Ludzkość ma szczęście. Konkretniej, człowiek zawdzięcza swoje istnienie niebywałemu, zdumiewającemu i niemal niewyobrażalnemu fartowi. Wystarczy nieznacznie zmniejszyć odległość od Słońca bądź zmienić skład atmosfery planety a usmażymy się. Ciut dalej, a wszystkie kontynenty pokryją się lądolodem niczym Antarktyda. Dalsze stadium ewolucji Dziennej Gwiazdy i znów piekło. Niewielka asteroida, jakich setki w sąsiedztwie Ziemi, a dzielimy marny los gadów z Mezozoiku. Podświadomie człowiek od zawsze zdawał sobie sprawę z tego zbiegu okoliczności i na tej kanwie stwierdził, że świat wokół niego jest po prostu dopasowany do jego potrzeb. Prawdopodobnie został stworzony z myślą o człowieku. Niestety prawda jest przygniatająca i prędzej czy później dosięgnie nas wszystkich. Karta się kiedyś odwróci a ludzkość zostanie zmuszona do walki o przetrwanie.

Zapuść Twój sierp i żniwa dokonaj, bo przyszła już pora dokonać żniwa, bo dojrzało żniwo na ziemi!- Apo­ka­lipsa Św. Jana (Ap 14)

Kosmiczny pocisk

Każdy powinien wiedzieć, że rok 2002 należy zaliczyć do naj­bar­dziej far­tow­nych w dziejach naszej cywi­li­za­cji. Wtedy to kosmiczny zbir zakpił z ludzkiej tech­no­lo­gii i nie­zau­wa­że­nie prze­mknął tuż obok Ziemi. Astro­no­mo­wie zorien­to­wali się w sytuacji post factum, gdy obiekt nazwany roboczo 2002 MN minął już naszą planetę w odle­gło­ści 120 tys. km. W skali kosmicz­nej było to minięcie o włos. Księżyc jest utrzy­my­wany przez ziemską gra­wi­ta­cję w odle­gło­ści 380 tys. km, więc naprawdę niewiele brakło aby nasze przy­cią­ga­nie ścią­gnęło skałę z tra­jek­to­rii. 2002 MN nie należała do dużych asteroid, lecz gdyby uderzyła blisko gęsto zalud­nio­nych obszarów, skutki byłyby opłakane. Żeby je sobie wyobra­zić nie potrze­bu­jemy nawet kom­pu­te­ro­wych symu­la­cji. Podobny kamyczek rozbił się na Syberii na początku XX stulecia, powa­la­jąc drzewa w pro­mie­niu 50 km. Meteoryt, który wziął udział w tzw. kata­stro­fie tun­gu­skiej wyzwolił energię setki razy większą niż nasza broń jądrowa. Na szczę­ście w roku 2002 skoń­czyło się na kosmicz­nym ostrze­że­niu.

Mię­dzy­na­ro­dowa spo­łecz­ność astro­no­mów wzięła sobie tę prze­strogę do serca i uru­cho­miono nowe programy badawcze. Istnieje nawet dzie­się­cio­stop­niowa skala, wedle której oceniane jest zagro­że­nie zde­rze­nia z Ziemią: Skala Torino. Prace zaowo­co­wały zna­le­zie­niem tysiąca bliskich głazów. Ich źródłem jest sam Układ Sło­neczny, zwłasz­cza główny pas pla­ne­toid roz­cią­ga­jący się miezy Marsem a Jowiszem. Ogromne ilości skał zderzają się tam w przy­pad­kowy sposób, po czym pole gra­wi­ta­cyjne czer­wo­nej planety miota nimi na oślep. Opty­mi­stycz­nie stwier­dzono, że szansa na zde­rze­nie z niemal któ­rą­kol­wiek jest bliska zeru. Jedyne realne nie­bez­pie­czeń­stwo odno­to­wał w roku 2004 Roy Tucker z Uni­wer­sy­tetu w Arizonie. Odkrył on 2004 MN4, lepiej znaną jako aste­ro­ida Apophis, której szansę na ude­rze­nie oceniono na więcej niż 1,5% i przy­znano 2 w skali Torino. Oznacza to, że obiekt istotnie przecina orbitę ziemską, ale w zasadzie nie ma się czego obawiać. Problemu jednak nie zba­ga­te­li­zo­wano. Mimo, iż niemal na pewno Apophis nie zagrozi nam przy następ­nym zbli­że­niu za 20 lat, to jej tor lotu może zostać poważnie zachwiany i nasze wnuki będą miały nie lada zmar­twie­nie. Nie sądzę jednak aby bryła o średnicy niemal 400 metrów pędząca z pręd­ko­ścią 20 km/s, mogła znisz­czyć ludzkość. Pocisk, który spo­wo­do­wał masowe wymarcie 3/4 gatunków (w tym dino­zau­rów) w Kredzie, miał o wiele większe rozmiary. Niemniej Apophis może z powo­dze­niem przy­czy­nić się do śmierci kil­ku­dzie­się­ciu milionów ludzi – zależnie od tego gdzie walnie. Cios w zachod­nie wybrzeże USA mógłby zmieść z powierzchni ziemi wszystko od Los Angeles po San Fran­ci­sco, wywołać tsunami pędzące w stronę Japonii oraz naruszyć uskoki powo­du­jąc masowe trzę­sie­nia i wybuchy wulkanów.
Ude­rze­nie aste­ro­idy to dopiero roz­grzewka. Przede wszyst­kim dlatego, że w ciągu kilku pokoleń osią­gniemy poziom tech­no­lo­giczny pozwa­la­jący na uchro­nie­nie naszej planety przed zagro­że­niem. Nie myślcie jednak o roz­wią­za­niu rodem z filmów science-fiction, to jest o rozbiciu pla­ne­to­idy! O ile, przy mniej­szych ciałach zdałoby to egzamin, o tyle roz­kru­sze­nie pół­ki­lo­me­tro­wej skały narobi nowych kłopotów. Pomniej­sze odłamki spa­da­łyby w nie­prze­wi­dziany sposób w różne części świata, siejąc praw­dziwe spu­sto­sze­nie. Znacznie lepszym i od dawna opra­co­wy­wa­nym roz­wią­za­niem wydaje się zepchnię­cie aste­ro­idy z kursu. Zbu­do­wa­nie i przy­twier­dze­nie potęż­nego napędu do kosmicz­nego głazu to trudne zadanie, ale na pewno nie nie­wy­ko­nalne. NASA już ma za sobą lądo­wa­nie sondy na pla­ne­to­idzie, więc przy odro­bi­nie szczę­ścia nasi potom­ko­wie będą potra­fili ode­pchnąć Apophis z dala od Ziemi.

Nadchodzi zima

Ładna jesień tego lata. Niestety mam złe wia­do­mo­ści. Prognoza na następne ~50–500 lat również nie zapo­wiada się opty­mi­stycz­nie. Na sym­po­zjum mete­oro­lo­gicz­nym w Hear­tland Insti­tute Chicago część naukow­ców wysunęła hipotezę, iż naj­bliż­sze przez lata tem­pe­ra­tura będzie sys­te­ma­tycz­nie spadać i utrzyma na niskim poziomie przez minimum pół wieku. Jest to związane przede wszyst­kim z obecną aktyw­no­ścią Słońca, które jest nie­zwy­kle spokojne. To mil­cze­nie Gwiazdy Dziennej potwier­dzają obser­wa­cje na całym świecie, również te prze­pro­wa­dzane w rodzimym Solaris Center w Opolu. Naj­wyż­sza pora uświa­do­mić sobie, że czas w jakim przyszło nam żyć wypadł akurat na krótki okres ocie­ple­nia klimatu. To, że kilkaset lat temu można było pieszo przebyć drogę z Polski do Szwecji po zamar­z­nię­tym Bałtyku nie było przy­pad­kiem. Istotnie między XVI a XX wiekiem panował nieco surowszy klimat niż ten znany obecnie. To obraz tzw. małej epoki lodow­co­wej, która jeszcze nie stanowi tragedii (choć z 40-stop­nio­wymi upałami przyj­dzie się powoli żegnać), bowiem średnia tem­pe­ra­tur nie spadnie bardziej niż kilka stopni.

Kata­strofa nastąpi znacznie później, wraz z rze­czy­wi­stym zlo­do­wa­ce­niem. To jak długo nań pocze­kamy zależy od jego przy­czyny. Naukowcy forsują teorię eks­cen­trycz­no­ści ziem­skiej orbity, zgodnie z którą co jakiś czas nastę­pują poważ­niej­sze odchy­le­nia. Zakła­da­jąc, że to prawda, ludzkość może spo­dzie­wać się poważnej epoki lodow­co­wej za 20–60 tysięcy lat. Mnie naj­bar­dziej prze­ko­nuje hipoteza, jakoby to ruchy kon­ty­nen­talne, a co za tym idzie zmiany prądów morskich, odpo­wia­dały za ochło­dze­nie klimatu. Gorzej jeżeli nadej­ście glacjału nastę­puje z innej, nagłej przy­czyny. Ude­rze­nie mete­orytu na tyle silnego, że zachwieje planetą wydaje się raczej mało praw­do­po­dobne. Tak czy inaczej zlo­do­wa­ce­nie w powolny sposób będzie uprzy­krzać życie na Ziemi. Lądolody zwiększą swoją objętość i popeł­zają w kierunku zwrot­ni­ków, suk­ce­syw­nie zawę­ża­jąc obszar zdatny do życia. Ludzi coraz więcej, a terenów pod uprawy mniej. Podobnie jak w sce­na­riu­szu Bat­tle­field 2142 narody staną prze­ciwko sobie w walce o nie­wielką prze­strzeń życiową. A to jeszcze nie naj­czar­niej­szy sce­na­riusz. Był już moment w dziejach naszej planety, gdy została ona cał­ko­wi­cie pokryta przez lód! Jakieś 750–600 milionów lat temu Ziemia wyglą­dała jak wielka kula śnieżna krążąca wokół Słońca. Gdyby taki sce­na­riusz się powtó­rzył, to wątpię aby prze­trwało więcej niż kilkaset tysięcy ludzi stło­czo­nych w spe­cjal­nie przy­go­to­wa­nych bazach, podob­nych do tych z Antark­tydy. W cieniu tej groźby żałosne wydają się głosy ekologów, wołające o wstrzy­ma­nie pro­duk­cji dwu­tlenku węgla. Wielu naukow­ców twierdzi, że jeszcze nadej­dzie czas, w którym ludzie będą spe­cjal­nie pro­du­ko­wali wielkie ilości gazów cie­plar­nia­nych, byle tylko opóźnić zlo­do­wa­ce­nie.

Księżyc w pełni

Więk­szość ludzi nigdy nie zadała sobie pytania: Co daje nam Księżyc? W szkole uczy się o wpływie naszego satelity na pływy oceanów, pomi­ja­jąc to co naj­waż­niej­sze. Przede wszyst­kim to, że Księżyc powoduje stabilny ruch obrotowy Ziemi i prze­wi­dy­walne pory roku. Okresowe prze­chy­la­nie się naszej orbity od jednego zwrot­nika do drugiego jest efektem dzia­ła­nia gra­wi­ta­cyj­nego satelity. Brak takiego sta­bi­li­za­tora owo­co­wałby znacznie więk­szymi odchy­łami, unie­moż­li­wia­ją­cymi zamar­z­nię­cie biegunów i wysu­sze­niu Sahary. Wbrew pozorom to problem – wyższy poziom wód zmniej­szyłby obszar lądów, a dra­styczne zmiany tem­pe­ra­tur spo­wo­do­wa­łyby nie­prze­rwane, gigan­tyczne huragany.

Czy możemy stracić naszego towa­rzy­sza? Tak i nie. Pomiary laserowe wykazują, że Księżyc ucieka z pręd­ko­ścią 4 cm rocznie. Jednakże, jest praw­do­po­dobne, że to odda­la­nie kiedyś się zakończy z uwagi na elip­tyczną orbitę srebr­nego globu. Obli­cze­nia doty­czące energii kine­tycz­nej naszego satelity prze­wi­dują, iż dąży on do wyrów­na­nia swojej orbity, a gdy do tego dojdzie, usta­bi­li­zuje się. Nawet jeśli pozy­tywne prze­wi­dy­wa­nia się nie sprawdzą i Księżyc odleci w siną dal, to i tak dojdzie do tego, za ponad miliard lat. Za to, że nie­po­trzeb­nie stra­szy­łem podam cie­ka­wostkę: Księżyc spo­wal­nia ruch obrotowy naszej planety. 3–4 miliardy lat temu obrót trwał ledwo 6 godzin i sys­te­ma­tycz­nie wydłużał się do dzi­siej­szych 24 godzin. To oznacza, że kiedyś, w dalekiej przy­szło­ści spełni się marzenie stu­den­tów o dłuższej dobie.

Błyski z oddali

Aste­ro­idy, zlo­do­wa­ce­nia i ekscesy Księżyca – choć groźne, raczej nie pogrze­bią gatunku ludz­kiego. Wiele lat świetl­nych od Ziemi znajdują się źródła potęż­nych energii, które nie pozo­sta­wią nam złudzeń. Chodzi oczy­wi­ście o gwiazdy. Nie wszyst­kie z nich wyglą­dają jak nasze Słońce. Wiele gwiazd zbliża się do kresu swojego ist­nie­nia, inne już “umarły”. Takie ciała nie­bie­skie posia­dają nie­wy­obra­żalne dla czło­wieka pokłady energii. Szcze­gól­nie potężne są błyski gamma. Dla zobra­zo­wa­nia podam, że naj­dal­szym zare­je­stro­wa­nym przez astro­no­mów obiektem jest GRB 090429B: ogromny błysk pro­mie­nio­wa­nia gamma, widoczny z odle­gło­ści… 13,14 miliarda lat świetl­nych!

Inny błysk, SGR 1806–20, mający swoje źródło po drugiej stronie Drogi Mlecznej spo­wo­do­wał zauwa­żalne zakłó­ce­nia w jonos­fe­rze Ziemi. Dokładna geneza takiego wyła­do­wa­nia jest tajem­nicą. Znawca tematu, nie­ży­jący już Bohdan Paczyń­ski wysunął tezę, że roz­bły­ski mogą powstać na skutek zde­rze­nia dwóch pulsarów lub magne­ta­rów. To rodzaje gwiazd neu­tro­no­wych, nie­wiel­kich i jed­no­cze­śnie naj­gęst­szych obok czarnych dziur obiektów we wszech­świe­cie. Wysyłają one potężne impulsy pro­mie­nio­wa­nia radio­wego lub rent­ge­now­skiego oraz cechują nie­zwy­kle silnym polem magne­tycz­nym. Zetknię­cie się tak naener­ge­ty­zo­wa­nych ciał musi oznaczać kata­klizm. Rozważmy czy mamy się czego obawiać. “Przeciw” świadczy rzadkość takich zdarzeń. Odkąd obser­wu­jemy niebo, nie doszło do więcej niż dzie­się­ciu roz­bły­sków w całej naszej galak­tyce. “Za” prze­ma­wia moc eks­plo­zji. Skoro SGR 1806–20 z odle­gło­ści 50 tysięcy lat świetl­nych został wyraźnie odczuty przez apa­ra­turę, to co się zdarzy jeśli błysk nastąpi w pro­mie­niu mniej­szym niż 100 lat świetl­nych? Roz­bły­ski gamma są rzadkie i trwają zaledwie kilka sekund, ale mimo to ich pro­mie­nio­wa­nie bez problemu jest w stanie znisz­czyć życie na Ziemi.
Alter­na­tywą jest inny kosmiczny wybuch. Niemniej efek­towny, ale wystę­pu­jący znacznie częściej. Zanim gwiazda stanie się gwiazdą neu­tro­nową, ma olbrzy­mie rozmiary. Mówimy o czer­wo­nych olbrzy­mach bądź nad­ol­brzy­mach, o masie co najmniej kilka razy większej niż Słońce. Niczym gigan­tyczny piec jądrowy, gwiazda spala swoje pod­sta­wowe paliwo – wodór. W reakcji syntezy z wodoru wytwarza się hel, następ­nie węgiel, tlen, siarka i w końcu żelazo. Tak cięż­kiego pier­wiastka gwiazda nie potrafi prze­two­rzyć na energię i roz­po­czyna się dramat. Ciśnie­nie roz­py­cha­jące kulę gazową maleje, a do głosu dochodzi gra­wi­ta­cja ści­ska­jąca materię. Nagle bum. Super­nowa. Zewnętrzne warstwy olbrzyma są wyrzu­cane w nie­zwy­kłej eks­plo­zji, po której pozo­staje barwny obłok o średnicy kilku lat świetl­nych. W środku chmury gwiezd­nego pyłu ogromny ścisk prowadzi do stwo­rze­nia czarnej dziury lub wspo­mnia­nej gwiazdy neu­tro­no­wej.

Taki los czeka wiele ciał nie­bie­skich, w tym również bliskich Układowi Sło­necz­nemu. Dosko­nale widoczne na nocnym niebie: Betel­geza, Antares, Enif, Gacrux, Kanopus, są świet­nymi kan­dy­dat­kami na super­nowe. Naj­wię­cej emocji budzi ta pierwsza. Ame­ry­kań­skie Towa­rzy­stwo Astro­no­miczne w Pasa­de­nie ujawniło, że Betel­geza w ciągu ostat­nich kil­ku­na­stu lat skur­czyła się o 15%. Nie da się ukryć, że gwiazda roz­po­częła marsz ku prze­zna­cze­niu i być może jeszcze nasze poko­le­nie będzie podzi­wiać piękne zjawisko. Praw­do­po­dob­nie przez jakiś czas nie­bo­skłon będzie ozdabiać punkt wyraźnie jaśniej­szy niż pozo­stałe gwiazdy. Jednak czy zagro­że­nie dosię­gnie nas z odle­gło­ści 427 lat świetl­nych? Gdyby bliska Proxima Centauri miała eks­plo­do­wać, to rze­czy­wi­ście gro­zi­łoby nam zmie­ce­nie. Nie można nic zagwa­ran­to­wać, ale raczej jesteśmy bez­pieczni. Nie tylko z uwagi na sporą odle­głość, ale również przez wzgląd na cha­rak­te­ry­stykę gwiazdy. Naukowcy twierdzą, że wybuch Betel­gezy będzie należeć do sto­sun­kowo spo­koj­nego typu II.

Pamię­taj­cie o jednym: Don’t Worry, Be Happy. Jeżeli kie­dy­kol­wiek nadej­dzie kata­klizm od strony dalekich gwiazd to możemy być spokojni. I tak nic nie zara­dzimy. Sie­dzi­cie w kuchni zaja­da­jąc się, dajmy na to golonką z rosyjską musz­tardą, gdy atmos­ferę Ziemi prze­rze­dza wiatr cząstek super­no­wej bądź błysku gamma. Zanim ludzkość się połapie, więk­szość orga­ni­zmów zostanie naświe­tlona przez nie­przy­ja­zne pro­mie­nio­wa­nie z głębi kosmosu. Dość bez­bo­le­sna per­spek­tywa.

Andromeda się zbliża

Znacie swój kosmiczny adres? Notujcie: Super­gro­mada w Pannie, Grupa Lokalna, Droga Mleczna, Układ Sło­neczny, Ziemia. W ewen­tu­al­nym kata­kli­zmie jaki teraz przed­sta­wię, kluczowe zna­cze­nie ma Grupa Lokalna, to jest zespół kil­ku­dzie­się­ciu galaktyk, w którym prym wiodą rodzima Droga Mleczna wraz z galak­tyką Andro­medy M31. Pływy gra­wi­ta­cyjne, wytwa­rzane przez ogromne masy galaktyk, powodują, że czasem dochodzi do zderzeń. Gdy większa galak­tyka wchłania mniejszą, astro­no­mo­wie używają obra­zo­wego sfor­mu­ło­wa­nia – kosmiczny kani­ba­lizm. Tak się składa, że w naszej Grupie Lokalnej dojdzie do jeszcze bardziej wido­wi­sko­wego zda­rze­nia – zde­rze­nia Andro­medy z Drogą Mleczną, a więc naj­więk­szych galaktyk w grupie. Biorąc pod uwagę to, że M31 mknie ku nam z pręd­ko­ścią miliona km/h, do zbli­że­nia dojdzie za 2–3 miliardy lat. To jest nie­unik­nione i nie mamy na to wpływu. Otwarta nato­miast zostaje sprawa, czy zetknię­cie galaktyk zagrozi Ziemi.


Galak­tyki mają kształt spiralny i obracają się wokół własnej osi, toteż zde­rze­nie nie będzie przy­po­mi­nać wypadku samo­cho­do­wego, a raczej kosmiczny taniec trwający jakiś miliard lat. Najpierw kształty Drogi Mlecznej i Andro­medy ulegną defor­ma­cji, ramiona się rozwiną, naj­bar­dziej zewnętrzne gwiazdy zostaną roz­rzu­cone po prze­strzeni kosmicz­nej. Centra galaktyk, w których praw­do­po­dob­nie znajdują się tysiące gwiazd i super­ma­sywne czarne dziury, będą krążyły coraz bliżej siebie, aż w końcu zleją się w jedno. Nie­któ­rzy ochrzcili już nową galak­tykę imieniem Mle­ko­meda. Tam rze­czy­wi­ście dojdzie do scen bru­tal­nych, zderzeń gwiazd, błysków gamma i pochła­nia­nia przez czarne dziury. A my? Znaj­du­jemy się na spo­koj­nych pery­fe­riach, w nie­wiel­kim Ramieniu Oriona. Przy tak dużych odle­gło­ściach między poje­dyn­czymi gwiaz­dami istnieje marna szansa, że podczas zde­rze­nia na coś wpad­niemy. Dla uspo­ko­je­nia wspomnę, że nawet w tej chwili Droga Mleczna “zjada” galak­tykę w Strzelcu. Chyba nie boli?

Słoneczko

Stawiam stówę, że któreś z powyż­szych zagrożeń uni­ce­stwi nas w ciągu kilku milionów lat. (W razie wygranej, zapra­szam po odbiór 100 zł za ~4 miliardy lat). Jeśli jednak nadal będziemy mieli farta i o ile sami się nie wykoń­czymy, czeka nas spło­nię­cie. To pewne jak śmierć i podatki. Każdy mający choćby blade pojęcie o astro­no­mii, dosko­nale zdaje sobie sprawę, iż Słońce jest w sile wieku. Istnieje już niecałe 5 miliar­dów lat i mniej więcej tyle samo czasu pozo­stało do jego “śmierci”. Jak już wiecie, przez cały ten czas Gwiazda Dzienna poddaje się ewolucji, spalając swoje paliwo. Podobno od czasu narodzin, Słońce wypaliło prawie połowę zapasu wodoru i zwięk­szyło swoją jasność o 27%. Być może to dobrze – taki proces nieco łagodzi skutki ochła­dza­nia klimatu, choć jest zbyt wolny aby cał­ko­wi­cie zni­we­lo­wać groźbę epoki lodow­co­wej.
giantZasad­ni­czy kryzys będzie miał miejsce dopiero za kilka miliar­dów lat, gdy Słońce spęcz­nieje znacznie zwięk­sza­jąc swoją objętość. Raczej nie pochło­nie Ziemi – wraz z roz­ro­stem czer­wo­nego olbrzyma, poszerzy się nasza orbita. To nam jednak w niczym nie pomoże. Tem­pe­ra­tura będzie nie­ubła­ga­nie wzrastać. Gdy dojdzie do jakiś 70 stopni, Ziemię we władanie wezmą bakterie, grzyby i niektóre morskie stwo­rze­nia. Kilka milionów lat później pozo­staną tu jedynie eks­tre­mo­file. W godzinie szczytu i one znikną, a błękitna dziś planeta przy­bie­rze brunatną barwę spa­le­ni­zny. Być może zmieni się skład atmos­fery, a powierzch­nię Ziemi podobną do Wenus, oświe­tlać będzie przy­sła­nia­jąca niebo, czerwona tarcza sło­neczna. To osta­teczny kres życia na naszej planecie.

Nie daję wiary temu, że człowiek, nawet za miliard lat, nauczy się mani­pu­lo­wać ziemską orbitą i w razie czego oddali planetę od Słońca. Zresztą to i tak niewiele pomoże. Mimo, iż Gwiazda Dzienna nie wybuch­nie, to jednak deli­kat­nie zrzuci swoje zewnętrzne powłoki, co nie­wąt­pli­wie nas zniszczy. Jak stwier­dził Stephen Hawking, jedyną nadzieją ludz­ko­ści jest kolo­ni­za­cja kosmosu. Dziś to nie­moż­liwe, jednak jeśli ludzki intelekt nie znajdzie sposobu na ewa­ku­acje z Ziemi to nic nam nie pomoże. To nie tylko koło ratun­kowe przed rosnącym Słońcem, ale też zabez­pie­cze­nie przed każdą inną kata­strofą. Gdyby, na przykład, super­nowa miała zagrozić naszej planecie, to dobrze by było aby gatunek ludzki miał gdzieś swoich przed­sta­wi­cieli. Od czasów odkrycia pierw­szych planet poza­sło­necz­nych przez Alek­san­dra Wolsz­czana, zauwa­żono już dzie­siątki takich obiektów. Przy odpo­wied­nio szybkim rozwoju tech­no­lo­gicz­nym nie­wy­klu­czone, że nasi pra, pra, pra­wnu­ko­wie wyślą kolo­ni­stów, przy­kła­dowo, na planetę Ymir w gwiaz­do­zbio­rze Wagi i stworzą nową cywi­li­za­cję. Jeżeli do tego nie dojdzie, czeka nas nie­chybna zagłada.
C.D.N.
  • Ano­ny­mous

    “Okresowe prze­chy­la­nie się naszej orbity od jednego zwrot­nika do drugiego” — to nonsens na poziomie gimbazy.
    “To, że kilkaset lat temu można było pieszo przebyć drogę z Polski do Szwecji po zamar­z­nię­tym Bałtyku nie było przy­pad­kiem” — nie­prawda, zama­rzały zatoki, Bałtyk nigdy.
    “co się zdarzy jeśli błysk nastąpi w pro­mie­niu mniej­szym niż 100 lat świetl­nych?” — w tym pro­mie­niu nie ma kan­dy­da­tów na pro­ge­ni­to­rów takiego roz­bły­sku.
    “Oczy­wi­ście istnieje moż­li­wość, że Betel­geza już wybuchła, lecz jej nowy obraz jeszcze nie prze­mie­rzył 427 lat świetl­nych” — bała­muc­two, dla kogo niby “już” wybuchła? Czas abso­lutny nie istnieje, każdy obser­wa­tor ma swój.
    Doradzam większą dozę sta­ran­no­ści w trakcie reda­go­wa­nia dość cie­ka­wego bloga.
    gsek@moa.edu.pl

    Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

    • http://www.blogger.com/profile/11397196611078180548 Adam Adamczyk

      O zama­rza­niu Bałtyku w wiekach średnich i nowo­żyt­no­ści dowia­du­jemy się z kil­ku­na­stu kronik. Czy były przesadą? Być może — ale nie można mieć pewności przy nego­wa­niu tych źródeł.
      Pytanie o rozbłysk było czysto hipo­te­tyczne i reto­ryczne, co wynika zarówno kon­tek­stu jak i sensu frag­mentu.
      Zdanie o Betel­ge­zie jest oczy­wi­ście jak naj­bar­dziej słuszne i w żaden sposób nie przeczy rela­ty­wi­zmowi. Wręcz z niego wynika.

      Zalecam mniej buractwa, zwłasz­cza kiedy się nie ma wiedzy na komen­to­wany temat.

      Dobrze gada? Dobre 0 Słabe 0

  • Pingback: 7 faktów, które boimy się zaakceptować cz.1 | Kwantowo.pl()

  • Pingback: 7 wielkich fobii trapiących ludzkość |()