Wszelkie przy­kłady przy których jest porów­ny­wany do czło­wieka to tylko uprosz­cze­nia. Nie wiemy czym jest Bóg. Nie wiemy jak funk­cjo­nuje. Nie poznamy nigdy „myśli Boga” (kolejna aluzja porów­nu­jąca Boga do czło­wieka).
    Ostatnią rzeczą jaką chce tu prze­ka­zać jest to, że Bóg chce żebyśmy go poznali. Biblia o tym mówi. Mówi o pozna­wa­niu Go w modli­twie. Poznając świat możemy prze­ko­nać się o Jego mocy, ale by Go poznać trzeba pogłębić się w modli­twie. Nie przy­po­mi­nam sobie by Jezus mówił że do poznania Boga jest potrzebna obser­wa­cja gwiazd. Bóg chce żebyśmy Go szukali. Ale nie szukajmy Go tam, gdzie nie chce żebyśmy Go szukali. Pozna­wajmy wszech­świat, zachwy­cajmy się nim, ale zostawmy naukę nauce, wiarę wierze. Nie szukajmy Boga tam, gdzie nie chce żebyśmy Go szukali.

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0